Historie rodzinne (XXIV)

with 19 komentarzy

Historie rodzinne opowiadanie erotyczne pikantne i romantycznePrzeprowadzka w trakcie. Stwierdziłam, że nie cierpię tego. Jestem zmęczona, mam rozgardiasz we wszystkim, największy w głowie.
Ech. Dobrze, że można czasami uciec w świat fantazji 😉
Dziś słodko - gorzki kawałek. Obiecane pchnięcie.
Proszę na mnie nie krzyczeć, gdyż ciężko pisało mi się tą część.
Mogę Wam obiecać, że to nie koniec przygód. Jeszcze dużo zwrotów akcji mam w głowie.
Dziś zwrot pierwszy 🙂 Lewy foka szot...

- Na dziś wystarczy – Cichy głos wyrwał Nataszę ze stanu, w który wpadła.
Pół sen, odpłynięcie w świat marzeń.
Była myślami gdzieś daleko, w wyimaginowanym świecie. Gdzieś, gdzie szczęście miało być jej udziałem. Gdzieś, dokąd nie trafiła dotąd.
Szczęście otaczało ją tam i przenikało, niczym wibracje muzyki.
Biały piasek na plaży, tropikalna roślinność wokoło i plecy mężczyzny w oddali.
Ona biegnie do niego, biel koszuli mężczyzny odbija jasne światło słoneczne.
Odwraca się twarzą ku niej. Nie widzi tej twarzy, widzi natomiast coś innego.
Jej wzrok przykuwa jego dłoń i druga w objęciu palców. Mała piąstka i ramię prowadzące w dół, ku drobnemu ciału. To dziecko. Jasne włosy, jasne spojrzenie i pewność, że to jej dziecko!
Usiadła gwałtownie na miękkim materiale, walcząc ze łzami cisnącymi się do oczu.
Skąd łzy?
Ze świadomości, że to nie jej życie będzie.
Nie miała ukochanego mężczyzny, więc za kim mogłaby biec? Z kim miałaby począć dziecko?

- Nataszo? – Tomasza zaniepokoiło jej skulenie ramion i zagubiony wyraz twarzy.

Spojrzała nieobecnym wzrokiem.
Szybka praca powiek, mruganie ze zwielokrotnioną częstotliwością i odzyskanie ostrości widzenia. Jakby wróciła z innego świata.

- Przepraszam – szepnęła ledwo dosłyszalnie. – Odpłynęłam w sny.
- Oby w dobre. – Uśmiechnął się.
- Zbyt dobre – westchnęła, mierzwiąc włosy. – Nierealne w moim obecnym życiu.

Wyglądała teraz trochę, jak zaspane dziecko. Roztargnione, z błądzącym po otaczających ją przedmiotach, wzrokiem.
Tak, zupełnie, jak dziecko.
Uroczo piękne, olśniewające urodą i wiotkością ciała. Wyćwiczonego ciała. Mięśnie pod skórą, mocne i wyraźnie widoczne, plus wyjątkowo prosta postawa. Aż nazbyt rzucało się to Tomaszowi w oczy.

- Na dzisiaj kończymy – powtórzył, by skupić jej uwagę. – Jutro możemy kontynuować – dodał. – Jeśli chcesz.
- Tak - odparła, wstając.

Skrępowanie nagością prawie zniknęło. Wiedziała, że już ją obejrzał. Nie miała się czego wstydzić.
Ona podnieciła się, gdy ją pozował, układał jej ciało na materiale, tle obrazu.
On najwyraźniej nie czuł tego, co targnęło jej wygłodzonym ciałem. Ciałem pobudzanym myślami i pragnieniami. Jego oczami.
Westchnęła głęboko i zaczęła się ubierać.

Tomasz starał się już na nią nie spoglądać. Było to o tyle trudne, iż wyćwiczone latami tańca ciało Nataszy, poruszało się tak bardzo inaczej, niż oglądane przez niego dotąd, kobiety.
Widział, że się podnieciła.
Musiał przed sobą przyznać, że zrobił to celowo. Po części po to, by ułożyć ją tak, jak pragnął namalować to piękne ciało. Po części jednak w perfidny sposób chciał sprawdzić wrażliwość Nataszy.
Wrażliwość na siebie i swe względem niej zabiegi.
Cieszył się na kolejną sesję.

***

Ludmiła chwaliła wysiłki Marleny, acz ostrożnie. Dziewczyna pałała zapałem i chłonęła wszelkie, podawane jej przez starszą kobietę, informacje. Szatkowała, gotowała i ozdabiała, przygotowane przez siebie, potrawy. Kuchenne odpoczywały widząc, jakie ilości jedzenia dostarczane są z niewielkiej izdebki starowinki, z tyłów domostwa.
Pieczone indyki, smażone warzywa, czy ledwie ścięte, gorącą parą wodną, mięso ryb. Zupy lekkie i ciężkie gulasze. Wszystko w sporych ilościach i wyśmienitym smaku.
Nad każdą potrawą, przebiegiem jej przygotowania, czuwała Ludmiła. Za niestaranność w krojeniu marchwi w cienkie słupki, karciła Marlenę tak uciążliwym, dla młodych uszu gderaniem, iż po trzech tygodniach Marlena nawet korzeń poru szatkowała z chirurgicznym skupieniem.

- Jest gotowa. – Tymi słowy babka, wyjątkowo zadowolona, z postępów swej podopiecznej, zwróciła się do Ludwiki.
- I tutaj musimy zakończyć jej edukację – westchnęła Ludwika.

Jak zwykle wieczorem, Ludwika odwiedziła Ludmiłę, by posłuchać o postępach swej przyszłej synowej.

- Dziękuję ci Ludmiło. – Skłoniła się z wdzięcznością. – Wiem, że był to dla ciebie spory wysiłek.
- Wysiłek, ale i przyjemność. – Stara kobieta machnęła dłonią. – Wreszcie mogłam komuś przekazać moje kulinarne tajemnice. Teraz mogę umrzeć – dodała mrugając, okolonym białymi rzęsami, okiem.
- Ani mi się waż! – Zaśmiała się Ludwika.
- Co komu pisane – westchnęła starowinka.
- Jeszcze bez mała dwa tygodnie i wielki dzień. – Ludwika radośnie zatarła dłonie. – Wykończyły mnie te przygotowania, ale i cieszyłam się na to, co ma się wydarzyć. Tak długo na to czekałam! Mój syn się żeni!

Nie chciała jej Ludmiła zdradzać tego, co widziała w przyszłości Ludwiki. Ani ona, ani Marlena nie mogły poznać prawdy, na temat celowości nauk, które pobrała tutaj, w skromnie urządzonej izbie.
Przyjdzie na to czas.
Na wszystko przychodzi.

- Wiem, dziecko. – Pomarszczona twarz wyrażała smutek.

Ludwika była jednak zbytnio podekscytowana, by dojrzeć coś, poza spełnieniem swych matczynych marzeń.

***

Dla Ignacego czas oczekiwania na poślubienie Marleny, był okresem ciężkim do zniesienia.
Nie widywał jej praktycznie w ogóle. Nie jadała z rodziną posiłków, więc jej nie spotykał przy stole mimo, iż nie opuszczał spotkań rodzinnych w jadalni.
Wieczorami, raptem pięć razy w sumie, natknął się na dziewczynę, lecz ta wyglądała na zmęczoną i zaszczyciwszy go słabym uśmiechem, ospale szła na piętro, do swego pokoju.
Nie niepokoił jej, gdyż takie złożył przyrzeczenie swej przyszłej żonie.
Nie robił tego mimo, iż kusiło go szczególnie, gdy z nosem przy ścianie i oczami śledzącymi ją przez tajne otwory w obrazie, obserwował wieczorne ablucje tej.

Pierwszy tydzień marzył w oczekiwaniu, na ten wielki, dla niego, dzień.
Obmyślał, co zrobi z Marleną, gdy będą wreszcie w sypialni, a ona nie będzie miała na sobie piekielnego pasa cnoty. Gdy już wedrze się sobą między te różowe uda i dalej, głębiej. Do samego końca jej rozgrzanego wnętrza.
W kolejnych dniach ogarnęła go nerwowość.
Po pierwsze zaczął wątpić w swą decyzję, a to przede wszystkim dlatego, że nie zwracała na niego Marlena uwagi.
Przedtem rzucała mu ukradkowe spojrzenia, uśmiechała się nieśmiało, czuł jej zainteresowanie.
Teraz nie dość, że nie mógł karmić oczu pięknym widokiem, to gdy wreszcie wchodziła w kadr spojrzenia Ignaca, wyglądała na tak znudzoną i wycieńczoną, iż podejrzewał ją o zobojętnienie w stosunku do niego.
Wraz z matką dopięły swego celu, więc można było teraz spocząć na laurach?
Czuł się wpuszczony w maliny i tylko zastanawiał się, czy nie zerwać zaręczyn i nie pomieszać im szyków.
Był jeden szkopuł całej sytuacji. Diabelnie pragnął Marleny i wiedział, że nie ma innego sposobu na zdobycie jej, jak zaślubiny właśnie.

Pod koniec trzeciego tygodnia, kilka dni przed uroczystością skapitulował przed samym sobą.
Miał zamiar wytrwać w czystości do momentu zaślubin. Jego młode ciało nie było jednak nauczone wstrzemięźliwości. Wrzało seksualną energią.
Asceza fizyczna to coś, czego nigdy dotąd nie przestrzegał. Przebierał w kochankach, jak w ulęgałkach. Bywało, że i trzy kobiety był posiadł, w ciągu jednego dnia.
Tymczasem teraz, od blisko miesiąca żadnej!
Nic, poza własną ręką i obrazami piękna Marleny.
Nic, ponad samogwałt, z widokiem przyszłej żony i tego, co udało mu się podejrzeć wieczorami.
Czuł się, jak napalony szczeniak. Jak pies, którego nos wyczuwa smakowity kawałek mięsa, lecz śliniąc się okrutnie, musi obejść się smakiem.
Zły na siebie, na matkę, a w końcu i na Marlenę ubrał się, jak na własny gust, niedbale. Odpalił silnik ulubionego, sportowego samochodu i pomknął w kierunku miasta. Do dzielnicy płatnych uciech.

Duchota w tym rejonie miasta doskwierała okropnie. Odór miejskich wyziewów, pomyje w rynsztoku i niedomyci przechodnie tworzyli odór, który Ignacy musiał odciąć od wrażliwego, na zapachy, nosa.
Z chusteczką przy twarzy przemierzał powoli mroczne uliczki, zapuszczając się w coraz ciemniejsze zaułki.
Znano go tutaj. Nie raz bywał w tych rejonach, jako klient. Klient bogaty i hojny. Szczodrze wynagradzający swe kochanki, lecz również wymagający. Płacił i żądał. Niejednokrotnie przeciągał wizyty w burdelach do rana, czasami spędzał tu i po kilka dni, podczas których matka odchodziła od zmysłów. Ponieważ czynił to spontanicznie, zakrapiając swe wizyty alkoholem, zapominał o czymś tak przyziemnym, jak niepokój rodziny o jego osobę.
Szczególnie, gdy zapalił opium.
Nie miał ochoty na wizytę w żadnym z miejsc, których pracownice znał już bardzo dobrze. Ich wdzięki, fałdki, każdy otwór w ciele, włosek między udami.
Chciał czegoś nowego. Kobiety, która odciągnie obsesyjne myśli od Marleny. Takiej, jak Marlena!
Błądził, przyglądając się mijanym dziewczynom i tym bardziej zużytym fizycznie matronom. Oganiał się od rozcheustanych, prawie nieodzianych ciał.
Opanował odruch splunięcia, gdy jedna z dziwek śmiejąc się, zadarła sukienkę do góry, obnażając swą kobiecość, po czym wypięła tłusty zadek, klepiąc się po nim obleśnie.
Odwrócił wzrok i wtedy przyciągnął go niecodzienny widok.
Wysoki, wyjątkowo przystojny młodzieniec, pochylał się ku drobnej dziewczynie. Ona młodziutka i delikatna. Skulona, lecz wtulająca się ramieniem w chłopaka. Włosy ledwie sięgające ramion, piersi jeszcze nie wyklute, oraz ogromne oczy i usta.
Ignacy przyglądał się jej, jak i chłopak, który szeptał jej coś do ucha.
Dziewczę zaśmiało się perliście i to ten śmiech podziałał na Ignacego seksualnym wrzeniem w lędźwiach.
Śmiała się, jak Marlena. Równie świeżo i niewinnie, choć niewinna nie mogła być.
Nie w takim miejscu. Nie w tej okolicy.
Ignacy stał i patrzył, czekając. Wiedział, że to tą dziewczynę chce mieć dzisiaj i tylko czekał na moment, gdy chłopak stojący obok niej, odejdzie.
A może powinien podejść ze zwitkiem banknotów w ręce? Niech ona wybierze.
Wiedział, co wybierze. Zawsze tak czynią.
Wybrał to drugie. Wyjął z kieszeni gotówkę i ruszył ku parze.
Chłopak uniósł głowę, odrywając szepczące usta od ucha blondynki , mierząc Ignacego wrogim spojrzeniem. Ten drugi nic sobie nie robił ze złości w niebieskich oczach. On już polował.
Uniósł dłoń z kilkoma papierkami między wyprostowanymi palcami i czytał z brązu oczu delikatnej dziewczyny.
Z bliska wyglądała jeszcze lepiej. Różowe usta obiecywały rozkosz. Rozszerzone źrenice kusiły subtelną nieśmiałością.
Tak, dobrze wybrał.
Ignacy stał w bezruchu i czekał na jej reakcję.
Zareagował kompan o niebieskim spojrzeniu. Wyciągnął dłoń i zainkasował gotówkę, popychając wystraszone dziewczę ku Ignacemu.
Drobna istota bezwolnie wpadła na niego. Zaparła się o klatkę piersiową Ignacego i zamarła z cielęcym wzrokiem, wbitym w coraz bardziej pożądliwe spojrzenie męskich oczu.
Ignac czuł podniecenie, które po tak długim okresie bez kobiety, wybuchło w lędźwiach i parło w górę, do mózgu.

- Prowadź – syknął przez zęby, chcąc jak najszybciej znaleźć się z nią, sam na sam.
- Za mną. – To był głos chłopaka.

Poszedł przodem, oglądając się na nich i przywołując oboje w ciemny korytarz.
Znaleźli się w obskurnym pomieszczeniu, którego jedynym wyposażeniem było zdezelowane łóżko, krzesło obok, a na nim emaliowana miska. Zniszczone, obite w wielu miejscach naczynie, wypełnione było do połowy wodą.

Pewnie do umycia się po – pomyślał Ignacy. – Nie on jednak, ale dziewczyna będzie tego potrzebowała. Zamierzał skończyć w jej ustach, lub ciasnym wnętrzu. Nie wyglądała na tak rozciągniętą, jak pozostałe dziwki. Musiała być ścisła między nogami. Zamierzał się o tym przekonać.

Czekał. Aż towarzysz dziewczyny wyjdzie.
Chłopak obrzucił go jeszcze taksującym spojrzeniem, porozumiewawczo spojrzał na dziewczynę. Jakby chciał ją uspokoić. Powiedzieć, że jest bezpieczna, gdyż będzie czuwał w pobliżu.
Wyszedł.
Ignacy został sam na sam z dziewczyną.
Nie zamierzał się z nią cackać. Chciał seksu. Bez wstępów, pieszczot. Czyste rżnięcie.

- Ssij – powiedział to, bez poruszania ustami.

Dziewczyna posłusznie uklękła, trwożnym wzrokiem patrząc w górę, na Ignacego.
Podobało mu się to. Podniecało dodatkowo.
Taka poddańcza poza i te cielęce oczy.
Rozpiął spodnie, obnażając twarde przyrodzenie. Bezceremonialnie podetknął penisa dziewczynie i naparł twardym czubkiem na jej usta.
Posłusznie przyjęła go, rozchylając wargi i zezując na brzuch Ignacego.
Nie chciał delikatności. Potrzebował ostrego spełnienia.
Ujął głowę dziewczyny w dłonie i spoglądając na nią z góry, pompował jej wargi nie bacząc na to, że biedna krztusi się i wstrzymuje oddech. Pchał te delikatne usta, choć dziewczę miało odruch wymiotny.
Widząc, że za to właśnie zapłacił, nasilił pełne zapału ruchy.
Tak właśnie będzie dogadzał Marlenie. Tak będzie dogadzał sobie nią.
Na samą myśl o przyszłej żonie, przyrodzenie spęczniało jeszcze bardziej, a w jądrach poczuł dreszcze.

- Wstań! – Wyszarpnął swe ciało z ust zdumionego dziewczęcia. – Wypnij się do mnie tyłem.

Przyglądał się, jak ona wstaje. Jak unosi powoli fałdy spódnic i odwraca się krągłymi pośladkami w jego stronę.
Patrzył, gorączkowo pocierając swą męskość. Patrzył, czekając z niecierpliwością, by wbić się w jej dziurkę, nie bacząc na śliskość, czy raczej jej brak. Będzie tarł ją od wewnątrz, choćby cierpiała. Nie obchodziły go uczucia tej dziwki. Zapłacił za seks i weźmie wszystko to, co kupił kilka minut wcześniej.

- Wypnijże się wreszcie! – Już prawie krzyknął.

Wpadał w amok. Chciał to już poczuć. Tą miękkość okalającą go i ciepło.
Wszystko przez Marlenę. Tak bardzo jej pragnął.
Nie, nie będzie cudownym mężem. Da jej rozkosz, ale i zmusi do uległości.

Marlena wywinduje się na jego plecach. Podwyższy swój status społeczny. I dobrze!
On sam też urodził się po prostu, jako zamożny człowiek. Tak chciał los.
Marlena będzie musiała odpłacić mu, za utracenie stanu wolnego.
Już on o to zadba.
Da jej popalić.
Spodoba jej się to.
Już on o to zadba.
Wie, jak to uczynić!

I tu zamarł. Myślami, uczuciami, a nawet oddechem.
Zastygł przez widok, który siatkówką oka przepłynął do mózgu.
Zamarł, gdyż kłóciło mu się to, co widzi z tym, co oczekiwał zobaczyć.
Dziewczyna stała do niego tyłem. Wypięła się posłusznie. Zrobiła to tak, jak zażyczył sobie klient.
Wypięła się pośladkami, lecz poniżej odbytu, Ignacy nie dostrzegł słodkiej, kobiecej cipki. Pomiędzy udami nie było cipki. Były natomiast dwa, łyse jądra i te naśmiewały się z oczekiwań Ignacego, dyndając i drżąc.
Jego partnerka seksualna, a jak się okazało partner, drżał w oczekiwaniu, ze strachu przed gwałtownością płatnego kochanka.

Chłopak zszokowany był zapałem swojego pierwszego klienta.
Nie spodziewał się takiego pośpiechu.
Nie spodziewał się również tego, że klient nie miał pojęcia o jego płci.
Nie spodziewał się ciosu, który ten, w obrzydzeniu, mu wymierzy.

Pierwszym odruchem Ignacego, było cofnięcie się do tyłu. Byle jak najdalej, od płci jemu samemu podobnej. Byle nie znaleźć się w strefie ciepła, wydzielanego przez ciało innego samca.
Jednym pchnięciem w materiał spodni, schował Ignacy, sterczący dowód podniecenia, po czym wykonał gwałtowny ruch.
Kopniak trafił w pośladki chłopaka, przewracając go na deski podłogi.
Kolejny wymach nogi trafił drobnego mężczyznę, przebranego za kobietę, w brzuch.
Każdy następny wypad eleganckiego buta, masakrował delikatne ciało, wyrywając z jego wnętrza, pełne bólu, jęki.
Ignacy kopał mimo, iż chłopak nie reagował, nie bronił się.
Kopał, choć ten przestał reagować.
Kopał, jakby chciał tymi kopniakami wyrzucić z siebie całą złość na Marlenę, matkę i to, że nie odnalazł dziś spełnienia. Nie zaznał ulgi.
Uspokoił ciało, choć w jego umyśle wrzało.
Przyglądał się wątłemu, odzianemu po kobiecemu, ciału i tłumił mdłości.
Pobicie chłopaka nie przyniosło mu ulgi. Nie był ani o jotę mniej wściekły. Wciąż wrzała w nim złość i obrzydzenie.
Skrzywił się, zebrał ślinę w usta i splunął.
Ostatni rzut oka na podłogę i nieporuszającego się, niedoszłego kochanka. Zebrał ślinę w usta, by po chwili splunąć na chłopaka.
Pogarda dla chłopaka, na twarzy Ignacego.
Pogarda dla siebie, w sercu Ignacego.
Odwrócił się, wyszedł z pokoju, zostawiając za sobą niesmak do seksu z obcymi kobietami.
Dostał nauczkę i wie teraz, że nie powinien był szukać uciech poza domem. Powinien był dotrzymać obietnicy danej sobie.
Miał być wierny przyszłej żonie, lecz szukał innych uciech.
Tak, teraz wie.
Będzie jej wierny, gdyż opaczność tego właśnie żąda.
Uniósł brodę, odetchnął głęboko i ruszył w kierunku pojazdu, który zaparkował w śródmieściu.
Będzie wierny!

***

Ból, żal i gniew.
Te trzy uczucia wybuchły w głowie i sercu Tymoteusza, w jednym momencie.
Patrzył na skulone, zakrwawione ciało kochanka i czuł, jak pęka mu serce.
Mieli być razem, stworzyć duet i kochać się nawzajem, aż po koniec świata.
Był jeden problem – brak funduszy na życie.
Tymoteusz chciał pracować fizycznie. Mógłby zatrudnić się w największej fabryce w mieście. Na taką siłę robocza był popyt.
Dzięki temu uciekliby z Erykiem do dużego miasta. Zgubiliby się w tłumie. Eryk przebrałby się za kobietę. Umiał się w końcu świetnie maskować.
Stworzyliby z pozoru zwykłą parę, którą nie interesowałby się nikt. Żyliby szczęśliwie i tak, jak im się to marzyło. Spokojnie.

Tymczasem przyglądał się nieruchomemu Erykowi i umierał, a równocześnie wrzał w środku.

- Kochany – jęknął, odgarniając pasma włosów z delikatnej twarzy. – Eryku!

Chłopak drgnął, jęknął i uchylił spuchnięte powieki. Spojrzał na niego załzawionymi oczami szepnął:

- Przepraszam.

Tymoteusz poczuł coś strasznego, rodzącego się w jego wnętrzu.
Bogaty cham!
Pomachał im przed oczami pieniędzmi. Pieniędzmi, jakimi nie mogli dysponować, a dzięki którym mieli szanse uciec z tego miasta. Mogli rozpocząć nowe życie.
Gdyby nie ten bogacz, wymyśliliby inny plan. Wolniejszy w swej realizacji, lecz pozbawiony ryzyka.
Ryzyka, na jakie on, Tymoteusz, zgodził się bez wahania.
A wszystko prze tych kilka banknotów, które zaszeleściły mu przed twarzą.

Podjął decyzję za nich obu.
Wziął pieniądze i wiedziony nadzieją na wyjazd, pchnął Eryka w ramiona obcego człowieka.
Za pieniądze.
Widział przerażenie w oczach kochanka, lecz zaślepiła go wizja lepszej przyszłości.

Jeszcze mu to wynagrodzi. Odpracuje ten jeden grzech. Zatrze wspomnienia swą miłością. Da mu dowód oddania.
Teraz musi jednak zrobić coś, by móc opowiedzieć o swym oddaniu Erykowi. Musi odpracować swe grzechy.
Pogładził delikatny, pozbawiony męskiego owłosienia, policzek, po czym wstał z klęczek.

Zacinał się właśnie wewnętrzną nienawiścią.
Czuł złość, która skuwała lodem wnętrzności.
Pragnął zemsty, bólu tego obcego człowieka.

Wyszedł z pokoju, zostawiając skulonego Eryka na podłodze i kierując się w stronę, w którą szedł bogaty oprawca.
Szedł, szukając. Wypatrywał go, pragnąc jego widoku.
Oczy wychwyciły dumny profil, zarys zdecydowanej szczęki i kolor idealnie skrojonego surduta.
Mężczyzna nie był zdenerwowany mimo, iż właśnie zmaltretował kopniakami innego człowieka.
Był obojętny i może jedynie trochę pobudzony, a objawiało się to w zbyt gwałtownych ruchach.
Odpalenie papierosa i szybki ruch ręką, by wyrzucić zapałkę. Zaciągnięcie się i strumień dymu, szybko wydostającego się z ust. Postawienie kołnierza marynarki i zwrot ku jaśniejszej części ulicy.
Ignacy wchodził właśnie w światło latarni.
Czubek buta objęła już jasność jej światła, lecz nie dotarła dalej.
Nagłe szarpnięcie wessało Ignacego w mrok. Bezwładnie padł na plecy, nie spodziewając się tak agresywnego potraktowania.
Nie spodziewał się tak naprawdę niczego, gdyż myślami był już całkowicie gdzieś indziej.
Dotykał, całował i pieścił swą przyszłą żonę. Kobietę, która miała się stać jego zbawieniem. Wybawieniem z bezcelowości dotychczasowego życia.
Zdziwił się, gdy poczuł na ramieniu dotyk.
Zdziwił się czując, że kostka brukowa odciska się boleśnie na jego plecach.
Zdziwił się, że nie może oddychać.

Nie poczuł cienkiego ostrza, przekłuwającego mu płuco, prześlizgującego się po żebrze i wbijającego w organy poniżej płuc. Nie zabolało serce, w które cios trafił, w jako ostatni organ.
Serce zamarło, ból i pragnienia zamilkły, coś pozostało.
To coś, uniosło się ponad martwym truchłem obserwując, jak ciemnoczerwona plama krwi obrysowuje ciało Ignacego.
Krew płynęła ciepłą gęstością, zalewając przerwy w wypukłościach kostki brukowej. Opuszczała domostwo, które dotąd stanowiła męska powłoka.
To coś wiedziało, czuło, dokąd powinno się udać.
To coś wiedziało, że to, co się wydarzyło właśnie, miało swój cel.
Cel zawarty w tragedii.
Cel wykwitający z bólu.
Cel następstwa czynów.

Oto Mikakamaka:

Czyli Monika - matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Magdalena
    | Odpowiedz

    Ale, że co… ?
    Ale, że jak… ?
    Jak zawsze potrafisz zaszokować

    • mikakamaka-old.guff.pl
      | Odpowiedz

      To raczej dobrze 😀

      • Magdalena
        |

        Oczywiście, że tak. Podczas czytania twoich opowiadań brak możliwości przewidzenia co się wydarzy jest najlepszą częścią.
        Muszę jednak dodać, że uśmierecenie Ignacego jest moim najmniej lubianym zwrotem akcji.
        Będę czekać niecierpliwie na ciąg dalszy Historii

  2. magda
    | Odpowiedz

    oł noł 🙁

    • mikakamaka-old.guff.pl
      | Odpowiedz

      łaj?

      • magda
        |

        widziałam już ich razem ślub dzieci on sie zmienia i żyli dlugo i te sprawy a tu taki zonk…

      • mikakamaka-old.guff.pl
        |

        Jeszcze kilka zonków planuję 😀
        Jak to ja

      • magda
        |

        ale nie zrobisz z Marleny najwiekszej sciery w miescie co? 🙂

      • mikakamaka-old.guff.pl
        |

        Bez obaw 😉

  3. AGucha
    | Odpowiedz

    Jestem w szoku 😮
    Mam pustke w głowie, takiego obrotu akcji to sie nie spodziewałam.
    Masakra
    Genialne
    Pełen podziw <3

  4. Magda
    | Odpowiedz

    Zwrot akcji dobry no i bardzo nie spodziewany jednak w mojej opinii nie pasujący do tego opowiadania. Za dużo tych wątków i postaci jak dla mnie. Chyba nie doczytam do końca. Tak więc życzę dużo czasu i weny i będę z niecierpliwością wpatrywac nowego opowiadania może bardziej w moim guście:-) oczywiście piszesz świetnie ale poprostu to nie moje klimaty. Powodzenia 🙂

  5. Weronika A.
    | Odpowiedz

    Tylko jedno mi przychodzi na myśl – genialne.

  6. jozka
    | Odpowiedz

    Ja chyba też poczekam na inne opowiadanie. Tu nic nie idzie po mojej myśli. Wielka szkoda, że ta część poszła w tą stronę. Ignacy i Marlena zostali już tyle przetrzymani, że już im się chyba należy, a tu ciach i po Ignacym.

  7. Megami
    | Odpowiedz

    Uff, od początku nie znosiłam Ignacego… Ale ciekawa jestem, jak to się dalej potoczy. I nie przejmuj się, że piszą, że za dużo bohaterów, bo i tak łatwo nadążyć. (sama wprowadzam zawsze jeszcze więcej…)
    Nadal uwielbiam to opowiadanie. Cudowne, mimo wszystko.

  8. MokoszM
    | Odpowiedz

    No generalnie zrobiłaś wszystko, żebyśmy znienawidzili Ignacego do reszty, zanim go zabiłaś. Dobre posunięcie 😀 Ale dwie rzeczy muszę Ci wytknąć – Ludmiła chwaliła wysiłki chyba Marleny, a nie Nataszy? No i ” ani się waż”, a nie “warz”. Sorki, że taki ze mnie czepiacz… Pozdrawiam cieplutko!

  9. Tomek nikt
    | Odpowiedz

    A dla mnie super!
    Dosyc mam przeslodzonych i cukierkowych opowiastek. Mam nadzieje, ze akcja pojdzie tak, jak dotad. W zyciu tez ktos musi umrzec a Ignacy byl poptacia mdla i nie szkoda mi utraty takiego bohatera.
    Nie sluchaj Mika dasow i narzekania na zbytnie skomplikowanie. Dla mnie bomba. Pozdrawiam. Tomek 😛

  10. Micra21
    | Odpowiedz

    Kochana!
    Zaskoczenie totalne!!! Raczej spodziewałem się aresztu, procesu i takie tam… Ale zwrot akcji genialny. Teraz pozostaje czekać na rozwój wydarzeń z Tomaszem, bo coś mi się widzi, że jego kontakty z Marleną powrócą…
    Pozdrawiam i czekam…

  11. Kumikoska
    | Odpowiedz

    NAJLEPIEJ <3

Napisz nam też coś :-)