Bada boom (IV)

with 3 komentarze

Bada boom opowiadanie o zaskakującej miłości i pagnieniu. Romans i erotyka.

Wczoraj padłam, jak kawka na dziób. Wyspałam się i o siódmej już byłam monter. Usiadłam, napisałam i poczułam dzięki temu ulgę. Ufff… Część kolejna wyszła 🙂

Tomek wcisnął wszystkie klawisze domofonu przedstawiając się, jako pogotowie ratunkowe.

Zabrzęczało elektryczne odblokowanie zamka w drzwiach i zaczęliśmy się wspinać po schodach. Oni ze skrzyneczkami i fachowo wyglądającym sprzętem, którego zastosowania nie znałam i ja na samym końcu. Po drodze wystawały z mieszkań głowy z zaciekawionym wzrokiem odprowadzające nas w górę. Nikt o nic nie pytał, a tylko patrzył.

Ratownicy weszli do mieszkania, po czym ten, którego imienia nie znałam, wyszedł z niego ze zniesmaczoną miną. Smród dobiegający z wnętrza przedpokoju zaatakował moje nozdrza. Pomieszanie fetoru fekaliów, niewywietrzonych pokoi i czegoś trudnego do określenia.

– Babuszka ciśnie – mruknął, przechodząc obok mnie i zasłaniając twarz dłonią.
– Ciśnie? – Nie rozumiałam.
– Sprawdź, jeśli chcesz – dorzucił jeszcze i wyszedł na klatkę schodową.

Weszłam, gdyż ciekawość cisnęła mnie do wnętrza mieszkania, mimo odpychającego fetoru.
Doszłam do centrum smrodu, czyli do ubikacji. Na klozecie siedziała pulchna kobieta w podeszłym wieku i trzęsła się płacząc.

– Nie mogę się wyróżnić – łkała. – Odbytnica mnie boli i nie mogę.

Łkała, jak małe dziecko. Ból widoczny na jej twarzy wywoływał litość, lecz odór zgnilizny, odruch wymiotny.

– Pani się uspokoi i pozwoli sobie pomóc. – To Boguś pochylił się do kobiety i mimo smrodu przemawiał do niej, jakby siedzieli właśnie pod jabłonką i słoneczko przygrzewało ich czupryny. – Zrobimy lewatywę i poczuje się pani lepiej. Dobrze?

Kobieta nie odpowiedziała, a jedynie nerwowo skinęła głową. W przekrwionych oczach lśniły łzy.

Reszty nie widziałam. Jakiś płyn w worku z przymocowanym doń przewodem i białą końcówką. Wyszłam, czując się, jak intruz. Słyszałam jednak spanikowany głos kobieciny i uspokajające słowa Bogusia.
Cisza i szeptana rozmowa między nimi. W końcu siarczyste dźwięki wypróżnienia i słowa rozstania.

– Żenua – rzucił kierowca, gdy wsiedliśmy do karetki. – Jechać na wezwanie, by komuś zrobić lewatywkę.
– Wiesz co, Krzysiek. – Westchnął Tomek, a ja dzięki temu poznałam imię kierowcy. – Ciekaw jestem, jakbyś się czuł, mając kawałek skały w dupie. Czy byłbyś tak sarkastyczny w temacie lewatywki wtedy.

Krzysiek nie odpowiedział. Musiał się najwyraźniej wczuć w sytuację babci, lub wyobraził sobie po prostu kawałek skały blokujący drożność odbytu.

Jechaliśmy na kolejne wezwanie i tego komunikatu nie zrozumiałam.
Wiedziałam, że może być ofiara i że ratownicy mają być ostrożni.

Podjechaliśmy pod blok i stały tam już dwie jednostki straży pożarnej. Nie wyglądało to dobrze. Ratownicy bez zbędnych komunikatów między sobą wbiegli na drugie piętro i zanurkowali do mieszkania pełnego ludzi. Ja za nimi.

Strażacy, policja i… cztery ciała na podłodze. Dwoje dorosłych i dwoje dzieci. Wszyscy spokojni i nieruchomi w swoim umartwieniu. Porozrzucani w niedalekiej odległości od siebie prawie przypadkowo i całkowicie nieregularnie. Ramię wyrzucone w przód, twarz oparta na policzku, dotykająca chłodnych pewnie kafli podłogi. Długie włosy kobiety zakrywające twarz. Dla mnie było to odrealnione i wywołało skurcz żołądka. Dla ratowników musiało być czymś niezbyt niezwykłym, gdyż poruszali się między postaciami sprawnie. Stałam sparaliżowana obok lustra w przedpokoju, czując żółć żołądka podnoszącą się coraz wyżej. W uszach utkwiło słowo „zaczadzeni”.

Martwi ludzie. Nigdy nie widziałam nieboszczyków! Tym bardziej dzieci!

– Mam puls! – Okrzyk jednego z nich.

Nie potrzeba było więcej słów. Rzucili się ku dziecku ze sprzętem i tyle z tego zrozumiałam.
Pochylone nad ciałem postaci, pikanie aparatury, syk tlenu pewnie w masce i szybkie komunikaty rzucane przez nich.
Kolejna ekipa ratownicza wtoczyła się do mieszkania.

Następną sceną, było wyniesienie jednego z czterech ciał na noszach i bieg po schodach w dół, oraz ekwilybrycje noszami na zakrętach klatki schodowej.

Zostałabym tam pewnie w bezruchu do końca świata, gdyby Boguś nie pociągnął mnie za rękaw z głuchym „rusz się, chodź”.
Pobiegłam za nimi i usadowiłam w karetce, jak najdalej od wątłego ciałka na łóżku.

Dla mnie wyglądało na martwe, lecz podskakująca czasami kreska na monitorze i pikanie w takt jej podskoków, wskazywały na coś innego. Ogromna strzykawka wbijająca odzianymi w lateks dłońmi igłę w delikatne przedramię. Inna dłoń poprawiająca przeźroczystą maskę, zbyt dużą, jak na tak drobną buźkę i w końcu dłoń Bogusia na czole dziecka i palce drugiej badające zapewne tętnice na szyi. Wszystkie te działania komunikowały, że ratują ciało, by to nie obumarło.

Ja byłam bezwolna i siedząc w bezruchu na podłodze, w kącie ambulansu, przyglądając się wszystkiemu ze zgrozą i jakąś ochronną obojętnością.

Po dłuższej chwili stwierdziłam, że jedziemy na sygnale, a pojazdem szarpie na boki, przy czym moja głowa regularnie odbija się o ściankę. Przybrałam odruchowo pozę siedzącego embriona z kolanami wciśniętymi pod brodę, przytuliłam się do ściany. Chciałam w nią wniknąć, zlać się z metalem kabiny.

Pojazd zatrzymał się, tylne drzwi otwarto gwałtownie i wyniesiono w pośpiechu nosze. Trzask rozkładanego podwozia ruchomego łóżka i zgrzyt kółek toczących się po podłożu.

Dźwięki te ucichły, a wraz z nimi głosy.
Zostałam ja, skulona w rogu pojazdu i Boguś wpatrzony we mnie z bezradnym wyrazem oczu.

– Po co ci to było? – zapytał. – Dla jakiegoś artykułu? Przecież nie jesteś na takie coś gotowa.

Nie byłam, to prawda. Nie przygotowałam się, ale wszystko stało się tak nagle i spontanicznie.

– Chodź. – Dźwignął ciało z siedzenia, wyciągając do mnie ramię. – Zaprowadzę cię do domu. Trochę się przewietrzysz po drodze, bo wyglądasz, jakbyś miała za chwilę zemdleć.

Patrzyłam, gdy zdejmował koszulkę i zmieniał ją na biały t-shirt bez napisu „Ratownik”. To samo zrobił ze spodniami, po czym wcisnął służbowe ubranie do torby na podłodze i podszedł do mnie kucając przede mną i zaglądając mi z troską w oczy.

W międzyczasie wróciła reszta ekipy.

– Blogereczka wymiękła z leksza? – Zakpił Krzysiek.
– Odprowadzę ją do domu – mruknął Boguś, nie spuszczając ze mnie uważnego spojrzenia.
– No raczej. – Znów kpiący głos. – Jeszcze nam tu fiknie mała.

Silne dłonie uniosły mnie do pionu i poprowadziły do stopni i dalej. Ciepłe powietrze musnęło policzki, przywracając głębszy oddech.

-Chodźmy. – Opiekuńcze ramię na moich plecach. – Pokaż dowód.

Nie potrafiłam wydusić z siebie słowa do momentu, gdy sięgnął po moją torebkę. Wiedziałam, że gdy spojrzy w moje dane osobowe zrozumie motyw, który mnie tu przywiódł.

– Pamiętam! – Wyszarpnęłam skórzane maleństwo z jego dłoni. – Poprowadzę.

Uniósł w zdziwieniu brwi, lecz nic nie odrzekł. Tak naprawdę, to nie wiedziałam w którą stronę iść i gdzie się znajdujemy. Szliśmy w milczeniu, wracała jasność umysłu i zaczęłam odbierać ciepło jego ramienia na plecach, jak pieszczotę. Palce na prawym ramieniu i łokieć ocierający się o kręgosłup.

– Dlaczego taki zawód wybrałeś? – Musiałam oderwać myśli od tego, co widziałam dzisiaj i od jego dłoni.
– Chciałem pomagać – odparł wprost. – Miałem być lekarzem, ale to się zmieniło.
– Czy ma związek z blizną na udzie? – Zaryzykowałam pytanie, które skojarzyło mi się z widokiem zakrzywionej linii biegnącej od kolana do samej prawie pachwiny, a zauważonej podczas szybkiej zmiany odzienia w karetce.
– Zauważyłaś. – Zaśmiał się. – Tak, ma związek.
– Opowiesz mi? – zapytałam cicho.

Westchnął głęboko, cofnął ramię. Moje plecy straciły kontakt z ciepłem jego ciała. Poczułam żal.

– Usiądźmy tutaj. – Wskazał ławkę.

Klapnęłam obok niego i czekałam w napięciu, co powie.

– Koniec studiów medycznych. Miałem być pediatrą. – Znów miałam jego przedramię na plecach. Tym razem przypadkowo, oparł dłonie wzdłuż oparcia ławki. – Wracaliśmy z imprezy i zbyt wielu pod wpływem alkoholu było nas w aucie. Kierowca oczywiście trzeźwy, lecz tył auta rozwrzeszczany procentami zdekoncentrował go na chwilę i ta chwila wystarczyła. Wpadliśmy w poślizg i zintegrowaliśmy się z drzewem na poboczu.

Mówił spokojnie, lecz nie wyglądał na rozluźnionego. Wzrok błądził w oddali, lecz nie przyglądał się niczemu. Może jedynie wspomnieniom, a te nie mogły być przyjemne.

– Jeden z kumpli wyleciał przez przednią szybę, bo po co zapinać pasy na tylnym siedzeniu? – Westchnął, ja nie przerywałam. – Tylko but został na pofałdowanej blasze maski samochodu. Mnie zakleszczyło na miejscu pasażera, lecz nie straciłem przytomności. Widziałem akcję ratowniczą i jeden z tych ludzi spędził ze mną długie godziny przy wraku, nim mnie wyciągnięto. Gdyby nie on… – Urwał i spojrzał mi w oczy, a w tych widziałam jedynie ból.

Cofnął ramiona z oparcia ławki, wyprostował się i zacisnął dłonie w pięści. Po chwili rozprostował palce i mówił dalej.

– To wtedy zdecydowałem o wyborze zawodu, choć wszyscy stukali się w czoło i tłumaczyli zaprzepaszczenie szans życiowych. – Uśmiechał się lekko.

Nie odpowiedziałam nic, bo co tu mówić przy takim wyznaniu.
Mogłam oczywiście okazać zrozumienie, bo tego przecież doświadczyłam, gdy rozmawiał ze mną po moim wypadku, ale bałam się reakcji. W końcu okłamałam. Właściwie nie ja, bo nie zdążyłam nawet, ale jednak prawdy nie powiedziałam.

– To jak Doniu? – Znów się uśmiechał, patrząc na mnie bokiem. – Zaprowadzić cię do domu?

Chciałam przytaknąć, lecz słońce tak mu oświetliło twarz, że nie mogłam oderwać od niego wzroku i jedynie patrzyłam. Opadające na czoło włosy ozłocone jasnym światłem, maleńkie źrenice i jasny kolor tęczówek i usta, jakby całowane przez promienie.
Przytaknęłam powoli głową.

– Więc chodźmy. – Wstał szybko, pociągając mnie za sobą. – Skoro urwałem się z pracy, to wykorzystajmy ten dzień i kupmy sobie po drodze lody. To, że inni umierają nie znaczy, że my nie powinniśmy żyć.

Tyle inności w tym człowieku. Nie zadaje pytań, nie opowiada głupstw, a jedynie jest sobą i chce być jak najbardziej.

– Z przyjemnością. – Zaraziłam się uśmiechem. – Jakbyśmy jeszcze znaleźli takie o smaku mango, to zapieję z radości.
– Więc poszukajmy. – Wyszczerzył się radośnie.

Jak on to robił? Przed chwilą widział śmierć i obrzydliwości ciała człowieka, teraz cieszy się lodami?
Czy ja tak potrafię?
Chcę się nauczyć!

Lodziarnia na obrzeżach parku powaliła nas wyborem smaków i kolorami lodów.
Z ogromnymi rożkami, pełnymi barwnych kulek w kilku smakach, umościliśmy się pod rozłożystym drzewem.

Wiedziałam, że będę miała brudne spodnie od siedzenia na trawie, ale stało się to dla mnie nieistotne. Kiedyś rozkładałam reklamówkę na ławce, nim usiadłam na niej pupą. Teraz zieleniłam radośnie swoje jasne spodnie i miałam to w nosie. Przyglądałam się zachłannemu wcinaniu lodów obok i przemknęło mi przez głowę, że tak samo jego usta pieściłyby moją skórę. Ten sam układ warg na moich ustach, piersiach.

Coś musiało zdradzić moje myśli, bo oderwał się od lodów i zapatrzył we mnie tak, jak ja w niego.

Siedzieliśmy, jak dwa świry pod drzewem.
Lody topniały, a my zastygliśmy w tunelu oczu.

Oto Mikakamaka:

Matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Odpowiedzi

  1. laid back
    | Odpowiedz

    “Nie obchodzi mnie cały świat i to, że jest gdzieś obok
    Kolejny dzień nie chce mi się nawet ruszyć głową
    Spomiędzy nas płynie sygnał wysyłany w kosmos”

  2. Ada
    | Odpowiedz

    też tak mam z moim ratownikiem, po powrocie z pracy non stop mógłby opowiadać o tym, co się tam działo 😉 niekiedy dla mnie to straszne historie, a dla niego codzienność. wydaje mi się, że ja osobiście nie potrafiłabym patrzeć na takie rzeczy, a co dopiero zostać ratownikiem medycznym 🙂
    dużo weny życzę i pozdrawiam 😉

  3. Agaat
    | Odpowiedz

    będzie coś dziś?

Napisz nam też coś :-)