Bada boom (I)

with 11 komentarzy

Bada boom opowiadanie o zaskakującej miłości i pagnieniu. Romans i erotyka.Zaczynam kolejne opowiadanie, gdyż trzy części są Wam potrzebne na wciągnięcie się w nową historię.
"Pomyłki" jeszcze trochę zostało, a tymczasem, borem lasem startujemy z "Bada boom".
Kto wie skąd się wziął tytuł?
ps. dla L_b, według której pomysłu to opo powstaje 😀

Czasami, gdy wali ci się świat i wszystko idzie nie tak, jak powinno, zawali się i to, co chwiejnie, lecz jeszcze jednak utrzymuje się w pionie, mimo szalejącego wokoło huraganu.

Jechała do domu, pragnąc jak najszybciej dotrzeć doń. Dotrzeć, przygotować gorącą kąpiel i przy uspakajającej muzyce zanurzyć się w pianie wypełniającej przestrzeń wanny pomiędzy taflą parującej wody, a jej brzegiem.

Nawet pogoda sprzysięgła się przeciwko. Deszcz siekł w szyby jak szalony, przez co wycieraczki ledwie nadążały ze zbieraniem wściekłych pacnięć rozpędzonej wody.
Nie płakała, bo płacz uważała za słabość. Słabość nie przynoszącą ulgi, a jedynie osłabienie i rozmazanie makijażu przy okazji.
Pieprzony dupek! Tak ją potraktować!

Może to i nie była miłość aż po grób, ale nie oznajmia się faktu wzajemnego niedopasowania w tak licznym towarzystwie i w tak ordynarny sposób. To nieludzkie!

Knajpa pełna ludzi, urodziny Elwiry tam właśnie zorganizowane i zbyt wiele alkoholu.
Donata przyjechała późno, gdyż szefowa wymogła na niej dłuższe pozostanie w firmie i dokończenie projektu przed weekendem. Gdy w końcu, grubo spóźniona wpadła do knajpy, zastała Karola w stanie podchmielonym co najmniej, z owiniętą ramionami wokół jego szyi Elwirą. Śmiała się perliście, odchylając głowę do tyłu, dzięki czemu tembr jej śmiechu nabierał gardłowego pogłosu. Oczywiście siedziała mu na kolanach, a Karol nie próbował nawet odtrącić damskiej nachalności, lecz radośnie ją przyjmował i dyskretnie badał dłońmi.

Donatę wmurowało i zamarła zszokowana w momencie, gdy zauważyła ów obrazek. Stała wpatrzona i bez jasności w głowie, gdyż wszystkie plany, jakie poczynili razem na najbliższe miesiące, wzięły właśnie w łeb.

Można wiele wybaczyć, lecz tak jawnej zniewagi przy wszystkich jej znajomych nie potrafiła przełknąć.
Kolejną sprawą były, jak to nazywały bardziej postępowe w podejściu do relacji damsko – męskich koleżanki, staroświeckie zasady.
Związek musiał się opierać na partnerstwie, zaufaniu i bezwzględnej wierności słowem i uczynkiem.
Zdrada była dla Donaty początkiem końca i taki właśnie początek miała przed oczami.

Karol to wiedział i w momencie, gdy dostrzegł Donatę, przez jego twarz przetoczyła się cała gwardia sprzeczności.
Skrzywienie było świadectwem zdania sobie sprawy z własnej niewierności.
Zciągnięcie ust, obroną własnego JA wewnętrznego, przed poczuciem winy.
Jakiś żal błysnął w podpitych oczach, a w końcu wyraz twarzy oznaczał wstrętny triumf.
Oto wyszła prawda na jaw i poczuł zdaje się dzięki temu ulgę, gdyż i to Donata zobaczyła w rozluźniających się mięśniach twarzy.

- Pracoholiczka do nas dotarła! - Zawołał, przekrzykując gwar, ostentacyjnie kładąc zaborczo dłoń na kolanie Elwiry, ku jej uciesze oczywiście. - Co, szefowa pozwoliła ci się zabawić, czy może zadzwonisz do niej z pytaniem o zgodę na wypicie piwa?

Był pijany i mrużył oczy, jakby alkohol spowodował problem z wyostrzeniem widzenia.

- Donia idzie pewnie jutro do pracy i będzie musiała poświęcić sobotę na nadgonienie obowiązków. - Drwił z niej. - Czego nie skończy do północy w sobotę, zrobi w niedzielę zamiast obiadu! Donia nie potrzebuje do życia niczego, poza pracą, bo i facet jest jej zbędny. Może tylko do przetkania... kanalizacji. - To zabrzmiało ohydnie i dwuznacznie.

Zaśmiał się szyderczo, a Elwira zawtórowała mu ulegle. Reszta znajomych obserwowała zajście uważnie i wyciągała wnioski, czekając na reakcję Donaty.
Pewnie chcieli, by pękła i zrobiła publiczną awanturę, lub chociaż wybiegła z knajpy z płaczem.
A chuja! Niedoczekanie wszystkich z Karolem na czele!

- Baw się dobrze – powiedziała cicho, lecz na tyle głośno, by ją usłyszał. - I wykasuj mój numer z telefonu. Ciuchy wyślę ci kurierem.

I odwróciła się z całym spokojem, na jakiego symulowanie było ją stać.
Nie da mu tej satysfakcji. Nie zobaczy jej łez.
Ma ją za zimną sukę i niech tak pozostanie.

W drodze do auta zastanawiała się, czy jest zimna. Myślała o tym również ruszając z parkingu.
Omal nie przyhaczyła przy okazji innego samochodu.

- Opanuj się! - warknęła do siebie. - Zimna suka przejdzie, ale głupia już nie!

Jechała powoli, wytężając zmęczony wieloma godzinami pracy wzrok, by dostrzec cokolwiek przez zalane deszczem szyby. Planowała w międzyczasie działania, które podejmie po przekroczeniu progu mieszkania.

Mieszkanie było wyłącznie jej i całe szczęście. Kupiła je za swoje pieniądze. Swoje i rodziców, jednakowoż było jej własnością, a Karol wprowadził się po jednym ciuchu do jej szafy.

- Co za skurwiel! - syknęła zawzięcie. - Nawet nie próbuj mnie przepraszać wredny kutasie! - Krzyknęła w ciemną przestrzeń za szybą i zaśmiała się histerycznie.

Miała ochotę płakać, lecz nie uległa pokusie.
Walić to!
Walić Karola i Elwirę!
Niech się walą po wsze czasy!
Skurwiel...

Nie zauważyła, że złość rozpiera jej ciało i mięśnie, a te docisnęły pedał gazu, przesuwając wskaźnik prędkości powyżej setki.
Myślała o pakowaniu ubrań i kosmetyków o torby sportowej.
Wymieniała już zamki w drzwiach i dzwoniła w tym celu do ślusarza.
Paliła w zlewie kuchennym ich wspólne zdjęcia i wrzucała do kosza pamiątki z nielicznych, wspólnych podróży.
Prała pościel i nie ze śladów seksu, bo tych akurat nie było. Ta sfera życia nie rozwinęła się w związku nigdy, ale pewnie dla tego, że ich temperamenty były zimne i mało wymagające.
Pakowała w końcu prezenty od Karola i trzaskała jego ulubione szklanki do piwa i kubki do kawy.
Wymaże go ze swojego życia i nie zapłacze z tego powodu.
Nie ona. Nie za nim...

Zamyślone i przemęczone oczy nie dostrzegły wycofującego się z parkingu przy drodze auta. W ostatnim momencie Donata odruchowo szarpnęła kierownicą w lewo, kierując ruch swojego pojazdu na kolizyjną trajektorię z innym, nadjeżdżającym z naprzeciwka autem.
Nie było czasu na reakcję. Sekundy i huk zcierającej się ze sobą stali, zgrzyt metalu i głuchy wybuch poduszek powietrznych.
Świat zamarł i ucichł. Głuchy pisk dźwięczący w małżowinach usznych zagłuszył wszystko.
Czas przestał istnieć, a ciało wstrzymało odczuwanie.
Nie wiedziała co się dzieje. Próbowała wydostać dłonie spod więdnącej poduszki powietrznej, lecz nie ruszyła nimi. Ruch wykonała wyłącznie w umyśle, lecz ciało nie słuchało umysłu.
Mózg wystraszył się tak bardzo, że stracił kontakt z powłoką.
Odpłynęła w nicość i było to najlepszym, co mógł jej zafundować umysł tym bardziej, że ciało nie pozostało nietkniętym w tym czołowym zderzeniu.
Straciła przytomność, a jej głowa bezwładnie opadła na zagłówek, a z niego na prawe ramię.

***

- Czy pani mnie słyszy?! - Coś bardzo normalnego wyrwało ją z błogości nieodczuwania. - Proszę odpowiedzieć, jeśli pani może.

To było zdaje się skierowane do niej. Tak, głos znajdował się blisko jej lewego ucha.
A może to był głos w głowie?
Zaraz, co się stało?

Powoli, z wysiłkiem uchyliła jedno oko. Drugie jej nie słuchało. W kadrze wzroku majaczyło światło przebijające rozmazanymi smugami przez zalewaną ulewnym deszczem szybę.

- Halo, proszę pani! - Tym razem światło oślepiło ją, jakby ktoś świecił latarką po sprawnym oku. - Proszę się odezwać!
- Halo – jęknęła zdziwiona, że aparat mowy działa. - Co się stało?
- Brała pani udział w wypadku drogowym – odpowiedziało światło. - Proszę odpowiadać na moje pytania. Dobrze?
- Tak – przytaknęła niepotrzebnie głową, przez co promieniujący ból w czaszce zmusił ją do syknięcia przez zęby.
- Proszę oddychać – nakazał głos, oślepiając ją światłem, które zaczęło wędrówkę po aucie, by wrócić po chwili na jej twarz.
- Proszę zgasić tą latarnię – jęknęła. - Głowa od tego boli!
- Dobrze.

W chwilę później latarka zgasła, a oko zaczęło się przystosowywać do ciemności. Wyłaniała się z niej postać, męska postać. Pochylała się nad nią i ogrzewała twarz ciepłym oddechem.

- Co się stało? - Znów powtórzyła pytanie. - Dlaczego nie mogę się ruszyć?
- Za chwilę sprawdzimy – odparł spokojnie. - Czy coś panią boli?
- Oko. - To pierwsze, co przyszło jej w odpowiedzi. - Trochę nogi.
- Czy może pani poruszyć palcami stóp?
- Mogę, ale nogami już nie. - Czuła ogarniającą ją panikę. - Coś mi uciska kolana.
- To kierownica. - Uspokoił ją. - Proszę spróbować uwolnić dłonie, wyciągnąć którąś rękę spod poduszki powietrznej.

Z ogromnym wysiłkiem udało jej się wyciągnąć lewy łokieć, a za nim pociągnąć dłoń. Mimo słabego oświetlenia stwierdziła, że wszystkie palce są na miejscu. Z drugą ręką poszło gorzej, lecz i ją udało się oswobodzić.

- Dobrze. - Pochwalił. - Czy boli panią brzuch, głowa, czuje pani nudności?
- Nie – odpowiedziała z ulgą. - Tylko to cholerne oko. Czy je straciłam?
- Nie. - Znów uspokajający głos. - Rozcięcie powieki i opuchlizna od uderzenia. Gałka oczna powinna być w dobrym stanie.

Deszcz przybierał na sile i w tej chwili woda lała się z ciemnego nieba strugami. Mężczyzna, zapewne ratownik, musiał być już przemoczony do suchej nitki.

- Czy my czekamy na karetkę pogotowia? - Cienkim i wystraszonym głosem spytała Donata.
- Czekamy na straż, ale to potrwa. - Odparł poważnie ratownik. - Potrzebny będzie sprzęt do rozcięcia blachy samochodu, ale najbliższa jednostka straży usuwa skutki zalania podmiejskiej drogi i wyciąga ludzi z kilku aut, które się tam zderzyły. Ofiary śmiertelne i ciężko ranni... - Urwał. - Dotrzymam pani towarzystwa, a pani będzie mi mówiła, jeśli poczuje się cokolwiek gorzej.

Nie czuła się tym faktem zmartwiona. Nawet przyjemnie jej się zrobiło i ciepło na duchu.
Ktoś zupełnie bezinteresownie moknie dla niej, choć mógłby skryć się gdzieś przed ulewą.
Ten ktoś ma przy okazji bardzo ciepły głos.

- Dobrze, ale przejdźmy w takim razie na ty. - Odpowiedziało jej milczenie. - Skoro mam tkwić w ciemności z facetem, to wolałabym być z nim po imieniu!
- Dorze. - Zachichotał. - Panikę, histerię i lamenty widziałem już w takich momentach, ale jeszcze nikt nie dbał przy tej okazji o etykietę i miłą atmosferę. Bogusław jestem.
- Aldona.

Donia nie miała pojęcia, dlaczego przedstawiła się imieniem z dowodu osobistego.
Od lat, nikt nie używał jej prawdziwego imienia, a jedynie ksywkę. Swojego nie cierpiała z całego serca i starała się zapomnieć o piętnie, którym naznaczyli ją rodzice w dniu chrztu.
Teraz go użyła.
Dlaczego?

- Aldona? - Zawiesił głos. - Ładnie...

Oto Mikakamaka:

Czyli Monika - matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Basia S
    | Odpowiedz

    Skąd Ty bierzesz te imiona? Okropność. 😀

  2. laid back
    | Odpowiedz

    5 element wariatko 😉

  3. Aprecjator
    | Odpowiedz

    I znowu zamiast pracować będę non stop sprawdzać czy nie pojawiło się coś nowego. Czy nie mogłabyś pisać choć trochę mniej wciągająco?

    • mika kamaka
      | Odpowiedz

      Ale przecież tutaj się znów nic nie dzieje!
      I kto pracuje w sobotę?! (poza mną oczywiście 😀 )
      Dzięki 😉

      • Aprecjator
        |

        Prywatna inicjatywa pracuje. Trzeba zarobić na żonę i dzieci.

      • laid back
        |

        Tak trzymaj!

      • laid back
        |

        Nie wymiękaj,życie…

      • Sandra
        |

        Mika ja niestety pracuję sobotę i niedzielę ;(

  4. Asia
    | Odpowiedz

    Badaboom tylko z Piątym elementem mi sie kojarzy. Czekam na jeszcze. 🙂

  5. bronek
    | Odpowiedz

    Tak z innej beczki. Wróciłem na pokątnych do przejścia przez pasy… Mika Mika Mika….. Ile tam ortów! Jak nie u CIebie 🙂

Napisz nam też coś :-)