Baraka 39:35 (I)

with 2 komentarze
Baraka opowiadanie erotyczne o miłości i podróży pomiędzy światami. Erotyka i tajemnica.Witam po opowiadaniowej przerwie :-).
Trochę Wam teraz pomarudzę częściami tekstu. 
Będzie z leksza podobne do " Częstotliwości Theta" i tak miało być.
Ciąg dalszy już się pisze...
Stał na chodniku ubrany jedynie w spodnie, zaciskając palce na trzonku.
Poruszał delikatnie nadgarstkiem, a wtedy dzwonek dźwięczał. Delikatne, nieregularne dźwięki przebijały się przez zgiełk. Mijający go ludzie albo go nie dostrzegali zatopieni w swoich myślach, albo ze zdziwieniem w oczach przyglądali się jak wariatowi i mijali. Szedł powoli, przesuwając stopy po płytach chodnika nie więcej niż o kilka centymetrów na przód. Dla jednych wyglądał jak wariat, dla innych jak nawiedzony, bądź głęboko modlący się człowiek.
W rzeczywistości on widział więcej.
Szedł przed siebie z przymkniętymi oczami, prowadzony srebrną nitką ciszy. Wokół było wiele dźwięków, ale on ich nie słyszał. Szedł wiedziony uczuciem celowości.
Ludzie omijali go bezwiednie wyczuwając nadmiar energii jego ducha.
Śpieszyli się do pracy, sklepu, do domu, gdzieś tam…
On się nie śpieszył.
Był tu i teraz, nic nie musiał…
Obudziłem się spocony i skrępowany bólem karku i dudnieniem w skroniach. Nie rozumiem!
Nie piję, nie palę, biegam,  pływam, chodzę wcześnie spać! Skąd ta dysfunkcja?!
Trzeba iść do pracy.
Mojej pracy.
Moje biurko, telefon, kuwety pełne spraw do załatwienia…
Tyle potrzebnych obowiązków.
Tabletka przeciwbólowa, prysznic przeciwbólowy i czas zacząć dzień.
Śniadanie to dwa jajka z pomidorem i bułka z masłem. Do tego czarna kawa i kurtka zapięta pod szyję. Zimno dzisiaj.
Odpalam silnik i włączam się w ruch drogowy. Pulsuję wraz z innymi użytkownikami dróg. Do przodu i stop, znów kilka metrów na przód i stop. Jak w żyle płynąca krew, popychana skurczami serca.
Parking firmowy, wolne miejsce, silnik gaśnie, ja wysiadam.
Koniec mojego domu, początek mojej pracy. Trzeba się wyprostować i iść do firmy.
Do dupków, którzy będą tobą wycierać pysk, do laluń, które szukają różowego jutra i do szarego jutra, na które zarabiasz dzisiaj.
Odetchnąłem mroźnym, grudniowym powietrzem i ruszyłem do wejścia.
Ten sen… Ja półnagi z dzwonkiem w dłoni i z dziwnym spokojem w głowie i w sercu…
Nie znam takiego spokoju.
Siedziba firmy. Cześć, cześć. Dzień dobry, dzień dobry i biurko okolone ściankami.
Minimum prywatności, maksimum minimalizacji powierzchni.
Chłopak na rolkach dowozi nowe sprawy do rozwiązania przez telefon, przy użyciu komputera i ksero, czasami mózgu.
Tak działam całe osiem godzin. Jestem, jak w transie. Nie czuję siebie, nie czuję nic. Coś mi tu nie gra!
O szesnastej wychodzę z budynku i zimna mgła przykleja mi się do twarzy. Czuć zimę… I co z tego?
Jadę do marketu, by nabić lodówkę. Weekend i wolny czas. Mam książki, filmy i piwo. I co z tego…
Patrzę, jak mechanicznie przesuwają się na taśmie produkty, które wrzuciłem do wózka. Tryk i do przodu, tryk i jeszcze kilkanaście centymetrów i zatrzymanie. Dobrze, że krew w żyłach nie płynie tak głupkowato. Parsknąłem. Kobieta pykająca elektroniczną fajkę w kolejce, stojąca przede mną osłupiałym wzrokiem zbadała mnie. Do moich nozdrzy dotarł zapach wiśni. Wolę to, niż smród analogowych fajek.
Ładuję produkty do firmowo oznaczonych jednorazówek i wrzucam je do koszyka. Płacę, jadę wózkiem do auta, przerzucam reklamówki i cumuję pod moim blokiem.
Co za kurewna pustka atakuje mój mózg?! Pierdolona próżnia wdziera mi się w umysł.
Nie chcę, ale czuję  szarość i płaskość rzeczywistości.
Powinno mi być dobrze! Weekend , free time i fun!
A tymczasem monotonna powtarzalność codzienności.
Czyżby to macki osławionej depresji?
Nie czas na rozmyślania!
Tv power on, browar i pizza z mikroweli.
Bach na kanapę i czekam na błogi stan.
Z apatii wyrywa mnie dzwonek telefonu, głupkowata melodia „Don wory, be happy”.
Ta, już lecę…
- Cześć. – W słuchawce radosny głos Adama. – Robisz coś?
Co za durne pytanie?! Da się robić nic?
- A co? – Udało mi się wykrzesać wesołość . – Jakiś plan?
- Tak. – Znów nadmiar zapału. – U ciebie na chacie impreza dziś. Ok? Tak? No to ok. – I rozłączył się.
Znów ten sam numer.  Jako singiel muszę mieć ochotę na imprezę i być gotowy na zabawę.
Co za różnica, czy masz kobietę i jesteś do jej dyspozycji, czy kumpli i służysz swoim towarzystwem?
Może taka, że kumpli nie bzykniesz…
Zwlokłem się z kanapy i założyłem spodnie. W batkach ich nie przyjmę. Chociaż…
Po pół godzinie z hałasem wtoczyli się przez drzwi.
- Cześć Marcin! – Tomek już się chwieje i lekko bełkocze, czyli zaliczyli ubaw już wcześniej i chcą się dorżnąć.. – Przyszliśmy Cię rozerwać. Tak o, puuu! – Robi głupkowatą minę, a dłońmi inscenizuje wybuch.
- Wchodźcie dalej, bo się za chwilę jakiś beret straży miejskiej poskarży. – Zaganiam ich do mieszkania wiedząc, że nie będą cicho, ale na szczęście sąsiadów mam tolerancyjnych.
Syczą kolejne zawleczki puszek piwa, w tle ryczy mecz, a przekrzykują go trzy gromkie, męskie głosy. Nie chce mi się dzisiaj brać w tym udziału. Siedzę, patrząc na nich i nie słuchając. Gestykulują żywo wymachując dłońmi. Krzyczą na ekran, jakby ten miał zareagować. Drobiny śliny wyrzucanej ich emocjami lądują na pizzy, zimnej i odstraszającej już swoim wyglądem.
Zaczynam odpływać. Hałas mi nie przeszkadza.
Stoję na chodniku ubrany jedynie w spodnie, zaciskając palce na trzonku  dzwonka.
Poruszam nim, a ten wydaje delikatne dźwięki, wibrujące w uszach, powoli cichnącym dźwiękiem. Ludzie mijają mnie. Mają zdziwione miny, lub nie dostrzegają mnie, jakbym był słupem.
Idę powoli, przesuwając stopy po płytach chodnika i czując skórą stóp ich fakturę. Są chłodne i wibrujące, przyjemne. Ludzie przemieszczają się chaotycznie.
Idą niby w linii prostej, ale nie obserwują otoczenia. Odczytują jedynie topografię terenu i przeszkody pojawiające się na drodze. Obcasy stukają i zgrzytają.  Jakbym patrzył na mrówki. Ludzie mają swoje zadania do wykonania, swoje cele, zadaniowo zaprogramowani. Ściskają pod pachami torby ze swoją teraźniejszością, wyrzucają w telefony komórkowe potok słów prawie biegnąc, uśmiechają się w przestrzeń do osób po drugiej stronie słuchawki, wiedząc, że te nie zobaczą tego i wciąż pędzą.
W porównaniu z nimi, ja się praktycznie nie przemieszczam. Nie muszę biec, by znaleźć się tam daleko. Tam, gdzie chcę być.
Skąd to wiem? Nie wiem.
Widzę błyszczącą nić prowadzącą mnie na przód. Idę za nią, a gdy docieram do jej końca napotykam żarzący się w powietrzu punkt, naelektryzowanym energią. Wyciągam dłoń i dotykam tego zjawiska. Palce nikną w niewiadomym i po chwili otula mnie wilgoć, a nozdrza atakują zapachy.
Jestem tu, gdzie powinienem się znaleźć. Jest jasno, gorąco, wilgotno i zielono. Przemieszczam się pomiędzy zielonością, odgarniając liście i idąc do… gdzieś, gdzie powinienem się znaleźć.
Odgarniam mięsiste, wściekle zielone rośliny i widzę zjawisko.
Młoda kobieta, ciemna skóra, klęczy naga w strumieniu. Jedyne jej odzienie, to biżuteria na szyi i w uszach. Nie rusza się, patrzy w wodę.
Jest zanurzona do pasa,  patrzy w dół, między swoje nogi i coś nuci. Spoglądam w miejsce, w którym utkwiła wzrok. Woda opływa ją, zabierając z sobą… krew. Czyżby był ranna? Nie możliwe!
Nie była by tak spokojna. Wyprostowana sylwetka i kołysanie pleców w przód i w tył w rytm śpiewu.
W tym momencie coś, jakaś gałązka pod moją stopą pęka z cichym trzaskiem. W otaczającej mnie ciszy natury, brzmi to jak wystrzał armatni. Ona podnosi głowę, bezbłędnie lokalizując moje położenie. Zamiera w bezruchu, by po chwili poderwać się i rzucić do ucieczki. Widzę jej zgrabne pośladki i uda, po których spływa woda zabarwiona czerwienią. Nie jestem w stanie się ruszyć. Czystość tego obrazu, spotęgowana zapachami i dźwiękami mnie sparaliżowała, więc stoję jak posąg. Chciałbym za nią biec, ale stoję i patrzę na zarośla, w których zniknęła.
Oddech, kaszel i bolesne podniesienie powiek.
Przede mną kołysze się, kształtny kobiecy tyłek.
Jędrne pośladki, a pomiędzy nimi pasek materiału ledwie okrywający tajemniczą sferę erotyczną. Momentalny odruch odrzutu, brak tajemniczości. Po prostu cipa prawie na wierzchu.
Moje oczy obejmują resztę obrazka. Długie nogi, a na stopach wysokie szpilki, które zajęły miejsce pizzy. Ta leży rozkwaszona na podłodze. Lala pląsa na blacie niskiego stolika w rytm muzyki.
O co chodzi?!
Patrzę na kolegów. Tomek jest napalony jak jasny gwint.
- Dalej mała! – Siedzi rozparty na kanapie obok mnie, z namiotem w spodniach. – Czy była by pani tak miła i mi lodzika zrobiła?
Oj, nie dobrze. Skoro zaczyna rymować, znaczy że ma bombę i aż dziw bierze, że mu stanął.
Znam ciąg dalszy i nie mam zamiaru brać w tym udziału. Muszę się stąd ewakuować.
Wychodząc z mieszkania stwierdzam, że nikt nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. Świadczy to o tym, jak koledzy traktują moje lokum. Gdy zamykam drzwi, laska sadowi  się właśnie między nogami Tomka, a ten trzyma już w gotowości swój sprzęt. Czerwone usta przyjmują go głęboko ze znawstwem profesjonalistki. Tomek odpływa z przymkniętymi oczami, a kompani rozpakowują się ze spodni.
Muszę zmienić kumpli.
W bramie kamienicy minąłem przeperfumowanego gościa. Wyglądał mało przyjaźnie, agresywne oczy i postawa pod tytułem „Zara ci ciulna”. Pewnie alfons pilnuje swojej trzódki.
Dziwny ten świat…
I co teraz? Jest zimno i późno. Wchodzi w grę knajpa, albo kino. Na film nie mam ochoty, a jeszcze bardziej na rozmowy z obcymi.
Usiadłem na ławce przystanku. Chwila na zastanowienie. Przynajmniej tutaj człowiek wygląda naturalnie. Chociaż, co naturalnego jest w czekaniu na masowy transport? Naturalny jest bieg, albo chodzenie. Rozglądam się wokoło. Rozświetlona Warszawa, wysoka zabudowa, świąteczne miganie dekoracji w witrynach pozamykanych sklepów i inne narzędzia wprawiające nas w radosny szał przedświątecznej rozrzutności. Na szczęście jestem na to odporny.
Para wylatuje z moich ust tworząc obłoczki. Może tutaj spędzę najbliższą godzinę. Powinno chłopakom starczyć czasu na szybki wytrysk w gardło, lub na cycki. Nie wyglądali na chętnych do bardziej męczących zmagań z jej ciałem. Nie wyglądało, by chciało im się ruszać tyłkami, ale raczej pasywnie zaliczyć jej przełyk. Taka specjalistka powinna załatwić ich w kilkanaście minut.
Kurwa mać! Płacić za coś takiego…
Ale w końcu zupki chińskie też mają licznych nabywców.
Siedziałem, patrząc na ciepło uciekające z moich ust z każdym oddechem. Zamarznięcie mi nie grozi, bo temperatura jest na plusie. Najchętniej odpłynął bym w sen z czarnoskórą, nieznajomą pięknością, ale nie uśmiechało mi się spanie na przystanku.
Obłoczek pary pojaśniał. Przez chwilę myślałem, że ktoś wycelował we mnie światełko diody, ale ono nie poruszało się. Wstrzymałem oddech, by je zlokalizować.
Jak we śnie, migotała przede mną srebrna nitka światła, niknąca… nigdzie.
Wyciągnąłem dłoń, by jej dotknąć i poczułem delikatne mrowienie w opuszkach palców, a po chwili ciepło i zapachy. Zmrużyłem oczy, zaatakowany jasnymi promieniami słońca. Gorąc powietrza spowodował, że momentalnie się spociłem ozuty w kurtkę zimową i czapkę. Zacząłem się gotować w ubraniu.
Dziwne, ale nie wystraszyło mnie to przemieszczenie się. Tak miało być, a ja to wiedziałem, czy raczej czułem.
Czy ona gdzieś tutaj jest?
Zdjąłem większość odzienia, zostając jedynie w spodniach, koszulce i w butach. Poczułem ulgę, rzucając części odzieży między paprocie.
Byłem już tutaj wcześniej. Widziałem to! To mi się śniło… dzisiaj na kanapie. Za chwilę odgarnę liście i ujrzę ją. Nagą i piękną kobietę klęczącą w rzece. Wiedziałem, że tak właśnie będzie i bałem się, że może się okazać inaczej.
Sięgnąłem dłonią ku rozcapierzonej zieleni i powoli ją przesunąłem.
Patrzyłem na kobietę w transie. Spoglądała w dół na wodę i kołysała się rytmicznie, nucąc coś po cichu. Nie poruszyłem się, by jak we śnie nie spłoszyć jej. Patrzyłem tylko na różową wodę odpływającą z prądem rzeki. Teraz pojąłem co widzę.
Menstruacja.
Byłem najwyraźniej w miejscu, gdzie nie było tamponów i podpasek ekstra coś tam chłonnych, w które w reklamach wlewają niebieską ciecz z probówek. Co za bezsens swoją drogą w tych reklamach. Chodzi pewnie o to, by nie obrzydzać ludziom posiłku, gdyby trafili akurat na taką reklamę w trakcie jedzenia.
Stałem i patrzyłem na czarnoskóre piękno, wsłuchując się w rytm pieśni. Działała na mnie hipnotyzująco i kojąco. Bezwiednie zacząłem kołysać się wraz z nią, w jej rytmie.
Pragnąłem podejść do niej, ale wiedziałem, że ją tym wystraszę. Powoli uklęknąłem i zacząłem nucić  pieśń cicho, kołysząc się jak ona. Przestała śpiewać, ja nie. Nie uciekała, ja mruczałem. Zamknąłem oczy i czekałem cierpliwie. Przez głowę przelatywały mi różne dziwne myśli. Podejdzie do mnie z ostrym narzędziem i mnie ukatrupi. To były głupkowate myśli motyle.
Czułem, że podchodzi do mnie. Żadna gałązka pod jej stopą nie pękła, nie wydawała niepotrzebnych odgłosów. Ledwie wyczułem ruch powietrza przede mną. Nie przerwałem nucenia jej pieśni. Cokolwiek chciała zrobić, nie miałem zamiaru jej tego zakłócać. Nawet spojrzeniem.
Była blisko i zamarła w bezruchu, ja zamilkłem. Siedziałem na piętach, ze spuszczoną głową.
Co zrobi?
- Unkulunkulu? - Usłyszałem ciąg dźwięków.
- Marcin. – Podniosłem twarz w kierunku, z którego dobiegał głos. – Marcin – powtórzyłem.
- Marcin? – Poczułem delikatny dotyk palców na policzku.
Odważyłem się unieść powoli powieki.Pochylała się nade mną. Jej czarne oczy kamuflowały uczucia, bo jak tu odczytać cokolwiek, gdy nie widzisz różnicy między źrenicą, a tęczówką?
Zawisła tak z rozchylonymi wargami. Nagie piersi prowokowały zmysły, gdy wsparta dłońmi na kolanach oglądała mnie, zaglądała w oczy szukając w nich zła.
- Ukuhamba. – Wyprostowała się i odwróciła w kierunku zarośli. – Ukuhamba. – Przywołała mnie gestem dłoni. - Ukulu ikhehla. – Znów się do mnie odwróciła. – Ukubiza.
Nie rozumiałem słów, ale poszedłem za nią.
Przemykała między zaroślami  zwinnie i prawie bezszelestnie. W porównaniu z nią, moje ruchy były niezgrabne, hałasowałem jak mały buldożer. A niby taki wysportowany jestem…
Kolorowa, krótka zapaska kołysała się na jej biodrach w rytm kroków. Koraliki na szyi cicho pobrzękiwały tylko, gdy przeskakiwała przeszkody po drodze. Dłońmi odgarniała gałązki, a te chłostały mnie po twarzy ze złośliwą obroną przed intruzem tego dziewiczego miejsca.
Nie raz biegałem po lasach, lubiłem to, ale tutaj było, jak w grze zręcznościowej. Nie dla niej.
Dotarliśmy do obrzeży czegoś, co wyglądało na wioskę. Zabudowania, jeśli tak można nazwać szałasy zadaszone stożkowymi, słomianymi dachami, były chaotycznie rozrzucone. Pomiędzy nimi płasko pokryte, prawie ażurowe budowle i jeszcze inne, niewielkie i zbudowane na palach nad ziemią. Gdzieniegdzie płot pomiędzy szałasami i coś, co przypominało mi zagrody z witek i patyków. Wszędzie biegały nagie dzieciaki i kozy. Z „ażurowych” budowli unosił się dym.  Pod nielicznymi, rozłożystymi drzewami leżeli mężczyźni odpoczywając.  Kobiety przemieszczały się niosąc misy z zielonymi roślinami, bądź czymś, co wyglądało jak mąka.
Mój widok nie dziwił nikogo, co najwyżej kiwano głową w niemym pozdrowieniu. Nikt się nie poderwał, nikt nie krzyczał i nie rzucał się w moim kierunku z ostrymi narzędziami. Szedłem za kołyszącymi się biodrami mojej przewodniczki i rozglądałem na boki.
To musi być sen!
Przecież nie mogę tu być, pomyślałem i poczułem szczypanie zimna na nagich ramionach.
Oto Mikakamaka:

Matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Odpowiedzi

  1. Karel Godla
    | Odpowiedz

    Masz dobre pomysły. Te malutkie i te większe. Nauczyłem się czegoś od Ciebie, za co dziękuję.
    Trzymaj się, moja ulubiona Autoreczko 🙂
    Może dam radę wskoczyć dziś w drugą część. Chciałoby się.

  2. Mariet Węgorowska
    | Odpowiedz

    Ha! Będzie co czytać! 😉

Napisz nam też coś :-)