Baraka 39:35 (II)

with 2 komentarze

Baraka opowiadanie erotyczne o miłości i podróży pomiędzy światami. Erotyka i tajemnica.Co się dzieje?! Siedzę na przystanku w dżinsach, butach i koszulce. Jest mi zimno jak cholera, a wokoło ciemno i tylko migoczące lampki w witrynach sklepowych, plus latarnie. Nie mam kurtki, więc nie mam też telefonu i nie wiem, która jest godzina. Zerwałem się z ławki i pobiegłem do mieszkania. Biegnąc, zdałem sobie sprawę, że klucze do mieszkania też straciłem. Cholera! Czy ktoś mnie okradł, czy ten sen był jednak jawą. Tylko jakim sposobem?!

Wbiegłem zdyszany po schodach i naparłem na swoje drzwi. Były na szczęście otwarte. W mieszkaniu było pusto, zegar na piekarniku wskazywał trzecią nad ranem. Pizza leżała obok stołu, a skórzana kanapa nosiła ślady sekscesów. Kurwa! Co za oblechy!

Wparowałem do łazienki. Chryste! Czy ja jestem chory psychicznie?! W pośpiechu zrzucałem z siebie ubranie, chcąc poczuć normalność prysznica, mydła i szlafroka. Szorowałem się gąbką, jak szalony. Pachnący i rozczochrany, z ręcznikiem owiniętym na biodrach, stanąłem przed lustrem, starając się stłumić przerażenie. Czy ja wariuję? Wzrok przykuł zielony szczegół na ubraniach rzuconych przeze mnie wcześniej do umywalki. Ten drobny detal zatrzymał mnie na wdechu. Na skotłowanych dżinsach i t-shircie  leżał niewinnie świeży, zielony listek.

Jest grudzień, z tego co pamiętam nie byłem w kwiaciarni, ani w ogrodzie botanicznym. Para na lustrze zaczęła ustępować miejsca mojemu odbiciu i czerwonym pręgom na twarzy. Leśne witki, które chłostały mnie po twarzy, gdy biegłem za nią… Usiadłem na podłodze, dłonie zaciskając na głowie. Czułem się, jakby miało mi rozsadzić mózg. Nic kompletnie nie rozumiałem! Więc to wszystko nie było snem?! Jeśli tak, to ja chcę z powrotem! Chcę tam być, z nią, w tej chaotycznej wiosce z kozami, biegającymi dzieciakami i leniwie przemieszczającymi się lub odpoczywającymi mieszkańcami. Tam było tak inaczej, spokojnie, a zarazem żywo, tak, że miejsce w którym w tej chwili byłem, odczuwałem jak więzienie dla zmysłów. Zacisnąłem powieki, a gdy znów spojrzałem przed siebie w powietrzu iskrzyła się srebrna nitka. Bez wahania pochyliłem się ku niej i znów byłem wśród jaskrawej zieleni, słońca i gorąca dnia.

Ta sama scena? Stałem obok własnej kurtki, wcześniej tutaj porzuconej. Nie! Chwilę temu jej tutaj nie było! Czy to będzie jak u Lema? Spotkam za chwilę sam siebie, będę rozmawiał z tym drugim ja? Czekałem w napięciu, ale byłem sam. Poszedłem w kierunku rzeki i znów usiadłem na piętach na ziemi i nuciłem wraz z dziewczyną, a ta do mnie podeszła.

– Ukuhamba.

Zapamiętałem to słowo, by je później wyguglować. Dziewczyna zmarszczyła nos, pochylając się nade mną. Po chwili nakazała mi iść za sobą gestem dłoni. Poszliśmy do wioski. Znów spokojne twarze mieszkańców i zero zdziwienia na widok półnagiego, białego mężczyzny z ręcznikiem na biodrach. W sumie, teraz wyglądałem normalniej, niż wcześniej w spodniach i butach. Poprowadziła mnie do jednego z szałasów i weszła do niego tyłem, pochylając się nisko i zapraszając mnie gestem. W środku było mrocznie i duszno. Pod jedną ze ścian siedział po turecku starszy człowiek. Podeszła do niego i zaczęła mówić, zapewne coś o mnie wskazując dłonią w moim kierunku. Przyjrzałem się mężczyźnie. Wyglądał jak inni mieszkańcy wioski, ale inaczej. Uklęknąłem na klepisku naprzeciw niego i wtedy zrozumiałem różnicę. Oboje patrzyli na mnie, a ja wpatrywałem się w oczy starszego człowieka, były niebieskie.

– Jesteś stamtąd? – zapytał w moim języku – Z miasta?

– Tak… – wykrztusiłem zdumiony – Czy to sen? – Musiałem zadać to pytanie.

– Nie – Mężczyzna uśmiechnął się. – Też tak za pierwszym razem pomyślałem.

– Za pierwszym razem?!

– Nie znalazłeś się tutaj przypadkowo – kontynuował – W naszej rodzinie dzieje się tak od pokoleń.

– W naszej rodzinie? – wyszeptałem.

Dał mi czas na zrozumienie tego, co powiedział. Nie rozumiałem, patrzyłem tępo.

– Jestem Zuri – powiedziała cicho dziewczyna kucająca obok – Ty jesteś Cashile.

– Ty mówisz w moim języku?! – Szczęka mi opadła – Wszyscy mówią?!

– Nie – Starszy mężczyzna zaśmiał się serdecznie – Inni znają pojedyncze słowa, dla nikogo to nie jest przydatne, a skoro coś tutaj jest zbędnie, to się tego nie robi.

– Czy wytłumaczysz mi dla czego się tutaj znalazłem?

Starzec uśmiechnął się tylko i opuścił głowę, oglądając wnętrze swoich dłoni.

– Zapytaj swoją matkę – Oczy mu spoważniały i zaszły łzami – I pozdrów ją ode mnie proszę.

Na myśl o mamie poczułem szarpnięcie i z powrotem znalazłem się w swojej łazience. Oszołomiony, siedziałem na posadzce, trawiąc to, co zaszło przed chwilą. Zadzwonić do mamy! Zerwałem się, by jak najszybciej dopaść telefonu. Przecież był w kurtce, która została tam! Kurczę! Jak go odzyskać?! W momencie, gdy o tym pomyślałem, srebrna nitka światła zajaśniała tuż przede mną. Wystarczyło, że jej dotknąłem palcami i znów byłem otoczony buchającymi zielonością liśćmi. Obok mnie leżała moja kurtka, w jej kieszeni znalazłem telefon i klucze do mieszkania. Brak zasięgu mnie nie zdziwił. Ciekawość zaprowadziła mnie nad strumień, ale nie zastałem tam Zuri, czyli coś się zmieniło. Od czego to zależy? Zadzwonić do mamy, ale to muszę od siebie, znaczy z miasta… Wystarczyło, że o tym pomyślałem, a już stałem w pokoju. Zabawne, obudowa aparatu była cieplejsza, niż temperatura w pokoju. Skaczę pomiędzy dwoma miejscami, jak bohater książki, którą niedawno czytałem.

Jaki to był tytuł…?

– Cześć Marcin – W słuchawce zabrzmiał zaspany głos mamy – Nie możesz spać?

Dopiero teraz spojrzałem na wyświetlacz, była siódma trzydzieści rano. Zazwyczaj w sobotę nie zwlekałem się z łóżka przed jedenastą. Lubiłem się wyspać, jak i moi staruszkowie.

– O której mogę dzisiaj wpaść? – zapytałem bez wstępu.

– O której tylko chcesz. Czy coś się stało? – W jej głosie słyszałem niepokój.

– Nie – Starałem się stłumić podekscytowanie – Chcę cię o coś wypytać. Będę za godzinę. Ok?

– Dobrze – była wyraźnie zdenerwowana.

Czyżby wiedziała o co mi chodzi?

Pięćdziesiąt minut później stałem pod drzwiami domu rodziców. Mama uściskała mnie i pociągnęła w głąb domu, w stronę kuchni.

– Jadłeś śniadanie?

Jak zwykle, mamuśka musiała mnie najpierw nakarmić. Nie mógłbym odmówić jej tej przyjemności.

– Jeszcze nie – uśmiechnąłem się do jej zatroskanych oczu – Wiedziałem, że u ciebie będzie smaczniej.

– I miałeś rację – przytaknęła z dumą w głosie.

Po chwili na patelni skwierczało masło, a mama sprawnymi ruchami ręki szatkowała cebulę. Taktownie nie przerywałem, obserwowałem. Zawsze to lubiliśmy z siostrą do dnia, gdy uciekła z domu i słuch o niej zaginął. Dziesięć minut później stał przede mną talerz z jajecznicą, bagietką z masłem i malowniczo ułożone cząstki pomidora, które przyprawiła swoim tajemniczym sosem. Słoik tego cuda zawsze stał na półce w lodówce i przyciągał nas jak magnes. Wygrywał zawody nawet z nutellą. Wystarczyło zamoczyć kromkę chleba w sosie…

– Mamo… – zacząłem, gdy talerz świecił pustkami – muszę się czegoś dowiedzieć i polecono mi spytać o to właśnie ciebie…

– Na rozmowy o motylkach i pszczółkach już raczej za stary jesteś – mama starała się żartować, ale w jej oczach czaił się strach.

– Przenoszę się do innego miejsca – przeszedłem od razu do rzeczy – Kazano mi spytać ciebie o wyjaśnienie.

Z mamy jakby powietrze zeszło. Opadła ciężko na krzesło po przeciwnej stronie stołu, splotła palce dłoni ze sobą i tak zamarła. Milczała zgarbiona, wpatrując się w blat stołu. Westchnęła i spojrzała mi w oczy.

– Marcinie… – urwała. Głos jej się załamał – Miałam nadzieję, że nigdy nie dojdzie do tej rozmowy, ale najwyraźniej przekleństwo lub dar, jakim obdarowano naszą rodzinę, odezwał się teraz i w twojej krwi.

– Przekleństwo?! – zdziwiłem się – To, że możemy się znaleźć w tak odmiennym od naszego świecie i wrócić w ułamku sekundy z powrotem, nazywasz przekleństwem?!

Wstała gwałtownie od stołu, wskutek czego krzesło, na którym siedziała przewróciło się z hukiem na deski podłogi.

– To nie działa w ten sposób – oplotła się ramionami, jakby słowa powodowały fizyczny ból – Nie można tak skakać bez końca, w końcu nie będziesz mógł wrócić. Twoja siostra… – po tych słowach urwała, głos jej się załamał, a z oczu popłynęły łzy.

– Twoja siostra też przeskakiwała – urwaną opowieść podjął tata.

Dopiero teraz zauważyłem, że stoi w drzwiach kuchni.

– Cześć tatku – wstałem i uścisnąłem go.

Już od dawna byłem od niego wyższy o głowę. Pomimo swoich pięćdziesięciu lat, był szczupłym i wyjątkowo sprawnym mężczyzną. Oboje z mamą praktykowali jogę od kiedy pamiętam. To, co potrafili zrobić ze swoimi ciałami, zawsze wprawiało mnie i Tośkę w zdumienie. Wkurzała nas natomiast zawartość lodówki. Jako dzieci bardzo burzyliśmy się z siostrą o brak mięsa w lodówce. Koledzy jedli obiady w stołówce szkolnej, my dostawaliśmy kanapki z wędliną sojową na drugie śniadanie, a na obiad ryże i kasze z warzywami. O hamburgerach mogliśmy tylko śnić. Chociaż, gdy przypomnę sobie pierwszego zjedzonego po kryjomu cheeseburgera i sraczkę, jaką po nim miałem przez dwa dni… Fakt faktem, nie chorowaliśmy, nie tyliśmy i w porównaniu z domami kolegów, nasz był niezwykle spokojny i wesoły. Nie wiem, czy to zasługa bezmięsnej diety, czy po prostu takimi ludźmi byliśmy od zawsze. Ot, szybka dygresja przefrunęła mi przez głowę.

– Opowiedz mi więcej – poprosiłem tatę cicho – Muszę wiedzieć.

– Jej bunt młodzieńczy zaczął się wcześnie – podjął opowieść monotonnym głosem -Wkurzała się o wszystko. O ograniczenia w wolności, które jej narzucaliśmy, każąc wracać do domu przed dwudziestą drugą, o nakazy nauczycieli, którzy nie pozwalali jej malować się i ubierać tak jak chciała  – po tych słowach uśmiechnął się, najwyraźniej do swoich wspomnień – Potrafiła zrobić sobie wokół oka taką tęczę, że wyglądało na obite wielokrotnie.

Ze zdziwieniem stwierdziłem, że nie pamiętam jej buntu i dziwnego makijażu. Ale w końcu, jako starsza siostra zawsze była dla mnie tą mądrzejszą i wiedzącą wszystko. W tym momencie, jakby się coś odblokowało. Wyświetliły mi się w głowie różne sceny na raz. Przerażenie malujące się w oczach rodziców patrzących na Tośkę wychodzącą na jakąś imprezę.  Jest ubrana w czarną sukienkę z potarganym dołem i w rajtuzy z artystycznie wyszarpanymi dziurami. Jej głowę przyozdabia czarny irokez z czerwonymi końcówkami. Całości dopełnia skórzana kurtka i czarne glany. Rodzice zgodnie z własnymi przekonaniami nie nosili ciuchów ze skóry, więc ten dodatek był dla nich policzkiem. I kolejna scena. Tośka, tym razem z ogoloną głową i piekielnie czarnym makijażem. Ma na sobie obcisły, jednoczęściowy kombinezon ze skóry i wysokie buty na platformie. Mnóstwo biżuterii i tatuaż w kształcie smoka na całe ramie. Ogon smoka niknie pod czarnym materiałem na plecach. Znów przerażenie w oczach rodziców i nowość, kolczyk w nosie Tośki. Kolejne wspomnienia wlewały się w mój umysł, jakby ktoś otworzył słoik z nimi. Słoik zakręcony bardzo dawno temu i zakurzony.

– Pamiętam – wyszeptałem – teraz sobie przypomniałem.

– No właśnie – westchnął tata – robiła coraz dziwniejsze rzeczy. Potrafiła nie jeść i  nie wychodzić z pokoju przez tydzień, przyjmując wyłącznie napoje. Nie ma nic złego w głodówce – usprawiedliwiał ją ojciec – ale po tygodniu nie jedzenia, chodziła przez kolejnych kilka dni w maseczce chirurgicznej na twarzy twierdząc, że wyłącznie w ten sposób może wytrzymać smród świata – znów uśmiechnął się do siebie, a może do Tosi.

Mama, patrząc na tatę, uśmiechała się również. Dla mnie to, co opisywał brzmiało jak złe wspomnienia. Dla nich było najwyraźniej tymi dobrymi.

– I w końcu zniknęła… – spuścił wzrok na podłogę przed sobą – nie było jej prawie trzy lata. Odchodziliśmy od zmysłów.

I znów wspomnienie zabłysnęło w mojej głowie szybko odtworzonym filmikiem. Tosia staje przed nami w kuchni ubrana jedynie w paciorki na szyi, z ciałem pomalowanym w wielobarwne wzory i z włosami zlepionymi czymś w krótkie, bordowe strączki. Mówi, że wreszcie jest w miejscu, gdzie czuje się szczęśliwa i nie musi walczyć o siebie.

Mama płacze, że nie zobaczy jej już więcej, a Tośka uśmiecha się spokojnie i mówi o szczęściu.

– Ona jest tam?! – Nagłe olśnienie wyartykułowałem krzykiem. – Została w TAMTYM miejscu?!

– Tak nam się wydaje – wyszeptała mama. – Nie znalazłam jej jednak. – Jej głos się załamał i ugrzązł w gardle.

Po chwili wzięła się w garść i mówiła dalej.

– Szukałam jej kilka lat. Przeczesałam wioskę, do której trafiałam, ale Tosi nie znalazłam. – Znów ucichła. – Pewnie kontynuowałabym poszukiwania, ale zaczęłam utykać.  – Patrzyła w moje oczy, szukając w nich zrozumienia. – Nie potrafiłam wejść w tamten świat, lub kilka dni w nim tkwiłam. Po kilku dobach tam okazywało się, że tutaj minęło kilka miesięcy. – Głos miała matowy. – Straciłam pracę, ty byłeś przeze mnie zaniedbany i bardzo wystraszony… Odpuściłam. – Ukryła twarz w dłoniach. – Widocznie tak Tosia chciała. Strasznie za nią tęsknię! – Ramiona jej drżały, wraz z bezgłośnym szlochem.

Kolejne wspomnienie. Mama pochylająca się nad albumem ze zdjęciami i jej ciężkie łzy, kapiące na fotografie. Obserwowałem tę scenę, chowając się za futryną drzwi i nie wiedząc, jak się zachować. Czułem jej ból i nie potrafiłem nic z tym zrobić. W wieku dziewięciu lat zacząłem moczyć łóżko. Rodzice przyjmowali moją przypadłość ze zrozumieniem i okazywali mi miłość na każdym kroku. Tak właśnie opłakiwałem utratę siostry, najbliższej mi osoby. Tej, która opuściła łono matki przede mną. Krwi, którą dzieliłem wraz z nią. Przebłysk uwolnił tak wiele emocji, że nie powstrzymałem cisnących się do oczu łez. Siedziałem z moimi kochanymi staruszkami i płakałem. Musieliśmy wyglądać co najmniej idiotycznie. Nic złego się nie wydarzyło w tej chwili. Po prostu wspomnienia zaatakowały nas z ogromną siłą i rozkleiliśmy się.

– Odnajdę ją! – stwierdziłem z mocą. – Jestem tego pewien! Mamo, zobaczysz Tośkę, albo mi nos odpadnie!!!

– Marcin – wyszeptała łagodnie mama. – Nic na siłę kochanie. Taka karma. Tak ma być.

– Karma karmą, mamo – prawie krzyknąłem – a życie kocha kochające się rodziny. Znajdę ją, a wy ją przytulicie!

Po wypowiedzeniu tych słów wiedziałem, że  jedynym sensownym miejscem, w którym powinienem się znaleźć, jest to miejsce TAM.

Pomyślałem i poczułem zapach gorącej wilgoci. 

Oto Mikakamaka:

Czyli Monika - matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Odpowiedzi

  1. Anonymous
    | Odpowiedz

    ciekawe… ciekawe…
    a kiedy kolejna czesc Droga autorko :)?

  2. mika kamaka
    | Odpowiedz

    Będzie… będzie 😉
    Się pisze i postaram się o dłuższy kawałek.
    Pozdrawiam

Napisz nam też coś :-)