Baraka 39:35 (IV)

with 5 komentarzy
Baraka opowiadanie erotyczne o miłości i podróży pomiędzy światami. Erotyka i tajemnica.Tak dla śmiechu, przy ostatniej scenie sama się poryczałam.
Wyobraziłam sobie to.
Znam dziewczynę, Kasię właśnie, która tego dokonała.
W swojej wrodzonej skromności bagatelizuje fakt ocalenia komuś życia 🙂
Całusy Moja Kasiu!!! 
Więcej takich Ludzi...
- Teraz się położysz i pozwolisz mi usunąć sobie włosy, dobrze? – zapytała niewinnie Zuri. – Będzie nieprzyjemnie, ale to minie.
- Dobrze – wybąkałem, widząc, co przyniosła ze sobą do namiotu.
Miska z wodą i druga, mniejsza z jakąś gęstą, ciemną substancją, kawałek skóry zwierzęcej i długie liście. I jeszcze nożyk.
- Co masz zamiar z tym zrobić? – Przełknąłem głośno ślinę.
Widok noża i świadomość, że będzie nim operowała w tak delikatnym miejscu, nie była uspokajająca.
- Oj Cashile. – Westchnęła. – Wciąż zadajesz tyle pytań.

Pierwsze po co sięgnęła, to miska z wodą.

Leżałem wsparty na łokciach, obserwując jej poczynania.
Namoczoną w wodzie szmatką obficie zwilżyła moje włosy łonowe, z których zrobiły się poskręcane kędziorki. Nie mogłem pozostać obojętny na zabiegi jej smukłych i delikatnych palców. Położyłem się na plecach, starając się nie zbłaźnić wzwodem, przy tak błahym zabiegu jak „odwłosianie”.
Mój szef na kiblu… mój szef na kiblu…
Nie działało. Z każdym delikatnym ruchem jej dłoni, obcinających kolejne pasemka włosów twardniałem na dole i pąsowiałem na górze. Zakryłem twarz dłońmi, nie chcąc widzieć jej miny. Świadomość tego, że używała ostrego noża, dodatkowo mnie pobudzała. Taki dreszczyk niebezpieczeństwa, a może poczucie bezbronności? Gdy muskała mnie niechcący u nasady czułem, że jeszcze chwila i…
- Czy możemy zrobić przerwę? – Odsunąłem jej dłonie, nie chcąc przekroczyć granicy podniecenia. – Skończymy później.
- Cashile. – Patrzyła mi w oczy poważnie. – To, że noszę warkoczyk na czole nie znaczy, że nie wiem co dzieje się z męskim ciałem w takiej sytuacji.
- Warkoczyk? – Uczepiłem się jedynej informacji, do której mogłem zadać dodatkowe pytanie.
- Warkoczyk noszą te z nas, które nie obcowały wcześniej z mężczyzną fizycznie. – Wyjaśniła. – A teraz połóż się. Będzie mniej przyjemnie.
Ale nie było.
Szałas, mój nowy dom, wypełnił się zapachem rozgrzanej żywicy.
Po obcięciu włosków na krótko, rozprowadzała ciepłą i lepką substancję wokół mojego penisa.
Robiąc to, trzymała czubek, by móc nałożyć to coś równomiernie. Właściwie, trzymała go wzwiedzionego w pewnej odległości od brzucha. Czułem, że jeszcze chwila… I w dodatku dziewica?!
I w tym momencie jej zapewnienie o „mniej przyjemnie” spełniło się. Przyłożyła liść do lepkich włosków i szarpnęła. Zawyłem jak ranny bawół. Bolało, jak jasny gwint!
- Mówiłam? – Wydawała się moją reakcją rozbawiona.
Zabieg powtarzała w nieskończoność. Wzwód minął, jakby go nigdy nie było. Miałem wrażenie, że mój mały chce się ze strachu schować do wnętrza jąder, ale tylko do czasu, gdy przyszedł czas i ich depilacji. Czegoś tak bolesnego nigdy dotąd nie przeżyłem. Jak kobiety mogą się decydować na to dobrowolnie. Po co ja się zgodziłem?!
Po jądrach przyszła kolej na usuwanie owłosienia w wyjątkowo upokarzającej pozie z wypiętym do góry tyłkiem. Po dwu godzinach byłem gładki jak jajko i owłosiony jedynie na głowie.
- Czy to normalne, że kobieta robi taki zabieg mężczyźnie? – Zdziwiłem się, że to pytanie wpadło mi do głowy dopiero po wszystkim.
- Tak, ale tylko mężczyźnie, którego chce wybrać – wyjaśniła, ale niewiele z tego rozumiałem.
- Wybrać do czego?
- Do obcięcia jej warkoczyka. – Patrzyła na mnie z powaga, a mi zrobiło się gorąco i znów wróciło podniecenie. – Później on może już wyrywać włosy i jej.
Nie wiedziałem co odpowiedzieć.
- Czy mogę cię pocałować? – Wypaliłem.
- A co to pocałować znaczy? – Tym razem ona pytała.
- Mogę ci pokazać jeśli zechcesz? – zapytałem niewinnie, a w myślach krzyczałem, by jej ciekawość zwyciężyła.
- Dobrze, chcę. – Kiwnęła powoli głową.
W oczach widziałem niepewność, ale i o wiele większą ciekawość.
Pochyliłem się, zbliżając usta do jej pełnych warg. Patrzyła na mnie śmiesznie zezując i czekając na ciąg dalszy.
- Inaczej. – Czułem, że to nienajlepsza pozycja, jak na pierwszy pocałunek.
Nasz pierwszy, jej pierwszy w ogóle.
- Teraz ty się położysz, a ja cię pocałuję.
Siedziała niepewna moich zamiarów.
- Nie bój się. – Mówiłem łagodnie. – Nie będzie bolało i nie zagrozi to twojemu warkoczykowi.
Uspokoiłem ją najwidoczniej tymi słowami, gdyż położyła się na plecach i ufnie czekała.
Ułożyłem się obok niej, zawisając nad nią na ramieniu.
- Zamknij oczy – poprosiłem.
Dotyk jej ust, był jak pierwszy łyk wody dla wędrowca. Starałem się muskać tylko jej wargi, a językiem delikatnie błądziłem po czubkach zębów. Jej oddech przyspieszył.
- Przyjemnie? – spytałem.
- Tak - szepnęła. – Pocałowaj jeszcze.
Całowałem tym śmielej, że zaczęła pocałunki oddawać. Jej dłonie błądziły po moich ramionach i we włosach. Z początku nieśmiało dotykała mojego języka swoim, lecz po chwili zaczęła ssać i napierać wargami na wargi. Ogień, który ją ogarniał, wyrwał z gardła jęk, nie wiem z czyjego. Byłem w pełnej gotowości. Myślę, że wystarczyło by, aby zamknęła dłoń na penisie, którym w zwierzęcym odruchu pocierałem o jej udo i…
- Dosyć. – Musiałem przerwać ten startujący odrzutowiec. – Musimy przestać, albo twój warkoczyk znajdzie się w niebezpieczeństwie.
Leżałem w bezpiecznej odległości od jej gorącego ciała, rejestrując sterczące sutki i piersi unoszące się w przyspieszonym oddechu. Wpółprzymkniętych oczu nie odrywała ode mnie.
- Dobrze wybrałam. – Uśmiechnęła się bardzo seksownie. – I pomyśleć, że o czymś tak przyjemnym nie słyszałam.
Usiadła, prześlizgując wzrokiem po moim wciąż twardym członku. Będę musiał coś z tym faktem w nocy zrobić, w przeciwnym razie jutro można będzie przez cały dzień suszyć na nim pranie. Dawno nie podnieciłem się tak przy pocałunku.
Poprawka – nigdy.
Wstała i podała mi skórzaną płachtę. Była mokra i sprawiała wrażenie chłodniejszej, niż temperatura powietrza.
- Przyłóż to na obolałe miejsca. – Wskazała przekrwioną skórę poniżej pasa. – Pomoże.
Jeszcze raz przejechała wzrokiem po moim ciele i odwróciwszy się, wyszła.
Siedziałem ogłupiały i podniecony w tej budowli z patyków, mchu i kto wie z czego jeszcze i starałem się ochłonąć. Znalazłem się w środku czegoś, czego bym nawet nie podejrzewał o istnienie, w innym świecie.
Poznałem zjawiskową kobietę, której mnie przepowiedziano. Świat, w którym jestem mimo braku jasnych, kolorowych świateł, jest pełniejszy i bardziej wielobarwny niż ten, w którym dotąd żyłem. Czy jest coś, czego może mi brakować?
Przez głowę przemknął mi obraz rodziców.
Nie teraz!
Wrócę do tego.
Coś wymyślę.
Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk. W wejściu do szałasu stała miska, a w jej środku było jedzenie i orzech wypełniony wodą. Dopiero w tym momencie poczułem, jak jestem głodny. Od wczoraj w swoim świecie, nic nie jadłem. Jedzeniem okazał się szary placek, do złudzenia przypominający cywilizowane chrupkie pieczywo i kawałki suszonego mięsa, oraz zielone liście ugniecione z czymś kwaśnym. Nie takie smaki miałem w miejskim życiu, ale musiałem przyznać, że tutaj smakowało mi jak najwyśmienitszy posiłek. Nawet woda zostawiała na języku przyjemny posmak.
Byłem wyczerpany przeżyciami dzisiejszego dnia. Nie fizycznie, emocjonalnie.
Na zewnątrz ciemniało, a wioska powoli zapadała w sen. Coraz cichsze rozmowy i coraz mniej odgłosów. Tylko szum przyrody, której nocna zmiana budziła się o tej porze ze snu.
Dźwięki do złudzenia przypominające cykanie świerszczy, uspokajały i zapowiadały spokojny sen.
- Przyniosłam ci ubranie na jutro. – W „drzwiach”, w pozycji na czworaka uśmiechała się Zuri. – Rano cię obudzę, ale… - Zawiesiła głos, uśmiechając się figlarnie.
 Tak? – Byłem ciekaw.
- Musisz mi obiecać pocałowanie.
Nie czekając na moją odpowiedź wycofała się i zniknęła w ciemnościach.
- Obiecuję – szepnąłem.
Sen nie nadchodził. Mieliłem w głowie wydarzenia dnia i zabiegi Zuri, oraz pocałunek.
Znów mój mały przestał być mały. Był oburzony stanem, do którego go doprowadziłem. Musiałem coś zrobić. Kilka ruchów dłoni z obrazem Zuri pod powiekami wystarczyło.
Sen otulił mnie i uspokoił myśli.
- Wstawaj już!
Gdy podniosłem zaspane powieki, zobaczyłem ją klęczącą obok mnie.
- Wystarczy snu. – Znów sobie mnie oglądała. – Jak długo mam tutaj tak siedzieć?
- A masz coś pilnego do zrobienia? – Nie chciało mi się wcale wstawać. – Miało być całowanie rano. – Przypomniałem.
- Całowanie musi poczekać. Musimy dzisiaj przygotować wieczorne obchody święta płodności ziemi – mówiła pewna, że wiem, o czym do mnie mówi. – Mamy dużo pracy, więc wstawaj i chodźmy.
- Tylko się ubiorę. – Obracałem w dłoniach to coś, co wieczorem mi przyniosła, a dziś miałem ubrać. – Jak to założyć?
- Daj to. – Wyrwała mi z ręki to coś. – Wstań. – Rozkazała.
Znów czułem się upokorzony faktem, że kobieta instruuje mnie w czymś, jakbym był dzieckiem. Przestałem się nim jednak czuć, gdy przeciągała część odzienia między moimi nogami i układała moje klejnoty w tym skórzanym woreczku, traktując dosłownie jak klejnoty.
- Zuri – warknąłem przez zaciśnięte zęby. – Jeszcze chwila i nie zmieszczę się do tych majtek.
- To nie majtki. – Wiązała mi troczki na biodrach. – To ładna, męska zapaska. Chodźmy. – Wstała, kierując się ku wyjściu. – Idziemy po jedzenie.
Musiało być jeszcze wcześnie, gdyż słońce nie parzyło skóry. W centralnej części wioski stała grupka ludzi. Były to te same osoby, które wcześniej w rzece tańczyły, jeśli można to tak nazwać.
- Starsi przygotowują już wieczorną uroczystość – mówiła Zuri. – My musimy przynieść owoce i ryby. Matki pieką i gotują, ojcowie przygotowują ogień i napoje.
To tak jak u nas, pomyślałem z rozbawieniem, kobiety pichcą, a ich faceci zajmują się wyskokową częścią imprezy.
Gdy podeszliśmy do grupy, młode kobiety taksowały mnie wzrokiem, ale już nie tak zdziwionym i rozbawionym jak wczoraj. Ocena musiała wypaść nie najgorzej, ale i tak czułem się wyobcowany. Żaden mężczyzna nie zagadnął, byłem dla nich powietrzem. Zuri znów wyczuła mój kiepski nastrój i pogłaskała mnie pieszczotliwie po ramieniu. Złapałem jej dłoń w swoją i splotłem nasze palce. Wydawała się tym gestem zdziwiona, ale nie oponowała. Jedna z dziewczyn zrobiła to samo.
Wzięła za rękę swojego… partnera? Zdobycz? Nie rozszyfrowałem jeszcze tutejszych relacji.
Ruszyliśmy w kierunku drzew okalających wioskę od wschodu i wtedy dołączyła do nas spora grupka rozwrzeszczanych dzieciaków. Jakby ktoś wpuścił pomiędzy nas stado wściekłych szerszeni. Dzieciaki podskakiwały jak piłki i wciąż coś wykrzykiwały, wymachując podłużnymi tykwami z uchwytami ze sznurka.
- Czemu tak krzyczą? – Sam musiałem wykrzyczeć pytanie, by Zuri je usłyszała.
- Cieszą się – wyjaśniła. – Na co dzień nie mogą oddalać się od wioski. Zbyt wiele niebezpieczeństw czyha poza nią na takie maluchy. Musimy je mieć na oku.  
Na słowo niebezpieczeństwa, trochę minęła mi ekscytacja faktem, że zobaczę nowe miejsce. Jeszcze nowszego, niż to tutaj. Wyostrzyły mi się natomiast zmysły. Nie wiedziałem w końcu, czy w tym wymiarze nie ma jakichś stworów wyskakujących spod ziemi, czy na przykład smoków.
Z drugiej jednak strony, gdyby tu było źle, to czy Tośka wolała by to miejsce od rodzinnej Warszawy?
Najwyższy z mężczyzn, na moje oko przywódca grupy, huknął i dzieciaki zamilkły. Nie przestały natomiast podskakiwać, uśmiechając się naokoło głowy.
Praktycznie rzecz biorąc w cywilizowanym świecie, brzdąców w tym wieku również nie wypuszcza się samopas.
Weszliśmy do lasu. Poczułem wilgoć i zapach ziemi i zieleni nacierającą na nozdrza. Zapach, który w przybliżonym stężeniu panuje w miejskich ogrodach botanicznych. Zaczęło mnie denerwować to ciągłe porównywanie, ale nie potrafiłem przestać. Rozdźwięk pomiędzy tymi dwoma światami był przepastny.
Przewodzący wydał komendę i reszta szła za nim gęsiego. Dorosły, a przed nim dziecko i tak na przemian. Za mną szła Zuri. Cholera, jestem zieleniakiem, traktują mnie jak dziecko…
Przystanęliśmy nad czymś, co przypominało niewielki krater zalany wodą, a w nim multum ryb w różnych kolorach. Zapadła cisza, nawet dzieci jakimś cudem przestały wykonywać gwałtowne ruchy. Jedna z dziewczyn wsypała coś do wody i cisza. Czekaliśmy w napięciu, które jakimś sposobem udzieliło się również i mnie. Dwie osoby w spowolnionych ruchach rozpościerały cieniutką sieć metr nad wodą. Odwijały ją z dwóch drzewców, oddalając się miarowo od siebie. U dołu sieci przytroczone były kamyki, które zapewne miały być obciążeniem dla sieci. Po odwinięciu sporego zapasu sieci, spuszczono ją równie powoli pomiędzy żerujące ryby. Dołączyły się kolejne osoby, pomagając wyciągnąć bardzo powoli łup ku brzegowi. I w tym momencie do akcji wkroczyły dzieciaki i ich drobne, zwinne rączki. Wyłapywały wyskakujące na brzeg ryby i napełniały nimi tykwy, które dorośli, jak plecaki zarzucali sobie na ramiona. Nigdy nie widziałem tak spokojnego i owocnego połowu.
- Robimy to tylko raz w roku – szepnęła Zuri, jakby ta chwila była święta. – Nie przeszkadzamy naturze mnożyć tych pięknych istot. To wyjątkowe ryby, wolno nam je spożywać wyłącznie w dniu płodności ziemi.
I znów przyszła refleksja.
Ubój rytualny…
Krowy zapładniane na okrągło, by mogły się cielić i dawać ludziom mleko.
Ludzie, jedyny gatunek spożywający mleko innego gatunku.
Cielęta krów odrywane od cycka krów i zamykane w boksach, aż do dnia uboju…
Kurczęta przerośnięte hormonem wzrostu i ich połamane kończyny niezdolne utrzymać przerośnięty tułów…
Klatki kurcząt tak małe, by te nie mogły się ruszać, bo przecież mają rosnąć ku uciesze konsumentów.…
Kurwa!
Musiałem powstrzymać się od splunięcia.
A tutaj święte ryby!
Nagle wzrok mój przykuł ruch. Kątem oka zauważyłem coś w zaroślach. Instynkt podpowiadał, bym krzyknął, ostrzegł innych do momentu, gdy oceniłem potencjalne zagrożenie. Trwało to raptem sekundy. Nie zastanowiłem się nad tym co robię, czyli jak zwykle, popędziłem w kierunku małych łapek i przerażonej buźki wystającej ponad ciaprugą, przypuszczalnie bagnem. Jedno z dzieciaków odłączyło się od zbiorowego połowu i zaczęło najwyraźniej penetrować pobliskie zarośla zachłystując się wolnością. Pechowo wdepnęło w grząski teren i z przerażenia zapomniało krzyczeć. Dobiegłem w kilku susach do bagna i wyczuwając grząskość podszycia, padłem na brzuch z wyciągniętymi przed siebie ramionami. Przypomniało mi się zdarzenie z dzieciństwa, gdy wpadłem pod krę. Wraz z kolegom chcieliśmy pochodzić po zamarzniętym jeziorze, ale okazało się za mało zamarznięte, czego skutki poczuliśmy na własnym ciele. My i jeszcze dziewczyna na spacerze. Wyciągnęła nas ryzykując własne życie, my przerażeni uciekliśmy po prostu bez podziękowań. Kasia, bo tak miała na imię, o czym dowiedzieliśmy się podczas apelu w szkole, apelu na jej cześć, została na lodzie zmarznięta.
Gdyby nie ona…
Gdyby nie ona, pewnie nie zrobiłbym teraz tego co robiłem. Pełznąłem na brzuchu ku ledwo z błota wystającemu małemu noskowi i czarnym oczętom wielkim jak pięciozłotówki.
- Daj mi rękę! – Niepotrzebnie krzyczałem, gdyż uszy dziecka również były zalane błotem.
Zrozumiało jednak gest moich rozcapierzonych i wyciągniętych ku niemu palców. Z wielkim trudem wątłego, kilkuletniego ciała przepchnęło ramię bliżej mojego i zamknęło oczy zalewane już brązową wodą. Poczułem dłonie zaciskające się na moich łydkach i w tym momencie zdołałem złapać rączkę chłopca. Ostatnie, co wystawało ponad wodą.
- Mam go! – wydarłem się.
Usłyszałem krzyk Zuri i poczułem ciągnięcie w tył. Tarłem brzuchem o wystające z mułu gałęzie, ale ani myślałem puścić małej rączki. Z brei wyłaniała się powoli buzia chłopca, był nieprzytomny.
- Szybciej! – krzyknąłem
Znów okrzyk Zuri i dłonie kilku osób szarpnęły mną, jak buldożer. Zabolało, ale w tej chwili w głowie otwierały mi się wszystkie zakładki pod tytułem „PIERWSZA POMOC”, „REANIMACJA”.
Byłem na twardym gruncie, posadzono mnie i zajęto się chłopcem. Nie otwierał oczu. Przepchnąłem się ku niemu na czworaka.
- Pozwólcie mi! - krzyknąłem ponownie.
Znów Zuri przetłumaczyła mnie i zrobiono mi miejsce. Nie patrzyłem na ludzi, nie chciałem widzieć ich oczu. Dla nich byłem obcy, niegodzien zaufania.
Złapałem chłopca za ramiona, był lekki jak piórko. Przełożyłem sobie przez kolano głową w dół, a lewą dłoń rozpostarłem pod jego klatką piersiową. Walnąłem w wątłe plecki. Czyjeś dłonie chciały mnie odwieść od tego co właśnie robiłem. Ktoś inny je powstrzymał. Pewnie dla niego nie było już co ratować. Z ust chłopca wypłynęło błoto. Jeszcze kilka klepnięć i położyłem go na boku, palcami dłoni starając się wybrać z ust resztę błota. Pochyliłem się nasłuchując oddechu. Nic! Wdmuchnąłem pierwszą porcję powietrza. Klatka piersiowa uniosła się i opadła. Kolejne wdmuchnięcie i jeszcze trzy i czekałem z uchem przy jego ustach i palcem na delikatnej szyjce. Wyczułem puls. Znów wdmuchnięcie i odstęp. Czułem, że trzęsę się jak osika. Do oczu napływały łzy.
Oddychaj, krzyczałem w myślach. Żyj!
I wtedy dziecko kaszlnęło, a po chwili rozkaszlało się na dobre przekręcając na bok i wypluwając brudną wodę. Rozpłakało się, a ja się roześmiałem. Dołączyło do mnie kilka innych osób. Ktoś klasnął w dłonie, ktoś podskoczył z okrzykiem.
Klapnąłem z ulgą na mokrą ziemię. Po chwili wisiałem w powietrzu obejmowany żelaznymi ramionami. Nie rozumiałem słów, ale to była radość, entuzjazm, szczęście w innym języku.
- Uratowałeś jego najmłodszego brata. – Usłyszałem Zuri, gdy już stałem na ziemi.
Oczy najwyższego mężczyzny były szczęśliwe i pełne łez. Nie widziałem nigdy wcześniej tak radosnego uśmiechu.
Ale czy można się ucieszyć bardziej z czegokolwiek, niż z uratowania życia ukochanej osobie?
Oto Mikakamaka:

Czyli Monika - matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Karel Godla
    | Odpowiedz

    Warsztatowo najlepsza wydaje się być pierwsza część. Są w niej perełki. Fabularnie jest fajnie i równo.
    Co by nie mówić, tekst zawsze powinien się odleżeć przez co najmniej parę miesięcy.
    Wtedy z perspektywy widać wiele drobiażdżków do korekty. A tu nie ma czasu, bo czytelnicy czekają na nowe dania i trzeba ich zaspokoić, nie bacząc na drobne niedoróbki.
    Pewną koncepcję, zamysł twórczy widzę, ale czy się prawidłowo domyśliłem, zobaczymy w kolejnych fragmentach, Czy to ma być bardzo długie? Jak to planujesz?
    Przy opisywaniu intymności, cośkolwiek wymiękasz, Miko. Więzy nałożone wychowaniem lekko uwierają. 🙂 Ale i tak – śmiałe. Brawo.
    Pozdrawiam Cię serdecznie, Miko

    • mika kamaka
      | Odpowiedz

      Więzy nałożone wychowaniem? Wskaż mi je proszę.
      Zaskoczyłeś mnie (nie po raz pierwszy oczywiście :-)).
      Nie wiem jak długi będzie tekst, bo on się podczas pisania zmienia.
      Ja mam tylko jakąś scenę i wokół niej coś dorasta, ale to już podczas klikania w klawiaturę.
      To nie pośpiech w serwowaniu dań mnie goni, ale mrowienie w palcach :-).
      Nie lubię mielić jednej części, tylko lecieć dalej.
      To w pisaniu jest największą frajdą:D
      Również pozdrawiam Karelu

    • Karel Godla
      | Odpowiedz

      Np. depilacja – sama w sobie, dość oryginalna, ale jednak opisana z rezerwą, jak mi się wydaje.

      Fajne fotki w tym opowiadaniu. I sympatyczne przepisy, aczkolwiek rosół z pyrami to w mojej rodzinie nietakt – ja się jednak z konwencji wyłamuję i uznaję taki zestaw za dopuszczalny 🙂

      Swoją drogą 20 litrów? Ło bosze! Toć to baniak do krochmalenie pełen 😉

    • mika kamaka
      | Odpowiedz

      U mnie taki baniak w kilka dni schodzi :-).
      Chłopy dorastają, wyjątkowo aktywne są i żereją. A ja uwielbiam ich karmić.
      Tak w tajemnicy (ha ha ha), karmiłam piersią po kilkanaście miesięcy obu.
      Jakiś hormon szczęścia mi się w trakcie karmienia wydzielał i tak mi do dzisiaj zostało.
      Z produkcji cyckowej przerzuciłam się na garnkową :-).

  2. Karel Godla
    | Odpowiedz

    Bardzo mi to fajnie brzmi, bardzo kobieco.
    Swoją drogą, cały Twój system gotowania z 20-litrowym garem na początku wygląda mi bardzo sensownie, może nawet ekologicznie (wydatek energii), przemyślnie i pewnie oszczędza w skali tygodnia czas na kulinaria.
    Matka Polka pełną gębą.
    Szacun!

Napisz nam też coś :-)