Baraka 39:35 (V)

with 4 komentarze
Baraka opowiadanie erotyczne o miłości i podróży pomiędzy światami. Erotyka i tajemnica.Ok.
Obiecuję, że to ostatnia część z serii „pitu pitu”.
Podkład poczyniony, w następnym odcinku zacznie się dziać 😉
ps. Wybaczcie proszę błędy, tekst jeszcze paruje...

Do wioski wracaliśmy ubłoceni i podekscytowani, ja najbardziej. Wyglądałem jak prosiak, radosny prosiak. Część ryb straciliśmy, gdy ratując chłopca, te ewakuowały się do wody i odpłynęły na środek krateru. Nie było sensu po raz drugi ich łowić. Z resztą nikt nie śmiał by tego zrobić, tak miało być. Odzyskaliśmy życie dziecka, ryby odzyskały swoje. Koniec i kropka.

Łatwo się domyślić, że nastawienie mieszkańców względem mnie zmieniło się diametralnie.
Ostrożny chłód i dystans zniknął. Byłem swojakiem, który umie coś więcej, uratować prawie umarłego.
W dodatku dziecko! Ramiona bolały mnie już od ciągłego poklepywania, ale duma łagodziła dyskomfort.
Po raz pierwszy w życiu zrobiłem coś tak wielkiego, ale nie czarujmy się, nie groziło mi utonięcie w bagnie. Po prostu w odpowiednim momencie znalazłem się w odpowiednim miejscu.

Zuri cieszyła się moją radością. Zastanowiło mnie natomiast, dlaczego Neema nie uczył tutejszych, tak podstawowych umiejętności, jak pierwsza pomoc.

- Kiedy Neema trafił do wioski? – Potrzebowałem informacji.
- Musisz jego o to zapytać, bo w naszym czasie to zaledwie kilka lat. – Zuri szukała go wzrokiem. – Mówił coś o wojnie w waszym świecie.
O cholera, czyżby by tutaj od prawie siedemdziesięciu lat?! W naszym czasie siedemdziesiąt, tutaj jest przed osiemdziesiątką… Kurczę, jak ten czas leci. Parsknąłem, a Zuri spiorunowała mnie wzrokiem.
- Nie z ciebie się śmieję ślicznotko – wyjaśniłem. – Wychodzi mi z rachunków, że w naszym wymiarze Neema miałby około stu dwudziestu lat. Nieźle się staruszek trzyma.
- Dużo złego przeżył nim do nas trafił. – Patrzyła w dal. – Cała jego rodzina zginęła, cudem przeżył.
- Jak widać nie cała – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu – bo by mnie tutaj nie było.
Koło południa zaczęło się robić nerwowo. Znoszono drewno na ognisko i układano je starannie w kamiennym kręgu. W pośpiechu przyciągano pnie, które pewnie miały służyć później za siedziska. Gdy słońce świeciło praktycznie pionowo w dół, przerwano przygotowania. Temperatura uniemożliwiała jakiekolwiek prace. Skwar lejący się z nieba zagonił większość pod drzewa, gdzie legli na ziemi z ręcznie robionymi podpórkami pod głowami. Niektórzy mieszkańcy na takich samych podpórkach siedzieli. Każdy miał swoją i każda z nich była inaczej ozdobiona. Dowiedziałem się od Neema, że są robione na indywidualne zamówienie specjalisty od tych… poddupników. Poczułem, że też chciałbym taki mieć, materialista się we mnie odezwał. Na razie jednak usadzono mnie na jednym i Kabeya, przysadzisty mężczyzna, zabrał się do przerabiania mojej cywilizowanej fryzury w coś bardziej przystosowanego. Targał mi przy tym czuprynę i naciągał pasma włosów, jakby chciał je na siłę wydłużyć. Trwało to dobre dwie godziny. Przez ten czas mini stołeczek musiał mi się odcisnąć na tyłku na stałe. Nie stękałem jednak, starałem się nie wiercić i wyczekiwałem cierpliwie końca zabiegów czynionych na mojej głowie. W końcu mogłem dotknąć nowego uczesania. Pod palcami wyczułem warkoczyki, cienkie i twarde, natłuszczone czymś. Kabeya nie pluł mi co prawda na głowę, ale i tak wolałem nie wiedzieć czym nasączał tą plecionkę. Moje cywilizacyjne przyzwyczajenie do pachnących kosmetyków mogłoby tego nie wytrzymać.
Później było tylko szybciej. Najwyższy, jak się dowiedziałem Bbwaddene, wraz z resztą mężczyzn zaciągnął mnie nad strumień, gdzie szorowaliśmy się zwiniętymi w kulkę liśćmi. Liście wydzielały zapach podobny do anyżu. Nie moje zapachy, ale trudno. Wszedłeś między wrony…
Zabawnie było być chwilowo niemową i przytakiwać na migowo wydawane polecenia. Ten język jest wielokulturowy i nie potrzeba do niego tłumacza. Pokazywano mi „myj się”, więc się myłem. Kazano mi nanosić błoto rdzawego koloru na włosy, więc je nanosiłem.
Kolejnym tutejszym stylistą był Tusambe. Artysta malarz powierzchni cielesnych. W przenośnym, podręcznym przyborniku wykonanym z kawałków kory mocowanej skórą, miał rozmaite proszki w łupinach orzechów. Rozsiadł się wygodnie w cieniu drzewa, wyciągnął przybory i zaczął się seans trwający z pięć godzin. Biorąc pod uwagę, że było nas piętnastu tempo zdobienia naszych ciał było ekspresowe. Królowały kropki, kreski i zygzaki. Najzabawniejszym elementem makijażu było ozdabianie penisów. Spod brody każdy z nas miał ciągnący się rząd kropek, który kończył się właśnie na siuroku. Jasnym jest, że im ktoś miał dłuższego, tym więcej kropek weszło. Najwięcej ich miał Abimbola, o cztery więcej niż większość. O pięć więcej cholera ode mnie…
Zastanawiałem się po co przyozdabiać fiuta czerwonymi kropkami, skoro zakładamy te gustowne worko-majtki. Kto wie, może będzie skakanie na golasa przez ognisko? Abimbola będzie musiał uważać, żeby sobie końcówki nie przysmażyć. Na samą myśl, zabolało mnie między nogami i musiałem sprawdzić, czy ten ból jest wyłącznie imaginacją. Zostałem zjechany gromkim opieprzem w miejscowym języku i trafiłem do poprawki, gdyż niechcący rozmazałem kropki na fiucie.
Muszę przyznać, że w żadnym języku przekleństwo nie brzmi tak spektakularnie, jak w polskim.
To warczące „R” można ciągnąć w nieskończoność.
Było już późne popołudnie i wszyscy w wiosce krzątali się podekscytowani nadchodzącą porą świętowania. Widziałem mężczyzn, nie widziałem kobiet. Zapewne, jak w każdej innej kulturze tak i tutaj, panie pindrzyły się dla panów. Miałem taką nadzieję. Miałem również ogromną ochotę iść do szałasu Zuri i po prostu spojrzeć sobie na nią. Nie widziałem jej pół dnia i… tęskniłem?!
Ogień rozpalono w momencie, gdy zaszło słońce, a cykady włączyły nocny podkład dźwiękowy.
Matki znosiły misy z czymś, co wyglądało na sałatki i duże dzbany. Nie było to jednak wino, a czysta woda. Czyżby tutaj bawiono się na trzeźwo? Cóż, to będzie coś nowego.  Dzieciaki, jak pingpongi podskakiwały w każdym wolnym miejscu polany biesiadnej. Na szczęście kozy zagoniono już do zagród. Zaintrygowały mnie patyki układane na płachcie kilka metrów od ogniska. Jak się okazało, na każdy patyk nabita była ryba owinięta w liście, plus bulwa czegoś, co wyglądało na ziemniaka.
Jedna ze starszych kobiet poganiała dwóch młodzieniaszków jak niewolników, gdy ci z wysiłkiem malującym się na spoconych twarzach dźwigali ogromną, drewnianą tacę, a na niej górę placków i miski z kolorowymi sosami. Jedzenie wyglądało smacznie, co mój brzuch podkreślił donośnym burczeniem. Abimbolę rozśmieszył najwyraźniej wydany moimi trzewiami dźwięk, więc klepnął mnie ze śmiechem w plecy. Myślałem, że mi oczy od tego przyjaznego grzmotnięcia wyskoczą. Rozkaszlałem się, więc grzmotnął mnie ponownie. Muszę zapamiętać, by nie wydawać niepotrzebnych dźwięków przy nim. To grozi odbiciem płuc.
Kolejnym intrygującym elementem była orkiestra. Tak mi się skojarzyli, jednak ich instrumentami były wyłącznie bębny, które kilka osób znosiło na polanę od jakiegoś czasu. Były różnej wielkości i szerokości. Niektóre tak małe, że można je było trzymać jedną dłonią, inne przeszło metrowe i umocowane na grubych nogach. Traktowano je z delikatnością godną chińskiej porcelany. Stały w półkolu, a dzieci najwyraźniej świadome szacunku jakim je otaczano, spoglądały na nie tylko ukradkiem.
Denerwowało mnie, że nie ma pobliżu Zuri i nie mogę jej prosić o objaśnienie tego, co się wokoło dzieje. Mogłem poprosić Neema, ale… No właśnie! Co za ale?!
Robiono próby sprzętu. Kilka osób otoczyło źródło miarowo wydawanych dźwięków i kiwało się już w rytm uderzeń o napiętą skórę bębnów.  Bębniarz Chiumbo, był najdrobniejszy ze wszystkich mężczyzn, ale tempo z jakim uderzał w instrumenty, było wręcz niewiarygodne i wciąż przyspieszał. Przypuszczałem, że właśnie się rozgrzewał. Podczas ozdabiania nad rzeką, trzymał się na uboczu sprawiając wrażenie wyjątkowo nieśmiałego. W tej chwili wyglądał, jakby urósł o pół metra, a w jego oczach lśnił szał. Wszystkie mięśnie ramion tańczyły pod skórą,  a głowa kiwała się w tył i w przód, jak u rasowego didżeja. Tylko słuchawek mu brakowało.
Pierwszą dziewczyną, która dołączyła do rozkręcającej się zabawy była Tinameni, para Bbwaddene.
Zapamiętałem jej imię, gdy ten przerażony przywoływał ją nad kraterem, gdzie miał miejsce wypadek dziś rano.
Tinameni wyglądała przepięknie. Całe ciało miała w odcieniu delikatnej czerwieni, a oczy okolone mocnym, czarnym makijażem. Na szyi, oraz w pasie opleciona była sznurami koralików, od których odłączały się pojedyncze sznurki podrygujące w rytm jej kroków. Za nią przychodziły kolejne, identycznie odziane kobiety. W końcu zobaczyłem Zuri. Dech mi zaparło to chodzące zjawisko. Wyglądała wręcz nierealnie. Czerwonawa skóra i te dziesiątki koralików, to przykrywające, to znów obnażające nagie piersi i gładkie, nieodziane łono. Czułem, że to będzie mój problem dzisiaj.  Z całym szacunkiem dla jej warkoczyka, tej nocy mogę mieć problem z panowaniem nad sobą.
- Pięknie wyglądasz – wychrypiałem z przejęciem, gdy do mnie podeszła.
Odchrząknąłem i bezwstydnie odgarnąłem koraliki z jej piersi. Musiałem jej dotknąć. Nie wzbraniała się, tylko w milczeniu przyglądała się moim pieszczotom. Między palcami uciskałem jej sterczący sutek.
- Dla ciebie tak wyglądam. – Uśmiechnęła się patrząc mi w oczy spod rzęs.
Chiumbo rozkręcił się na dobre. Zamknięte oczy i odchylona do tyłu głowa świadczyły o transie w jakim się pogrążył grając. Ogień buchał już wysoko rozświetlając ciemności nocy. Coraz więcej dzieci opuszczało miejsce zabawy, poganiane do snu okrzykami matek.
Bbwaddene jako pierwszy rozpoczął taniec. Z początku spokojnie tańczył wokół swojej wybranki, a ta łaskawie kołysała biodrami, wciąż ustawiając się do niego tyłem. Bbwaddene okrążał ją, ale ona wciąż odwracała się plecami. W końcu złapał ją w pasie i siłą obrócił przodem do siebie., Tinameni jakby na to czekała, zarzuciła mu ramiona na szyję i rozpoczęła taniec. Jej biodra równym rytmem kołysały się na boki, w skutek czego rozhuśtane koraliki odsłaniały krągłości pośladków, a w końcu i łono, gdy znów odwróciła się plecami do wybranka, by rytmicznie ocierać pośladkami o jego biodra. Widać było reakcję na te pieszczoty, skórzana zapaska była napięta, a jego kropkowana męskość musiała cierpieć.
Kolejne pary dołączały  do tańca tworząc widowiskowo podrygującą masę ciał i połyskujących w blasku ognia sznurów koralików. Byłem ciekaw, jak to jest poczuć ich pieszczotę podczas tańca, nie byłem jednak gotów, by wkroczyć między nich.  
Zuri znów odgadła moje uczucia i biorąc mnie za rękę, powiodła ku grupie osób usadowionych wygodnie na skórzanych płachtach. Za oparcie dla pleców siedzących służyły kłody, pomiędzy którymi leżała skóra. Była to starsza część plemienia, a pomiędzy nimi Neema.
Powitał mnie przyjaznym skinieniem głowy, a reszta starszyzny powtórzyła jego gest przesuwając się, aby zrobić miejsce i dla mnie. Zuri usiadła za moimi plecami na pniu, jej kolana miałem po bokach ramion. Pomyśleć, że wystarczyło by się odwrócić i miałbym jej kobiecość na wyciągnięcie… języka. Musiałem okiełznać myśli, by nie siedzieć tutaj za chwilę z namiotem w skórzanych gatkach.
- Dlaczego nie tańczysz z innymi? - Jeden z członków starszyzny zadał mi pytanie, które Neema przetłumaczył.
Odpowiedziała za mnie Zuri, na co reszta przytaknęła ze zrozumieniem.
- Powiedziałam, że nie czujesz jeszcze naszego świata za dobrze – szepnęła pochylając się ku mnie i muskając przy okazji moje ramię piersią.
Znów myśli poszybowały ku jej ciału odzianemu jedynie w koraliki, a jedyna część odzienia zaczęła mnie cisnąć.
Zwróciłem uwagę na przedmiot stojący na środku skórzanego siedziska. Szeroka bulwa przechodząca w cienki pałąk rozszerzający się ku górze. Po środku bulwy tkwił kolejny pałąk. Neema zauważył moje zainteresowanie i pochylając się ku sąsiadowi szepnął mu coś do ucha. Ten się roześmiał, odsłaniając braki w uzębieniu. Na moje oko wyglądał na jakieś sto lat.
Wyrzucił z siebie słowa, które brzmiały trochę jak szczeknięcie, a wtedy młodszy od niego o jakieś ćwierć wieku sąsiad przysunął do mnie ów przedmiot.
- Zaciągnij się. – Zachęcała mnie Zuri, znów niebezpiecznie pochylając się nade mną.
Wskoczyłbym w tej chwili do ogniska, gdyby mnie o to poprosiła.
Nie zastanawiając się, czyli jak zwykle, wziąłem drewnianą rurkę do ust i pociągnąłem.
Nie wiedziałem co czynię.
Ale, czy gdybym to wiedział to postąpiłbym inaczej?
Nie sądzę…
Oto Mikakamaka:

Matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Odpowiedzi

  1. Anonymous
    | Odpowiedz

    Kochana chyba mylą ci się tu imiona postaci.. Chiumbo najpierw jest swego rodzaju doboszem, a potem tańczy ze swoim partnerem?

  2. mika kamaka
    | Odpowiedz

    Dziękuję za spostrzegawczość :-).
    Poprawione.

  3. Karel Godla
    | Odpowiedz

    Ciekawe skąd takie fajne focie. Dla mnie może być samo “pitu pitu” byle ciekawe. Z tym jest dobrze, ale mogłoby być lepiej. 🙂

  4. Mariet Węgorowska
    | Odpowiedz

    Dzieciaki pingpongi rozwaliły mnie ;D

Napisz nam też coś :-)