Baraka 39:35 (VIII)

with Brak komentarzy

Baraka opowiadanie erotyczne o miłości i podróży pomiędzy światami. Erotyka i tajemnica.Przedostatnia część (już na bank). 
Ostatnią postaram się wrzucić jeszcze dziś 🙂

Usłyszałem tak dobrze znane mi dźwięki. Szuranie kapci przy łóżku w sypialni rodziców, ich stłumione i pewnie zaspane głosy, a w końcu skrzypnięcie klamki.

- Marcin? – to był głos mamy. – To ty?
- Tak mamo – krzyknąłem.
- Już idziemy! – W głosie pobrzmiewało niedowierzanie i nieskrywana radość.
Odłożyłem koziołka na podłogę, a ten po tak długim, jak na jego młody i rozwierzgany organizm, pobrykał do drugiego pokoju, zabawnie podrzucając zadkiem. Jakby chciał tylnymi kopytkami wyrzucić z siebie nadmiar energii.

Rodzice prawie zbiegli po schodach, a mama rzuciła mi się na szyję.

- Ile mnie nie było? – Musiałem mieć jakieś dane.
- Ponad dwa miesiące. – Teraz przyszła pora na przytulasy z tatą. – Dobrze cię widzieć.
- Też się cieszę, ale nie mogę długo zostać. – Zasmuciłem ich tym stwierdzeniem. – Muszę coś sprawdzić.
Oglądali mnie zaciekawieni. Moją nową fryzurę i lekką opaleniznę, którą w te dwa dni nabyłem.
- Przyniosłem kogoś z sobą. – Wskazałem koźlę, które w tej chwili weszło do kuchni.
Przez chwilę w ich oczach błysnęła nadzieja, ale zniknęła równie szybko, gdy zobaczyli małego czworonoga.
Nie musiałem nic mówić, po oczach mamy widziałem, że wie o czym myślę.
- Dlaczego na to nie wpadłam?! – Zmierzwiła dłonią włosy.
- Bo byłaś tam w poszukiwaniu Tośki – odpowiedziałem. – Znalazłem ją. Strasznie za wami tęskni.
Nie pytali, dlaczego nie ma jej ze mną. Pewnie bali się mojej odpowiedzi.
- Mamo. – Ująłem jej drobne dłonie w swoje. – Jeśli do mojego powrotu nic się z koziołkiem nie stanie, spróbujecie przejść razem do tamtego świata?
Milczeli oboje.
- Jeśli będzie zdrowy i nie zestarzeje się szybko, albo… - Brakowało mi słów.
- Rozważymy to – odpowiedziała ostrożnie, ale widziałem w jej oczach nadzieję.
W skrytości ducha pewnie zawsze o tym marzyła. W końcu była tam przecież, widziała piękno i spokój tajemniczego miejsca.
- Wrócę za wasz miesiąc. – Przyciągnąłem ją i pocałowałem w czoło. – Za mój dzień.
Mrugnąłem na pożegnanie tacie i pomyślałem o Zuri.
- Uwinąłeś się. - Właśnie kończyła wcieranie olejku w ramiona.
- Śpieszyłem się do Ciebie. – Podpełznąłem do niej i naparłem swoim ciałem, zmuszając do położenia się.
- Śmierdzisz kozą! – Zmarszczyła nos, próbując mnie odepchnąć. – Schodź ze mnie! – Śmiała się, okładając moje ramiona pięściami.
- Beee – zabeczałem z ustami przy jej ustach. – Nie gniewaj się, ale za bardzo jestem podniecony wydarzeniami dnia. – Rozchyliłem jej nogi swoimi kolanami, wpasowując się między nie i odwiązując troczki zapaski na moim biodrze.
Byłem gotowy, by w nią wejść, ale zawahałem się. Dopiero straciła dziewictwo. Co, jeśli ją zaboli?
- Chciałbym w ciebie wejść Zuri. – Całowałem ją, ocierając się równocześnie o jej gładki i śliski od olejku wzgórek. – Boję się tylko, czy nie będzie cię bolało.
Podniecała się, przyspieszony oddech i wpółprzymknięte powieki dawały temu świadectwo.
- To jak śliczna? - Drażniłem się z nią, wchodząc w nią czubkiem i wycofując się. – Mam ci dać spokój? Za bardzo śmierdzę?
Nie odpowiedziała, tylko objęła mnie udami i przyciągnęła do siebie. Nie potrzebowałem więcej, powoli wszedłem w nią do końca.
Leżeliśmy spoceni i spokojni.
- Teraz nie chciałabym się tego wyrzec. - Zuri uśmiechała się rozmarzona. – Podoba mi się bardzo, to co robimy.
Nie odpowiedziałem nic, odpływałem w błogą drzemkę, z której wyrwał mnie krzyk.
Na zewnątrz ktoś nawoływał, bez paniki, ale stanowczo.  Niechętnie zwlokłem się z posłania i wystawiłem na zewnątrz głowę. Na środku placu, na którym wczoraj odbywały się obchody święta płodności, stali moi rodzice.
Wyskoczyłem z szałasu i nie bacząc na swoją nagość, pobiegłem do nich, wiążąc zapaskę w drodze.
Stali zdezorientowani i przestraszeni zarazem. Tata trzymał pod pachą wierzgającego i wyrywającego się koziołka, drugim ramieniem obejmując mamę. Zwierzak trochę podrósł, musiał być dużo cięższy.
- Nie czekaliście na mnie?! – Wydyszałem, gdy już do nich dobiegłem.
- Mamę nosiło od dwu tygodni. – Na twarzy taty odmalowała się ulga, gdy mnie zobaczył. – Więc spróbowaliśmy i najwyraźniej się udało.
- Mamo? – Zza ich pleców wyszła Tośka. – Tato??
- Tosia…
Po tych słowach utonęli w uściskach, łzach i okrzykach radości.
Stałem z boku, patrząc na to powitanie. Rodzice nie robili jej wyrzutów, po prostu się cieszyli.
- Gdzie ich ulokujemy? – Pochyliłem się do Zuri, gdy ta stanęła obok mnie.
- Może w twojej chacie? – Patrzyła na moich staruszków z bananowym uśmiechem. – My mamy moją i możemy używać tej na drzewie. – Jej spojrzenie było jednoznaczne.
Poprosiłem Neema, by pomógł im się zaadoptować. Sam natomiast miałem zamiar oprowadzić ich po wiosce i okolicy.
- Neema, powiedz mi jedno. – Poprosiłem, gdy zostaliśmy w szóstkę w szałasie, nowym lokum rodziców.   
Swoją drogą, musiał to być dla nich duży przeskok. Zamiast trwałych, betonowych ścian, patyczki.
Brak sanitariatów, tylko rzeka i wspólna dla kilku domów kuchnia. Ażurowo zadaszone budowle z paleniskiem i kamieniami w roli przyrządów kuchennych. Jeśli mimo tego mama woli być tutaj, to ja nie mam pytań…
-  Tak? – Wyglądał, jakbym go wyrwał z letargu.
Od momentu spotkania z moimi rodzicami, nie spuszczał wzroku z twarzy mamy.
- Jakim cudem żyjemy, skoro twoja rodzina zginęła? – Mówiłem spokojnie wiedząc, że poruszam bolesny temat. – Miałeś brata?
- Nie miałem rodzeństwa. – Znów patrzył na mamę. – Sam tego nie rozumiem! Zastanawiam się nad tym od przeszło roku. Od momentu przybycia do wioski twojej siostry, a później matki. Nie wiem, co o tym sądzić!
Był wyraźnie poruszony.
- Czy możesz mi opowiedzieć, jak to było? – Znów mówiłem bardzo spokojnie. – Jak zginęła twoja rodzina?
Milczał tak długo nic nie mówiąc. Myślałem, że nie chce o tym mówić.
- Na początku wojny Armia Czerwona masowo deportowała ludność polską, część wcielając do armii, część zamykając w obozach pracy. – Zaczął cicho, patrząc w ziemię i wyginając nerwowo palce. – Nasz syn był chory, żona również. Chorych nie zabierali, strzelali im w głowy, nie pozwalając nawet pogrzebać ciał. Wkroczyli do naszej kamienicy, nie mieliśmy drogi ucieczki. Wchodzili kolejno do mieszkań i wywlekali ludzi na mróz. Tych niezdatnych do transportu, którzy zajęliby niepotrzebnie miejsce w wagonach zostawiali martwych. – Przerwał, głos mu się łamał.
Siedzieliśmy w ciszy, dając mu czas na ochłonięcie.
- W końcu wtargnęli również do naszego mieszkania. Było ich dwu. Szamotałem się z nimi, nie chcąc wpuścić do pokoju gdzie była Elwira z Ninem, ale w końcu jeden z nich poszedł tam. Pies ujadał, później przestał. Usłyszałem strzał i dostałem czymś ciężkim w głowę. Ocknąłem się dopiero w wagonie wiozącym nas do obozu. Wkoło było tyle martwych ciał, umierających i jęczących ludzi.
I moi bliscy, bez pochówku… - Ukrył twarz w dłoniach. – Uciekłem z wagonu śmierci, gdy pomyślałem, jak bardzo chciałbym być daleko od tego całego zła.
- Ale Neema! – Ożywiłem się. – Skoro my żyjemy to znaczy, że oni też przeżyli!
- Pytałem Samanya o pradziadka. – Wskazał Tośkę, która najwyraźniej nie wiedziała, jak się w całej sytuacji znaleźć. – Imię jej pradziadka się nie zgadza.
- Nie zgadza się – wtrąciła się podekscytowana mama – bo mój dziadek, z tego co opowiadali rodzice, nie cierpiał swojego imienia Ninogniew  i po prostu je zmienił na Krzysztof!
- To prawda! – Neema kiwnął gwałtownie głową. – Zawsze miał o to do nas pretensje, a ja mu tak dałem po dziadku.
- Czy chciałbyś z nimi być znowu? – Znów rozbłysnął mi w głowie pomysł. – Wrócić tam do nich i przeżyć z nimi wojnę, zobaczyć swoje wnuki, moich dziadków? Prawnuki znasz. – Wskazałem mamę. – Nas praprawnuki też!
- Ale jak?! – To chóralnie wykrzyknęła mama i Neema.
- Nie wiem, ale spróbujmy! Pomyśl o tym momencie, tam w mieszkaniu, gdy słyszałeś strzały w innych mieszkaniach! – Złapałem Neema za dłoń.
Widziałem jego odpływające w te straszne wspomnienia oczy. Ból i strach.
- Marcin! – Przerażony krzyk mamy, był ostatnim co usłyszałem.
Poczułem chłód i zapach stęchlizny.
Staliśmy z Neema boso, na chropowatych deskach podłogi.
Przed nami wątła kobieta szarpała bok szafy, próbując ją najwyraźniej odsunąć od ściany.
Obok niej szczekał wystraszony pies.
Oto Mikakamaka:

Czyli Monika - matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Napisz nam też coś :-)