Bestseller (VI)

with Brak komentarzy

o pewnym pechowym porwaniu
 

– Każdy się czegoś boi.

– Tak, masz rację. To co? Mrożona pizza na obiad? Wrócimy, jak przestanie padać.

– Jeszcze nie zaczęło. A jak nie przestanie?

– Mówiłem, że mam wygodne łóżko.

– Już lepiej rób tę pizzę.

– Dobrze – wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, po czym zabrał się do pracy. Ja w tym czasie zwiedziłam łazienkę, weszłam na antresolę i tam dostrzegłam to wygodne łóżko, po czym obejrzałam sobie z uwagą salon.

– Ładnie tu – westchnęłam. – Ale na co ci taki titanic?

– Titanic?

– Ten z góry. Z dwa metry szerokości najmniej.

– Lubię trójkąciki.

– A! – bąknęłam, przypominając sobie pierwszą noc w niewoli. – Faktycznie, zapomniałam.

– A ty?

– Co ja?

– Też lubisz trójkąciki? A może seks grupowy? – Oparty o rant zlewu, ze skrzyżowanymi ramionami i kpiącym uśmiechem, wyglądał tak pociągająco, że przez chwilę nie mogłam z siebie wydusić ani słowa. Ależ mnie cholercia naszło!

– Jestem tradycjonalistką.

– Czyli na misjonarza i to wszystko?

– Nie będę z tobą rozmawiać na tak osobiste tematy. – Zerknęłam na niego spod rzęs, skubiąc skraj sukienki. – Nie jesteś moją psiapsiółką, żebym się zwierzała.

– A jest z czego? – znacząco uniósł brwi.

Odpowiedziałam wieloznacznym uśmiechem. Może i była ze mnie gaduła, ale niektóre rzeczy wolałam zachować dla siebie. A już na pewno nie zamierzałam o nich rozmawiać z obcym facetem.

– Jeszcze jedno piwo? A może lampka wina?

– Wolę piwo – mruknęłam, nie wyjaśniając powodów mego wyboru. A sekundę później znów podskoczyłam, bo nad naszymi głowami rozniósł się kolejny ogłuszający huk. – Na pewno jest tu piorunochron?

– Piwnicy nie ma.

– Szymon!

Posłał mi dość wieloznaczne spojrzenie.

– Możesz się schować pod łóżkiem.

– Też mi perspektywa. – Podeszłam do okna, wpatrując się w zamarły w bezruchu świat. Tutaj, w środku panował znośny chłód. Tam na zewnątrz opływałabym potem. I strachem, dodałam w duchu, czyniąc sobie wyrzuty, że zachowuję się jak wariatka. Tylko ja naprawdę bałam się burzy. Fascynowała mnie, budziła niezdrowy podziw, ale bałam się jej do tego stopnia, że gdyby była tutaj piwnica, z pewnością bym do niej umknęła. Przypomniałam sobie ze wstydem, jak wskoczyłam Brzydalowi na kolana.

– Zaraz rozpęta się piekło – wyszeptał, muskając oddechem skraj mego ucha. Delikatnie, wręcz pieszczotliwie, objął mnie w pasie, przyciągając ku sobie.

– Pewnie tak. – Nie miałam siły zaprotestować. Otuliłam się jedynie ramionami i pozwoliłam, aby i on zamknął mnie w swoich. Oparł przy tym podbródek na moim ramieniu, łaskocząc skraj policzka. Mimo woli się uśmiechnęłam. Pomyślałam też, że lepiej byłoby, aby nie posuwał się dalej.

I nie posunął się. Staliśmy tak, patrząc, jak wiatr wygiął korony drzew w paroksyzmie pierwszego wściekłego podmuchu, jak o ziemię uderzyły krople wody; najpierw pojedyncze, aby po chwili przysłonić świat grubą kurtyną. Oślepiający zygzak przeciął niebo, a w uszy wwiercił się głośny huk.

– No i masz swoje piekło – mruknęłam. – Dobrze że nie złapało mnie coś takiego w drodze. Chyba bym umarła na zawał serca.

– W tym wieku?

– Nie znasz potęgi mej burzofobii. Padłabym pod którymś z drzew, pogrążając się w błogiej nieświadomości.

– Mówiłaś o zawale.

– To akurat optymistyczny wariant z omdleniem. Ktoś, to mógłbyś być nawet ty, znalazłby moje sponiewierane przez żywioł ciało…

– Zwłoki? – zakpił.

– Przecież mówiłam, że to wariant optymistyczny. Bezwładne ciało, pokryte zakrzepłą krwią…

– A skąd niby ta krew?

– Nie przerywaj, mam wizję. Pokryte zakrzepłą krwią, w poszarpanym ubraniu…

– Lepiej bez. Byłaby dodatkowa motywacja, aby się tobą zająć.

– Szymon! Po nieudanej próbie ocucenia, ten ktoś chwyciłby mnie w ramiona i w towarzystwie huku piorunów, przedzierając się przez mur deszczu, pod wiatr…

– Sam twój ciężar by wystarczył, nie musisz wymyślać efektów specjalnych.

– …pod wiatr – kontynuowałam z rozpędu – z wysiłkiem, potykając się o powalone drzewa, roniąc łzy nad mym opłakanym stanem, nad pokaleczonym ciałem…

– Daj od razu burzę gradową, tsunami i tabun dzikich zwierząt.

– Zwierząt? – ucieszyłam się. – Może wilki? Co prawda tutaj nie ma, ale może jacyś wilczy emigranci? Albo żądna krwi banda jakiegoś narkotykowego bosa?

– Pan Gałązka i my ci nie wystarczymy? – pokpiwał Brzydal. – Wiesz jak się wściekł, jak ostatnio papieru toaletowego zabrakło?

– Nie drwi ze mnie.

– Przecież nie będę brał tych głupot na poważnie.

– To pełna emocji, romantyczna scena uratowania ukochanej kobiety – obraziłam się.

– Sorry Natka, ale we mnie już więcej emocji budzi scena opisująca ubijanie kotleta schabowego.

– We mnie też, bo jestem głodna – ożywiłam się. – Gotowa ta pizza?

– Chyba tak.

Pizza i piwo to nie wymarzone menu na obiad czy kolację we dwoje, ale byłam tak głodna, że nie pogardziłabym nawet sucharkami i wodą. Brzydal wspaniałomyślnie odstąpił mi połowę, ale to i tak okazało się zbyt mało.

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Napisz nam też coś :-)