Biała (XXXIII)

with 8 komentarzy

Biała 1 opowiadanie przygodowe sf z dużą dawką erotykiDobiega koniec roku i dobiegł koniec przygód Ewki.
Wiem, że nie każdego zadowolę, ale wolę zostawić trochę niedopowiedzeń i niepodomykanych wątków. Po części dlatego, że chcę zostawić coś Waszej wyobraźni. Drugą sprawą jest ta, że mogę wrócić kiedyś do jej losów 🙂

Z nowym rokiem, nowe opowiadanie. Tytułu jeszcze nie mam. Pomysł nie jest mój, ale o tym w 2017 😉
O czym będzie opowiadać?
Ona zadbana, seksowna, mająca facetów na pęczki. Między innymi przez rodzaj zawodu, jaki wykonuje.
On zwyczajny, ale posiadający tajemnicę.
Kobietę wścieklizna będzie "łapała" przez fakt, że ktoś tak nieatrakcyjny odrzuca właśnie ją.
Będzie gorrrrąco 😀 Będzie inaczej.

A teraz przyjemnego czytania zakończenia przygód Ewki 😀

- Cześć, ponoć to ty mnie uratowałaś.

Aż krzyknęłam, słysząc obcy mi głos.
Kroiłam właśnie dynię, którą z mozołem wcześniej obrałam, by ją udusić i zawekować. Tak jak kiedyś przygotowywałam zapasy na zimę, tak i teraz poświęciłam się temu zajęciu z zapałem. Odrobinę dziwnie czułam się z myślą, że przedtem tworzyłam parę z Gabrielem, teraz w domu innego człowieka stałam się gospodynią.

Nim odpowiedziałam odetchnęłam głęboko. Postanowiłam zachować spokój bez względu na to, ile z naszych kontaktów pozostało Adamowi w pamięci.

- Ja cię tylko zabrałam z mieszkania. - Zajrzałam w te piękne oczy i aż musiałam przestąpić w bok, bo trudno mi było uwierzyć, że patrzy na mnie z pełną świadomością. – Naprawdę się obudziłeś.
- No tak. – Zmarszczył brwi, spoglądając jak na wariatkę.
- Nie dziw się tak. – Odzyskiwałam rezon i nabierałam pewności, że Adam widzi mnie po raz pierwszy w życiu. – Tyle razy patrzyłam ci w oczy, ale wystarczyło bym się przesunęła i zeszła z linii wzroku, a ty wpatrywałeś się w powietrze.
- Rozumiem. – Uspokoił się, ale tylko odrobinę. Widziałam, że chce o coś zapytać. – Czy rozmawiałaś z moja mamą? Zdążyłaś przed...

Przy ostatnim słowie głos mu się załamał. Próbował zamaskować wzruszenie kaszlnięciem.

- Rozmawiałam, a nawet złożyłam obietnicę. – Postanowiłam nie owijać w bawełnę, ale opisać tamten dzień. – Stukała w kaloryfer godzinami  do momentu, aż usłyszałam to ja. Przyszłam do waszego mieszkania, twoja mama wymogła na mnie obietnicę, po czym umarła mi na rękach.
- Obietnicę? – Oczy mu się zaszkliły. Zaczął szybko mrugać.
- Obiecałam jej, że zaopiekuję się tobą.

I wtedy tama łez pękła, Adam rozpłakał się, zagarnął do siebie. Drżał, cicho szlochając.
Z początku zesztywniałam lecz doszłam do wniosku, że chłopak zareagował spontanicznie. Przytulił najbliższą, jego dawnemu życiu osobę i byłam nią ja.
Przyjemnie było przytulać człowieka, który normalnie reagował. Nie piękną seks – lalkę, ale mężczyznę z krwi i kości.

- Dziękuję. – Adam otarł łzy, przejechał rękawem bluzy po nosie.
- Wzięłam jej torebkę z mieszkania, więc będziesz miał pamiątki. – Odsunęłam się, bo choć używanie jego ładniutkiego ciała było moją słodką tajemnicą, to obawiałam się, że może kiedyś przypomni mu się co nieco. – Czy pamiętasz cokolwiek z czasu przed, czy po katastrofie?
- Tylko twarz mamy.

Wyszedł z kuchni, zostałam w niej sama. Skupiłam się na prostocie gotowania, mieszania coraz bardziej rozpadających się kostek warzywa i dumaniu nad wszystkim.

Nie było pewności, że Adam jest gejem. Istniała możliwość, że to dlatego, że opiekunem i osobą przy której się obudził, był Mateusz. Skoro reagował fizycznie na mnie, to może pobudził go również i Mateusz.
Co będzie za miesiąc? Tego nie wiedział nikt. Czas pokaże.
Istniała opcja, że chłopak zacznie odzyskiwać wspomnienia, przypominać sobie życie sprzed katastrofy. Skoro pamiętał matkę, to możliwe że i inne wydarzenia z życia odnajdą drogę do jego pamięci. Z drugiej strony matka jest kimś, kogo znasz najlepiej. Od momentu poczęcia jesteś z nią w ścisłym związku i to jej twarz widzisz najczęściej.

Przypomniałam sobie mieszkanie. Nie było tam śladów mężczyzny, ojca Adama. Nawet ze zdjęć wiszących na ścianach spoglądały jedynie te dwie twarze. Jego i tej kobiety. Zmienionej chorobą, ale to była ona – matka.

Ścisnęło mnie w gardle na wspomnienie twarzy rodziców. Kochałam ich, oni kochali mnie. I tak miałam mnóstwo szczęścia, bo w końcu to mój brat przeżył. I przez co? Przez moją śmiertelną chorobę. Szczęście w nieszczęściu, jak się mawiało.

- Dynia!

To było pierwsze słowo, wypowiedziane przez Antka. Wszedł do kuchni i radośnie wyartykułował nazwę warzywa, w wyniku czego ciachnęłam się w palec.
No bo jak to tak?!
Najpierw Adam zaskakuje mnie brzmieniem głosu, którego nie rozpoznaję, a pół godziny później Antek? Zaklęłam pod nosem i wsadziłam palec pod bieżącą wodę.

- Masz ochotę na zupę z dyni? – zagadnęłam, nie skupiając się na fakcie, że chłopiec przemówił. – A może wolałbyś wydrylować ją i zrobić z niej dynię na halloween? – Owinęłam palec ścierką, udając całkowite skupienie na tym zajęciu.
- Chcę zrobić z niej głowę ze świeczką w środku – powiedział cichutko.
- Żaden problem. – Uśmiechnęłam się przyjaźnie. – Wybierz tę, która pasuje ci najbardziej i z Oliwką możecie zrobić sobie zawody, czyja będzie fajniejsza. Co ty na to?
- Tak – odpowiedział nieśmiałym uśmiechem.
- Tutaj jest kilkanaście do wyboru, ale możesz też wziąć jakąś z pola. Ustalcie z Oliwką, co i jak. – Mrugnęłam do niego, odwracając się do blatu kuchennego.

Wróciłam do przerwanego zajęcia, brudząc warzywo krwią. Jasno żółte kostki nasiąkały czerwienią. Rozbawiło mnie to, że w pierwszym odruchu chciałam wyrzucić jedzenie, jako zabrudzone i niezdatne do spożycia. Zaśmiałam się w głos, bo przecież to ta krew ocaliła tyle osób. Stało się całkiem przypadkiem i nie było w tym mojej zasługi. Mogłabym wmawiać sobie bycie czyimś zbawieniem, ale równie dobrze mogę wpaść w depresję. Przecież gdybym wymieniła się krwią z rodzicami, to żyliby oni do dziś. Zupełny przypadek i ja na jego drodze.

Tomek zakochał się i nie wyglądało na to, że ma to miejsce przez fakt braku potencjalnych samic w zasięgu. W przeciwieństwie do mnie, jego siekło zauroczenie i mimo, że mieszkaliśmy tu już przeszło dwa tygodnie, z Kasią zamieniłam kilka zdawkowych zdań. Byli tak sobą pochłonięci, że praktycznie nie opuszczali pokoju. Zawartość żołądka podnosiła się do gardła, gdy przechodząc obok ich drzwi, utrafiło się akurat moment zbliżenia fizycznego zakochanych. Brzmieli tak, jakby uparli się, że wszyscy domownicy muszą wiedzieć, jak bardzo dopasowani są seksualnie. To było wręcz ekshibicjonistyczne.

Tak właściwie, to pieprzyli się, jak norki i poza momentami, gdy schodzili coś zjeść, nie opuszczali sypialni. Spożywając posiłki wyglądali, jakby tkwili w stanie półsnu. Zarumienieni na twarzach, z błyszczącymi oczami. Zazwyczaj w połowie jedzenia wstawali, brali talerze i przenosili się do sypialni.

Odprowadzałam ich zaciekawionym wzrokiem i to na takim spojrzeniu złapał mnie Sebastian.

- Wiesz co mówią o parach, które tak wybuchają żarem ku sobie? – Pił gorącą wodę, bez żadnych dodatków. Taki miał poranny, śniadaniowy zwyczaj.
- Co mówią? – Lubiłam, gdy filozofował. Może dzięki temu, że był małomówny. Gdy już jednak opowiadał swoje myśli, to każdorazowo było to ciekawe.
- Mocno się rozpalają i szybko wypalają. – Nie uśmiechał się wiedząc, że mówi o moim bracie. – Wielki samozapłon i równie duże jebnięcie na końcu.
- Mam nadzieję, że nie w tym wypadku – mruknęłam.
- Wiesz, co musiałoby się wydarzyć, by trwali w uczuciu?
- Co? – zapytałam z nadzieją, na poznanie tajemnicy szczęścia.
- Dziecko.

I zamilkliśmy oboje.
Wiedziałam, byłam wręcz stuprocentowo pewna, że gatunek ludzki skazany jest na wymarcie.  Od dnia katastrofy minęło tyle czasu, że chociaż jedna z samic, które widziałam, bądź poznałam, powinna mieć menstruację. Nie dojrzałam symptomów krwawych łez niespełnionego macierzyństwa, więc nie mogło być szansy na to, by począć nowego człowieka.

Westchnęłam, odniosłam naczynia do zlewu. Stojąc wsparta biodrem o blat, zapatrzyłam się w dal, obramowaną oknem kuchennym. Liście mieniły się kolorami jesieni, trawa wyglądała na lekko przymrożoną.

- Trzeba się przygotować do zimy – westchnęłam pomiędzy łykami chłodnej już kawy. – Prąd mamy dzięki prądnicy, ale ropy musimy nawieźć więcej. Opał jest.
- Ale przywieziemy go drugie tyle, z domu o kilometr stąd – przerwał mi Sebastian.
- Nie brakuje ci rodziców? – wypaliłam szybciej, niż pomyślałam. Zaklęłam w myślach, ale słów nie dało się już cofnąć.
- Brakuje mi ich, ale o wiele bardziej tęsknie za rodzeństwem. – Rozparł się w krześle, przechylając głowę i przyglądając mi się z uśmiechem. – Dlaczego pytasz?
- A bo tak myślę, że ja to miałam jednak dużo szczęścia. Tomek przeżył.
- Dzięki temu żyję i ja. – Nie zasmucił się, uśmiech nie schodził mu z twarzy. – Ty to strasznie dużo rozmyślasz. – Wstał, podszedł do mnie. Objął mnie i przyciągnął do siebie, oparł mi brodę na czubku głowy. – Być może jutro nastąpi katastrofa, w wyniku której wybuchnie glob, a ludzkość i wszystkie inne gatunki znikną z jej powierzchni. Uważasz że warto przejmować się tym teraz?
- Jak nie teraz, to kiedy? – Nie podzielałam jego optymistycznego podejścia do biegu wydarzeń.
- Wtedy, gdy to nastąpi. Przecież nie masz wpływu na to, co wydarzy się jutro. Myślisz, że twoje zamartwianie się zmieni cokolwiek? Zaszkodzi tobie, bo męczysz tym swój seksowny umysł. – Przejechał mi kciukiem po dolnej wardze. – Teraz jest teraz i tym się ciesz. Wstałaś, oddychasz, nic cię nie boli i jesteś najedzona.
- Gdy to mówisz, to wydaje się być takie proste. – Odwzajemniłam uśmiech.
- To jest proste. – Przeniósł dłonie, oplatając mnie nimi w pasie. – Ty to niepotrzebnie komplikujesz.
- Wiem – mruknęłam.
- Zobacz na przykład, jak jest teraz. – Przycisnął mnie do blatu kuchennego tak, że lędźwiami opierałam się o drewniany brzeg. – Jesteśmy zdrowi, bezpieczni, najedzeni, chociaż nie do końca nasyceni.

Uśmiechnął się drapieżnie, a ja wiedziałam o co mu chodzi. Twardość opierała się pionowo o mój brzuch, źrenice oczu Sebastiana były rozszerzone.

- Chcesz się pieprzyć? – Poruszyłam biodrami na boki.
- A jak myślisz?

Czekało na wykonanie multum obowiązków. Co z tego? Z pozoru błaha rozmowa o życiu stała się grą wstępną. Dlaczego?
Usłyszałam, że jestem wszystkim, czego on potrzebuje do całkowitego szczęścia. Czy coś może zabrzmieć pełniej?

Zamiast do pracy, pomknęliśmy do naszego pokoju na piętrze. Zamknęliśmy się od środka i szybko rozebraliśmy. Dziwnym było uczucie, że poznaliśmy się już na tyle, by oprawę spłycić i skupić się na bliskim kontakcie ciał.

Nadzy ułożyliśmy się na łóżku twarzami do siebie i  przylgnęliśmy ciałem do ciała.
Kochaliśmy się leniwie, powoli, bez pośpiechu. Gdy przyspieszałam, Sebastian unieruchamiał mnie. Dochodził do wprawy ze wstrzymywaniem mnie na skraju eksplozji. Potrafił drażnić mnie ustami, bądź umykać pieszczocie moich ust, by cofnąć się o kilka kroków i odwlec moment spełnienia.

- Sebastian – warknęłam gdy docisnął mnie tak, że nie mogłam ruszyć nawet miednicą.
- Co? – wymruczał mi w usta. – Chcesz szybko i mocno?
- Tak, albo za chwilę cię ugryzę.

Zaśmiał się, po czym zmienił tempo.
Było mocno.

***

- Ewa.

Moje cicho wypowiedziane imię zatrzymało mnie w drodze do łazienki. To była Kasia, jej skulona postać. Zaniepokoiłam się, bo tak nerwowej jej dotąd nie widziałam. Czyżby stało się to, o czym mówił Sebastian? Zbyt szybko i mocno zapłonęli, a w efekcie wypalili się? A może przypomniało jej się coś z tego, co jej ciałem wyczyniał Gabriel?
Zaciążyła mi w pamięci ta wiedza. Kolejna tajemnica, która najlepiej by nią pozostała na zawsze.

- Co tam? – spytałam ostrożnie.

Nie odpowiedziała od razu. Wyglądało na to, że jest zawstydzona. Patrzyła w podłogę, odchrząknęła i zamilkła.

- Coś się stało? – Byłam coraz bardziej zaniepokojona.
- Nie, nic. – Uśmiechnęła się blado. – Mam pytanie o coś banalnego.
- Mów – nakazałam coraz bardziej zdenerwowana.
- Wiesz może, gdzie znajdę tampony?

Świat drgnął, a może to tylko ja?
Nie powstrzymasz życia.

Oto Mikakamaka:

Matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Ola
    | Odpowiedz

    Oj podoba mi się!! I to bardzo 😀 czuje niedosyt, ale to taki zdrowy niedosyt :>

  2. Tony F.P.
    | Odpowiedz

    Mnie też się bardzo podoba takie zakończenie – uważam, że jest idealne. Coś się kończy, coś się zaczyna, coś trwa… Tak po prawdzie, to o losach tych trzech par i dwójki dzieciaczków można by napisać następne 33 części:) Świetny pomysł z nakreśleniem nowych wątków, postawienia pytań i zostawienia bohaterów w trakcie, biegu ich historii.
    Świetne opowiadanie, Miko. Interesujące, niebanalne, z humorem, polotem i ikrą.
    Dziękuję:)

  3. Kasia
    | Odpowiedz

    Wrócisz kiedyś do nich?
    Bo ja już tęsknię.

  4. Megami
    | Odpowiedz

    Chciałam się rozpisać, ale nie mam pojęcia o czym.
    Idealne. Piękne. Ech <3

  5. Unknown
    | Odpowiedz

    Zakończenie w punkt!

Napisz nam też coś :-)