Biała (XII)

with 3 komentarze

Biała 1 opowiadanie przygodowe sf z dużą dawką erotykiByły wakacje, ale minęły. Akumulatory podładowane na dwadzieścia procent, ale musi wystarczyć. Piszę to bez żalu, choć z nostalgią. Tak pięknych miejsc nie spotyka się często. Gdybym tylko mogła, przeprowadziłabym się tam już jutro.
Ba! Nawet dzisiaj 😀

Spaliśmy długo. Bardzo długo.
Seks, podziałał na nas, jak lek nasenny. Na Gabriela w szczególności. Spał, ja postanowiłam wstawać. Byłam wyspana.Gabriel mruknął tylko, pełnym buntu warknięciem, przekręcił się na drugi bok i nakrył głowę poduszką. Miałam oto widok na jego tyłeczek i musiałam przyznać że i ta część ciała syciła oczy kształtami. W szczególności jądra, których różowa krągłość przyciągała wzrok, pomiędzy udami.
Odkopałam się z pościeli, a właściwie wygoniło mnie z niej słońce, wpadające przez okno sypialni.

Przyjrzałam się pokojowi. Jasny, duży, przytulny miękkością zasłon i mnóstwem poduszek. Były wszędzie. Na kanapie, ustawionej przy ścianie. Na podłodze obok łóżka. Te ostatnie zgarnęłam dłonią, zrzucając je przed snem na podłogę. Puszysty, kremowo biały dywan przy łóżku, był jak miękkie powitanie. Zanurzyłam stopy w jego kosmatych sznureczkach. Poruszałam palcami, powstrzymując się, by się nie roześmiać. Odrobina przyjemności, tuż po przebudzeniu. Szczegół, który musiał być pomysłem poprzedniej właścicielki tego domostwa.
Kim była ta kobieta? Miałam nadzieję, że Gabriel opowie mi coś o niej. Musiał ją poznać. Skąd wiedziałby tyle o tym domu? Był tutaj nie raz. Zbyt dobrze orientował się w rozmieszczeniu pokoi. Wiedział nawet, w którym słoju znajduje się sól kąpielowa. Wsypał ją do wanny, będąc w półśnie.

Za oknem majaczyła zieleń drzew, oraz czerwone kwiaty na krzewie obok. Część z nich przekwitła, zmieniła się w pobrązowiałe suszki. Powinno się je powycinać, ulżyć pięknemu krzewowi.
Wiedziona ciekawością, wyszłam na palcach z pokoju. W łazience ubrałam się, wzułam sandały.
Czułam ekscytację, czekającym mnie poznawaniem tego pięknego budynku.

- Co robisz?

Aż podskoczyłam, słysząc czyjś głos. Zakrztusiłam się śliną, zaniosłam kaszlem.

- Oliwka! – wysapałam w końcu, ocierając załzawione oczy. – Zawału przez ciebie dostanę! Nie skradaj się tak.
- Po pierwsze, w twoim wieku nie ma się zawałów – wyliczała z miną mędrca. – Po drugie, już tutaj byłam i to ty weszłaś do łazienki, ale mnie nie zauważyłaś.

Miała rację. Nie dojrzałam jej ale to dla tego, że stała nieruchomo przy oknie, którego nie widziałam po wejściu do łazienki.

- Tam jest basen. – W głosie słyszałam ekscytację. – Może jest pełen wody. Nie widzę stąd. Chciałabym, że by była woda. Pójdziemy zobaczyć? Możemy iść teraz? Proszę.

To ostatnie, wymówiła błagalnym tonem, składając przy tym dłonie, jak do modlitwy. Już wiedziałam, że będzie trudnym zawodnikiem w negocjacjach. Jak tu bowiem odmówić dziecku, które składa usta w dzióbek, a w oczy zmieniają się w dwa spodki. Błaganie, nie dopuszczające odmowy.

- Dobrze, ale najpierw muszę znaleźć kuchnię. – Uniosłam dłonie, w obronnym geście. – Pić mi się chce, jak jasny gwint.
- Dobra. – Podskoczyła, niczym pin pong, kierując się ku drzwiom. – Zaprowadzę cię. Wiem gdzie jest kuchnia. Byłam tam i oglądałam. Mają super lodówkę. Znalazłam krem czekoladowy w słoiku i trochę zjadłam. Ja nie jestem głodna, ale pić też mi się chce. A z kuchni jest przejście do garażu i tam można wyjść na dwór, ale bałam się wyjść sama. Tam biega jakiś pies na dworze. Wygląda na fajnego, ale ja tam nie wierzę psom. Tak mówiła mi siostra w szpitalu. Mam uważać na psy, bo mogą być groźne, a mi nie wolno mieć ran.

Trajkotała, jak nakręcona, prowadząc mnie do kuchni. Miałam ochotę, by kazać jej zamilknąć. Nie przyswajałam takiej ilości informacji, artykułowanej jednym ciągiem. Nie o tej porze, nie przed śniadaniem.
Wzniosłam oczy ku sufitowi prosząc opatrzność, by dała mi cierpliwość do tego dziecka. W końcu westchnęłam i poszłam za nią. W momencie, w którym przekroczyłam drzwi kuchni, jej słowotok przestał do mnie docierać.
To domostwo zaskakiwało, co chwila. Każde z obejrzanych pomieszczeń kryło niespodzianki i rozwiązania, do jakich nie przywykłam.
Kuchnia była pomieszaniem stylu nowoczesnego i tradycyjnego, wiejskiego. I tutaj królowała biel, połączona z drewnem. Pierwszym, co rzucało się w oczy, był piec kaflowy. Dokładnie taki, jaki zapamiętałam z bajek o kocie Filemonie. Białe kafle i czarne, żeliwne elementy w niego wkomponowane. Piec zajmował prawie całą ścianę. Podeszłam, by mu się przyjrzeć. W żeliwną płytę, pod którą rozpalano ogień wbudowano drugą tyle, że elektryczną. Z daleka niedostrzegalny zabieg połączenia nowoczesności i staroci.
Obok stała lodówka, czy raczej szafa chłodnicza. Dwudrzwiowa i wyjątkowo pojemna. To ostatnie stwierdziłam, gdy otworzyłam ją, by ocenić zawartość. Żadnych kartonów z mlekiem, czy kupnych, ometkowanych produktów. Kilka słoików z warzywami, obeschnięty kawałek sera, zwiędnięte warzywa, oraz zjełczałe masło. Zepsucie ostatniego stwierdziłam, zbyt blisko przysuwając nos do pojemnika. Po uniesieniu wieczka, prawie upuściłam całość, tak intensywny odór kwasu, wypełnił moje nozdrza.

- Napiłabym się herbaty. – Zatrzasnęłam lodówkę, zabrałam się za przetrząsanie szafek. – A ty?
- Może być herbata. – Łaskawie przytaknęła Oliwka. – Wolałabym kakało, ale nie widziałam mleka, więc pewnie się nie da zrobić kakała.
- Mówi się kakao, nie kakało – poprawiłam ją odruchowo.
- Miałaś się nie wymądrzać – ofuknęła mnie małolata. – Miałaś być koleżanką!
- Sorry – mruknęłam. – Może być kakało.

Skończyło się na wypiciu wody, prosto z kranu. Oliwka poganiała mnie i pospieszała.

- Nie szukaj szklanki! – gderała. – Chodźmy wreszcie na dwór! Nie chcę kakała! Chcę zobaczyć basen! – Tupnęła ze złością, podparła się pod boki.

Co miałam zrobić? Łyknęłam trochę wody, ona zrobiła to samo. Pozwoliłam się poprowadzić do garażu i na zewnątrz. Po drodze zarejestrowałam jeszcze kilka czterokołowców, zaparkowanych w sporym pomieszczeniu. Dwa auta, motor, kosiarkę i meleks.
Właściciele musieli być naprawdę zamożni. Aż mnie skręcało z ciekawości i chęci, by obudzić Gabriela i wypytać o ich historię. Jego historię również.

- Mówiłaś, że widziałaś jakiegoś psa – zwróciłam się do Oliwki, rozglądając równocześnie wokoło. – Duży był, czy mały? Wyglądał na groźnego?

Nie zdążyła odpowiedzieć. W momencie, gdy doszłam do zarośniętego trawnika, zza niewielkiej szopki wybiegł czarny potwór. Nie miałam szans, by zareagować. Zwierzę w trzech susach pokonało dzielący nas dystans i odbijając się tylnymi łapami na ostatnim metrze, skokiem zaliczyło powitanie ze mną. Właściwie, to ja zaliczyłam trawnik. Plecami, tyłkiem i ramionami, o które oparł się zwierz. Nawet nie krzyknęłam, tak mnie zaskoczył. Trawnik osłabił uderzenie, zamortyzował siłę upadku. Zaczerpnęłam powietrza, by krzyknąć ze strachu, lecz nie zdążyłam. Różowy jęzor, wielkości mojej dłoni, zatamował dopływ powietrza. Leżałam zszokowana, a psisko obśliniało mi twarz.

- Nie wygląda na groźnego. - Dobiegła mnie spóźniona odpowiedź dziewczynki. – Wygląda na wesołego. Chyba się cieszy. Chyba, że chce cię zjeść.
- Raczej zalizać na śmierć.

Próbowałam zastawić się rękoma, odwrócić twarz. Bezskutecznie. Wyglądało na to, że psia radość nie dobiegnie końca. Masa zwierzęcia uniemożliwiała odgonienie tego nadmiaru szczęścia. Leżałam czekając, aż skończy, lub przeniesie uwagę na Oliwkę.
Ta podeszła do nas, wyciągnęła w kierunku kudłacza ręce i zaczęła drapać go za uszami i po głowie. Pies zszedł ze mnie, legł na trawniku i ułożył się kołami do góry.
To była suczka. Na pierwszy rzut oka widać było, że to młody pies. Brak siwych włosów, różowy jęzor i białe zęby. Żywiołowe zachowanie i brak nieufności w stosunku do obcych, potwierdzał moje przypuszczenia.
Oliwka drapała sukę po ogromnej klatce piersiowej, a psica lizała jej kolano, w ramach podziękowania za pieszczoty.

- Musiała tęsknić za ludźmi – stwierdziłam, ocierając przedramieniem twarz. – Ale mnie franca obśliniła.
- Wycałował cię pies ten. – Znów stwierdzenie, z miną mędrca. Tembr głosu skojarzył mi się z Yodą. Szyk zdania podobnie.
- Dobra. – Podniosłam z trawnika zadek, wyprostowałam nogi. – Chodźmy do tego basenu. Trzeba zobaczyć, co tu jeszcze mają.
- Tak! – Oliwka odzyskała energię. – Chodźmy!

Pies zawtórował jej szczeknięciem i tańcem wokół własnej osi. Istny dom wariatów – pomyślałam. Jeszcze tylko ryczącego osła brakuje, albo podskakującej kozy. Nie koza ukazała się jednak naszym oczom, lecz krzycząca po kurzemu nioska. Wypadła zza rogu budynku z głośnym gdakaniem, a w ślad za nią, trzy kocięta.

- Koteczki! – piszczała zachwycona Oliwka. – Mamy koteczki!
- Zostaw – wstrzymałam ją. – Może są chore, albo za chwilę pogoni cię ich wściekła matka.
- Chora to jestem ja – postawiła się hardo. – A wściekła...

Nie dokończyła, urywając zdanie. Wiedziałam, co ma na myśli, a właściwie, kogo. Nie interweniowałam już wiedząc, że i tak mnie nie posłucha. Nie byłam dla niej autorytetem, nie mogłam mieć więc posłuchu.
Przyglądałam się, jak podbiega do kocich maluchów, a w ślad za nią suka. Ta ostatnia zachowywała się w stosunku do kociąt ostrożnie. Być może dostała już od któregoś po nosie. Jeśli nie od małych, to może od ich matki. Mimo swych gabarytów widać było, że to koty są dominantem w ich zwierzęcych relacjach.

- Jak nazwiemy psa? – zagadnęłam. – Może Luka, albo Sara?
- Kora! – Szybka odpowiedź. – A teraz basen.

Mała traktowała mnie coraz bardziej przedmiotowo. Daj pić, eskortuj do ogrodu, nie pouczaj.
Nie podobało mi się to, ale nie jadłam jeszcze śniadania, toteż sił do dyskusji nie znajdowałam.
Ogarnę się, pozbieram, odnajdę w nowym miejscu, to i porządki w naszych relacjach zaprowadzę.

Basen robił wrażenie. Nic jednak nowego, w tym miejscu. Co krok coś nas tutaj zaskakiwało.
Zbiornik był niezbyt wielki, niespecjalnie głęboki, ale kuszący błękitem wody. Wiatr marszczył powierzchnię wody, odbijając iskrzące się w jej załamaniach, promienie słoneczne. Kusiło, by zanurzyć się, ochłodzić ciało tym bardziej, że temperatura rosła szybko. Było już blisko trzydzieści stopni. Tak mi się przynajmniej wydawało.
Jakby na potwierdzenie podejrzeń, stróżka potu spłynęła mi wzdłuż kręgosłupa.

- Pływamy? – To niby pytanie, Oliwka rzuciła tylko grzecznościowo. Zdejmowała już koszulkę przez głowę, po chwili zrzuciła spodenki, wraz z butami.
- Nie mam stroju – odparłam.
- No i co z tego? – Patrzyła na mnie, jak na wariatkę. – Pamiętaj, że większość życia spędziłam w szpitalu. Tam nikt się niczego nie wstydził. Nie zwracało się uwagi na głupstwa.

Co miałam zrobić? Rozebrałam się trzema ruchami i krzyknęłam:

- Na bombę!

Może po to, by ukryć nagość pod powierzchnią wody, a może właśnie dotarło do mnie po raz kolejny, że mam bezmiar szczęścia, w tym nieszczęściu. Chlupnęłyśmy z impetem w wodę, rozchlapując ją na boki, śmiejąc się radośnie.
Poczułam się, jakbym znów miała kilka lat. Woda chłodziła, pieszcząc równocześnie skórę. Położyłam się na plecach, unoszona siłą wyporu. Obróciłam twarz ku słońcu, zamknęłam oczy, napawając się wolnością i tą chwilą beztroski.

Najpierw wyczułam, a dopiero później zauważyłam Gabriela. Uchyliłam powieki, pod wpływem dotyku czyjegoś spojrzenia. Stał przy brzegu basenu, z dłońmi zaplecionymi pod piersiami i przyglądał mi się. Znów uśmiech błąkał mu się po twarzy. Nie wiedziałam tylko czy śmiał się ze mnie, czy do mnie uśmiechał.

- Wy tak same korzystacie z uroków tego domostwa?

W odpowiedzi zanurzyłam się pod wodę, zachłystując się nią przy okazji. Wyskoczyłam ponad powierzchnię, zanosząc się kaszlem, plując, zaciskając powieki.

- Uprzedzaj, że nadchodzisz – wykrztusiłam w końcu, lecz zaniemówiłam ponownie widząc, że teraz i on rozbiera się do rosołu. – Co robisz?!
- Dołączam do was. – Zakręcił koszulką na palcu, by cisnąć ją teatralnie za siebie. Nie wypuszczał przy tym mojego spojrzenia z uwięzi oczu. Jakby mnie prowokował czekając, jak zareaguję. – Nie chcesz?
- Bałwan. - Nabrałam wody do ust i wyplułam cienką strużką w jego kierunku. Wycelowałam bezbłędnie w jego krocze. – Czekam na ciebie. Może lepiej zostaniesz w gatkach, bo jeszcze Oliwkę wystraszysz.

Został w spodenkach, ale mimo tej części odzieży, nie czułam się swobodnie wiedząc, że znów znajdziemy się razem, w jednym zbiorniku z wodą.
Widziałam, że wie o czym myślę. Jego głowę wypełniały te same wspomnienia.
Patrzyłam na spodenki, na ich krocze. Starałam się to robić dyskretnie.

Oto Mikakamaka:

Matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Odpowiedzi

  1. Wsad
    | Odpowiedz

    Obyczaj niosący chęć na więcej i więcej… Budzący wyobraźnię i potem, po kilku częściach pozwalający ją weryfikować. Jestem. Czytam. Czekam. Wychyciłżech jedna literówka, ale za pieron nie pamiętom kaj…

    • mikakamaka-old.guff.pl
      | Odpowiedz

      Ja znalazłam trzy, ale dopiero wieczorem będę miała okazję, by je poprawić 😀
      Tyż Ci nie poem kaj ona 😀

  2. Megami
    | Odpowiedz

    Ta część jest zbyt optymistyczna. Opisana tak, że człowiekowi usta same rozciągają się w uśmiechu. Sielanka szczęśliwej rodzinki. Z doświadczenia wiem, że w tego typu tekstach szczęście nie może trwać zbyt długo, niestety… Ehh, zabieram się za kolejną część 😀

Napisz nam też coś :-)