Biała (XVIII)

with 12 komentarzy

Biała 1 opowiadanie przygodowe sf z dużą dawką erotyki

Znów troszkę czasu, to i popisałam.
Nie dla mnie harmonogramy publikacji, bo nie jestem w stanie ich dotrzymać.
Nigdy nie wiem, czym mnie codzienność zaskoczy 🙂
Dobra. Czas zacząć zmieniać akcję.
Lewy foka szot wybierz!
Do zwrotu gotowi?
A! Jeszcze jedna sprawa.
W życiu nie prowadziłam motoru, ani nawet skutera. Jeśli ktoś znalazłby nieścisłości w opisie i chciał je uściślić, to dajcie znać. Musiałam posilić się wiedzą wujka gugla, więc Wiecie... :D</em>

Powolne tempo jazdy usypiało. Nie mogłam jednak przyspieszyć. Cieszyłam się, droga jest przejezdna, że martwe samochody nie blokują wszystkich pasów. Jeśli nawet, to udawało mi się przecisnąć pasem awaryjnym. Wszystko dzięki gabarytom mojego pojazdu. Małe, zgrabne, z pełnym bakiem.

- Cholera – jęknęłam, spoglądając na wskazówkę lampki kontrolnej. – Może i dojadę do miasta, ale o powrocie nie ma mowy.
Jakby dla potwierdzenia moich obaw, rozbłysnęła kontrolka sygnalizująca rezerwę.

- Ty suko – warknęłam do pomarańczowej ikonki. – Dobij mnie, pizdo! Jasne!

Cyferka na tablicy wskazywała liczbę osiemdziesiąt. Na tyle kilometrów zostało paliwa. Dojechać, dojadę. Później będę się martwiła resztą.

Byłoby dobrze, gdyby się ziściło. Nie dane mi jednak było, by dojechać bez przeszkód do celu, lub choćby w jego pobliże. Dotarłam w końcu do miejsca zatarasowanego przez kilka aut. Również pas awaryjny przez wbity w barierkę pojazd. Gdy wysiadłam ze swojego, by ocenić sytuację okazało się, że kilkanaście samochodów zderzyło się ze sobą i nie ma szans na to, bym przedostała się przez powstały zator. Spojrzałam tęsknie na swoje autko. Wróciłam, wyłączyłam silnik, wydostałam plecak z rzeczami i torbę jedzeniem. Plecak zarzuciłam na plecy.
Za dużo do niesienia, bym pokonała resztę drogi piechotą. Nie chciałam rezygnować z poszukiwań z tak błahego powodu. Miałam dwa wyjścia. Albo będę tachała tobołki, albo...

Zajrzałam do pierwszego z samochodów i aż mi się żołądek skurczył. Poranna kawa podniosła się do przełyku, poczułam zgagę żółci, która dotarła obrzydliwym smakiem do gardła.

Na przednim siedzeniu siedział trup. Stan rozkładu był zaawansowany. Nie dziwota. Zamknięta puszka, podgrzewana przez jesienne słońce i tak przez ostatnich kilka dni. Na pierwszy rzut oka nie dało się stwierdzić, czy to kobieta, czy mężczyzna. Opuchnięte ciało, głowa przechylona na zagłówku, pobielałe gałki oczne, okolone szaro żółtymi powiekami. Luźno zwisająca szczęka odsłaniała zęby. Dolna warga opadnięta, dziąsła obrzydliwie żółte, wręcz pomarańczowe. Zęby najwyraźniej straciły już stabilność w kości szczęki. Kilka z nich wychyliło się do przodu, jakby za chwilę miały wysunąć się z dziąseł, spaść na pierś. Strach było myśleć o aromacie, który musiał wypełniać zamkniętą przestrzeń tej prowizorycznej trumny.

Nie mogłam na to patrzeć, a musiałam zdobyć jakiś pojazd. Na pewno nie wsiądę do takiego, w którym rozkładał się jego kierowca. Nie dotknę trupa, nie ma mowy. Co tu mówić o tym, bym usiadła na przesączonym wyciekami rozkładu fotelu. W życiu!

W kolejnym samochodzie, do którego zajrzałam o wiele ostrożniej, nie było kierowcy. Nadzieja i radość, które zagościły w moim sercu przygasły odrobinę, gdy spojrzałam przed maskę pojazdu. Leżała tam kobieta. Była nią z całą pewnością. Garsonka, jej odzienie, była brudna.

Na wolnym powietrzu zwłoki rozkładały się inaczej.
Kobieta leżała twarzą do ziemi. Włosy rozrzucone wokoło głowy zakrywały jej twarz. I dobrze. Nie miałam ochoty oglądać jej. Dłonie wystające z rękawów żakietu jakby wyschły. Skurczona skóra opinała palce. Połyskująca czerwień pomalowanych paznokci dziwnie kontrastowała z tym trupim obrazkiem. Wokół bioder i głowy widniała zaschnięta plama. Pewnie krew. Krwotoczny rozpad ciała. Los, który podzieliła większość ludzi. Buty na wysokich obcasach zsunęły się ze stóp. Poprawka – jeden z butów zawierał w sobie stopę. Cienki nylon rajstop naciągnął się w miejscu, w którym ta oderwała się od łydki.

Odwróciłam wzrok. Wystarczyło mi tych obrazków. I tak powinnam mieć po nich koszmary przez najbliższych kilkadziesiąt lat. Jeśli tyle pożyję.

Szczury nie dotarły do autostrady. Nie musiały, nie miały powodu. W mieście była wystarczająca ilość pożywienia. Nie ciągnęło ich poza konglomerację miejską. Przynajmniej na razie.

Postanowiłam skorzystać z tego auta. Wyglądało na czyste. Jedyny szkopuł był taki, że będę musiała przejechać po ciele kobiety. To będzie obrzydliwe. Włączę muzykę, jeśli w odtwarzaczu jest płyta. Nie chciałam słyszeć chrupotu kości. Nawet, gdyby był cichy i nie miał szans na dotarcie przez zamknięte okno. Byłam pewna, że usłyszę go w głowie. Wystarczy, że w ten sposób rozhuśtam pojazd.

Była jeszcze opcja, bym przesunęła kobietę. Za co jednak miałabym złapać? Za stopy? A co, jeśli zostaną mi w dłoniach? I co z bakteriami? Przecież osiądą mi na dłoniach.
Trudno. Zbeszczeszczę zwłoki. Muszę jakoś dojechać.

Westchnęłam, sięgnęłam ku klamce i stanowczym gestem otworzyłam auto.
Równie gwałtownie odskoczyłam od niego, gdy fetor buchający z wnętrza pojazdu dotarł do mych nozdrzy. Dopiero wtedy zajrzałam przez szybę do środka.

Na tylnym siedzeniu, przyczepione do niego pasami, znajdowało się nosidełko dla dziecka. Nie widać było zawartości i dzięki Bogu. Samo wyobrażenie niemowlaka, który musiał się w nim znajdować podziałało na mnie piorunująco. Zgięłam się wpół i zwymiotowałam na jezdnię.

- Kurwa mać! – jęknęłam, wycierając usta wierzchem dłoni. – Za jakie grzechy przeżyłam?! Pierdolę, idę z buta.

Postanowienie pieszej wędrówki słabło z każdym przemierzonym przeze mnie metrem. Ciężar pakunku w prawej dłoni osłabiał. Plecak warzył coraz więcej. Zaczęła mnie boleć głowa, spociłam się niczym mysz kościelna.
Nie miałam wyjścia. Albo porzucę jedzenie, albo znajdę jakiś środek transportu. Jeść musiałam, a nie miałam pewności co zastanę w sklepach. Suche produkty nadałyby się do spożycia. Napoje pewnie też. Nie chciałam tracić czasu na zbędne czynności. Teraz środek transportu i prosto na siłownię, w której miałam nadzieję znaleźć Tomka.

Zaglądałam do aut, lecz w każdym czekał na mnie podobny widok. Truposze, rozkład, śmierć. Zauważyłam, że przy którymś z pojazdów nie poruszyła mnie już obrzydliwość tych obrazków. Rzut oka i dalej na przód.

Po kilku kilometrach marszu byłam wykończona. Brak snu w czasie ostatniej nocy dawał się we znaki. Powłóczyłam stopami, ziewając nader często. Byłam tak ospała, że prawie przeoczyłabym motor, który stał na jezdni. Kilkanaście metrów od niego spoczywało ciało właściciela. Musiał być nim ten osobnik, zapewne mężczyzna. Kask zasłaniał twarz, kombinezon luźno układała się na zapadniętym, obkurczonym ciele. Wokoło niego widniała spora plama zaschniętego wycieku fizjologicznego. Musiał być za życia tęgi. Dużo płynów z niego powstało.

Spojrzałam na motor. Bez wiary we własne możliwości. Ostrożnie, jakby maszyna miała za chwilę odpalić samoistnie i ruszyć do przodu. Oczami wyobraźni widziałam scenę, jak zawraca, lawirując pomiędzy autami, a truchłem właściciela i kieruje się na mnie, by stratować za to, że śmiałam pomyśleć o tym, by go dosiąść. Ja, kierowca piździka, czyli skuterka w kolorze szampańskim. Śmierć za to, że pomyślałam o zmianie kucyka na rumaka.
Przemieszczałam się dotąd skuterem. Mały z konkretnym ograniczeniem mocy, maleństwo w porównaniu z tą machiną.

- Nie ugryziesz mnie i nie zabijesz? – Postanowiłam oswoić sobie tego potwora na dwóch kołach. Pogadam do niego, może mnie polubi. – Jesteś piękny. – Stwierdziłam fakt. Czerwień, czerń, srebro, tworzyły symbol pędu.
Miałam pewność, że motor ma moc. Ogromną. – Wiesz, ja nie jeździłam na czymś tak potężnym, jak ty. – Powiodłam palcem po skórzanym siedzeniu. Pieszczotliwie, powoli. Oswajałam zmysł dotyku. – Chętnie wezmę cię między nogi. Wytrzymasz to jakoś? Dowieziesz mnie do celu? Ładnie proszę.

Pozwoliłam sobie na otwarcie kufra zamontowanego na tyle motoru. Był prawie pusty. Poza zapasowym kaskiem, rękawicami, nie było w nim nic więcej. Kask postanowiłam założyć. Gdyby nie ten zapasowy, jechałabym bez kasku. Na pewno nie zdjęłabym egzemplarza z trupa. Teraz miałam ochronę czerepu. Tak na wszelki wypadek. Położyłam go ostrożnie na ziemi, a zawartość torby z jedzeniem wsypałam do kufra. Zatrzasnęłam obły pojemnik, podparłam się pod boki i przyglądałam temu szybkobieżnemu monstrum. Że jednoślad był szybki, byłam pewna. Wyglądał na błyskawicę. Jeszcze ten kolor.

- No dobra. – Odetchnęłam głęboko, sięgnęłam po kask, założyłam go, zapięłam, zatarłam dłonie. – To zaczynamy ujeżdżanie.

Przerzuciłam udo, pchnęłam motor, stopki zaskoczyły, składając się. Miałam oto maszynę pod sobą, pozostało wyczuć ją. Przesunęłam ją siłą ciała do przodu, delikatnie przekrzywiłam kierownicę.

- Może nie będzie tak źle, jak myślałam – mruknęłam ni to do siebie, ni do motoru. Może do nieboszczyka na asfalcie. – No to najpierw odpalamy.

Pamiętałam gdzie znajduje się sprzęgło i hamulec. Brawo ja!

- Na początek kluczyk. – Przekręciłam go w stacyjce, ale nic się nie stało. – O! A może ty? Ale ze mnie klipa. Jasne, że ty.

Wcisnęłam przycisk rozruchu, silnik zaskoczył. Pomruk maszyny wypełnił uszy, drgania rozeszły się falami po ciele.

- Mrrr, kociaczku – zamruczałam do nowego przyjaciela. – Przyjemnie brzmisz. Seksownie. Udziela mi się twoja seksowność. – Pogładziłam kierownicę. – A panu dziękuję za zaparkowanie, kluczyki w stacyjce i pełny bak. – To ostatnie zarejestrowałam z ogromną ulgą. – Zaopiekuję się pańskim rumakiem. Spoczywaj w pokoju. – Skinęłam głową w kierunku nieboszczyka.

Przyszła pora na to, by ruszyć, pojechać w przód.
Od zawsze chciałam jeździć na motorze. Rodzice nie zgadzali się na to, obiecując pozwolenie na kupno skutera. Kiedyś, w przyszłości, gdy będą pieniądze, czyli nigdy. Kartę motorowerową zrobiłam w wieku lat trzynastu. Pierwszy raz jechałam skuterem, mając lat piętnaście. Prawdziwego motoru dosiadłam tylko raz. Starszy kolega ze szkoły, jeden z tych chłopaków, którego rodzice rekompensują brak czasu dla dziecka drogimi prezentami, przewiózł mnie najpierw, jako pasażera. W końcu uległ moim prośbom, by dać mi poprowadzić. Oczywiście z sobą, jako pasażerem. Wykorzystał jazdę na to, by obmacać mnie porządnie. To była cena za użycie jego oczka w głowie. Byłam mu wdzięczna w tamtym czasie, jak również teraz. Gdyby nie ta przejażdżka, nie odważyłabym się teraz na prowadzenie czerwonego potwora. Co prawda jeździliśmy wyłącznie po szkolnym boisku, kreśląc w głównej mierze ósemki. Nie pozwolił mi wyjechać na drogę. I błogosławiłam go teraz za rady, których mi udzielał. Właśnie odkopywałam je w pamięci wiedząc, jak cenne były.

Wrzuciłam pierwszy bieg, ostrożnie dodałam gazu. Ruszyłam i aż zapiałam z zachwytu. Delikatne przyhamowanie, dla sprawdzenia, wybadania maszyny. Znów dodałam gazu, zmieniłam bieg, nabierałam rozpędu, nadprodukowałam endorfiny.

Radość uderzyła we mnie od środka, pulsując krwią w ciele, szumiąc jej przepływem w uszach. Oto po śmierci byłego świata, spełniałam swoje marzenie. Zapomniane już dawno, odsunięte w głąb umysłu, jako coś nieosiągalnego. Pragnienie, które przestało mieć rację bytu w momencie, gdy zachorowałam. Wtedy przestałam już nawet gdybać o tym, jak by to było posiadać skuter.
Umieranie zajęło plan pierwszy. Nic innego nie liczyło się równie mocno.
Tymczasem los zakpił ze świata i ludzi. Mnie samej przybił piątkę, dając szansę na bezkarne korzystanie z zasobów ludzkości.

Mknęłam oto na maszynie, na którą nie byłoby mnie stać. Zabłysnęła w głowie myśl, że mogę przecież korzystać z zasobów ludzkości do woli. Wejść na przykład do salonu ferrari i odjechać jednym z aut. Podobnie z motorem. Docierało do mnie coraz więcej plusów zaistniałego porządku rzeczy.

- Chyba się w tobie zakochuję – szepnęłam do motoru, wrzucając kolejny bieg. – Faceci i seks z nimi jest fajny, ale ty... – westchnęłam. – Przebiłeś ich po stokroć.

Nie chciałam szarżować. Wolałam nie przekraczać prędkości stu kilometrów na godzinę. Zbyt wielką frajdę miałam z samej jazdy, panowania nad maszyną, dźwięku i wibracji, które pieściły zmysły. Może przy następnej jeździe, gdy znajdę drogę, na której nie będzie tylu przeszkód do omijania.
Pewnie nie znajdę chyba, że więcej ludzi pojawi się na planecie i uporządkuje ją trochę. Pewnie nie nastąpi to zbyt szybko. Nie za mojego życia.

Nie przeszkadzało mi tempo jazdy i to, że kilka razy musiałam się przecisnąć pomiędzy wrakami. Drobiłam wtedy stopami po asfalcie uważając, by nie otrzeć swojego nowego cacka.
Tak właściwie to byłam wdzięczna losowi za to, że musiałam porzucić czerwone autko. Nawet gdybym minęła motor, jadąc samochodem, nie zdecydowałabym się na zmianę środka transportu.
A tak co? Samo wyszło. Dobrze wyszło.

Zbliżałam się do zjazdu z autostrady. Wjazd na ulicę Mikołowską, centrum Katowic. Jeszcze tylko znaleźć prześwit pomiędzy wrakami i dotrę do AWF-u.

Okazało się to niemożliwe. Pozakleszczane pogiętym metalem puszki aut zatarasowały wszystkie pasy. Niektóre z pojazdów leżały na boku, jedno dachowało, utykając w pozycji na grzbiecie. Musiałam znaleźć inny dojazd.

Czy kiedykolwiek pomyślałabym, że będę próbowała wjechać pod prąd? Nie.
Teraz pokonałam kilkadziesiąt metrów, by wjechać pod górę i skręcić ostrio w prawo, próbując pokonać ostatni odcinek drogi.

Udało mi się. Byłam z siebie dumna.
Coraz większa ekscytacja ogarniała mój umysł. Chwila prawdy zbliżała się nieubłaganie. Znajdę brata, czy wrócę do Gabriela z podkulonym ogonem?
Po co tyle nadziei w człowieku? Nie mogłabym po prostu zaakceptować faktu, że muszę zacząć życie od początku? W nowym świecie, z nowymi ludźmi?
Taka biała karta życia. Biała, jak moja bielejąca krew.

Pełna obaw skręciłam w kierunku szlabanu zagradzającego wjazd na teren uczelni. Ramiona były na szczęście uniesione. Nie musiałam zostawiać czerwonego cacka przed szlabanem, mogłam się powoli wtoczyć pod samo wejście.
Wiedziałam, gdzie znajduje się siłownia. Nie korzystałam co prawda z jej dobrodziejstw. Kiedyś przyszłam do Tomka, podrzucając mu ręcznik, którego zapomniał zabrać na trening.

Zaparkowałam w pobliżu drzwi. Wyłączyłam silnik, wyciągnęłam kluczyki ze stacyjki.
Zsiadłam, sprawdziłam nadajnik, który przyczepiony miałam do paska spodni. Mrugał zielonym światełkiem, czyli działał. Zdjęłam plecak, wymacałam w nim broń. Na nic nie mogła mi się przydać. Nie wiedziałam, jak się jej używa. Czy była odblokowana, naładowana? Nie miałam zielonego pojęcia. Wsunęłam broń w spodnie na brzuchu. Pierwszym odruchem było wsadzenie jej do kieszeni, ale jakoś mało praktyczne i profesjonalne mi się to wydało. Na filmach zawsze noszono broń z tyłu na plecach, lub właśnie z przodu. Wybrałam przód obawiając się, że w razie czego łatwiej będzie mi ją dobyć. Mogłabym mieć problem z wyciągnięciem jej spod opadającego na pupę plecaka. Śmiesznie bym wyglądała i raczej rozbawiła potencjalnego napastnika, zamiast go odstraszyć.

No niestety. Moja wybujała wyobraźnia podsuwała mi obrazy osiłków, którzy pędzą w moim kierunku z hantlami, lub rzucają nimi we mnie.
Pchnęłam skrzydło drzwi, ostrożnie zaglądając do środka. W budynku panowała cisza. Odniosłam wrażenie, że nawet powietrze nie poruszało się, wisiało martwe.
Postąpiłam krok w przód. Miękkie podeszwy butów zaskrzypiały przeraźliwie na podłożu, maltretując uszy. Ruszyłam w głąb korytarza, zamierzając sprawdzić każde z pomieszczeń po kolei.

Nie dotarłam nawet do pierwszego. Coś ciepłego opadło mi na ramię tuż po tym, jak minęłam zaułek recepcji. Nie zajrzałam tam, nie wpadłam na to. Panująca w budynku cisza osłabiła moją czujność.
Krzyknęłam, odwracając gwałtownie, automatycznie sięgając po pistolet. Udało mi się go wyjąc jednym ruchem i unieść na wysokość oczu. Zamarłam w tej pozie.

Celowałam w klatkę piersiową. Należała do mężczyzny. Szara koszulka opinała ramiona i ładnie wyrzeźbioną pierś. To ostatnie stwierdziłam, nim uniosłam wzrok wyżej.
Patrzyłam w niebieskie, okolone gęstymi rzęsami oczy. Strach i zaskoczenie, to w nich ujrzałam.

Oto Mikakamaka:

Matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. hhhy
    | Odpowiedz

    Jeeeej, dziękuje za kolejną część i czekam na kolejną zniecierpliwością

  2. Risande
    | Odpowiedz

    Jak miło zastać tak z nienacka kolejną część, i znów w tak idealnym momencie zakończyłaś, że będę w niecierpliwości co chwilę tu zaglądać, żeby się dowiedzieć czy to Tomek, czy ktoś inny 😀 Dziękuję i życzę wiekszej ilości wolnych chwil na pisanie, widać z każdym napisanym przez Ciebie slowem że to uwielbiasz, my efekty tej pracy uwielbiamy jeszcze bardziej 😀

  3. e.
    | Odpowiedz

    A “worek treningowy”? 🙁

  4. Zosia
    | Odpowiedz

    Strasznie razi ten “motor”, a nie motocykl 😉

    • mikakamaka-old.guff.pl
      | Odpowiedz

      A to motor jest źle?

      • PikkuMyy
        |

        A jest motorzysta, czy motocyklista? 🙂 Dla zwykłego zjadacza chleba nie ma różnicy między motorem, a motocyklem, ale większość posiadaczy tych pięknych pojazdów irytuje się strasznie jak, mówi się motor, a nie motocykl.

  5. Aprecjator
    | Odpowiedz

    A gdzie jest “prawy foka szot luzuj”? inaczej nie przerzucisz foka na drugą stronę i ze zwrotu nici.

    • mikakamaka-old.guff.pl
      | Odpowiedz

      To ja myślałam, że ktoś się odniesie do braku wiedzy o motorach, a tu takie coś 😀
      Nosz Ty!

      • Aprecjator
        |

        Na motocyklach się nie znam. Swego czasu jeździłem na motorowerze marki Komar. I to jest moje całe doświadczenie.

  6. mikakamaka-old.guff.pl
    | Odpowiedz

    Plecak może nie, ale torba już tak. Facet ją wyprawiał, spakował za dużo itd 😉
    Też mam nadzieję, że będzie długie. “Nowe” długością raczej nie przebije, ale to inna para kaloszy 😉

Napisz nam też coś :-)