Biała (XX)

with 4 komentarze

Biała 1 opowiadanie przygodowe sf z dużą dawką erotykiTak - znowu bez seksu 🙂

- Tomek – warknęłam. – Wychodzimy na dwór. Poproszę, do kurwy nędzy – dodałam, odwracając się ku schodom.

Byłam zmęczona niewyspaniem i przeładowana emocjami z podróży. Byłam również piekielnie głodna i spocona do kompletu. Emocje zrobiły swoje, osłabiając system nerwowy. Złość zacisnęła mi szczęki tak mocno, że czułam to w żuchwie, w każdym zębie.
Nie spodziewałam się stanu rzeczy, który zastałam tutaj.
Cieszyłam się widząc Tomka żywego. Cieszyłam się bardzo. Wybuch radości przyhamowały skutecznie okoliczności, w jakich odnalazłam brata.
Miałam nadzieję dowiedzieć się coś o tym wszystkim. Nie liczyłam jednak naiwnie, że sytuacja okaże się niewinna.

Cholera, co by się mogło stać, gdyby w tym pokoju nie było jednak Tomka? Nie brałam pod uwagę sytuacji, gdy spotkam na swej drodze kilkunastu chłopa. Mogło być groźnie.
Mam widocznie więcej szczęścia, niż rozumu. Na szczęście.

Odwracając się w kierunku schodów, nie patrzyłam nikomu w oczy. Zbiegłam po stopniach. Miałam nadzieję, że Tomek odblokuje się, ruszy za mną. Gołym okiem było widać, że zamurowało go na mój widok.
Cholera. A jeśli epidemia zmieniła jego psychikę? Może nie cieszył się, że przeżyłam?

Wyszłam przed budynek, odetchnęłam głęboko raz i drugi. Oddychanie przeponą wychodziło mi coraz lepiej. Wyuczone kiedyś, lecz porzucone techniki relaksacji, wróciły do łask. Musiały. Uspokajały , pomagały.
W przeciągu ostatnich miesięcy w moim ciele na pewno coś się zmieniło. Miałam wrażenie, że inaczej oddycham, serce pompuje krew w innym, niż dotychczas, tempie. Byłam silniejsza, niż kiedykolwiek.
Nie popadłam jednak w samo zachwyt. Nie byłam głupia. Czułam, że moja kondycja fizyczna woła o pomstę do nieba.
Słabe mięśnie nóg, delikatna budowa ramion. Wejście na schody powodowało, że serce waliło, niczym młotem.
Podjęłam decyzję. Muszę wziąć się za siebie, za budowę formy fizycznej. Codziennie robić więcej, niż dotąd. Dziś przeszłam kilka kilometrów i dostałam tym marszem w kość. Dla zdrowego człowieka byłoby to pieszą wycieczką. Ot spacerek, z lekkim obciążeniem. Ja czułam się, jak po maratonie.
Zdrowy człowiek nie spędziłby jednak tyle czasu w szpitalnym łóżku, czy we własnym pokoju, co ja przez ostatnie lata.
Zdrowi ludzie nie żyli już. To tych chorych oszczędził los.

- Ewka! - Stalowe ramiona zacisnęły się wokół moich ramion, więżąc i unieruchamiając. – To naprawdę ty! Byłem prawie pewien, że widzę ducha i dopiero Marcel uświadomił mnie, że ty, to naprawdę ty!
- Połamiesz mi kości, głąbie – jęknęłam z bólu. – Puść mnie, zboku.
- O sorry. – Poluzował uścisk. – Zboku, powiadasz.
- No a nie? – Odsunęłam się w tył, zadzierając głowę, zajrzałam mu w oczy.
Nie było w nich skruchy. Raczej rozbawienie. Mój młodszy, wielgachny braciszek pogubił gdzieś po drodze zasady moralne. – Ta dziewczyna tak z własnej woli robi wam taśmowo laskę?
- Nie myślisz chyba, że ją zmuszamy do czegoś? – Spoważniał. Widziałam, że go uraziłam.
- Bo ona jedna kobieta, a was tylu. To tak jakoś pomyślałam. – Zrobiło mi się głupio.
- Ona to lubi i robi od zawsze. – Tłumaczył spokojnie. – Jeździ z nami na zawody kulturystyczne od lat. Wcześniej, niż ja zapisałem się na siłownie. Jest taką naszą maskotką, a może my jej zabawkami. Nie wiem. W każdym bądź razie ten układ obowiązuje od dawna ku zadowoleniu wszystkich.
- Chcesz mi powiedzieć, że rżniesz tą laskę od dawna i nigdy nic mi nie wspomniałeś nawet o tym?! – Podparłam się pod boki. Obudziła się we mnie starsza siostra – hetera.
- No wiesz. – Podrapał się po łysej głowie, marszcząc skórę na niej jeszcze bardziej. Zawsze zastanawiało mnie, jakim sposobem aż takie jej nadmiary miał właśnie na czaszce. – Byłaś chora i jakoś tak głupio było dzielić się z tobą tego typu radościami tym bardziej, że zerwałaś z tamtym palantem, a nikt inny nie pojawiał się na horyzoncie.
- No tak – mruknęłam, odwracając wzrok. Zrobiło mi się przykro lecz wiedziałam, że moja choroba poczyniła wiele złego w rodzinie, w życiu bliskich. – Ja biedna, chora istota.
- No rozumiesz. – Podwyższył tembr głosu, udając dziecko. Zawsze mnie to bawiło przez kontrast, który stanowiła jego postura. Chłop niczym dąb, z głosikiem dziecka. – Nie chciałem ci robić ziaziu w głowę.
- Z innej beczki. – Potrzebowałam wyjaśnień. Zamachałam dłońmi, nakazując mu milczenie. – Dlaczego żyjecie? Czy ktoś jest chory na białaczkę? Z tego co wiem, tylko tacy ludzie przeżyli. Reszta to krwiopijcy, a tych można wyleczyć wyłącznie krwią chorego na białaczkę.
- Żadne z nas nie jest chore na białaczkę. – Pokręcił przecząco głową, zmarszczył czoło. – Wiedzielibyśmy. Wyszłoby to podczas jakichś badań pod kontem dopingu. Wiesz, przed zawodami kulturystyki naturalnej.

Mówił prawdę. Nie okłamałby mnie.
Od kiedy pamiętam, miał świra na punkcie bycia „kulturystom naturalnym”. Bez sterydów, hormonu wzrostu. Zwierzył mi się kiedyś, że uległ namowom i zażył coś. Szczegółów nie znałam. Miał kaca moralnego i poprzysiągł, że nie zdradzi swoich poglądów nigdy więcej.
Jakim cudem więc aż tyle osób ma się świetnie? Czyżby kolejna grupa ocalałych? Inny rodzaj mutacji? Wszyscy akurat z grona kulturystów?
Dziwne to było ale wiedziałam, że po całym dniu mój umysł jest zbytnio zmęczony na to, bym mogła dojść do jakichkolwiek logicznych wniosków.
Wystarczyło, bym pomyślała o zmęczeniu. Przeraźliwe ziewnięcie rozwarło mi paszczę, zacisnęło powieki, w efekcie wycisnęło z oczu łzy.

- Jestem zmęczona, niewyspana. – Teraz tłumaczyłam się ja. – Od rana szłam tutaj w nadziei, że cię spotkam. Jeśli nie żywego, to chociaż marne resztki, które będę mogła pochować. Naoglądałam się po drodze truposzy, pokonałam dystans dłuższy, niż przez cały ostatni rok w sumie. Później przypomniałam sobie cudowność jazdy na motorze, w końcu cię znalazłam. Cieszę się, jak jasny gwint. Normalnie skoczyłabym ci na szyję, ale jakoś tak ochłodził mnie fakt tej panny przy twoim fiucie. Żeby nie było! – Uniosłam dłoń z wycelowanym w górę palcem wskazującym. – Nie jestem cnotką niewydymką. Rozumiem popęd płciowy i skupienie na instynktach. Szczególnie teraz, w obliczu nowego świata. Ale żeby tak jednego fiuta po drugim mymlać? I wszystkich tak obrobi? Przecież niestrawności dostanie od nadmiaru białka!
- Dobra, siostra. – Zagarnął mnie pod pachę, przygniatając znów odrobinę zbyt mocno. – Trzeba cię położyć spać. Jutro mamy ważną akcję.
- Akcję? – Zainteresowałam się. Jakie akcje można podejmować w obliczu praktycznie całkowitego braku społeczeństwa? – Do kogo skierowaną?
- To, że korzystamy z przyjemności, które nam zostały nie znaczy, że nic poza tym nie robimy. – Obrócił nas ku wejściu i wprowadził z powrotem do budynku. – W sensie czegoś pożytecznego, wartościowego i nie dla samych siebie.
- A dla kogo? – Jeszcze potężniej ziewnęłam. Chyba nawet usłyszałam trzask targającej mi się na policzkach skóry.
- Dla misia Gogo. – Prowadził mnie ku schodom. – Jutro się dowiesz. A teraz marsz spać.
- Ale nie będę musiała spać z facetami? – Upewniałam się. – W sensie, że obciągać i takie tam?
- Kretynka – westchnął zniesmaczony poziomem mojej inteligencji. – Wyśpij się, bo zaczynasz już bredzić. I cieszę się, że mnie znalazłaś. Myślałem, że nie żyjesz.
- To ty wyprułeś z rodzinnego domu – wytknęłam mu.
- Najlepsze jest to, że nic z tego dnia nie pamiętam . - Posmutniał. – Pamięć zarejestrowała dopiero pobyt tutaj.
- Dużo dziwnych rzeczy działo się po godzinie zero – stwierdziłam filozoficznie. – Porównamy nasze punkty widzenia, ale to jutro raczej, bo już mi się język zaczyna plątać.

Do uczucia ciężkości powiek dołączyło skołowacenie języka. W uszach szum, w oczach piasek i wiecznie ziewająca paszcza.

- Połóż mnie proszę spać i nie pozwól tknąć kumplom - pakerom. – Szliśmy po schodach i gdyby nie pewne ramię Tomka, mogłabym fiknąć w tył. Poczucie równowagi również szwankowało.
- Pokój rehabilitacyjny. – Wskazał niewielkie drzwi. – Bieżącej wody w kranie brak. Prądu też nie ma. Na parapecie znajdziesz świecę i zapałki. – Otworzył przede mną pokoik, wepchnął łagodnie do środka. – Woda do picia tutaj.

Wielka, odwrócona do góry nogami butla w stojaku dystrybutora napawała otuchą. Mlasnęłam, czując suchość w gardle. Zdałam sobie sprawę z faktu, że od rana nic nie jadłam, a co gorsza również nie piłam.

– Najchętniej, wypytałbym cię o wszystko teraz ale widzę, że padasz na twarz. – Poczochrał mnie pieszczotliwie po głowie. Rytualny wręcz gest, którym lubił wkurzać od dziecka. Im Tomek stawał się starszy i silniejszy, tym delikatniejszy był ten gest. – Napij się wody i na leżankę. Przekręć zamek od środka, jeśli dzięki temu poczujesz się bezpieczniej. Zapewniam cię jednak, że nikt cię tu fiutem nie tknie. Nie bez twojej zgody. – Mrugnął okiem, zrobił krok w tył i zamknął za sobą drzwi.

Stałam w bezpłciowym pomieszczeniu.
Połowę jednej ze ścian stanowiło okno. Widok za nim nie powalał, ale czułam dzięki temu przestrzeń. Nie cierpiałam klaustrofobicznych klatek. Może z wyjątkiem piwniczki z winami, w której byłam z Gabrielem. Okoliczności wtedy odciągały moją uwagę od lęków. Byłam skupiona na czymś innym – na Gabrielu.
Spojrzałam niepewnie na leżankę. Kojarzyła mi się z łóżkiem w gabinecie lekarskim. Obciągnięte zielonkawym skajem, nakryte sztywnym prześcieradłem. Płaskie, z otworem na wysokości głowy. Pewnie służyło do masaży rehabilitacyjnych, może relaksacyjnych dla sportowców.
Resztą sił naparłam na mebel, by z wysiłkiem i głośnym sapaniem przesunąć go pod ścianę. Metalowe nóżki szurały miękko po beżowej wykładzinie. Stwierdziłam, że lepiej będzie, bym chociaż z jednej strony miała ścianę. Przytulę się do niej, to nie spadnę w czasie snu na podłogę. Z wysokości, na której ustawione było leżysko, mogłabym sobie nos złamać, ewentualnie tyłek otrzaskać, lub nie daj boże, cycki.

Nie myślałam jasno. Miałam prawo paść. Poruszałam się niczym mucha w smole.
Przed snem musiałam ugasić jeszcze tylko pragnienie. Przypięłam się ustami do kranika dystrybutora i piłam łapczywie wprost z plastikowego dziubka. Kubeczki nie rzuciły mi się w oczy, a nie chciało mi się ich szukać. Pragnęłam snu. Moje mięśnie wołały o odpoczynek. Mózg sygnalizował osłabienie uderzeniami ciśnienia w uszach. Tak to odbierałam. Jakby mi coś wyłączało dźwięk, tłumiło go tyle, że od środka czaszki. Podobne stany zdarzały mi się wyłącznie w momentach skrajnego wyczerpania.

Otarłam usta i brodę. Z wysiłkiem unosząc stopy, a właściwie powłócząc nimi po wykładzinie, dotarłam do drzwi. Przekręciłam zapadkę zamka, doczłapałam do leżanki i padłam na nią.
W butach, kurtce, ze związanymi w kulkę na głowie, włosami.
Miałam to wszystko w nosie. Musiałam usnąć, odciąć impulsy docierające do mózgu.
Usnęłam.

Zbudziła mnie suchość w ustach i parcie na pęcherz.
Powoli wracała świadomość miejsca, w którym się znalazłam. Zatęskniłam za Gabrielem, za naszą sypialnią, wygodami, które tam czekały. Powoli uniosłam się na łokciu, usiadłam i zamrugałam, rozglądając się po ciemnym pomieszczeniu. Starałam się wyłowić jakiekolwiek kształty, kontury czegokolwiek. Musiałam znaleźć naczynie, które mogłabym potraktować, jako nocnik. Nie pójdę przecież szukać toalety. Nie w tak absolutnych ciemnościach, w nieznanym budynku.
Brak źródeł sztucznego światła za oknami sprawiał, że w pokoju nie widziałam praktycznie nic. Księżyc nie rozjaśniał mroku. Niebo musiały zasnuć chmury.
Do rana nie wytrzymam, posikam się.

- Jebany świat – zaklęłam pod nosem. – I co mam teraz zrobić?
- Potrzebujesz pomocy? - Dobiegł mnie głos z ciemności.

Oto Mikakamaka:

Czyli Monika - matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Odpowiedzi

  1. mikakamaka-old.guff.pl
    | Odpowiedz

    Kisicie? Ja kiszę 😀
    O – jak ładnie to wygląda.
    Kiedyś kiszenie było jednym z elementów opowiadania.
    Ciekawe, czy ktoś pamięta, w jakim było kiszenie ogórków.
    Nie mylić z kiszeniem ogóra! 😉 https://uploads.disquscdn.com/images/b671b68ba87f9bf4cfabe6c77e9ed46749f3dd3eceaeddbec7cefe3823951021.jpg

    • K@sia
      | Odpowiedz

      W Piwnicach ❤
      Czytałam to opowiadanie po raz już chyba 10 ostatnio, jakoś tak lubie do niego wracać 🙂

      • mikakamaka-old.guff.pl
        |

        Brawo Ty!
        Masz rację, to tam kisili ogórasy 😀
        Wiesz, Kasiu – też lubię do niego wracać 😀

  2. Lesiu
    | Odpowiedz

    Mika bardzo mi się podoba ! Właśnie skończyłam czytać 🙂 Czekam na kolejne części <3

Odpowiedz na „LesiuAnuluj pisanie odpowiedzi