Biała (XXIII)

with 2 komentarze

Biała 1 opowiadanie przygodowe sf z dużą dawką erotykiCiężkie sapnięcie zwierzęcia i mruczenie dochodzące wprost z trzewi. Miałam wrażenie, że powietrze wibruję, unosząc mi włosy na głowie.
Przełknęłam ślinę, a przynajmniej starałam się. Ta utknęła w gardle w postaci kuli strachu, blokującej przy okazji i oddychanie.
Tkwiłam z tyłkiem wciśniętym w krzaki, z zablokowanym oddawaniem moczu i rozszerzonymi przerażeniem oczami. Palce zaciskałam na ubraniu, dolną wargę zagryzłam boleśnie, bo zaczęła drżeć.
Przestałam myśleć. Nie wiedziałam co zrobić i nie umiałam się ruszyć.
Pierwszy raz ogarnął mnie tak dziwny stan paraliżu. Jakby ciało straciło łączność z umysłem. Stężałam i trwałam tak.

Nagle poczułam dotyk, który poderwał mnie do pionu. Coś szarpnęło mym ramieniem, podciągając w górę. Krzyknęłam, a właściwie nabrałam powietrza, by krzyknąć. Nim zdołałam wydać z siebie dźwięk, palce zakleiły mi otwór gębowy, nie pozwalając na jego wydobycie.

Minęły sekundy, maksymalnie pół minuty. Znalazłam się w górze, siłą odwrócona w tył. Następnym, co zobaczyłam było czyjeś ramię, na które mnie zarzucono, niczym worek kartofli. Dłoń na gołym tyłku, druga obejmująca mnie w pasie i podskoki mnie całej, gdy niosący mnie osobnik przemieszczał się w przód. W jego przód, mój tył. Dosłownie – goły tył. By osobnikiem, a poznałam to po kształcie odwłoku, który miałam w zajmowanej przeze mnie pozycji, w zasięgu wzroku.

Znów zdążyłam tylko nabrać powietrza. Nie miałam możliwości, by krzyknąć. Celu w tym również nie było żadnego.
Stwierdziłam, że żwirowa powierzchnia, po której przemieszczał się osobnik zmieniła się w betonową wylewkę. Ogarnęły mnie odgłosy wrzasku ptaków. Temperatura wokół była wyższa o kilka stopni, niż na zewnątrz. Zarejestrowałam łopot ptasich skrzydeł, dźwięk obijania się o ażur krat.
Silne dłonie zrzuciły mnie na posadzkę asekurując, bym nie runęła na twarz.

- Stój tutaj! – Pchnięcie w tył. Plecami dotknęłam ściany. – Zaczekaj i nigdzie nie idź.

Nie zamierzałam się ruszyć. Nie odzyskałam jeszcze kontroli nad oszołomionym ciałem. Jedynym poczynionym przeze mnie wysiłkiem było przytrzymanie się dłońmi ściany, a właściwie przyklejenie do niej. Chłód pozwolił skupić się na odczuciu zimna.
W końcu i wzrok podążył za moim wybawicielem.
Wysoki i jak wszyscy ocaleni spośród samców z grupy, trochę zbytnio napakowany.
W trzech susach pokonał odległość dzielącą go od drzwi woliery i zatrzasnął je. Ciężki metalowy skobel opadł, dając ochronę przed niedźwiedziem.

- Już go nie ma? – wypiszczałam.

- Gdzieś tam jest, ale tutaj raczej nie wejdzie. – Zaśmiał się, starając się na mnie nie patrzeć. Wzrokiem błądził po podłodze.
- A co, jak zaatakuje kogoś? – Nadal trzęsłam się na całym ciele.
- Wiedzą, co robić w takich sytuacjach. – Spojrzał mi w oczy, mrużąc je. – A Mateusz to durny kutas, że tak cię samą zostawił.
- Na szczęście byłeś w pobliżu. – Znów więcej szczęścia, niż rozumu.
- Ponownie asystując ci przy sikaniu. – Uśmiechnął się, a mnie siekły równocześnie trzy oczywistości.

Ten facet był tym w nocy, który wyprowadził mnie na siku.
Całowałam się z nim.
Teraz stałam goła od pasa w dół i sparaliżowana całym zajściem.

Koniec świata? No rozumiem. Stało się.
To, co działo się po końcu świata przerosło moje wyobrażenia.
Zbyt wiele się wydarzyło, wytrącając mnie z równowagi po tym, jak udało mi się osiągnąć jej odrobinę.
Zachowywałam się wbrew większości zasad, które wyznawałam, jako umierająca w przyspieszonym tempie.

- Za ratunek należy się całus. – Podszedł bliżej. Zbyt blisko. – Co ty na to?

Stał pól metra ode mnie. Musiałam zadrzeć głowę, zbadać to, co mogłam zobaczyć w oczach. Obawiałam się widoku szaleństwa, chęci wzięcia mnie siłą. Kto miałby go powstrzymać przed gwałtem, czy ukarać po fakcie?
Ptaki? Przecież nie koledzy.

Przełknęłam ślinę. Znów zbyt głośno i znowu utknęła mi ona w przełyku, w postaci dławiącej mnie kuli.
Spotkałam dwoje brązowych, rozbawionych oczu. Czyżby wiedział co kołatało się w mej czaszce?
Patrzył chwilę po czym straciłam widok jego twarzy. Głowa opadła wraz z ciałem w dół. Chwilę później zwinne dłonie podciągnęły mi spodnie i mocowały się z zapięciem. Nie w celu rozpięcia, jak bździło się w mojej chorej wyobraźni. Wręcz przeciwnie – byłam ubierana.

- Nie, to nie. – Znów stał tyle, że już trochę dalej ode mnie. – Podobało ci się ostatnio. Nie zaprzeczaj.

Wymowna pauza i badawczy, wręcz przeszywający mnie wzrok. Trwał tak dłuższą chwilę, lecz mając przed sobą niemą kukłę w mojej postaci, zrezygnował.

- Mnie też się podobało. – Uniósł brew a ja stwierdziłam, że w tym człowieku jest coś fascynującego. – Sprawdzę, czy możemy iść. – Zmienił temat, ja nie zmieniłam kierunku myśli, w którym podążyły.

<em>Cholera, ale dziwny facet</em> – musiałam przyznać w duchu. – <em>O co mu może chodzić? Przecież nie o pocałunek!</em>

- Widzę naszych. – Naparł ramieniem na skobel, odblokowując drzwi. – Możemy wyjść. I tylko rada. – Odwrócił się do mnie. – Może trzymaj się kogoś odpowiedzialnego, jak ja.

I wyszedł.
Oderwałam ciało od chłodu ściany. Odprowadzana jazgotem ptaków stwierdziłam, że kilka martwych sztuk leżało na posadzkach klatek.
Czyżby dosięgnął je wirus?
A może powód był tak banalny, jak śmierć głodowa?
W sumie to naturalny stan w świecie sprzed epidemii. Może nie w moim kraju, ale w wielu miejscach Ziemi z całą pewnością.

Znów dotarło do mnie boleśnie, że nic niezwykłego wraz z katastrofą, nie nadciągnęło.
Śmierć zawsze była bolesna i przejmująca.
Śmierć w naszym dobrobycie lśniła jaskrawo.
Śmierć w krajach ubóstwa była czymś naturalnym. Ludzie umierali masowo.
Z głodu. Zabijały ich choroby, na które my byliśmy obowiązkowo szczepieni, a tym samym chronieni. Zabijał je gwałt, zabobony, fałszywe pojmowanie religii.
Śmierć była opłakana i zapominana. Ot zwyczajny element życia – nieprzetrwanie. Nie przemijanie, ale ucięcie życia.

Westchnęłam dziwiąc się nostalgii, która mną zawładnęła.

- Ależ ja durna jednostka jestem – zrzędziłam sama do siebie. – Żeby takie dylematy egzystencjonalne roztrząsać. Ech, durna baba ze mnie.

Okłamywałam siebie.
Niby uważałam siebie za przewrażliwioną, czy może nadwrażliwą, ale wiedziałam, że nie mogę wyłączyć myślenia.

- Że też taka pokomplikowana muszę być. – Dopinałam klamrę sprzączki, idąc w kierunku grupy, mrucząc cicho pod nosem. – Zamiast się cieszyć, że odnalazłam brata, że mam co jeść i pić, a przede wszystkim że żyję! – Uniosłam palec, jakbym z kimś rozmawiała. Wiedziałam, że muszę dziwnie wyglądać, ale w obecnym świecie mogłam sobie być, kim chciałam. Lekko szajbnięta? Dlaczegóż by nie? – Nie, ja nie będę się napawać możliwością użycia sobie na kilkunastu facetach. Po co?! – Wyrzuciłam ramiona do góry. Rozkręcałam się, a może musiałam zwyczajnie odreagować. – Dziewica Orleańska mi się w głowie włącza. Popieprzone to wszystko. Jak tu teraz poukładać sobie świat i nie zwariować przy tym?
- Rozmawiasz ze zmarłymi? – Tomek podszedł do mnie, objął mnie ramieniem. – Seba mówił, że cię zgarnął spod łap niedźwiadkowi. – Ton reprymendy w głosie. – Musisz na siebie uważać.
- Muszę to ja wracać tam, skąd przybyłam, a ty ze mną. – Ściszyłam głos, by nikt poza Tomkiem nie słyszał moich słów.
- Nie chcę ich zostawiać. – Odsunął się ode mnie, wyraźnie oburzony.
- Ich, czy jej? – Zaplotłam ramiona pod piersiami.

Nie odpowiedział ale widać było, że się speszył.

- Słuchaj, Tomek. – Wzięłam go pod ramię, odciągając na bok. Rozglądałam się też uważnie wokoło. Głupio byłoby zginąć na terenie zoo po tym, jak udało się przetrwać epidemię. – To nie jest normalne, że jedna laska obsługuje tyle fiutów. – Nie siliłam się na delikatność. – Chcę cię zabrać gdzieś, gdzie jest prawdziwe domostwo. W kablach płynie prąd, a żeby jeść trzeba uprawiać ziemię.
- Czyli gdzie? – Przyglądał mi się z powątpiewaniem.
- Zabiorę cię tam, ale tylko ciebie! – Dziabnęłam go wcelowując palcem w pierś. – No może jeszcze Mateusza, bo też tutaj nie pasuje.
- Jemu ciężko będzie się do pasować. – Wzruszył potężnymi barami, śmiejąc się. – I co? Mam tam żyć z siostrzyczką i kumplem? Trochę nudna perspektywa. – Wzrok mu uciekł w bok.

Podążyłam w ślad za spojrzeniem, natrafiając na lachociąga.
Już jej nie lubiłam choć musiałam przyznać, że ładna dziewczyna z niej była.

- Jest tam jeszcze jeden facet i trzy dziewczęta. – Obserwowałam jak zastrzygł uszami na tę wieść. – Pomyśl o tym. Jutro tam wracam i cieszyłabym się, gdybym mogła mieć przy sobie brata.
- Chodźcie już.

Aż podskoczyłam, słysząc za sobą te słowa.
To był Sebastian mój wybawca i osobiście mnie „wysadzający”.

- Ok. – Potwierdziłam przyjęcie polecenia zastanawiając się, ile słyszał z naszej rozmowy.

Droga powrotna z Mateuszem na siodełku za mną, minęła szybko. Nie zakleszczał mnie już tak nerwowo. Ja biłam się z myślami, czy powiedzieć Mateuszowi o domostwie w lesie i o tym, czy Gabriel nie zezłości się na mnie, gdy przyprowadzę dodatkowego przyszłego domownika.
Z jednej strony im większa grupa, tym bezpieczniej. Dodatkowa para rąk do pracy też jest cenna.
Z drugiej jednak, może zrobić się zbyt tłoczno.

- I bądź tu mądry, człowieku ocalały – mruczałam do siebie.

Zmrok, dla tej grupy ludzi był sygnałem, że należy udać się na spoczynek. Jedynym naszym posiłkiem był gotowany ryż z fasolą i sproszkowanymi jajkami. Potrawa była prawie bez smaku, lecz błyskawicznie syciła i rozgrzewała.
Panowie przynieśli posiłek w wielkim garze. Gotowali w piwnicy, z użyciem pieca węglowego.

Jadłam, wsłuchując się w planowane na dzień następny polowanie. Celem był niedźwiedź, mój niedoszły zabójca. Szkoda mi było miśka lecz rozumiałam, że nie można wypuścić z rąk takiej ilości świeżego mięsa. Skóra ze zwierzęcia nie przedstawiała żadnej wartości. Ubrań było pod dostatkiem w sklepach. To białko zwierzęce stało się cenne.

Układałam się do snu.
Za łóżko znów miała mi służyć leżanka. Zatęskniłam za łożem w domostwie za miastem, a jeszcze bardziej za wanną i gorącą, pachnącą wanną. Zamknęłam oczy i zatopiłam się w marzeniach.

Przerwało mi pukanie do drzwi.
Tomek nie czekał na zaproszenie. Wszedł, zamknął za sobą drzwi i stanął nade mną.

- Dobra. – Ręce wbił w kieszenie. – Zaryzykuję. Jadę z tobą.
- Cieszę się. – Tak naprawdę, to poczułam szczęście. Pierwszy raz od dawna.
- Ale jeśli stwierdzę, że chcę wracać do grupy tutaj, to nie będziesz mnie próbowała przekonać? Ok?
- Dobra. – Zgodziłam się rozumiejąc, że ciężko będzie mu się rozstać z tymi ludźmi. – I tylko pamiętaj – nie mogę przyprowadzić nikogo poza tobą i może Mateuszem jeszcze. Tam nie ma aż tyle miejsca.
- Dlaczego akurat Mati? – Tomek skrzywił się zabawnie.
- Nie wiem – parsknęłam jak zwykle, gdy błaznował przede mną. Miał wyjątkowo plastyczną twarz. – Po prostu czuję z nim więź.
- Jak chcesz. – Westchnął, odwracając się. – Śpij, a ja idę pożegnać się z niuńką.
- Jasne – mruknęłam. – Byłeś pospał chociaż trochę, bo musisz prowadzić motocykl.
- Spoko, siostra.

I wyszedł.
Usypiałam i rozpływałam się w szczęściu.

Wszystko będzie dobrze – powtarzałam w myślach mantrę. – Będziemy szczęśliwi. Będzie wspaniale.

Jasne...

Oto Mikakamaka:

Czyli Monika - matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Odpowiedzi

  1. PikkuMyy
    | Odpowiedz

    Miko, to w końcu Mateusz, czy Marcel? W poprzedniej części był Mateusz, a teraz przechrzciłaś go na Marcela, chyba, że coś mi umyka?
    A tak poza tym jestem strasznie ciekawa ciągu dalszego i rozwoju sytuacji pomiędzy Ewką i “jej” mężczyznami 🙂

Napisz nam też coś :-)