Biała (VIII)

with 7 komentarzy

Biała 1 opowiadanie przygodowe sf z dużą dawką erotykiTrochę czasu mi się ostatnio "pojawiło", więc i "Białej" więcej.
Miłego 😀

Parłam chodnikiem z Adamem uwiązanym do zaimprowizowanej smyczy, jak wściekły właściciel z zawalatym psem.
Zła na Gabriela za to, że mnie podniecił.
Zła na Adama, że jest taki nierozgarnięty, jak śnięta ryba.
Zła na siebie, że tak się tym przejęłam.

- A przelecę cię kurwa! Jak tylko dojdziemy do mieszkania – zło życzyłam mu wiedząc, że nie kojarzy moich słów. Tylko do tego się nadajesz!

Mogłabym mówić do niego w obcym języku, skutek byłby taki sam. Musiałam jednak pogadać sobie, pokląć, usłyszeć ludzką mowę.
Od tylu dni nikt do mnie nie przemówił. Może poza matką Adama, ale ta chciała ubić tylko interes. Mój spokój ducha, za złożenie jej obietnicy. Jej spokojniejsza śmierć, za podrzucenie mi swojego potomka. No i jeszcze Gabriel mówił, ale on też miał w tym swój interes.

- Przydasz cię na coś!

Omijałam ludzkie ścierwo, walające się na płytach chodnikowych. Tu resztki kości, jakieś włosy. Gdzie indziej kawałki materiału. Pewnie to, co zostało z odzieży. Świadczyły o tym ciemne plamy, pewnie zaschnięta krew. Torebka przy krawężniku i wysypujące się z niej bibeloty. Grzebień, szminka, kilka tamponów. Wiatr dmuchnął, przynosząc skądś brudny, słomkowy kapelusz. Kopnęłam weń, po chwili czyjś but wysłałam kopniakiem, kilka metrów w bok.

- To wszystko jest bez sensu – warczałam. – Chociaż nie do końca! Mogę robić, co mi się żywnie podoba. Tak, jak powiedział Gabriel! Mogę cię zostawić tutaj, byś zdechł! Mogę cię zerżnąć wcześniej i odejść po wszystkim. Przecież ty sobie nawet galotów samodzielnie nie podciągniesz! Kładź się! – Szarpnęłam smyczą, przewracając Adama na trawnik. – Zrobię sobie tobą dobrze tu i teraz! – Już nie byłam zła. Byłam wściekła. – No dalej! – Rozpięłam mu rozporek i wyciągnęłam klejnoty na wierzch. – Nie muszę się obawiać, że ktoś nas podejrzy. Nie ma komu, ani po co. – Kilkoma szybkimi ruchami, utwardziłam fiuta zła na siebie, a jeszcze bardziej na Adama. – Jesteś, jak żywa lalka – syczałam, jak żmija. – Głąb do zabawy. Żadnej interakcji. – Jedną ręką usztywniałam go, drugą odpinałam sprzączkę paska u swoich spodni. – Do tego się przydasz. Żywy wibrator. – Przerzuciłam udo nad biodrami Adama i nabiłam się na niego . – Skoro koniec świata, to i koniec mojej moralności. – Wściekły ruch w górę i szybki w dół. – Pieprzyć to wszystko! Pieprzyć ciebie!

I eksplodowałam. Gwałtowny, bolesny wręcz skurcz orgazmu. Zacisnęłam powieki i drżałam. W przypływie słabnącej wściekłości, uniosłam jeszcze dłoń i z całej siły przyłożyłam Adamowi w twarz. Z otwartej dłoni, z głośnym plaśnięciem. Głowa odskoczyła mu w bok, mrugnął oczami i tyle było jego reakcji.
Miałam ochotę splunąć na niego. Może opluć samą siebie.
Podźwignęłam się i odeszłam. Podskakiwałam na jednej nodze, drugą wciskając, wraz butem, w luźną nogawkę dresowych spodni. Zostawiłam go na trawie, z flaczejącym kutasem, w niezmienionej pozie.
Nie obejrzałam się za siebie, nie chciałam patrzeć na jego upodlenie. Zostawiałam za sobą własne upadlające zachowanie.

- Skurwiały świat! – Klęłam pod nosem, mocując się z guzikiem spodni. – Lepiej by było, gdybym umarła razem ze wszystkimi! Koniec pieśni i po zmartwieniu! Szczury by się mną najadły, ja nie miałabym teraz tak idiotycznych problemów.

Guzik wyprysnął mi spod palców i poturlał się po chodniku. Podskoczył na nierówności podłoża i mrugając do mnie odbitym od metalu światłem, wpadł do kratki ściekowej.

- Kurwa. – Ponowny „rzut mięsem”. – Moralność!

Stałam, zaciskając powieki i oddychając głęboko. Starałam się uspokoić, zebrać myśli, podjąć decyzję. Właściwie, to decyzja już we mnie zapadła.

- Że też nie potrafię być bezduszną suką – westchnęłam, odwracając się.

Wróciłam do miejsca, w którym zostawiłam Adama. Leżał w niezmienionej pozycji, z rozpiętymi spodniami, spał. Może po prostu zapadł w ten swój stan „energy saling”, jak to określił Gabriel.

- Ty sieroto. – Zrobiło mi się go żal. – Że też musiałam na ciebie trafić. Wstawaj!

Ujęłam jego dłoń i podciągnęłam go do siadu, by po chwili postawić jego ciało do pionu. Zapięłam mu spodnie, wygładziłam koszulkę, poluzowałam pasek na szyi.

- Wybacz, głąbie. – Spojrzałam w kierunku masywnej bryły marketu. – Dostało ci się za tamtego palanta i za to, że z niewiadomych powodów los mnie oszczędził. Chodźmy do domu. Pomyślę, co z tobą zrobić. Co zrobić ze sobą.

Od mieszkania dzieliło nas jakieś czterdzieści minut marszu.
Samotnie mogłam przemieszczać się na skuterze. Z Adamem nie odważyłabym się. Nie miałam go jak przymocować do siebie. Bezwładny dryblas jego ciężaru, mógłby przeważyć skuter, na pierwszej nierówności terenu. Gdybym poruszała się autem, nie byłoby problemu.
Będę musiała rozważyć taką opcję. Coś z wyższym zawieszeniem, pozwoliłoby mi omijać przeszkody na drogach, jadąc poboczem, trawnikiem.

Minęliśmy Plac Wolności, skrzyżowanie przy nim.
Martwe knajpy, sklepy z uchylonymi drzwiami. Zaraza wybiła ludzkość w tak szybkim tempie, że ludzie nie zdążyli nabałaganić, zdemolować miejsc użyteczności publicznej. Porządek w sklepach i tylko bałagan na ulicach. Samochody stojące poprzek chodników, niektóre przednimi kołami na nich, bądź spięte ze sobą wgniecionym metalem. Zwłoki w autach, ale tylko w niektórych. Szczury znalazły sposób i na to, by dostać się do wnętrz pojazdów, „uporządkować” i te zamknięte przestrzenie.
Tak właściwie, to świat ucichł, uspokoił się i wyglądało na to, że oczyścił.
Katowice, stolica Śląska. Czyste powietrze i śpiew ptaków, szum wiatru w koronach drzew. Dźwięki, które nie miały dotąd szans na to, by przebić się przez zgiełk miasta.

- Wejdźmy tutaj. – Zatrzymałam nasz mały pochód, przed masywnymi drzwiami kościoła garnizonowego. – Muszę pomyśleć w takim miejscu.

Przywitał nas półmrok.
Zapach kadzideł wypełnił nozdrza, chłód postawił włoski na przedramionach.
Zamknęłam za nami drzwi, choć określenie „wrota”, byłoby bardziej na miejscu. Posadziłam Adama w ostatniej ławce, sama podeszłam do prezbiterium.

- Jakie masz plany, względem mnie? – Patrzyłam w górę, na ukrzyżowany symbol ludzkiego cierpienia. – Pozwoliłeś mi przeżyć i tylko nie rozumiem po co.

Stałam i patrzyłam do momentu, gdy czyjeś ciche kichnięcie wyrwało mnie z zadumy.
Nie dobiegło zza pleców, więc nie mógł dźwięku wydać mój osobisty manekin – Adam. Źródło znajdowało się przede mną, za ołtarzem.

Kiedyś zastanawiało mnie, dlaczego we wszystkich filmach grozy, kobieta wchodzi do pustego, ciemnego mieszkania wiedząc, że czeka tam na nią niebezpieczeństwo. Wchodzi i zarejestrowawszy zepsute w jakiś tajemniczy sposób światło, woła: „halo, jest tu kto?”.
Dawniej uważałam, że to idiotyczne. Przecież ja bym tak nie postąpiła, lecz wiała, ile sił w nogach.

- Halo! Jest tu kto? - Bezszelestnie pokonałam dwa schodki i podeszłam do ołtarza. – Wyjdź, proszę. Nic ci nie grozi.

Nie miałam odwagi, by zajrzeć za ołtarz. Bałam się tego, co się tam ukrywało. A co, jeśli na mnie skoczy? Może powstał jeszcze jeden „gatunek” ludzki. Bardziej agresywny.

- Usiądę w ławie. – Cofnęłam się o krok. - Jak będziesz gotowy, to wyjdź. Jeśli nie, to ja opuszczę kościół.

Wycofałam się jak rak, tyłem. Ostrożnie, powoli badając stopami podłoże, najciszej, jak umiałam. Tak doszłam do ławy, usiadłam i zamarłam w bezruchu. Nawet oddech spłyciłam. Czekałam.
Szelest i ciche szuranie, znowu cisza. W końcu obły kształt, który wychylił się zza ołtarza i znów schował. Najwyraźniej ten ktoś, był bardziej przestraszony, niż ja. Dłuższą chwilę zajęło mi, nim dotarło do mnie, co widzę.
Jasne, krótkie włosy. Wielkie, niebieskie oczy i usta, jak malinka. Oczy rozszerzone przerażeniem. Usta zaciśnięte, w wyrazie tłumionego płaczu.
To było dziecko, może ośmioletnie. Drobne ciało, brudna buzia i skulone ramiona.

- Cześć – powiedziałam to zbyt piskliwie, ale najzwyczajniej w świecie, byłam permanentnie zaskoczona. – Jesteś tu sam? Bez rodziców?

Dziecko nie odpowiedziało. Kucnęło i schowało się ponownie.

- Nie chciałam cię przestraszyć. – Zrobiło mi się smutno. – Pójdę sobie już. Nie wiedziałam, że ktoś tutaj mieszka.

Odwróciłam się, gdyż poznawszy źródło dźwięku, nie musiałam się już bać wytworów wyobraźni.

- Nie chcę tu zostać. – Dobiegły mnie żałosne, zakończone chlipnięciem, cztery słowa. – Boję się.
- Jesteś tutaj sam?
- Tak – potwierdziło dziecko.
- Dokąd mam cię zabrać? – Nie rozumiałam, czego chce. – Zaprowadzić cię gdzieś?

Chłopiec wyszedł zza ołtarza i postąpił krok, w moim kierunku. Przyszło mi do głowy, że jest tak podobny do mojego młodszego brata. Wciąż pamiętałam go w wieku tego chłopca. Tak samo drobny, podobnie nieśmiały w stosunku do obcych.
Wzruszył ramionami, uciekając wzrokiem w bok.

- Chcesz wrócić do domu? – Musiałam go pociągnąć za język.

Pokiwał przecząco głową, nie patrząc na mnie.

- To czego chcesz? – Zaczynałam tracić cierpliwość.

Zbyt wiele się dziś wydarzyło. Chciałam znaleźć się wreszcie w zaciszu mieszkania i wszystko przemyśleć.
Odpowiedziało mi milczenie kilkulatka. Wciąż wbijał wzrok w posadzkę.

- Chcę iść z tobą.

Krótka odpowiedź. Ostatnia, jaką chciałam usłyszeć. Nie chciałam być opiekunką kolejnej osoby. Pragnęłam spokoju pomimo tego, że fizycznie czułam się lepiej, niż dawniej. Zupełnie tak, jakby zaraza mnie leczyła.

Czy jestem jeszcze chora?
Czyżbym przetrwała dzięki rakowi krwi?!

Mogłabym wyjść teraz z kościoła, zakazać temu chłopcu pójścia za nami.
Mogłabym, gdybym umiała. Nie potrafiłam jednak.

- Więc chodźmy – westchnęłam. – Nasza grupka zaczyna się powiększać. Jak masz na imię?
- Oliwka. – Cicha odpowiedź.
- Czyli dziewczyna! – Zaskoczyła mnie, ale i ucieszyła. – To jest nas dwie. Twoja rodzina umarła?

Oliwka przytaknęła twierdząco. Oczy jej się zaszkliły, usta zacisnęły jeszcze mocniej.

- Moje też – wypowiedziałam oczywistość. – Jesteś chora, tak?

Ponowne przytaknięcie.

- No widzisz, mała – wyciągnęłam w jej stronę rękę – wygląda na to, że to, co innych zabiło, nam wyszło na zdrowie. Myślę, że zdrowiejemy. Teraz masz nową rodzinę. Mnie i tego tam muła. – Wskazałam ostatnią ławę.

Dziewczynka wyjrzała zza mnie, przechylając się zabawnie, stając na jednej nodze.

- Duży jest – stwierdziła. – Jest taki, jak my??
- Nie, on się rozchorował inaczej i nie wiem, czy wyzdrowieje – odparłam zgodnie z prawdą. – Idziemy?
- No.

I poszliśmy w kierunku mieszkania.
Nowy skład, powiększony o podskakującą Oliwkę. Nie wyglądała na chorą, wręcz przeciwnie. Ona tryskała zdrowiem i nadmiarem energii.

Dotarliśmy do klatki schodowej.
Czułam ulgę, bo wreszcie byłam "w domu".
Czułam niepokój, bo miało być teraz inaczej.
Poczułam dziwny rodzaj tęsknoty, za kontaktem z tym kretynem – Gabrielem.
Poczułam w końcu strach.

W mieszkaniu panowała absolutna cisza. Żadnego dźwięku. Nic, poza naszymi oddechami.
Przeraziło mnie to, bo wiedziałam, co oznacza ta cisza.

Przestał płynąć prąd.

Oto Mikakamaka:

Matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Alicja K.
    | Odpowiedz

    Jestem, czytam, a że uwielbiam to już wiesz. :-*

  2. Megami
    | Odpowiedz

    Głównej bohaterki kompletnie nie widzę w roli uległej ślepo zakochanej i podążającej za facetem. Ma charakterek i bardzo mi się to podoba.
    Bardzo mnie ciekawi dalszy ciąg, a przede wszystkim koniec…
    A teraz lecę czytać od nowa 😀

    • Na koniec trzeba będzie trochę poczekać i poczytać jeszcze 😀

      • Megami
        |

        Absolutnie nie chce końca, po prostu jestem ciekawa 😀

  3. thegirlfromPraga
    | Odpowiedz

    fajny zwrot akcji 🙂

Napisz nam też coś :-)