Bo tylko czarne oczy… (I)

with 12 komentarzy
komedia romantyczna
Jeśli jakiś mój tekst zasługuje na miano komedii romantycznej, to właśnie ten. Przedstawiam Wam chyba jeden z najzabawniejszych kawałków, jakie napisałam. Poprawiony, dopieszczony i zdecydowanie wydłużony, wkrótce doczeka się też wersji papierowej.

 

Otworzyłam oczy i osłupiałam.

Nade mną czystym błękitem jaśniało niebo. Niby nic takiego, ale skąd u licha niebo w mieszkaniu i to po dwudziestej drugiej, w pochmurną, zimową nockę? Wtedy z lewej dobiegł do mych uszu dziwny dźwięk. Łypnęłam w tamtym kierunku, a tam wesoło pluskające fale uderzały o piaszczysty brzeg. Osłupiałam znacznie bardziej. A kiedy spróbowałam się poruszyć… Nic z tego, bo moje nogi i ręce skrępowano bez mała liną okrętową. Leżałam więc tak elegancko opakowana, w panice zastanawiając się, co to u licha znaczy? W dodatku odziana w nader wytworną odzież w postaci starego, kusego szlafroka z dziurami poniżej pleców oraz rozczłapanych kapci. Powiedzmy że poczułam się mocno nieswojo. Zdaje się też, iż na głowie nadal miałam wałki założone po wieczornej kąpieli, a na twarzy pastę do zębów zasuszającą podłe, podstępne pryszcze.

Tylko gdzie ja u licha byłam i jak się tutaj znalazłam?

Ponieważ po lewej stronie miałam jedynie morze, zerknęłam na prawo. I zgłupiałam do reszty, bo okazało się, że leżę na plaży, u stóp parterowego budynku, na tarasie którego stało dwóch zawzięcie kłócących się mężczyzn. O palmach i innej bujnej, acz egzotycznej roślinności otaczającej tę budowlę nie wspominając. Zrobiło mi się nieoczekiwanie gorąco, ale zignorowałam to, przyglądając się nieznajomym. Jeden z nich, mały i chudy, z bujną rudą czupryną wyglądał na zakłopotanego. Drugi najwyraźniej był wściekły i to on wywrzaskiwał coś ile sił w płucach, zamaszyście machając rękoma. I ten drugi wzbudził moje niewątpliwe zainteresowanie, bo z ręką na sercu, takiego faceta ze świecą szukać. Wysoki, bardzo wysoki, muskularny lecz bez przesady, smagły, o czarnych połyskujących granatem włosach i równie ciemnych oczach. Wyrazista i piękna w swej wyrazistości twarz, silne, duże dłonie, głęboki głos. Ubrany na biało, co podkreślało jeszcze jego ciemną karnację. Normalnie cud natury! Może śniłam? Tylko dziwny ten sen, ja związana, a samiec alfa wrzeszczący coś wniebogłosy. Pominęłam wizję, skupiając się na fonii i osłupiałam jeszcze bardziej.

– Kurwa! – ryczało to cudo natury. – Prostej sprawy nie umiecie załatwić! Czego do cholery nie zrozumiałeś ty kurzy móżdżku?!

– Tylko ona była w mieszkaniu – odezwał się ugodowo rudy. – Adres poprawny, spała w łóżku, więc skąd mogłem wiedzieć?

– A jak myślisz imbecylu? Ta pokraka, przypominająca czarownicę to niby miałaby być moja wybranka? – Samiec alfa znów sapnął, po czym wskazał ręką w moją stronę. Cham, pomyślałam urażona. Pewnie, szlafrok urodą nie grzeszył, duży palec figlarnie wyglądał mi z dziury w prawym kapciu, a pasta do zębów miała ciekawy odcień błękitu, ale żeby zaraz pokraka? Zaczerpnęłam powietrza, by wyrazić swój sprzeciw i znieruchomiałam. Po pierwsze panowie mówili po hiszpańsku, którym to językiem porozumiewałam się jak ojczystym i pewnie dlatego od razu tego nie zauważyłam. Po drugie, ta cholerna Iza… Trzy dni wcześniej zadzwoniła do mnie, łkając rozpaczliwie w słuchawkę, że nie ma z kim zostawić swojego kotka Puszka. Zawsze zawoziła go do rodziców, ale oni udali się zażywać luksusów wypoczynku sanatoryjnego, a sąsiadka, która miała ich zastąpić, do szpitala. Może zgodziłabym się zamieszkać u niej na około dwa tygodnie, bo ona jedzie na sesję do Dubaju? Pewnie że się zgodziłam, bo miałam okazję pobyć sama w jej luksusowym apartamencie. Iza była bowiem modelką, cudną blondyneczką o ogromnych błękitnych oczach sierotki Marysi, robiącą karierę w kraju i za granicą. Ja, jej kuzynką, szarą myszką, mieszkającą nadal z rodzicami i kończącą mozolnie ostatni rok studiów. Te dwa tygodnie to był dla mnie prawdziwy dar niebios. Przynajmniej do tego momentu tak sądziłam.

– Hej tam! – wrzasnęłam ile sił w płucach. Panowie spojrzeli w moją stronę i umilkli.

– Co się tak gapicie? – warknęłam poirytowana. – Rozwiążcie mnie, bo cała jestem zdrętwiała. Przecież wam nie odlecę na miotle – dodałam złośliwie.

Cud natury nadął się godnie i z impetem usiadł na jednym z foteli, stojących w pobliżu. Rudy podszedł bliżej i z prawdziwym zakłopotaniem przystąpił do rozsupływania krępujących mnie więzów. Już po chwili rozcierałam obolałe nadgarstki.

– To co usłyszałam w zupełności mi wystarczy. Żądam odstawienia do domu w trybie ekspresowym! I to jutro, bo w tym tygodniu przeprowadzam bardzo ważne badania, które są zwieńczeniem mojej pracy dyplomowej. Na jednej nodze! – wrzasnęłam. – A jak poskarżę się Izuni, to przestaniesz tak lekceważąco się uśmiechać! – Pogroziłam pięścią w stronę bruneta. I to był chyba błąd, bo łypnął na mnie okiem, zerwał się z fotela i podszedł bliżej.

– Wrócisz. Za dwa tygodnie. Izabella nie może się dowiedzieć o tym incydencie. Tu jest pięknie – zatoczył ręką dookoła. – Potraktuj to jako darmowe wakacje. Zadzwonisz tylko do rodziny i wyjaśnisz im, że musiałaś od wszystkiego odpocząć. Jak wróci Bella, to wrócisz i ty. Najpierw jednak z nią porozmawiam, wszystko wyjaśnię, aby twój żmijowaty język niczego nie zepsuł.

– Mam za osiem dni obronę – wysyczałam. – Wsadź sobie w dupę swoją gościnę. Muszę wrócić do domu!

– Nie.

– To ucieknę!

– Ciekawe jak? – powiedział lekceważąco. – Wpław? Ponad dwieście kilometrów? To moja wyspa, nikt tu nie przyjedzie, ani stąd nie wyjedzie bez mojego pozwolenia.

Zgrzytnęłam zębami w bezsilnej złości.

– Jakoś się tu jednak znalazłam.

– Helikopter – wskazał w górę z doskonale widoczną satysfakcją.

Bardzo długo mierzyliśmy się wzrokiem. W moim była z pewnością wściekłość, w jego wyraźne zadowolenie. Nie doceniał mnie, oj, nie doceniał.

– El Matadore! – odezwał się nieoczekiwanie rudy, a ja wytrzeszczyłam na niego oczy. – A co z przyjęciem dla twojej rodziny?

– El Matadore? – Moja mina powiedziała więcej niż słowa. – Ja kręcę, ależ ksywka. A tak nawiasem mówiąc, gdzie jest kot?

Bardzo długo gapili się we mnie niczym wół w malowane wrota. Potem rudy gwałtownie poczerwieniał.

– Kot – powtórzyłam cierpliwie. – Biały, wyniosły kocur. Pieszczoch Izy, którym miałam się zaopiekować pod jej nieobecność.

– Kot? – Brunet spojrzał na swojego podwładnego. – No gdzie kot?

– To jest… Tak jakby… – Tym razem rudy zrobił się wręcz purpurowy. I czy mi się wydawało, ale zaczął się chyba chyłkiem wycofywać? – Miał wypadek.

– Wypadek?

– Zabraliśmy go ze sobą, ale się wyrwał. Tak się nieszczęśliwie złożyło… Nie było go widać w tylnym lusterku…

– Rozjechaliście Puszka?! – wrzasnęłam z pełnym zgrozy niedowierzaniem.

– Mało co z niego zostało – dokończył prawie szeptem rudy i uciekł.

– Iza cię zabije – oświadczyłam stanowczo. – Ten kot był dla niej jak dziecko. Pożre cię żywcem.

– Mówisz? – Facet pobladł, nerwowo drapiąc się po brodzie. – Kupię jej nowego.

– Wypatroszy cię i pożre – dodałam z uciechą. – Ależ będzie jazda!

– To kupię takiego samego. Może nie zauważy?

– Ta, pewnie – pokpiwałam. – Dobijemy targu. Jak elegancko odstawisz mnie do domu w przeciągu, powiedzmy, jednej doby, to daję słowo, że nie powiem jej o Puszku przerobionym na krwawą miazgę przez twojego podwładnego. Więcej, wezmę winę na siebie.

– Zostajesz. Kot to kot, wystarczy wybrać podobnego.

– Wtedy wszystko jej powiem.

– E tam – machnął lekceważąco rękę. – To już będzie po tym, jak zostanie moją narzeczoną. Co znaczy sparszywiały kocur wobec naszej miłości?

– Jak chcesz – wzruszyłam ramionami, choć wewnątrz wszystko się we mnie kotłowało. – I tak ucieknę.

– Stąd? Ha, ha, ha! Niemożliwe.

Pływać umiałam słabo, ale po tych słowach wypowiedzianych z jawnym lekceważeniem, poczułam, że mogłabym przepłynąć wpław cały Atlantyk, a nie tylko głupie dwieście kilometrów. Co za gnojek! Przypomniałam sobie moją ulubioną pisarkę i jej nieśmiertelne dzieło pod wdzięcznym tytułem „Całe zdanie nieboszczyka”, z wątkiem ucieczki z lochu. Zawziętości miałam tyle samo, co główna bohaterka, poza tym charakteryzował mnie ośli upór oraz małpia złośliwość. Pewnie dlatego każdy zapoznany facet po dłuższym lub krótszym czasie ulatniał się jak kamfora. Przypomniał mi się Grzegorz. Mięczak, pomyślałam z pogardą. Kolejny bezjajowy mięczak, z którym nie dało się nawet porządnie pokłócić. Zerknęłam na bruneta. Stwarzał większe nadzieje, ale najwyraźniej nie byłam w jego typie. Tak szczerze mówiąc, to on w moim też nie był, bo wolałam blondynów. No, niech będzie, nawet szatynów. Ten tutaj był zbyt egzotyczny, chociaż urody czy seksapilu nie mogłam mu odmówić. Za to po ostatniej wymianie zdań poczułam do niego kiełkującą antypatię.

Na schodach prowadzących do domu pojawiła się jakaś kobieta. Biały fartuszek dawał do zrozumienia, kim mogła być.

– Zaprowadź tę… hm… – zamyślił się mój porywacz, a ja o mało co, nie kopnęłam go w łydkę. – Nieważne. Zaprowadź ją do wolnej sypialni. To gość, ale ma całkowity zakaz opuszczania wyspy. Zrozumiano? – Dziwne, lecz kobieta pobladła pod wpływem jego spojrzenia.

– Tak, zrozumiałam – odparła cicho. – Pozwoli panienka ze mną.

Na odchodne pokazałam wrogowi język w całej okazałości. Durne, ale nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy, a jakoś musiałam wyładować targające mną uczucia. On popukał się w głowę, sugerując że jestem wariatką.

– El Matadore! Co to za ksywka? El Sratadore. El Głupadore – mruczałam, wlekąc się za pokojówką. Zaprowadziła mnie do przestronnego pokoju, z widokiem na morze, ogromnym łożem i leniwie obracającym się wiatrakiem na suficie. Obok była łazienka, niewątpliwie przypisana do apartamentu.

– Jeśli czegoś będzie panienka potrzebować, proszę nacisnąć ten guzik – wskazała na ścianę.

– Obawiam się, że już potrzebuję. Ubrań. Przecież nie mogę chodzić tak! – Spojrzałam na szlafrok i dziurawe kapcie.

– Dobrze, załatwię to. Coś jeszcze?

– Mam ochotę czegoś się napić – powiedziałam kapryśnie. Zdecydowanie humor mi nie dopisywał. – Idę się wykapać – postanowiłam nagle.

– Przyniosę odpowiednie środki czystości.

I zniknęła. Pozbyłam się odzieży wierzchniej, a później z namysłem obejrzałam swoje odbicie w dużym lustrze, powieszonym naprzeciwko łóżka. Wzrost średni, figura taka sobie z wyjątkiem zbyt dużej pupy. Obróciłam się na pięcie, zerkając przez prawe ramię na pośladki. Za pulchne, cholera, za pulchne. Włosy blond, no dobrze, uczciwie przyznając lekko wpadały w rudy, oczy zielone, nos nieco zadarty, trochę piegowaty, usta za szerokie, za wydatne, takie żabie. Wyszczerzyłam się. O tak, zęby były w porządku. Idealne. Chociaż coś, westchnęłam smętnie, nawijając na palec końcówkę włosów. Daleko mi było do Izy, choć nie wykluczam, że mogłam się podobać. Jednak w jej towarzystwie nie miałam szans.

I co z tego? pomyślałam buntowniczo, włażąc do wanny, po uprzednim zdjęciu wałków oraz zeskrobaniu resztek pasty. Cała ta łazienka aż kipiała luksusem, choć był to luksus stonowany i w najlepszym wydaniu. Pojawiła się pokojówka, podając mi bez słowa butelkę z płynem do kąpieli. Trzeba przyznać, że bosko pachniał. Jakby cytrusami i miętą. Zaintrygowana wąchałam pianę, i byłam tym tak zajęta, że nie zauważyłam, iż zyskałam męskie towarzystwo.

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    No wreszcie 🙂 Super! Pozdrawiam!

  2. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    cuuudo, kiedy kolejna czesc?

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Po północy, 22 🙂

  3. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Babeczko może byś wyprzedziła plan o godzinkę i dała już :)? Znów dzięki Tobie będę jutro w pracy zombi :D:D PS. Przeczytałam całego Twojego bloga w dwa dni podróży służbowej i przez Ciebie już nie potrafię czytać innych opowiadań w internecie, bo mi się nie podobają 😀 Zepsułaś mnie 😀 a mam 30 lat i myślałam, że nic mnie już tak nie wciągnie 😀 Polecam wszystkim moim koleżankom Twój blog i życzę dużo weny – bo Twa wena = moja radocha 😀 Pozdrawiam , P.

  4. M
    Magdalena
    | Odpowiedz

    Kto nie oglądał telenowel niech pierwszy rzuci kamieniem 😉

  5. Babeczka
    | Odpowiedz

    Wstyd przyznać, ale spóźniałam się do zerówki z powodu pamiętnej Niewolnicy Isaury. Jakby ktoś był zdziwiony, że zaczęłam tak wcześnie z takimi filmami, to dodam, że jako ośmiolatka byłam w kinie na Gwiezdnych Wojnach epizod 6, tekst czytała mi mama szeptem, bo ja nie dałabym rady 😉 I nie wiem jak to się stało, ale w piątej klasie byliśmy na Obcym II. Dziwię się nauczycielce, ale mnie się film bardzo podobał. Reszta piszczała, zasłaniając oczy, mnie wmurowało w fotel.
    No a dużo później była pamiętna Esmeralda ;-D
    Rzucać więc kamieniem nie będę…

  6. M
    Majka
    | Odpowiedz

    Wreszcie Babeczko jak pięknie zaczęty dzień ach uwielbiam Twoja twórczość 🤩😉

  7. K
    Karolina
    | Odpowiedz

    Już mi się podoba 😀 Powiem szczerze, że wcześniej jakoś nie trafiłam na ten tekst. Jestem baaaardzo ciekawa jak się potoczą losy bohaterów. Lubię wrednawe kobitki – ta już zdobyła moją sympatię! Czekam aż odwali coś naszemu El Matadore Sratadore haha 😀

  8. K
    Karolina
    | Odpowiedz

    Uwielbiam Bo tylko czarne oczy😍😍😍 a jeszcze w nowej wersji, będzie się działo😁😁😁 Czekam na papier😊😊😊

  9. G
    Gabi
    | Odpowiedz

    Ahh piękne czasy, kiedy czytałam jeszcze starą wersję, wybuchając śmiechem raz po raz ^^ “Bo tylko…” jest jedną z moich ulubionych książek opublikowanych przez Ciebie, Babeczko, zaraz po “W mojej głowie…”, do której zawsze będę mieć największy sentyment 🙂 Już nie mogę się doczekać, by przeczytać tę “podkręconą”, nową wersję! Chociaż muszę przyznać, że stęskniłam się już trochę za Mariel i Marcinem 🙁

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Mariel i Marcin tez zaraz ruszą. Chcę to dać jednym ciągiem do końca, a na razie będzie Was bawić Julka i Puszek 😉

      • Anonim
        |

        W takim razie będę wyczekiwać kolejnych części z jeszcze większą niecierpliwością 😉

Napisz nam też coś :-)