Bo tylko czarne oczy… (X)

with 22 komentarze

 
Zdaję sobie sprawę, że bohaterka jest złośliwa, nieobliczalna, szalona, pokręcona, zdolna do wszystkiego, nieracjonalna i takie tam, ale już na początku zapowiedziałam, że taka będzie. Oglądaliście kiedyś film "Hot Shots"? To właśnie taka moja pisana wersja 🙂 Czasami trzeba zaszaleć. Dlatego nie zawaham się przed opisaniem scen sprzecznych z prawami fizyki, więcej, w dupie mam racjonalizm i prawa fizyki! Będą więc latające koty, strzelające bez udziału ludzkiej ręki pistolety, lewitujące spodki i co tam jeszcze wpadnie mi do głowy 😉 Plus seks, ale na ten trzeba zaczekać, bo nie zaczynamy obiadu od deseru, nie u mnie i nie tym razem.
Zresztą, Javier gdyby był prawdziwym macho, to ukręciłby łeb nieposłusznej babie już w trzeciej części 😀

 

I słusznie, bo udało mi się uniknąć zejścia z tego padołu. Skakałam sobie po falach, wywrzaskując na głos różne głupoty, tylko dlatego, że i tak nikt nie mógł mnie usłyszeć. Potem zebrało mi się na śpiewy, przy czym szczyt moich możliwości stanowił „wlazł kotek na płotek”, więc można było sobie wyobrazić jak mocno fałszowałam. Oceanowi to nie przeszkadzało i mogłam sobie zawodzić do woli. Właśnie kiedy piskliwie wyciągałam górne c, tuż obok rozległo się głośne prychnięcie.

– Wszystkie ryby wyzdychają.

– Mogą sobie pływać gdzie indziej – oświadczyłam pogodnie. Nie wiadomo dlaczego, byłam w znakomitym humorze.

– Służba mi wymówi.

– Nie narzekaj. Trenuję przed waszym ślubem – dodałam złośliwie.

– Na zakończenie przyda się jak znalazł. Goście od razu uciekną, nawet bez pożegnania. W oporniejszych możesz rzucać kokosami.

– Kiedyś, dawno, dawno temu – zaczęłam zmyślona. – Dawno, dawno…

– W innej galaktyce…

– Nie przerywaj. Nie spodobał mi się taki jeden chłopak, bo naśmiewał się z mojej pupy.

– Zabiłaś go, zatarłaś ślady i zakopałaś w ogródku? – Podtrzymał mnie, gdy zaskoczona zbyt wysoką falą, odskoczyłam do tyłu.

– Nie. Rzuciłam w niego doniczką z kaktusem.

– Dużą?

– Sporą. To było w szkole i nauczycielka strasznie się wkurzyła.

– No zobacz, jak widać nie tylko ja nie lubię, gdy się we mnie czymś rzuca.

Dziwne, nadal nie puszczał mojej ręki. Gapił się tylko na szalejący ocean, a kciukiem pieścił wierzch dłoni. Zerknęłam w dół. Zafascynował mnie kontrast pomiędzy jego ciemną, a moją dużo jaśniejszą skórą. Zaskoczyło ciepło płynące z delikatnego dotyku. Cichutko westchnęłam, bo pragnęłam o wiele, wiele więcej. Po co miałam to przed sobą ukrywać? Przed nim jak najbardziej, ale przed sobą?

– Dlaczego powiedziałaś, że kłamię?

Tak. Cholernie domyślny facet. Idealny przedstawiciel swojej płci.

– Ech…

– Serio pytam. – Tym razem spojrzał prosto na mnie.

– Kiedyś ci powiem. Co będziemy robić przez pozostałe siedem dni? – szybko zmieniłam temat.

– Aż się boję pomyśleć. Mam nadzieję, że trochę mi odpuścisz?

– Trochę tak. Wyjeżdżasz?

– Pojutrze lecę na przyjęcie do znajomego. Ty ze mną.

– Naprawdę? – ucieszyłam się.

– Strach zostawić cię samą na cały wieczór. Już lepiej będę cię miał na oku.

– A to przyjęcie to impreza mafii? Będą El Lucyfery i El Belzebuby, wino w czaszkach wrogów, skalpy zdarte z pokonanych, karki obwieszone bronią?

Już przy czaszkach miał dziwny wzrok.

– Być może. Ale nic i tak nie przebije ciebie.

– Zabrać Puszka? – zaoferowałam.

– Nie. Na miejscu mają tresowane lwy. Nakłonisz je do współpracy i zeżrą towarzystwo. Krokodyl też chyba jest. I piranie.

– Poradzę sobie choćbym miała do dyspozycji sardynki z puszki, chomika i pluszowego misia.

– O! W to nie wątpię.

Wsunęłam dłoń pod jego ramię, a potem ruszyliśmy plażą przed siebie.Nie przeszkadzała nam nagła cisza, która zapadła po jego ostatnich słowach. Wiatr szarpał naszymi ubraniami, ale słoneczko świeciło jak wściekłe i widoku rajskiej plaży ze wzburzonymi falami nie opisze żadne słowo. To trzeba po prostu zobaczyć, tam trzeba być. Uśmiechnęłam się do siebie, a potem zaskoczona spojrzałam na Javiera, który nagle bez słowa objął mnie w pasie. Szkoda że nie pocałował…

– I pomyśleć, że za tydzień wrócę do szarej i nudnej egzystencji – odezwałam się z nagłym żalem. – Za to ty odetchniesz.

– No nie wiem. Już się przyzwyczaiłem do twoich wybryków.

– To dosyć dziwne słowa, nie uważasz?

– Pewnie tak – spojrzał w dół, prosto w moje oczy. – Musisz dać mi słowo, że będziesz nas często odwiedzała.

Prychnęłam. Co za głupek.

– Pewnie. Na początek wproszę się na miesiąc miodowy i będę podglądać jak uprawiacie seks.

– Zrobiłabyś to?

– Jezu, Javier! A może jeszcze będę chodzić z wami na romantyczne spacerki?

Raptownie przystanął.

– Coś nie tak? – spytałam zaniepokojona.

– Dużo – odparł krótko. Już mnie nie obejmował, za to pełnym znużenia gestem przesunął dłonią po czole. –Wszystko jest nie takie, jak powinno. Przede wszystkim ty. Potem ja sam. I cholernie złośliwy los…

Nie przerwałam mu, nie odpowiedziałam, nawet się nie poruszyłam. Tak delikatnie mnie objął, powoli przyciągając ku sobie, pochylając się i dotykając czołem mego czoła. Zatopił w moich oczach nieodgadnione spojrzenie, choć gdzieś tam w głębi widziałam narastający żar, widziałam przebłysk mrocznych pragnień. Zapowiedź czegoś niezwykłego, szalonego.

– Nigdy wcześniej nie spotkałem kobiety takiej jak ty – powiedział cicho.

– W pozytywnym znaczeniu?

– Także. Na początku chciałem byś była jak inne, byś grała według tych samych zasad, ale już dawno zmieniłem zdanie. To dobrze, że jesteś – przerwał, bardzo delikatnie dotykając gorącymi wargami skrawek mojego policzka – sobą.

– Pasujemy jak pięść do nosa – użyłam swojego ulubionego określenia.

– Gorzej – uśmiechnął się. – Znacznie gorzej.

Tym razem jego usta spoczęły na moich i choć pocałunek na początku był delikatny jak tchnienie wiosennego wiatru, to zmieniał się z każdą upływającą sekundą. Coraz więcej w nim było zdecydowania, żaru, pożądania. Przymknęłam oczy, kładąc dłonie najpierw na jego ramionach, później przesuwając wyżej i splatając na karku.Pojawiło się podniecenie; najpierw jako blady cień, potem nabrało realności, wyostrzyło zmysły, zawładnęło nami bez reszty. Staliśmy tak na brzegu, przytuleni, anasze stopy omywały wzburzone fale. Usta wciąż się dotykały, naciskały, pieściły, odrobinę badawczo, i z ciekawością, i odrobinę przekornie, jakby nie chciały pozwolić, aby zawładnęło nami jedynie pożądanie. Do ust dołączyły ciała, dłonie, pragnienia. Trzeba przyznać, że nie doświadczyłam niczego cudowniejszego, jak zachłanność tego pocałunku, jak momentami delikatne, a chwilami brutalne pieszczoty silnych rąk Javiera. A kiedy nagle przerwał, wydałam z siebie pomruk niezadowolenia.

– Musimy to zakończyć.

– Dlaczego? – spytałam, starając się, aby nie zabrzmiało to zbyt żałośnie. Patrzyłam w jego rozszerzone podnieceniem źrenice, gładziłam opadającą i wznoszącą się pierś i wtedy pomyślałam, że to przecież jasne. Nie nadawałam się na bohaterkę tego nieoczekiwanego romansu.

– Ja muszę to zakończyć – dodał schrypniętym głosem. – W ogóle nie powinienem zaczynać.

– Pewnie! – sarknęłam, odsuwając się na bezpieczną odległość. – Tyle ślicznotek dookoła, na co ci ja?

Chciałam się odwrócić i uciec, aby nie zauważył mojego rozczarowania, ale złapał mnie za ramię i przytrzymał.

– Julia… Przepraszam. To chyba dlatego, że jednak jesteś podobna do Belli.

Te słowa wywołały szaleństwo. Co za pokręcone bydlę! Najpierw mnie całuje, potem odpycha, a na koniec twierdzi, że to, co między nami zaszło, to z powodu mojego podobieństwa do Izy. Ciekawe kurwa w czym? Zacisnęłam dłoń i z całej siły przywaliłam mu prosto w środek twarzy, a potem poprawiłam kolanem, celując tym razem dużo niżej. Nie czekając na efekt moich działań, sarkając i złorzecząc pod nosem, pomaszerowałam w kierunku domu. Teraz naprawdę byłam wściekła. Wpadłam do sypialni, z całej siły trzasnęłam drzwiami, tak że echo poszło po okolicy, a potem padłam na łóżko. Gapiłam się w sufit, na zmianę zgrzytając zębami i pochlipując. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

Obudziłam się już, gdy za oknem było już prawie ciemno. Nienawidziłam spać w dzień, bo po przebudzeniu mdliło mnie i czułam się taka dziwnie wymiętoszona. Tym razem nie było inaczej. Pokrzepiłam się szklanką wody, przepłukałam zęby i spojrzałam w lustro. W moich oczach wciąż dawał się zauważyć gniew. Już sądziłam, że Javier zmądrzał, że tym razem zdobędzie się na coś więcej niż „przepraszam, pomyliłem się”, a tu klops. Nic. Nadal poirytowana wyszłam na zewnątrz, na taras, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. I widok jaki ujrzałam, wręcz wmurował mnie w marmurowe płyty, na których stałam.

Zachód słońca był przepiękny, cały w purpurze i fiolecie, doprawiony odrobiną złota oraz czerwieni. Ciągnął się szeroką łuną po całym niebie, topił w odległych wodach oceanu, jednocześnie kładąc na nich barwne refleksy. Do tego chmury, spiętrzone, ogromne, przerażające.

– Być może to zapowiedź nadchodzącego tajfunu – odezwał się Javier, pojawiając się tuż obok. – Nie mogłaś poprzestać na policzku?

– Nie – odparłam krótko, nawet na niego nie patrząc. – Nie mogłam. Jakiego tajfunu? To groźne?

– Czasami – wzruszył ramionami. – Już więcej tego nie zrobię.

– To nie rób – odparłam obojętnie. Znacznie bardziej interesowała mnie sprawa nadchodzącej burzy. – Masz tu jakiś schron czy co? Okręt podwodny?

– Oszalałaś? Niby po co? Trochę powieje, popada i to wszystko.

– Trochę? – spytałam z powątpiewaniem. Przypomniały mi się różne, pełne zgrozy historie, więc jakoś jego słowa mnie nie uspokoiły. – A jak przyjdzie fala tsunami? Taka na sto metrów albo i więcej?

– Przestań bredzić. Co do Belli…

Tym razem na niego spojrzałam. Ale jak! Mój wzrok musiał być iście morderczy, bo Javier urwał w pół słowa, dziwnie czerwieniejąc.

– No dobrze, już dobrze. Jutro po południu masz być gotowa na wylot.

– Ten mafijny?

– Tak – nagle poweselał. – Będziemy tam palić cygara, debatować jakie tu niegodziwości by jeszcze popełnić i strzelać do ruchomego celu.

– Ha, ha. Bardzo śmieszne – skrzywiłam się. – Skąd tajfun w styczniu, przecież zazwyczaj występują latem i jesienią?

– Dlatego powiedziałem być może. Nie panikuj.

– Ale schron by się przydał. Co mam na siebie włożyć?

Tak nieoczekiwanie zmieniłam temat, że przez dłuższą chwilę tylko gapił się na mnie zdziwiony.

– Co masz ubrać? – upewnił się. – Nie wiem. Coś eleganckiego.

– Mogę zabrać bagaż?

– Będziemy tam jeden wieczór. Ale jak chcesz – wzruszył ramionami. – Wracam do siebie, mam jeszcze dużo do zrobienia.

– Konstruujesz bomby czy czyścisz broń?

– Ostrzę noże i układam niecne plany. I muszę przesypać dziadka ze słoika do nowej urny.

Tym razem się nie odezwałam. Wolałam pozostać na tarasie i do samego końca podziwiać barwne widowisko. Przy okazji pogłowiłam się też nad niuansami naszej znajomości. Siedziałam i dumałam, ale żaden pomysł na oczarowanie Javiera do tego stopnia, by się w końcu zdeklarował, nie wydał mi się doskonały. Gorzej, większość nie była nawet dobra. Najlepiej będzie jeśli wrócę do domu i zapomnę. Zmarkotniałam. Trochę trudno coś takiego zapomnieć. A na dodatek jeśli on faktycznie osiągnie swój cel i ożeni się z Izą, to będę cierpiała podwójnie. Gdy oczyma wyobraźni zobaczyłam ich na ślubnym kobiercu, takich pięknych, wymuskanych, szczęśliwych, to mało brakowało, a udławiłabym się ze złości. Energicznie wstałam i podreptałam do kuchni, gdzie zawartość lodówki pocieszyła moje zbolałe serce. Potem wróciłam do swego apartamentu, przejrzałam szafę, wstępnie wybrałam kreację i poszłam spać. Śnił mi się wystawny bal, na którym pełno było tłustych mafiosów z ulizanymi fryzurami i cygarami w zębach. Wśród nich siedział Javier, też godnie nadęty, w białej marynarce i pod muchą. Za to ja wdzięczyłam się i krygowałam, głupio chichocząc i puszczając oczka. Nie reagował, a dopiero kiedy byliśmy sami, brutalnie przycisnął mnie do ściany i zaczął całować. Wcześniej cygaro wsadził do kieszeni, więc nagle poczułam, że coś mnie parzy. A to bolało! I obudziłam się z Puszkiem, który bezczelnie ulokował się na moim żołądku. To chyba stąd ten ból? Pożałowałam jedynie klimatu ze snu. Końcówka mogłaby być interesująca. Chyba że Javier ze snu przerwałby w tym samym momencie, co Javier na jawie?

Kiedy wsiadłam do helikoptera, obiekt moich myśli siedział już na miejscu pilota. Posłał mi kose spojrzenie, krótko pozdrowił i odwrócił wzrok. Nic dziwnego, bo moja sukienka nie należała do skromnych. Kusa górą i dołem, idealnie eksponowała to, co powinna eksponować. Za naszymi plecami ulokowało się dwóch ochroniarzy, którzy usiłowali udawać, że nie gapią się na moje nagie nogi. Po pięciu minutach od startu Javier nie wytrzymał.

– Nie mogłaś ubrać coś skromniejszego? – syknął.

– W taki upał? Ciesz się, że nie włożyłam na siebie bikini.

– Ja jakoś wytrzymuję w długich spodniach.

– Tak? To trzeba było mi pożyczyć jedne.

– Masz jakąś chustę czy coś w tym rodzaju?

– Coś mam. Przy kapeluszu.

– To natychmiast się przykryj.

– Nie.

– Jak to nie? – wybałuszył na mnie oczy. Potem zgrzytnął zębami ze złości. – Ale już! Bo cię odstawię z powrotem do domu!

– To nie jest mój dom – mruknęłam, ale go posłuchałam. Dziwne, bo nadal nie wyglądał na zadowolonego. Lecieliśmy ponad pół godziny, pod nami sam ocean, aż w końcu na horyzoncie ukazał się ląd. Na początku niewyraźny, wąski pasek brzegu, potem zrozumiałam, że to sporych rozmiarów wyspa.

– Czy możesz mi w końcu zdradzić, gdzie jesteśmy?

– Hawaje – odparł krótko.

– Hawaje? – mina mi się wydłużyła. – Kiepsko pasuje na siedzibę mafii.

– Najciemniej pod latarnią.

Zerknęłam do tyłu, bo ochrona wydawała z siebie dziwne dźwięki. Jakby stłumiony chichot. Uspokoili się dopiero, gdy Javier posłał im ostrzegawcze spojrzenie. Cholera wie, może to wcale nie były Hawaje? Przestałam się nad tym głowić, bo doszłam do wniosku, że skoro on nie chce mi tego powiedzieć, to spytam kogoś na przyjęciu. Najwyżej będzie zdziwiony.

W końcu, gdy minęliśmy kilka większych wysp po drodze, zbliżyliśmy się do dużo mniejszej. Na samym jej końcu widać było elegancką posiadłość i tam właśnie wylądował Javier. Zgrabnie, bez problemu. Na skraju betonowej płyty czekał na nas wysoki, szpakowaty mężczyzna. Gdy umilkł silnik, otworzyłam drzwi i niezgrabnie usiłowałam wyskoczyć. Wtedy podbiegł i pomógł mi z kurtuazją. W oku miał błysk zainteresowania. Nic dziwnego, bo przy wysiadaniu podwinęła mi się frywolnie kiecka, ukazując więcej niż bym chciała.

– Moja narzeczona – oświadczył twardym głosem Javier, zjawiając się tuż obok. Tymi słowami wprawił mnie w takie osłupienie, że nawet nie zaprotestowałam. Patrzyłam jak panowie się witają, pozwoliłam nawet ująć się za ramię i poprowadzić w kierunku domu. Oprzytomniałam dopiero w połowie drogi.

– Jaka narzeczona kretynie? – wysyczałam. – Co ci znowu strzeliło do łba?

– To babiarz. Odczepi się jedynie, gdy wyraźnie zasygnalizuję, że należysz do mnie.

– I co z tego, że babiarz? A może ja mam ochotę na krótki, niezobowiązujący romansik?

– Nie w moim towarzystwie – odparł ze spokojem. – Chłopcy odprowadzą cię do apartamentu, abyś się mogła odświeżyć i przebrać.

– A ty?

– Ja idę na drinka.

Posapałam chwilę ze złości, ale poszłam do tego cholernego pokoju. Narzeczona? Głupi palant. Już ja mu to wybiję z głowy przy najbliższym spotkaniu. Odświeżać się nie potrzebowałam, przebierać również, napiłam się jedynie wody i przypudrowałam nos. Po czym okazało się, że ochroniarze nie chcą mnie wypuścić z pokoju.

– Dopiero gdy senior pozwoli – powiedział jeden z nich.

– Albo wyjdę drzwiami, albo oknem – oświadczyłam słodkim tonem. – Przy czym okno znajduje się na piętrze, więc nie wiem, w jakim będę stanie po wszystkim.

Zerknęli na mnie z niepewnością. Potem na siebie. Moje ekscesy były im znane, więc groźbę potraktowali całkiem serio.

– Pójdę i spytam – zaoferował się ten z mniejszą masą mięśniową. Łaskawie skinęłam głową. Czekałam może niecałe pięć minut, po czym ochroniarz wrócił.

– Senior się zgodził – oznajmił. – Proszę za mną, do salonu.

Niechby nie! pomyślałam. Naprawdę wylazłabym przez okno. Sposób by się znalazł.

W salonie było mnóstwo ludzi i spory gwar. Naliczyłam czternaście obcych osób, zresztą oczy wyłaziły mi na wierzch, bo miałam przed sobą scenę jak z amerykańskiego filmu o życiu milionerów. Najpierw byłam zachwycona, potem smętnie pomyślałam, że z tego bogactwa zrobiłabym o wiele więcej pożytku.

– To Julia – przedstawił mnie Javier grupce osób, gdy tylko do niego podeszłam. Siwy gospodarz miał na imię Carlos, a jedna ruda małpa, tak piękna, że aż zapierało dech w piersiach, Isbel. Reszta jakoś umknęła mej pamięci.

– Chodzą słuchy, że znów się zaręczyłeś? Byłam zdziwiona, że to nie Clarisa jest wybranką – odezwała się Ruda aksamitnym głosem, delikatnie gładząc Javiera po przedramieniu. Sapnęłam oburzona. No to bezczelna zołza! Bez pardonu strąciłam jej dłoń, a potem odważnie spojrzałam w oczy.

– Jeszcze raz, a przekonasz się jak łatwo pozbyć się zębów oraz włosów, zwłaszcza jeśli są doczepiane. Więc łapy precz od mojego narzeczonego!

Ruda zaniemówiła, zresztą kilka osób, które również słyszały moje słowa, także. Za to Javier z trudnością powstrzymywał napad śmiechu.

– No co? – spytałam nieco agresywnie. – Może powiesz, że taki macie zwyczaj obmacywania cudzych partnerów?

– Nie, nie – zaprzeczył szybko. – Pozwól kochanie ze mną na słówko…

Pozwoliłam. Wyszliśmy na taras, z którego rozciągał się wspaniały widok na ogród.

– Nie musisz reagować tak agresywnie.

– Wczuwam się w rolę. Chyba – spojrzałam na niego złośliwie – że odwołamy nasze zaręczyny i będę sobie mogła w spokoju poromansować z kimś innym. Ruda się ucieszy.

– To moja eks – zerknął na mnie rozbawiony.

– Która?

– Trzecia.

– Cholera – powiedziałam zmarkotniała. Jeśli tak wyglądały jego byłe żony, to co ja tu robiłam? Daleko mi było do takiego towarzystwa, oj, daleko. – Lecz to nie powód do spoufalania się w mojej obecności. Dlaczego się rozstaliście?

– Zdradziłem ją. Zresztą, z czwartą żoną.

– Tą, którą ukatrupiłeś i zakopałeś w ogródku?

– Co ty z tym ogródkiem?... Nikogo nie zabiłem. Wzięła należną jej część majątku i się ulotniła.

– A piąta?

– Piątej też nie zakopałem. Wracajmy, bo za chwilę podadzą obiad.

– Nie mam ochoty – mruknęłam, opierając się o marmurową barierkę. – Nie pasuję tam. Te baby są obwieszone klejnotami i rozmawiają jedynie, na co wydały pieniądze swoich mężów. Nawet ich psy mają swoich psich psychoanalityków i ciuchy od Chanel. Tyle pieniędzy się marnuje – dodałam z jawnym żalem.

– Dlaczego zaraz marnuje?

– Bo wiesz – niepewnie spojrzałam na Javiera. – Zawsze jak widzę takie bezsensowne wydawanie forsy, to stają mi przed oczyma te głodne dzieci z Afryki. Niemowlęta umierające tuż po porodzie na tężec, starsze na gruźlicę. To takie cholernie niesprawiedliwe.

– A z jakiej racji ktoś ma wydawać swoje ciężko zarobione miliony na zasmarkane bachory z krajów trzeciego świata? – warknął poirytowany Javier. – To byłaby dopiero strata!

Bardzo długo gapiłam się na niego bez słowa. Rozczarowanie jakiego doświadczyłam było prawie że namacalne, niemal fizycznie bolesne. Jak on mógł? Jak mógł powiedzieć coś takiego? Poczułam łzy napływające do oczu, potem spływające po policzkach. Tym razem nic nie odpowiedziałam, odwróciłam się jedynie na pięcie i uciekłam w głąb ogrodu. Prześladowało mnie echo jego słów, cynicznych, pełnych złości, bezlitosnych.

– Julia! Zaczekaj! –Javeri podążał tuż za mną. – Zaczekaj mówię!

W końcu dopadł mnie przy zejściu na plażę, tuż obok wysokiej, smukłej palmy. Za to ja zamiast zareagować złością, rozbeczałam się na dobre.

– No przestań, proszę! – Niemal siłą objął mnie i przytulił. – Cholera! Naprawdę przepraszam. W zasadzie to tak nie myślę. Po prostu starym zwyczajem chciałem stanąć po przeciwnej stronie barykady niż ty. Nie zdawałem sobie sprawy, że to tak głupio zabrzmi.

Pochlipywałam wtulona w jego pierś, a Javier gładził mnie po włosach, tłumacząc się z taką dziwną bezradnością. Wbrew wszystkiemu zrobiło się bardzo przyjemnie, choć nie do końca. Między nami wciąż pobrzmiewało echo jego drwiących słów.

– Julia, proszę! – Teraz w moje włosy wtulił twarz. – Daję słowo, że dostaniesz ode mnie czek na okrągłą sumę całego miliona i wykorzystasz na te biedne dzieci. Albo na cokolwiek będziesz chciała. Tylko już nie płacz, proszę! To gorsze nawet od tego, gdy na mnie krzyczysz, albo gdy mnie bijesz.

– Serio? – Oderwałam się od jego przemoczonej koszuli. Miał w oczach coś takiego, że od razu mu wybaczyłam. Był poruszony, zaniepokojony i aż wierzyć się nie chciało, że to przez moje łzy.

– Z tym milionem? Tak.

– Nie. Pytałam czy to naprawdę gorsze od moich złośliwości czy głupich wybryków?

– Znacznie gorsze – uśmiechnął się krzywo. – Wyszedłem na dupka, prawda?

– W końcu masz szatańską ksywkę.

– A ty najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziałem. I wolę w nich widzieć gniew niż rozczarowanie.

Tym razem roześmiałam się i na powrót przytuliłam do szerokiej piersi. Dlaczego by nie wykorzystać okazji, jak już się nadarzyła? Przyjemnie było w jego objęciach, przyjemnie było słuchać szczerych przeprosin.

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Odpowiedzi

  1. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Myślałam, ze spadnę tu z krzesła, jak wspinała się na tą palmę. 😀
    Cudowna Babeczka, pozdrawiam i życzę miłej nocy, Alina. :>

  2. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Jeju cudowne uwielbiam takie opowiadania gdy dziewczyny są pyskate oby tak dalej:-P

  3. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    wszystko ladnie, pieknie, tylko prosze Babeczko.. nie idz swoimi utartymi szlakami,nie rob tak ze musimy wieki czekac na jakies zblizenie a potem zakonczycz wszystko w mgnieniu oka.. rozwin sie bardziej i nie biegnij za szybko do mety 🙂

  4. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Cisza ciemno ja czytam Twoje dzieło i nagle śmieje się w głos 😀 Boska Babeczko dziękuję że umilasz życie mi i innym czytelnikom. Pozdrawiam Bożenka.

  5. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Babeczko, więcej! 🙂

  6. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    "niepochamowanej" – powinno być niepohamowanej 🙂

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Dzięki, poprawione 🙂

  7. M
    Meska
    | Odpowiedz

    Jak to czytalam to tarzalam sie jak Javier ze smiechu. Uzalezniasz babeczko 😉 zamiast sie na egzamin uczyc to czytam Twoje opowiadania i juz nie moge sie kolejnej czesci doczekac 🙂

  8. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Dziękuję za życzenia! Mam nadzieje ze nikogo w następnej części nie utopisz. No ewentualnie możesz lekko podtopić, nie zaszkodzi 😉 Pozdrawiam Natalia.

  9. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Super część, czekam na kolejną z utęsknieniem. A Natalie to super dziewczyny i to jeszcze urodzone w czerwcu:P Pozdrawiam Natalia.

  10. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Boże, kocham Cie za te kokosy, kiedy kolejna część? 😛 Nie mogę się doczekać.

  11. Babeczka
    | Odpowiedz

    Powoli kończymy akcję "ubaw po pachy". Pora Was zaskoczyć. Chyba to wypadnie akurat w walentynki?

    • M
      Meska
      | Odpowiedz

      A bedzie jeszcze jakas czesc przed walentynkami?

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      No pewnie 🙂

  12. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Będzie dziś coś? Bo nie wiem czy czekać, a rano do pracy. 🙂 Pozdrawiam Marta 🙂

  13. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Dostaniemy dziś prezent? :*

  14. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Droga Babeczko czy jest dostepna jakas ksiazka twojego autorsrwa???

  15. AmiSopot
    | Odpowiedz

    Bardzo spodobał mi się wstęp ;p A powieść fantastyczna w sam raz do niezastanawiania się jak to możliwe. Bo możliwe jest wszystko tylko my sami stanowimy bariery 🙂 Pozdrawiam cieplutko.

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      W sumie z nonsensów to chyba jedynie ten wystrzał z broni 🙂

  16. K
    Karolina
    | Odpowiedz

    el belzebuby i inne el lucyfery mistrzostwo haha! 😀 oj ciągnie ich do siebie aż miło! uwielbiam ich!

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Wiem, zauważyłam :-)))

  17. K
    Karolina
    | Odpowiedz

    Jak na Julka to w tej części dość spokojna wyszła😂 ale czekam z niecierpliwością na jej dalsze wyskoki🤣 kocham to opowiadania❤❤❤❤

Napisz nam też coś :-)