Bo tylko czarne oczy… (XIII)

with 10 komentarzy
humor i erotyka
Przepraszam was, że tak długo, ale nie dało rady prędzej. Jakby się wszystko na mnie sprzysięgło, co siadałam do kompa, to go zamykałam. Tak czy inaczej - Kochliwych Walentynek życzę!
 

Koń jak koń, miał
cztery nogi, poczciwe oczy i siodło z tym całym ustrojstwem. Jak na mój gust
był zbyt wysoki, ale nie ośmieliłam się wybrzydzać. Carlos z dumą opowiadał o
swojej hodowli, a ja ukradkiem rozglądałam się dookoła, patrząc jak inni
wsiadali. Teoretycznie nic trudnego, stopa w strzemię, chwycić się siodła i
unieść dupsko w górę. Tyle teoria. W praktyce jednak… Szkoda że nie mogłam
podstawić sobie krzesła.
– Wsiadasz czy
nie? – Nie wiem jakim cudem Isbel znalazła się tuż obok. Na karym rumaku
prezentowała się nadzwyczaj interesująco, nawet pogrążony w rozmowie Javier
zerkał na nią z uznaniem. Tak przynajmniej mi się wydawało. Rozpaczliwie
złapałam więc łęk siodła, włożyłam stopę w odpowiednie miejsce, z głuchym
stęknięciem uniosłam w górę tyłek i wzięłam zamach nogą, aby przerzucić ją
przez konia. I udało mi się znakomicie, do stu piorunów, bo siedziałam teraz
dokładnie twarzą do końskiego zadka. Sytuacja rodem z durnej komedii. Najgorsze
było jednak to, że nie miałam pojęcia co dalej?
– Zrobiłaś to
specjalnie czy naprawdę nie umiesz jeździć konno? – Obok pojawił się Javier,
patrząc na mnie z zaciekawieniem.
– To mój pierwszy
bliższy kontakt. No pomóż mi w końcu, bo czuję się jak kompletna idiotka.
– Na pewno chcesz
z nami jechać?
– Tak.
Nie spodziewałam się,
że tak bez problemu chwyci mnie w pasie, uniesie w górę i po prostu posadzi w
odpowiedniej pozycji. Jednak te mięśnie nie były tylko na pokaz. Spojrzałam na
niego z podziwem, a potem ujęłam uzdę i cichutko, tak aby nikt więcej nas nie
słyszał, spytałam:
– Jak się tym
steruje?
– Naprawdę sądzę,
że lepiej będzie jak zostaniesz.
Jeszcze czego! Ruda już
sobie ostrzyła swoje wybielane kły, w nadziei, że uda jej się odzyskać męża.
Wyraźnie było widać jej zamiary. Wyobraziłam ich sobie razem w łóżku,
zgrzytnęłam zębami, a potem suchym tonem poprosiłam o udzielenie mi
podstawowych instrukcji.
No i ruszyliśmy. Cała
grupa w jednym kierunku, ja w drugim. Cholerna szkapa była chyba jakąś
outsiderką, bo dlaczego nie mogła podążyć za innymi końmi? Zamiast wytyczonej
ścieżki, zamarzyła jej się trasa pośród bujnej roślinności.
– Julia! Nie
kombinuj, dołącz do nas – krzyknął rozbawionym głosem Javier, który doskonale wiedział,
w czym rzecz. W rozpaczy gwałtownie wbiłam się kurczowo piętami w boki konia i
z całej siły pociągnęłam za wodze. Piekielna kobyła zarżała i w popłochu
ruszyła przed siebie. Nie wrzasnęłam, bo z przerażenia straciłam głos. Im
prędzej on biegła, tym bardziej kurczowo ciągnęłam za wodze. Całe szczęście, że
dookoła była bujna roślinność, więc nie mogła rozwinąć zbyt dużej prędkości. W
końcu jakaś gałąź trzepnęła mnie w twarz, a wtedy puściłam wodze i spadłam,
lądując wśród gęstych liści jakiegoś krzaka. Leżałam nieruchomo zastanawiając
się, czy jeszcze żyję, czy już nie.
– Julia! Do ku…
Julia!
Specjalnie nie
otworzyłam oczu. Ręce Javiera bardzo delikatnie uniosły moją głowę, a potem
powędrowały na szyję, szukając pulsu. Idiota. Naprawdę sądził, że jeden głupi
koń dałby mi radę?
– Do diabła! –
zaklął soczyście. – Ocknij się kobieto, bo ja przez ciebie nie tylko rozstroju
nerwowego, ale i zawału dostanę! No dalej! – poklepał mnie po policzku.
– Coś ty taki
wrażliwy El Diablo? – uchyliłam jedną powiekę, zezując na niego złośliwie.
– Nic ci nie jest?
– spytał z widocznym niepokojem. Jego oczy badawczo wpatrywały się we mnie, a
usta były tak niebezpiecznie blisko. Wystarczyło odrobinę unieść głowę… Długo
się nie namyślałam. A Javier wcale nie pozostał obojętny. Odwdzięczył się
pocałunkiem nieco gwałtownym, ale pełnym emocji, gorącym i namiętnym. Chwycił
mnie wpół, lekko przyciągając ku sobie i całował. Bezczelnie wtargnął językiem
pomiędzy moje wargi, napierając z taką siłą, aż zabrakło mi tchu i…
– No, no!
Myśleliśmy że ją cucisz, a wy się tu całujecie – rozległ się nad nami pełen
wesołości głos Carlosa. Niech to piorun strzeli, pomyślałam ponuro,
doprowadzając do porządku swoje ubranie, po tym Javier pomógł mi stanąć na nogi.
Musiał nam ten bubek żołędny przerywać? Czy ja zawsze skazana jestem na
cholernego pecha? Dobrze że chociaż Ruda się nie pojawiła, bo chcąc wyładować
na kimś swoją frustrację, z pewnością wybrałabym ją. Zerknęłam ja Javiera, on
na mnie również. Potem z wyraźnie cierpiętniczą miną oraz rozbawieniem w
oczach, chwycił mnie w pasie i posadziwszy na swoim koniu, sam zajął miejsce za
moimi plecami.
– Tak będzie
lepiej. Dopilnuję żebyś więcej nie robiła głupot.
Szczerze mówiąc, było
niewygodnie jak diabli, ale za nic bym teraz nie zrezygnowała. Dodatkowo
panował piekielny upał, kleiliśmy się do siodła i do siebie nawzajem. Jednak
żadne z nas nie odsunęło się od drugiego nawet o centymetr. Javier z Carlosem
toczyli rozmowę na temat koni, ja milczałam, delektując się tą nieoczekiwaną
bliskością. W końcu dogoniliśmy pozostałych i muszę przyznać, że mina Isbel
była bezcenna. Pomyślałam wrednie, że dałaby w końcu spokój, swoją szansę już
miała, teraz czas na mnie. Zerknęłam na silne, ciemne dłonie, trzymające wodze.
Powędrowałam wzrokiem w górę, aż do szerokich ramion, dyskretnie wykręcając
głowę i doszłam do wniosku, że wcale jej się nie dziwię.
– Lepiej ze mną? –
spytał cicho Javier, pieszcząc oddechem moją szyję.
– Lepiej.
– Widać. Wyglądasz
na zadowoloną.
Nie odpowiedziałam, a
jedynie oparłam się o jego tors. Byliśmy na samym końcu, więc od razu
wykorzystał sytuację. Czułam jak jego wargi dotykając mojej rozgrzanej skóry,
jak dłonie zaczynając błądzić po nagich udach. Czułam bicie jego serca na moich
plecach, coraz szybsze i mocniejsze.
– Jak się ktoś
odwróci, to będzie skandal – zażartowałam.
– Mam to gdzieś –
wymruczał. – Świat się nie zawali.
– Coś ty nagle
taki chętny i odważny?
– Siedzisz półnaga
tuż przede mną i pytasz dlaczego? Nie jestem z kamienia.
– Jakby zamiast
mnie, byłaby tu owłosiona gorylica też byś tak zareagował? – spytałam żartobliwie,
z całej siły próbując okiełznać rosnące podniecenie.
– Jeśli miałaby
taki tyłeczek jak ty, to pewnie tak.
Zatkało mnie. Zwłaszcza
że jego ręce właśnie dotarły do zachwalanej części ciała, poczynając sobie tam
coraz śmielej.
– O oczach nie wspominając
– kontynuował coraz bardziej schrypniętym głosem. A potem nagle popędził konia.
– No nie! Znowu? –
odezwałam się z żalem. – Po cholerę zaczynasz, jak nie masz zamiaru kończyć?
– Łatwo ci mówić –
mruknął. – Zaraz dojedziemy do celu i to nie ty będziesz paradować z namiotem w
spodniach.
Ach! No tak, coś tam
dziwnie uwierało w pośladki, ale nigdy bym nie przypuszczała… Co za kretynka ze
mnie, pomyślałam z goryczą. A potem złośliwie zaczęłam się wiercić, nieznacznie
kręcąc pupą i perfidnie ocierając się o Javiera.
– Przestań! –
jęknął. – Bo cię zwalę na ziemię!
– Brutal! –
zachichotałam. – Tylko spróbuj!
Jednak mnie nie
zrzucił. Pewnie dlatego, że właśnie znaleźliśmy się wśród pozostałych, którzy
zatrzymali się na niewielkim wzniesieniu. Przed nami rozciągał się niesamowity
widok na ocean, połowę wyspy i ogromne, grafitowe chmury piętrzące się w
oddali. Te chmury pewnie by mnie mocno zaniepokoiły, gdybym akurat nie
rozmyślała o czymś innym. O Javierze, który zgrabnie zeskoczył z konia, potem
po prostu zdjął mnie z jego grzbietu, a teraz stał tuż obok, nadal obejmując
ramieniem. Jak to się stało, że nagle tak doskonale zaczęliśmy się czuć w swoim
towarzystwie? Skąd te pieszczoty, pocałunki, skąd tak dobra komitywa?
Zachowywał się zupełnie inaczej niż tydzień temu, więcej, zupełnie inaczej niż
przedwczoraj czy wczoraj. Jakby naprawdę zaczęło mu na mnie zależeć. Jakby się…
zakochał? Aż prychnęłam, rozbawiona tą myślą, potem jednak przestało to być
śmieszne.
– Coś się stało? –
spytał obiekt moich westchnień.
– Zastanawiam się,
dlaczego nagle zrobiłeś się taki milusi?
– Ja milusi? –
Javierowi aż oczy wyszły na wierzch. – Ja?!
– To metafora –
odparłam ze zniecierpliwieniem. – Ale sam pomyśl; niedawno krzyczałeś, że mnie
ukatrupisz.
– Coś ty się tak
uparła zejść z tego padołu? – warknął nieoczekiwanie rozzłoszczony. – Carlos,
my wracamy. Musimy dolecieć do domu przed burzą.
– Przecież możecie
zanocować?
– Nie! – przerwały
mu jednocześnie dwa wzburzone głosy. Teraz zamilkło całe towarzystwo, wpatrując
się w nas w zdumieniu.
– Chcę zachować
czystość aż do ślubu – skromnie spuściłam oczy, z całej siły usiłując się nie
roześmiać. – Biała suknia, biały welon, biała ja. No wiecie…
– To dam wam dwie
sypialnie – powiedział nieco osłupiały Carlos.
– Jednak wolimy
wrócić. – Javier uszczypnął mnie w pośladek. Nie zmieniając wyrazu twarzy,
dyskretnie kopnęłam go w łydkę. Niech się cieszy padalec jeden, że nie
powiedziałam, iż czekam aż wyleczy rzeżączkę. Wtedy dopiero byłoby obciachowo.
– Znów mam włazić
na tego konia – gderałam, ponownie zajmując miejsce. – Mam dosyć. Bolą mnie
nogi i pupa.
– Nie marudź.
Pomasuję ją jak dotrzemy na miejsce. I nie martw się, dziewictwo możesz
zatrzymać – dodał złośliwie. – Nadal będziesz miała szanse na białą suknię i
welon.
– Idiota. Ciesz
się, że nie…
– Wiem. Mogłaś
oznajmić beztrosko, że leczę rzeżączkę.
– Jak my się
jednak rozumiemy – wymruczałam, zerkając na niego przez ramię. – I nie tak
prędko, bo spadnę.
Powrót by znacznie
szybszy, pewnie ze względu na zbliżającą się nawałnicę, a nasz pospiech chyba
udzielił się całej grupie, bo nie pozostali w tyle, twardo depcząc nam po
piętach. Javier milczał całą drogę, zamyślony, nieobecny. Jakbym jechała z
zupełnie innym mężczyzną niż poprzednio. Jedynie co się nie zmieniło, to to, że
wciąż obejmował mnie w pasie. Chociaż przypuszczałam, że robił to raczej
dlatego, aby nie zgubić kłopotliwej baby. Na miejscu wypiliśmy jeszcze pożegnalnego
drinka, zgarnęliśmy spoconych ochroniarzy i po chwili byliśmy w powietrzu.
– Ja cię nie
rozumiem – kręciłam się na fotelu, starając znaleźć sobie wygodniejszą pozycję.
Naprawdę bolała mnie pupa. – Co ci tak spieszono? Carlos obiecał, że da nam
dwie sypialnie, byłbyś bezpieczny. A ta wyspa wyglądała solidniej niż twoja.
– W taką pogodę
wolę być w domu.
– A jak to będzie
szalony cyklon, rodem z filmowego horroru?
– Przestań bredzić.
Załatwiłem z nim, to co chciałem, więc i tak wracalibyśmy za dwie godziny. Po
prostu przyspieszyłem wylot.
– No tak.
Zamilkłam. Taki się
dziwnie nerwowy zrobił. Powiedziałam coś nie tak? W sumie, to przez cały czas
bezczelnie pyskowałam. Zaraz, zaraz, przed nagłą decyzją o powrocie, grzebał w
komórce. Może dostał ważną wiadomość, albo stało się coś złego? Na przykład
policja przechwyciła transport prochów, który szedł do Stanów? Zerknęłam z
ukosa na milczącego Javiera. Pasował mi na bossa kartelu narkotykowego. Na
mordercę i gwałciciela już nie bardzo, bo gdyby nim był, to ja dawno bym gryzła
ziemię pod jakąś palmą. A jednak musiało stać się coś ważnego, coś co
przyspieszyło nasz powrót.
Trzeba przyznać, że
dolecieliśmy w ostatnim momencie. Chwilę później zerwał się mocny wiatr i lunął
deszcz. Ruszyliśmy biegiem w kierunku domu i wpadliśmy do środka solidnie
przemoczeni. No dobrze, nie miałam na sobie przysłowiowej suchej nitki.
– Idę się przebrać
– oświadczyłam, ale Javier tylko nieuważnie skinął głową. Zaraz potem wyjął z
kieszeni telefon i zaczął rozmowę w języku, którego nie znałam.
– A mówią, że my,
kobiety mamy zmienne charaktery. I że jesteśmy humorzaste – warczałam, z furią ściągając
z siebie przemoczone ciuchy. Jak już się przebrałam, pomaszerowałam do kuchni. Jedzenie
oczywiście podbudowało mnie na duchu, ale to, co widziałam za oknem już nie.
Smętnie pomyślałam, że takich rzeczy nie ma w folderach biur podróży. Najgorsza
burza jaką dotychczas przeżyłam, to pikuś w porównaniu do tego tam. I wtedy
postanowiłam poszukać towarzystwa. Oczywiście Javiera. Podokuczam mu,
powygłupiam się, może mi się humor poprawi?
Podreptałam do salonu,
który był pusty. Potem do gabinetu, bo widziałam, że pali się tam światło, którym
okazała się być lampka przy doskonale mi znanym biurku. Nadal pełna obaw, czy
aby dobrze robię, zbliżyłam się najpierw do okna. Na zewnątrz szalał żywioł,
tutaj, w środku było przytulnie, spokojnie i znacznie ciszej. Gdzie się
podziewał Javier? Wiedziałam że jeszcze przed chwilą tu był, w powietrzu unosił
się zapach cygara, na talerzu leżało niedojedzone ciasto. Podeszłam do biurka,
gapiąc się podejrzliwie na starą maszynę do pisania, z której wystawała do
połowy zapełniona kartka papieru. Tuż obok leżał cały stosik takich kartek,
zapisanych, równiutko ułożonych. Wzięłam do ręki tę z wierzchu i osłupiałam.
Zaczęłam czytać to, co było tam napisane, potem sięgnęłam po kolejną i nagle
mój umysł przeszyła niczym błyskawica pewna myśl.
Oto Babeczka:

Matka, żona, matematyk. Pisze od bardzo dawna, publikuje od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie żyć bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Anonimowy
    | Odpowiedz

    I kolejny raz zakończenie w takim momencie…ehhh

  2. Anonimowy
    | Odpowiedz

    No wiesz co! Urwac w takim momencie 🙁 no dobrze wybaczam bo jest cudownie:-* tylko proszę kochana jak najszybciej następną część bo wybuchne z ciekawości:-) mam nadzieję że jeszcze będzie dużo czytania przed nami:-D

  3. Anonimowy
    | Odpowiedz

    O, nowa część, jeszcze gorąca. Ide czytać 🙂

  4. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Babeczko, jak Boga kocham, jeśli jeszcze raz zrobisz takie zakończenie przestane czytać twojego bloga. Świetne, czekam na więcej i jestem niecierpliwa 😉

  5. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Babeczko, jak możesz !? W takim momencie?!

  6. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Nic dziwnego, że bolał ją tyłek, skoro jechali we dwoje na siodle jednoosobowym 😉 Wiem, że mamy nie czepiać się realiów, ale we dwoje to można na oklep jechać – siodła dwuosobowe to naprawdę rzadkość 😛

  7. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Myslałam ze bedzie bardziej romantycznie ale tez dobre. Czekam na ciag dalszy nadal ;p

  8. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Szkoda , że poszłaś w pastisz i karykaturę. Pastisz jest dobry, jak jest krótki.
    Na pewno się go łatwo i szybko pisze, bo nie trzeba przejmować się wiarygodnością zdarzeń, głębią psychologiczną bohaterów i takimi szczegółami, że koń ciągnięty za wodze staje (jak silne szarpnięcie to dęba) a nie rusza z kopyta.
    Zaczyna być niestety nudne. A na dodatek widać, że pisane na kolanie.

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Zanim napisałam scenę z koniem, znalazłam sobie odpowiedni blog o koniach i stamtąd zaczerpnęłam informacji. Więc albo ja źle coś zrozumiałam, albo ktoś coś źle opisał 🙁 Nie polemizuję, bo moja przygoda z końmi zakończyła się po jednym dniu, po czym stanowczo odmówiłam kontynuacji, zapierając się przy tym rękoma i nogami 🙂
      Co do przesady – na samym początku ostrzegałam, że tak będzie, bo na tego typu pisaninę mam ochotę. Choć rozumiem, że nie wszystkim to się podoba. To nic, może nadrobię kolejnym opowiadaniem, które w najmniejszym stopniu nie jest do tego podobne.

    • Anonimowy
      | Odpowiedz

      Po prostu mam wrażenie, że rozmieniasz talent na drobne. Twoje wcześniejsze teksty, zwłaszcza te mroczne były ambitniejsze. W których widać, że erotyka była dodatkiem do większej historii.

      Zaczyna mi brakować napięcia erotycznego między bohaterami, toczonej gry, pewnych niedomówień, intryg i tajemnic (bardziej skomplikowanych niż mafiozo-pisarz), mężczyzn, którzy wykazują się czymś więcej niż tylko dużą sumą gotówki i bohaterek, które poza dziecinnym pyskowaniem, mają trochę oleju w głowie.

      Swoją drogą to opowiadanie o El Diablo przypomina mi powieść Joanny Chmielewskiej "Ostatnie zdanie nieboszczyka" – porwana przez pomyłkę, przetrzymywana w willi mafioza na tropikalnej wyspie, grająca porywaczom na nerwach bo ma na nich haka.

Napisz nam też coś :-)