Bo tylko czarne oczy… (XIV)

with 5 komentarzy

 

– Julia? – Spojrzał na mnie odrobinę zaskoczony, unosząc głowę. – Nie myślałem, że tak szybko…

– Gdzie ona jest? – spytałam bez ceregieli, ładując się do środka i omiatając wzrokiem wszystkie kąty.

– Kto?

– Ruda.

– Isbel? Nie bardzo rozumiem…

Podeszłam bliżej. Javier siedział na łóżku, w samych tylko spodniach, z potarganymi włosami i przekrwionymi oczyma. Chwyciłam go podbródek, zmuszając, aby zmierzył się z moim rozgniewanym spojrzeniem.

– Jest prawie południe. A ty wciąż w dezabilu, a na dodatek wyglądasz jakbyś przebalował całą nockę. Więc gadaj po dobroci: gdzie ona jest? W łazience?

– Isbel to przeszłość, do której nie chcę wracać – najwyraźniej poweselał. – Ale lubię, gdy jesteś zazdrosna.

– To i tak nic nie znaczy! – rozzłościłam się. – Do niczego między nami nie doszło i do niczego nie dojdzie. Wracam do domu.

– Nie możesz. Zapłaciłem za ciebie kupę kasy.

Skamieniałam. Parszywiec! Już ja mu pokażę co kupił!

– Nie bij – poprosił Javier pojednawczym tonem, unieruchamiając moje ręce. –Wiedzieli jak bardzo mi na tobie zależy, więc sporo zażądali. I co miałem zrobić? Pozwolić abyś wylądowała na dnie oceanu?

– Jak to zażądali? – jęknęłam słabo. – Don Manuel twierdził, że jest we mnie szaleńczo zakochany!

– Akurat o tym nic nie wiem. – Javier zmarszczył brwi. – Zapłaciłem im również dlatego, żeby Isbel w końcu się ode mnie odczepiła.

– A… – i tu się zacięłam. Chciałam wspomnieć o Adánie, lecz nagle zmieniłam zdanie. Poczułam niesmak, że omal nie dałam się zbałamucić takiemu łajdakowi. – To było tylko porwanie?

– Sprytnie to sobie zaplanowali. Mam z tobą same kłopoty. – To mówiąc delikatnie pogładził mnie po policzku. – Od samiutkiego początku, od pierwszych minut, gdy tu się pojawiłaś. Lecz oszalałem, gdy zniknęłaś. Obawiam się, że będziesz musiała zgodzić się – przyciągnął moją głowę tak blisko, że dotknęłam czołem jego czoła – aby zostać moją żoną.

Widziałam w ciemnych oczach rozbawienie, ale i słabo maskowaną ulgę. On naprawdę się o mnie bał, a ja byłam całkiem nieświadoma sytuacji, w jakiej się znalazłam. Na dodatek prawie bym się zakochała w porywaczu. Cudownie, po prostu cudownie!

– Powiedzieli, że Isbel chce cię odzyskać.

– Bo chciała. Ale ja nie. Musieli więc przejść do planu b. Nic ci nie zrobili? – zaniepokoił się nagle, ujmując moją twarz w obie dłonie. – Masz siniaka pod okiem.

– Zostałam raz przywołana do porządku – wyjaśniłam krótko. Twarz Javiera stężała, wyraźnie widziałam malującą się na niej złość.

– Który z nich?

– Daj spokój. Czy to teraz ważne?

– Który? – ryknął. A potem nagle mnie pocałował. Nie czule czy delikatnie, ale z pasją, z żarem, którego się po nim nie spodziewałam. Ścisnął mnie w pasie, jakby bał się, że znów zniknę. I wtedy zrozumiałam, że tak naprawdę jestem w domu, że fascynacja Adánem dotyczyła tylko płaszczyzny fizycznej. Wplotłam palce we włosy Javiera, a nasz pocałunek się pogłębił, z gwałtownego stał się namiętny. Zamienił się w czuły dotyk ust, w pieszczotę warg, w ukojenie tęsknoty. Uśmiechnęłam się.

– Coś mi się wydaje, że się stęskniłeś.

– Stęskniłem? Mało co nie zwariowałem, kiedy dowiedziałem się o twoim zniknięciu. A potem przyleciała Isbel i wyjaśniła mi całą sytuację. Miałem cholerną ochotę ją udusić. Powiesz, kto cię uderzył? Manuel czy ona?

A więc to tak! Javier nic nie wiedział o istnieniu Adána. Dziwne. Bardzo dziwne.

– Był tam jeszcze ktoś – zaczęłam z wahaniem. Roztargnienie było spowodowane tym, że dłonie Javiera zjechały nieco niżej, wcale nie mając zamiaru na tym poprzestać. – Mężczyzna trochę podobny do ciebie, wysoki, z włosami przyprószonymi siwizną, z blizną na policzku. Twierdził że jest przyrodnim bratem tamtej dwójki.

– Bratem? Pierwsze słyszę, aby Isbel miała jeszcze jakieś rodzeństwo. Ale kiedyś… – Javier nagle się zamyślił. – Kiedyś spotkałem ją na przyjęciu, a towarzyszył jej ktoś, kto dokładnie odpowiadałby twojemu opisowi. Tylko że był jej kochankiem.

– Nic mnie już nie zdziwi – odparłam słabo. Całe szczęście, że Adána nie było w pobliżu, bo bym chyba skurwielowi wydrapała oczy. Braciszek? To wredny łgarz. To dziwne, ale to wszystko dotknęło mnie znacznie bardziej niż powinno. Jakby naprawdę mi na nim zależało. Zganiłam się w myślach. Po prostu pochlebiał mi jego podziw, a jemu jak widać nie chciało się porzucać obecnej partnerki. Więc skłamał, dobrze wiedząc, że i tak będą mnie musieli odstawić po zapłaceniu okupu.

– To on cię uderzył?

– Tak. I próbował zgwałcić – dodałam po namyśle. Słusznie, bo Javier nagle poczerwieniał, z ledwością panując nad emocjami. Był wściekły. Bardzo wściekły. Nawet przez chwilę się wystraszyłam, że mnie porzuci, aby odnaleźć przeciwnika i sprać mu mordę. Na szczęście nadmiar przepełniających go uczuć postanowił wyładować w inny sposób.

W mgnieniu oka znalazłam się na łóżku, wśród skołtunionej pościeli. Javeir bez ceregieli złapał moje szorty, zsuwając je razem z bielizną, a potem równie szybko pozbył się swoich spodni. On był już nagi, ja miałam jeszcze na sobie górę od bikini i wspaniały widok na jego atletyczne ciało, w apetycznym czekoladowym kolorze. Westchnęłam cichutko, jednocześnie czując wyrzuty sumienia, że tak łatwo się poddałam, a z drugiej posyłając to samo sumienie do diabła. Za to on pochylił się, całując mój brzuch. Niestety, zapomniałam powiedzieć, że było to jedyne miejsce na moim ciele, które nie reagowało na pieszczoty. A raczej reagowało w niewłaściwy sposób. Zaczęłam chichotać w niekontrolowany sposób, usiłując odepchnąć od siebie nieco osłupiałego Javiera.

– Coś nie tak? – spytał, najwyraźniej lekko urażony.

– Nie… Hi, hi. Znaczy tak! Ha, ha…

– Zdecyduj się wreszcie babo! – warknął, podnosząc się.

– Mam łaskotki na brzuchu – wyjaśniłam w końcu. – I to takie, że nic nie jest w stanie ich pokonać. Za to niżej albo wyżej nie mam łaskotek – dodałam, patrząc na niego spod pół przymkniętych powiek.

Gapił się na mnie cokolwiek osłupiały. Nie za długo.

– Jesteś okropna – oznajmił z nagłym zachwytem. – Całkowicie nieprzewidywalna!

No cóż. Czemuż miałabym zaprzeczać? Chociaż ja raczej powiedziałabym, że jestem zdrowo pokręcona. Widocznie dla El Matadore stanowiłam nie lada wyzwanie. Może powinnam zażądać wstrzemięźliwości seksualnej aż do ślubu? Zerknęłam na Javiera i od razu zrozumiałam, że to niemożliwe. No dobrze, nie wyczytałam tego z jego oczu. Patrzyłam raczej dużo niżej…

Znów się pochylił, ale tym razem chwycił zębami dumnie sterczący sutek, najpierw odsunąwszy niepotrzebny materiał staniczka. Na drugiej piersi położył dłoń, ugniatając ją i masując. Tym razem nie było mi do śmiechu, przeciwnie, prężyłam ciało za każdym razem, gdy jednocześnie odczuwałam rozkosz czerpaną z dotyku, jak i z bólu, bo Javier wcale nie starał się być delikatny. Tylko że to mi się akurat spodobało. Kolanem rozsunął moje nogi i zaczął się ocierać nagim, nabrzmiałym członkiem o wnętrze ud, stopniowo zbliżając się do najbardziej intymnych miejsc. Jęknęłam kiedy poczułam jak czubek delikatnie zagłębia się w mojej szparce. Podniecenie sprawiło, że momentalnie zwilgotniałam, a emocje i uczucia, które się przy tym pojawiły, doprowadziły mnie niemal do utraty zmysłów. Nie było mowy o długiej grze wstępnej. Chciałam go teraz i tutaj, natychmiast. Być może mnie zrozumiał, a być może pragnął tego samego, bo niezapowiedzianym ruchem odwrócił mnie na brzuch, uniósł moje biodra do góry, po czym wszedł do samego końca, jednym mocnym, szybkim ruchem. Tym razem krzyknęłam, ale to był zaledwie początek. Wolniutko się wycofywał, po czym gwałtownie wbijał na powrót, głęboko, jakby chciał przebić mnie na wylot. A ja wcale nie protestowałam, wręcz przeciwnie, pragnęłam aby przyspieszył i dlatego za każdym kolejnym, ostrym pchnięciem wychodziłam mu pupą naprzeciw. Słyszałam jego świszczący oddech, swoje jęki, czułam zapach potu i pożądania. A kiedy obiema rękoma złapał mnie za biodra i zaczął brać jeszcze mocniej, jeszcze bardziej nieustępliwie, całkowicie straciłam nad sobą kontrolę. Mnie wystarczyło zaledwie kilka sekund, jemu trochę więcej. Kiedy moim ciałem wstrząsnął orgazm, Javier zauważalnie przyspieszył, choć nie sądziłam, że to jeszcze możliwe. Zamknęłam oczy, czując jak po moim wnętrzu rozlewa się niezwykłe ciepło, słysząc głośny jęk. Nawet nie skrzywiłam ust, gdy w kulminacyjnym momencie ścisnął moje biodra z taką siłą, że z pewnością ślady po tym pozostaną na długie tygodnie. Pogrążona w właśnie przeżywanej rozkoszy, nie zaprotestowałam, kiedy opadł na mnie całym ciężarem ciała. Dopiero po chwili niemrawo się poruszyłam.

– Javier…

Chyba się domyślił, bo bez słowa przetoczył się na bok. Uniosłam głowę i zerknęłam w czarne, roziskrzone oczy. Oddychał z trudem, a na jego twarzy i torsie perlił się pot.

– Krótko – stwierdziłam grymaśnie, podpierając się ramieniem. Aż wstrzymał oddech.

– Co? – wychrypiał zaskoczony.

– To u ciebie norma, jesteś w słabej formie czy z racji wieku nie stać cię na więcej?

Ryknął głośno, zrywając się na równe nogi.

– Ja ci pokażę… – zaczął, ale nie skończył. Zachichotałam, również wstając, a potem zarzuciłam mu ramiona na kark i pocałowałam.

– Wiem że pokażesz – powiedziałam pojednawczy tonem. – Przyznaj się, o czym myślałeś zbereźniku, że od samiutkiego rana ci stał?

Zbył mnie dyplomatycznym milczeniem, a raczej odwdzięczył się pocałunkiem. Niestety, akurat ten moment mój żołądek wybrał, aby głośno zaprotestować. Spojrzeliśmy sobie prosto w oczy, wybuchając śmiechem.

– Przerwa na śniadanie, a potem udowodnię… – resztę wyszeptał mi na ucho.

Efektem wypowiedzenia przeze mnie krótkiego, niefrasobliwego słówka było to, że na drugi dzień bolało mnie wszystko, od nabrzmiałych od pocałunków warg, po posiniaczone uda. Trzeba jednak przyznać, że i Javier wyglądał na mocno zmęczonego. Więc kiedy po śniadaniu, niespodziewanie zasnął, dałam mu spokój, postanawiając wybrać się na spacer. Wyjęłam z szafy pierwszą lepszą sukienkę, z kuchni zabrałam kiść winogron i pomaszerowałam na plażę. Było cieplutko, ale wiał również przyjemny wiaterek, zresztą chyba przyzwyczaiłam się do klimatu. Z rozrzewnieniem spoglądałam to na turkusową, przejrzystą wodę, to na czubki palm kokosowych. Szłam, rozmyślając o tym, co mnie spotkało i o tym, co mnie jeszcze czeka. Jakoś wcześniej nie miałam czasu na takie rzeczy, dopiero teraz, w samotności, uświadomiłam sobie, że jestem zakochana. I to poważnie. Smucił mnie jedynie fakt, że Javier, choć nie szczędził komplementów, nigdy nie wspomniał nawet słówkiem o swoich uczuciach. No, niezupełnie. Wspomnieć wspomniał. Coś o fascynacji, szaleństwie, tęsknocie. W zasadzie bredził o tym bez ustanku, ale nigdy nie wypowiedział tego magicznego słowa, o którym coraz silniej marzyłam.

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. K
    Karolina
    | Odpowiedz

    To ja już myślałam że Javier teges z rudą i byłam gotowa mu odciąć sprzęt a biedaczek czekał i usychal z tęsknoty. Adan dupek do kwadratu i jednak go nie lubimy 😁 no i w końcu El Matadore udowodnił na co go stać 😍

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Oj, Adan wróci, wróci :-)))

      • K
        Karolina
        |

        I znowu wprowadzisz zamęt, trzeba będzie kogoś wybrać. A ja mam słabość do takich dupków, nie rób mi tego 🙁

  2. K
    Karolina
    | Odpowiedz

    W końcu Javier zaczął działać😆

    • Anonim
      | Odpowiedz

      Hi hi… Oj, zaczął 🙂

Napisz nam też coś :-)