Bo tylko czarne oczy… (XIX)

with 17 komentarzy

humor i erotykaZ okazji dnia kobiet, wszystkim paniom życzę prawdziwej miłości i upojnego seksu!!! Najlepiej w duecie 🙂

A tak nawiasem mówiąc, kulawo z tekstem, bo u mnie panuje grypa żołądkowa. Ja na razie się trzymam, ale zobaczymy jak długo.

Zbliżamy się do końca. Pewnie dlatego, że mam smaka na coś bardziej ambitnego, coś innego. Tak ogólnie to zdradzę Wam, że plany na ten rok nabierają realnych kształtów, oczywiście mam na myśli te, dotyczące bloga.  Będzie się działo, oj, będzie! ;D

Znalazłam wśród moich tekstów zapisanych na dysku, coś niezmiernie interesującego. Znakomity pomysł, który chciałabym przekuć w opowiadanie. Tak w ogóle to mam tyle planów... Nic nie zdradzę, bo nie mam pojęcia czy czas pozwoli mi na ich realizację.

Blogonowelę zwaną "Bo czarne oczy" czas zakończyć słodkim happy endem.  Widzę że w ankiecie prowadzi Bohun. Dlaczego mnie to nie dziwi? 🙂

 

 

Ubrać nie miałam się w
co. Po pozbyciu się jęczącego adoratora, orzeźwiającym prysznicu i umyciu
zębów, założyłam kolejną koszulkę oraz własne, dżinsowe szorty. Włosy zaplotłam
w luźny warkocz i na boso, nadal w złym humorze, pomaszerowałam szukać jadalni.
Doprowadził mnie tam zapach kawy. Oczywiście, przy stole siedział don Manuel i
Adán. Ten pierwszy z głupim wyrazem twarzy, gapił się na mnie bez słowa. Drugi,
rozwalony w swobodnej pozie, w błękitnej koszuli, celowo niedopiętej na kilka
guzików i w białych spodniach, mierzył mnie drwiącym wzrokiem.
Naprawdę byłam już tym
wszystkim zmęczona. Nawet nie fizycznie, a psychicznie. Sprawy nie ułatwiał
wybór pomiędzy dwoma, a w zasadzie trzema kandydatami. Wypiłam kawę, zjadłam
śniadanie, a to wszystko pod czujnym okiem Adána i pełnym psiego uwielbienia
Manuela. Oni o czymś tam gawędzili, nie dotarł do mnie jednak sens tej banalnej
rozmowy. Dziabałam bezmyślnie ostatniego rogalika, gdy od strony drzwi dał się
słyszeć stukot obcasów. Obejrzałam się, momentalnie zieleniejąc z zazdrości.
– Witajcie –
powiedziała Isbel, siadając przy stole. – Widzę, że załapałam się na śniadanie.
Cóż to za grobowa atmosfera?
Patrząc na nią,
przelotnie zastanowiłam się, co ten Javier we mnie widział? Tych dwóch tutaj
jeszcze zrozumiem, ale jego? Ruda czy Izunia, w sumie żadnej urodą nie
dorównywałam, choć charakterek to chyba miałam najbardziej bojowy z nas
wszystkich. Chciałam ukradkiem zerknąć na Adána, ale ponieważ on gapił się na
mnie cały czas, nie bardzo mi ta ukradkowość wyszła. W duchu przyznałam, że
wyjątkowo dobrze mu w błękicie.
– Ty to
wymyśliłaś? – spytałam, dolewając sobie soku.
– Powiedzmy.
– Na co ci taki
nędzny pisarzyna? – Nawet nie musiałam silić się na ironię, jad sam się ze mnie
wylewał.
– To ja raczej
spytam, na co mu taka pyskata i mało subtelna baba jak ty?
– Potrafię być
subtelna – oznajmiłam z godnością, jednocześnie z całej siły kopiąc Adána pod
stołem. To za ten pełen drwiny oraz niedowierzania uśmiech, gdy powiedziałam,
że potrafię być subtelna. – Może zdradzisz nam, jak ci idzie?
– Mam na to dwa
tygodnie – odparła beztrosko.
– Tak ci się tylko
wydaje. Mnie już za trzy dni tu nie będzie.
Ruda uniosła jedynie
brwi w geście niedowierzania.
– Uciekniesz konno?
– spytała z ironią.
– Nie, ale pewnie
znów mnie ktoś porwie.
Pominęli moje słowa
milczeniem. Rozmowa toczyła się teraz wokół rodzinnych perturbacji, o ile
dobrze zrozumiałam finansowych. Nagle zainteresowana, nadstawiłam uszu. Dopiero
po dobrej chwili zaczął docierać do mnie sens tego wszystkiego, bo cała trójka
ani trochę nie kryła się ze swoimi zamiarami. Isbel była biedna jak mysz
kościelna, o ile myszy mają na koncie kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Don Manuel
potrzebował kasy na pewną inwestycję, a Adán… Cóż Adán nie mówił wiele. Raczej
milczał, bawiąc się łyżeczką, ze wzorkiem utkwionym gdzieś w horyzont. W każdym
bądź razie w impasie miały im pomóc pieniądze Javiera, które Ruda wyłudzi po
kolejnym ślubie i rozwodzie. Milczałam, czując jak wzbiera we mnie wściekłość.
Co za wredna suka! W końcu tak napęczniałam uczuciami, że musiałam wyjść. Żadne
z nich nie zareagowało, gdy opuszczałam jadalnię. Przynajmniej tak sądziłam.
– Zaczekaj! – Tuż
za moimi plecami pojawił się Adán. – Zaczekaj mówię! – I szarpnął mną ze
złością.
– A na co ci taka
zwyczajna ja? – Nawet nie próbowałam powstrzymać buchających ze mnie emocji.
– Nie przesadzaj –
odparł chłodno. – Skoro chce posuwać moją siostrę, to niech płaci. Nie
zbiednieje.
– Aż tyle zarabia
na książkach?
– To zaledwie
nikły procent jego dochodów. Reszta jednak nie jest, jakby to delikatnie ująć,
najzupełniej legalna.
– Reszta? – Tym
razem się zdziwiłam. A ja już przyzwyczaiłam się do tej łagodnej wersji
Javiera. Adán chyba musiał zauważyć mój sceptyczny wyraz twarzy, bo zacisnął
zęby, a w jego oczach pojawiły się dziwne błyski.
– Niewiele o nim
wiesz.
– Więcej niż o
tobie – burknęłam. – Po co ona tu przyleciała?
– Sprawdzić czy
rzeczywiście cię mamy. Twoje wyczyny są sławne, nie wiadomo co mogłaś
wykombinować.
– Przesadzasz.
Znajdowaliśmy się na
tarasie, od strony domu osłoniętym przez bujną roślinność, za to z doskonałym
widokiem na morze. Oparłam się o drewnianą barierkę, ponuro zamyślona, a Adán
stanął tuż za plecami, kładąc dłonie na moich ramionach.
– Daj sobie z nim
spokój – wyszeptał. – A jeśli chcesz, pomogę ci w tym.
– Jestem zmęczona.
Zniechęcona. I wolałbym wrócić do domu. Podobno w Polsce szaleją prawdziwe
śnieżyce?
– Tęsknisz za
zimnem?
– Za normalnością.
Weź te ręce z moich piersi, ale już! Obmacujesz mnie niczym napalony
nastolatek.
– Nie jestem
nastolatkiem.
Nie był, fakt. Był za
to tak niebezpiecznie męski, pociągający, że prawie się ugięłam. Prawie. Poza
tym po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że to wszystko jest częścią większego
planu. No bo jak sprawić, abym nie bruździła im w sprawnie przeprowadzanej
akcji? Bardzo łatwo. Podsunąć innego kandydata, rzekomo pałającego do mnie
szaleńczą miłością, ogłupiałego z pożądania. Z Manuelem nie wyszło, bo już na
samym początku się zjeżyłam i próbowałam uciec. Adán to co innego. Pamiętałam
chłód jego oczu na samym początku, lekceważący uśmiech, stoicki spokój. A potem
nagle mu odbiło i zamienił się w namiętnego kochanka. Zatęskniłam do Javiera.
Tak szczerze, prawdziwie. Może to niesprawiedliwa myśl, ale przy nim wszystko
było znacznie łatwiejsze. Nawet jeśli czasami tak mocno się na mnie wściekał.
Wyplątałam się z ramion
Adána. Zauważyłam złość na jego twarzy. Nic dziwnego, bo chyba nie przywykł,
aby kobiety zbytnio mu się opierały.
– Mam ochotę
wyłącznie na swoje własne towarzystwo – powiedziałam ze spokojem.
– Ach tak? –
odparł jadowicie. – To ci je zapewnię.
I odwróciwszy się na
pięcie, odszedł. Pal cię licho, pomyślałam zniesmaczona, po czym odetchnęłam z
ulgą. Nie na długo.
– Kochanie?
– Ile razy mam
mówić, abyś mnie tak nie nazywał! - wrzasnęłam wytrącona z równowagi. Miałam
jeszcze ochotę dodać jakiś obraźliwy epitet, ale ugryzłam się w język.
– Czy spojrzysz na
mnie kiedyś łaskawszym okiem? – spytał żałośnie don Manuel.
– Jak mnie
odstawisz do domu – zaproponowałam podstępnie.
– Nie mogę. Isbel
mi zabroniła. Mamy więc…
Nie słuchałam go dalej.
Nie miałam na to ochoty. Zbiegłam po kamiennych schodach i uciekłam na plażę. A
potem wybrałam się na długi spacer. Miałam wystarczająco dużo czasu, aby
obmyśleć z tysiąc wariantów ucieczki, jednak każdy z nich okazał się nierealny.
Czas wlókł się
niemiłosiernie wolno. Zjadłam obiad, wykąpałam się w basenie, zjadłam kolację.
Rozmyślałam, planowałam, a wszystko to w samotności, pod czujnym okiem służby i
ochroniarzy. Isbel i jej dwaj porąbani bracia zniknęli. Zastanawiające, ale
długo nie zaprzątałam sobie tym głowy. Usiłowałam dyskretnie umknąć do
gabinetu, w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby mi pomóc w ucieczce. W końcu
się udało. Gabinet był niewielkim pokojem o ciemnozielonych ścianach, ciężkich
meblach i wygodnych, obitych skórą fotelach. Stał w nim komputer, który na nic
mi się nie przydał, bo nie znałam hasła. Szuflady biurka były zamknięte. Na
regałach stały jedynie książki. W kominku leżały resztki spalonego drewna.
Usiadłam w fotelu i zaczęłam dumać, jak by się tu dobrać do solidnych zamków. Niestety,
bez efektów. Poirytowana na maksa całą tą sytuacją, niezapowiedzianą
samotnością i nagłą tęsknotą za krajem ojczystym, wytrąbiłam pół butelki dżinu,
mieszając go uprzednio z tonikiem. Kiedy wracałam do sypialni wyraźnie czułam,
jak kręci mi się w głowie. Podświadomie spodziewałam się tam obecności Adána,
albo chociażby żebrzącego Manuela, ale nic z tego. Nie pojawił się żaden z
nich. Padłam na łóżko, jak stałam, w ciuchach, w butach, bez mycia zębów.
Padłam i potężnie chrapnęłam.
Za to po przebudzeniu
pojawił się kac. Uporczywy ból głowy oraz mdłości, nieświeży oddech i
zdrętwiałe ciało, skutecznie popsuły mi humor już na sam początek dnia. Nie
poprawiła go ani długa odprężająca kąpiel, ani aromatyczna kawa. A tym bardziej
pojawienie się tego parszywca.
– Gdzie byłeś? –
warknęłam nieuprzejmie, kiedy usiadł tuż obok mnie przy stoliku na tarasie. – I
gdzie przykurcz?
– Nie obrażaj
mojego brata. – Miał lodowaty głos, a w oczach niebezpieczne błyski. – Byliśmy zajęci.
– Czym?
– Nic ci do tego.
– Ruda zołza
wyjechała?
Nie odpowiedział.
Siedział, patrząc na mnie chłodno, jakby nagle postanowił zmienić front. Nie,
zachowywał się właśnie tak, jak na samym początku. Albo więc zrozumiał, że nie
ma szans na podryw, albo postanowił wziąć mnie na przeczekanie. Chociaż bardzo
tego nie chciałam, poczułam żal. Zajmujący miejsce naprzeciwko Adán wyglądał
jak kwintesencja wszelakich kobiecych pragnień. Jego egzotyczną urodę
podkreślał ciemno czerwony kolor koszuli, oczywiście niedopiętej, jak na
prawdziwego macho przystało. W sumie Javier kolorki miał podobne, ale wypadał
znacznie łagodniej w odbiorze. Ten tutaj wyglądał na niebezpiecznego i z pewnością
taki był. Odruchowo dotknęłam obolałego policzka. Gdzie się podział ten
wczorajszy, pełen namiętności mężczyzna? Pewnie po prostu ode chciało mu się
grać w tej komedii. Czy to teraz takie ważne? Przecież go nie chciałam…
– Skończyłaś
śniadanie?
– Powiedzmy. Na
razie poprzestanę na kawie.
– Skoro tak, to
chodź. – To mówiąc wstał, wyciągając w moim kierunku rękę. – Coś ci pokażę.
– Co?
– Tajemnica.
Spodoba ci się – dodał drwiąco. Miał silną, dużą dłoń. Postanowiłam że dam
sobie spokój z protestami. Nie miałam na nie ani siły, ani ochoty. Czułam się
tak zmęczona obecną sytuacją, że najchętniej skuliłbym się gdzieś w ustronnym
kąciku, przeczekując zawirowania.
Ku mojemu zdumieniu,
znaleźliśmy się na płycie lądowiska. Czekał tam na nas Manuel za sterami
helikoptera, znacznie większego niż ten, którym latał Javier. Posłał mi
nieśmiały uśmiech, na który odpowiedziałam krzywym grymasem, ładując się do
środka. W zasadzie było mi już wszystko jedno, gdzie trafię, a przez chwilę
miałam nawet nadzieję, że wypchną mnie na środku oceanu, utopię się i będę w
końcu miała święty spokój. Adána trochę zdziwił brak pytań, lecz zachował
milczenie. Wskazał mi miejsce z tyłu, za ich plecami, a potem sam usiadł tuż
obok pilota. Lecieliśmy prawie godzinę, a ja cały czas gapiłam się w bok, podziwiając
bezmiar otaczającej nas wody. Dzień był słoneczny, o znakomitej widoczności,
silnie kontrastujący z moim kiepskim samopoczuciem. Adán czasami zerkał do
tyłu, najpierw drwiąco, potem z coraz większym zaciekawieniem. Nic dziwnego, bo
siedziałam sztywno jak przysłowiowy kołek. Nie pyskowałam, nie awanturowałam
się, nie zadawałam upierdliwych pytań o cel wyprawy. W końcu chyba poczuł się
zaniepokojony, ale to również miałam w nosie. Moja obojętność zniknęła dopiero,
kiedy na horyzoncie pokazały się kontury doskonale mi znanej wyspy.
Teraz zrobiło się
nieprzyjemnie. Nie wierzyłam w ich dobrą wolę, musieli mieć w tym wszystkim
jakiś cel. Gdyby nie zbyt mały okres czasu, to pomyślałabym, że Javier hajtnął
się z Rudą. Zresztą kto ich tam wie…
Wylądowaliśmy. Plac był
pusty, nie pojawił się nikt z służby. Adán pomógł mi po dżentelmeńsku wysiąść,
a kiedy umilkł hałas, odezwałam się z namysłem:
– Co knujesz?
– Nic. Zwracamy
cię z powrotem. Taki był plan.
– Czyj? – spytałam
podejrzliwie. – Twojej siostry?
Nie odpowiedział.
Gwałtownie przyciągnął mnie ku sobie i pocałował. Tym razem jego usta miażdżyły
moje wargi, brutalnie i władczo, aby nagle znienacka przerwać. Odepchnął mnie i
rzekł szyderczo:
– Idź! Wracaj do
ukochanego.
Podejrzenia przerodziły
się w pewność. Coś tu śmierdziało! I to mocno! Obróciłam się na pięcie,
kierując się ku domowi, a w dalszej kolejności ku sypialni Javiera. Dopadłam drzwi,
energicznie otwierając je na całą szerokość…
Oto Babeczka:

Matka, żona, matematyk. Pisze od bardzo dawna, publikuje od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie żyć bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Więcej, więcej, więcej, więcej!

  2. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Za cie babeczko zabije, jak Boga kocham zabije. MIAŁAŚ TAK NIE KOŃCZYĆ !!!

  3. manieczka
    | Odpowiedz

    no nie babeczko, jak moglas w takim momencie skonczyc… 🙁 ja chce więcej

  4. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Teraz bym chciała żeby jednak była z Adànem. 😀

  5. manieczka
    | Odpowiedz

    a i oczywiście również zycze ci wszystkiego co najlepsze z okazji dnia kobiet

  6. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Ty chcesz mnie Babeczko wykończyć nerwowo ucinając opowiadanie w takim momencie! Czekam z niecierpliwością na więcej 😀

  7. Anonimowy
    | Odpowiedz

    W takim momencie?! Kurde no mniej litość daj szybko cd.

  8. Anonimowy
    | Odpowiedz

    No nieeeee ilez można tego nie kończyć! Jeszcze!!

  9. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Babeczko mam nadzieje ze nie ugielas sie pod grozbami i prosbami gimbazy oraz romantyczek domagajacych sie mdlego jak kasza manna Javiera i po prostu taki byl plan;) nawet jesli sie ugielas – i tak Cie uwielbiam :p i nadal czytac bede z pelnym zaangazowaniem – prawo autora robic co chce a prawo wiernego czytalnika – i tak uwielbiac jego tworczosc ;)ps. Mozesz zrobic o Adanie inne opowiadanie jesli mnie przeczucie nie myli? Bo szkoda chlopa:D

    • Anonimowy
      | Odpowiedz

      Ja od początku byłam za tym zeby byla z Javierem i zdania nie zmienie. Moim zdaniem takie zakonczenie nie jest mdłe tylko jest odzwierciedleniem tego co sama chcialabym przezyc (nie chcialabym miec nic wspolnego z damskim bokserem takim jak Adan) Ps. Gimnazjum skonczylam ładnych pare lat temu 😉

  10. Anonimowy
    | Odpowiedz

    No Ty to wiesz kiedy przerwać… Z niecierpliwością czekam na kolejną część.

  11. Anonimowy
    | Odpowiedz

    cooooo? W takim momencie? O ZGROZO!!!

  12. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Za co? Ja się pytam za co? Proszę, błagam NIE…… (krzyk rozpaczy)!!!

  13. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Obstawiam że "ruda zołza" jest z Javierem . czekam na kolejną część 🙂

  14. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Przeczytałam wczoraj ale zabrakło mi słów. Babeczko jak mogłaś przelać w takim momencie i wdodatku w moje urodziny;)
    Życzę weny i zdrowia I.

  15. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Nie wiem jak to mozliwe, że Adan podoba się niektórym z Was. Potem się dziwic kolejnym wyznania celebrytek i innych o przemocy w domu i w zwiazku…

  16. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Witam. Zgadzam się z przedmówcą. Dla mnie facet, który uderzył kobietę ma dyskwalifikację. Dawno mnie tu nie było. Dzisiaj przeczytałem wszystkie części i…zonk. W niezłym momencie przerwana akcja. Ciekawy jestem, w którą stronę to pójdzie.
    Pozdrawiam. Marek

Napisz nam też coś :-)