Bo tylko czarne oczy… (III)

with 8 komentarzy

A co tam będę Wam żałować! Udanego weekendu!
 
 
 
– El Diablo! –
wrzasnęłam, wchodząc do domu. – Gdzie jesteś?!
Od razu pojawiła się pokojówka.
– Senior ma gości
– wyjaśniła cichym głosem. – Prosił aby seniorita udała się do swojej sypialni
i tam została. To bardzo ważni…
Więcej nie słuchałam.
Gości? Świetnie się składa. Tym razem albo mnie zabije, albo odeśle do domu.
Była jeszcze trzecia możliwość – skrępuje i zamknie gdzieś w klatce zbudowanej
z bambusa, ale tej do siebie nie dopuściłam. Pokojówka podążyła za mną świńskim
truchtem, usiłując tłumaczyć coś głosem pełnym rozpaczy.
– Powiedz, że mnie
nie spotkałaś – przykazałam jej tylko i z hukiem weszłam do salonu. Przy
kominku stało trzech mężczyzn. Jeden z nich gwałtownie pobladł na mój widok,
pozostałych dwóch spojrzało z zaciekawieniem. Ja na nich również, chociaż
bogiem a prawdą, za bardzo nie było na co. Wyższy i szczuplejszy miał za sobą
dobre pół wieku, niższy był krąglutki jak piłeczka, z włosami zaczesanymi pod
górę i świecącymi się jak psu jajca. Przy nich Javier faktycznie wyglądał jak
Adonis. Coś tam w mojej duszy rzewnie westchnęło, ale zaraz potem na pierwszy
plan wysunęła się chęć na rozróbę.
– Tu jesteś! –
rozpoczęłam rozradowana. – I masz gości, jak miło. Przedstawisz mnie?
Zgrzytnął zębami, ale
głos miał jeszcze spokojny.
– To Rafael –
wskazał na siwego – a to Demetrio. Moi wspólnicy w interesach. A to Julia,
moja… moja…
– Przyszła krewna
– wyjaśniłam ochoczo. – Nie, nie żona. No co też panowie… Za młoda jestem na
małżeństwo. Ale jakby znalazł się ktoś ciekawy…
Trzeba przyznać, że
wyglądali na lekko osłupiałych. Za to Javier na zrezygnowanego.
– Kuzynka mojej
narzeczonej – wyjaśnił.
– Zaręczyłeś się?
– Siwy najwyraźniej się ucieszył. – To gratuluję, gratuluję!
– Tak jakby.
– To znaczy?
– Zapomniał spytać
narzeczonej czy zgadza się nią być – dodałam złośliwie. – Na razie rozpoczął
zaloty od rozjechania jej ukochanego kota. Została z niego krwawa plama z
białymi kępkami kłaczków.
Zapadła krepująca
cisza. Czy mi się zdawało, czy oni tez wyglądali na odrobinę wystraszonych? No
kuźwa!... Zerknęłam na Javiera. Jego mina nie wróżyła nic dobrego.
– Jeśli pani
kuzynka jest równie śliczna, to gratuluję wyboru – tę krępującą ciszę przerwał
pełen zachwytu głos Demetrio. – Być może będziemy mieli okazję spotkać się na
weselu. W takim razie zamawiam pierwszy taniec.
– Hę? – spojrzałam
na niego podejrzliwie. Ja, śliczna? A potem oskarżycielsko wskazałam palcem na
El Diablo. – On twierdzi, że jestem pokraką przypominającą…
– Dość!
Natychmiast masz iść do swojego pokoju! – Javier mało delikatnie chwycił mnie
za łokieć, ciągnąc w kierunku drzwi. W zasadzie nie stawiałam wielkiego oporu.
– No co? Powiedział,
że jestem śliczna – rozanieliłam się, gdy znaleźliśmy się za drzwiami.
– Dobrze, jesteś.
Tylko idź już sobie i nie wracaj do kolacji.
– Serio?! –
wybałuszyłam oczy. – A mówiłeś coś o czarownicy.
– Do góry! –
ryknął straszny głosem. Z oczu sypały się iskry, z nozdrzy pewnie zaraz
zaczęłaby buchać para, jak u rozjuszonego byka. – Natychmiast! Albo tak ci
przyłożę…
– Damski bokser.
– Ja kurwa nie
wytrzymam! – Ponieważ nie ruszyłam się z miejsca, ale za to chyłkiem
spróbowałam wrócić do salonu, chwycił mnie wpół i siłą zawlókł do sypialni.
Oczywiście przy akompaniamencie moich wrzasków. Mogłam się wyrywać i szamotać,
mięśnie to cholernik miał ze stali, a na dodatek tyle siły, że byłam całkowicie
bez szans. Jedynie gębę miałam sprawną, czego nie omieszkałam wykorzystać.
Zostałam w mało elegancki sposób rzucona na podłogę, po czym zatrzasnął drzwi i
przekręcił w nich klucz. Spojrzałam w kierunku okien. Osioł. Sądził że nie dam
rady uciec? Wstałam, otrzepałam się i zamyśliłam. Nie wiedziałam, która jest
godzina, choć zgadywałam że późna. Pewnie za chwile zajdzie słońce. Javier
wspominał coś o kolacji…
Po dokładnym przeglądzie
przyniesionej mi garderoby, wybrałam komplet bielizny, jedną z sukienek i
odpowiednie do tego buty. Przelotnie zastanowiłam się, skąd tak szybko wzięli
tyle ciuchów w odpowiednim rozmiarze. Nawet obuwie pasowało niemal idealnie.
Coś mi się wydawało, że wcale nie mamy tak daleko do stałego lądu. Może w ogóle
to nie jest wyspa? Jednak Javier nie miał nic przeciwko temu, żeby poruszała
się swobodnie. Czyli jednak wyspa. Może jedynie z tym najbliższym lądem to
ściema?
Weszłam pod zimny
strumień wody, żeby się odświeżyć. Włosy zakręciłam na wałki, które przyjechały
razem ze mną. Kiedy skończyłam z makijażem, na zewnątrz już zmierzchało. Potem
stanęłam przed łóżkiem, z powątpiewaniem patrząc na wybraną kreację. Była to
sukienka w turkusowym kolorze, za kolano, mega obcisła, na grubych ramiączkach,
z wszytym gorsetem, który cudownie modelował oraz eksponował biust. Elegancka i
seksowna. Kiedy w końcu ją ubrałam okazało się leży idealnie, ale też bardzo
mocno akcentuje moje szerokie biodra. No dobrze, nazywajmy sprawy po imieniu,
duży tyłek. Oglądałam się w lustrze z każdej strony, kiedy w drzwiach
zachrobotał klucz i do środka weszła znana mi już pokojówka.
– Senior zaprasza
na kolację w jadalni.
– Zaraz, zaraz… –
odparłam z roztargnieniem. – Jak wyglądam?
– Pięknie –
dziewczynie zaświeciły się oczy i już wiedziałam, że mówi prawdę. Warto było
zadziergnąć nić porozumienia, bo mogło się to kiedyś przydać.
– Wejdź na chwilę,
błagam. Zajmę ci minutę, może dwie – dodałam, widząc jak się waha. – Mam
problem z butami.
Cicho zamknęła drzwi i
podeszła bliżej. Do wyboru były srebrzyste szpilki na niebotycznym obcasie albo
sandały w kolorze sukienki na nieco mniejszym. Po przymierzeniu obu, zgodnie
stwierdziłyśmy, że szpilki będą lepsze. Pominęłam milczeniem fakt, że nie
wytrzymam w nich dłużej niż godzinę. Liczył się w końcu efekt. Pokojówka w
pospiechu wróciła do swoich zajęć, a ja poprawiłam fryzurę i starając się nie
połamać sobie nóg, skierowałam się w stronę jadalni.
Przed wejściem
przywołałam na twarzy subtelny uśmiech, ponuro myśląc, że czuję się jak klacz
wystawowa. Po cholerę mi to było? Kretynka, zachciało się efektownego wejścia.
I czego jeszcze? Prychnęłam, przypominając sobie wyraz oczu Javiera tam na
plaży, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy. I nagle zrozumiałam, dlaczego
wybrałam seksowną sukienkę zamiast krótkich spodenek i luźnej bluzeczki. Ja mu
dam „pokrakę”!
No i osiągnęłam cel,
niech to piorun strzeli! Przy stole siedział tylko Javier.
– Gdzie reszta? –
wyrwało mi się w zdumieniu.
– Jaka reszta?
– Miałeś gości.
– Miałem. Ale nic
nie mówiłem, że zostają na kolacji.
Zamilkłam speszona
głównie jego spojrzeniem. Lustrował mnie wzrokiem od góry do dołu, ze
szczególnym uwzględnieniem tego co powyżej i poniżej pasa.
– Na co się
gapisz? – spytałam wrogo.
– Na twoją pupę.
Zgrzytnęłam zębami.
– Bo?
– Rzuca się w
oczy…
– Odczep się od
moich czterech liter! – warknęłam, siadając do stołu. – Ja je lubię.
– A czy
powiedziałem, że ja nie? Ponętna jest. To chyba jedyne, co masz lepsze niż
Bella.
Mało brakowało, a
udławiłabym się z wrażenia. Zamarłam z podniesionym widelcem, wlepiając
zaskoczone spojrzenie w Javiera, który ze spokojem konsumował swoją sałatkę.
– Przecież jest
ogromna – wyrwało mi się.
Wtedy spojrzał mi
prosto w oczy. Po raz pierwszy bez gniewu, bez lekceważenia.
– Daje wspaniałe
pole do popisu męskiej wyobraźni – powiedział cicho, a potem podniósł w górę
kieliszek. – Za twoją pupę! – wzniósł toast, patrząc na mnie z dziwnym żarem w
ciemnych źrenicach. Poczułam się nieswojo. Jawną wrogość rozumiałam, ale to? I
tak dziwnie gorąco się zrobiło. Dotknęłam policzka. Pewnie był purpurowy,
pomyślałam ze złością. Szlag by trafił te moje rumieńce, pokazujące się zawsze
w najmniej odpowiedniej chwili. Tak mogłabym godnie odeprzeć atak, a w tym
wypadku wolałam milczeć. Zmieszana, chwyciłam swój kieliszek, uniosłam w górę,
a potem upiłam odrobinę. Wino było zarazem słodkie i cierpkie w smaku.
Doskonałe. Dałam kolejnego łyka.
– Smakuje?
– Tak – nie
widziałam sensu by kłamać. – Idealne. Dlaczego cackasz się ze mną jak ze
śmierdzącym jajkiem, zamiast walnąć w łeb i utopić gdzieś w okolicy?
Mało brakowało, a
udusiłby się tym, co miał w ustach. Przez dobrą chwilę dziwnie charczał, na
zmianę czerwieniejąc i blednąc, aż w końcu opróżnił duszkiem kieliszek, głęboko
odetchnął i spojrzał na mnie potępiająco.
– Zadajesz głupie
pytania. Rodzina rzecz święta – dodał mentorskim tonem. A mnie olśniło. Więc
dlatego jeszcze nie ukatrupił mnie zakopując zwłoki pod palmą! Iza była moją
najbliższą kuzynką. Dlatego nie ośmielił mnie tknąć, choć zalazłam mu za skórę
na tysiąc sposobów. Świetnie, świetnie. Dalej trzeba to wykorzystywać, za
każdym razem podkreślając nasze więzy rodzinne. Niech pęknie ze złości, dupek
jeden!
– Nie wiedziałam,
że aż tak święta. Podoba mi się to, oj podoba.
Zerknął na mnie
podejrzliwie.
– Już raz
ostrzegałem, że jeśli przesadzisz, poniesiesz tego konsekwencje.
– Jakie?
– To zależy od
okoliczności.
– Służba chodzi na
paluszkach, rudy ma obitą mordę, a tych dwóch, co byli dziś z wizytą, również
wyglądało na nieco przerażonych. Czy ta ksywka El Diablo ma coś z tym
wspólnego?
– Tak mnie nazwali
moi wrogowie. I nie tylko – dodał po krótkim namyśle.
– Niby dlaczego?
– Reputacja.
– Pożerasz małe
dzieci żywcem i tańcujesz na golasa nad trupami wrogów? – zakpiłam. – Wybacz,
ale to śmieszne.
– Śmieszy cię moja
reputacja? – warknął poirytowany.
– Raczej nie
przeraża. Milutki jesteś, jeśli akurat się nie wściekasz.
O mało co, nie rzucił
się na mnie, pewnie z zamiarem uduszenia bezczelnej baby. Może tak jawne
lekceważenie, to nie było z mojej strony rozsądne postepowanie, ale naprawdę
nie mogłam się powstrzymać. Mierzył mnie tylko zimnym, nienawistnym
spojrzeniem, jakby w duchu zastanawiając się, czy aby jednak mnie nie
ukatrupić. Ale przecież nierozsądne byłoby wybijanie krewnych przyszłej
narzeczonej.
– Jak dobrze, że
to tylko dwa tygodnie – odparł z doskonale wyczuwalnym wstrętem.
– To twoja decyzja.
Wolałabym zostać dwa dni. Zresztą moglibyśmy zawrzeć układ, ja siedzę cicho, ty
porywasz Izunię, gdy wróci. No właśnie, skąd ta fatalna w skutkach pomyłka? Nie
wiedziałeś, że twa luba poleciała do Dubaju?
– Miała tam być
dwa dni później. Poza tym dowiedziałem się, że najpierw udała się do Londynu, a
dopiero stamtąd poleci na sesję zdjęciową.
– Na porywacza to
ani ty, ani rudy, to się nie nadajecie.
– Owszem, zepsuł
mi tym humor – powiedział ponurym tonem Javier. – Wiesz może po co Bella
leciała do Londynu?
– Nie mam bladego
pojęcia, nie pytałam – odparłam beztrosko. – A ty się nie dowiedziałeś?
– Bym zapomniał.
Musisz zadzwonić do rodziny, żeby cię dłużej nie szukali.
– Teraz?
Zerknął na zegarek,
mrużąc oczy.
– W Polsce jest
przyzwoita, poranna godzina. Dzwoń – rozkazał, podając mi telefon. Nieco
zgłupiałam. Tutaj zapadła noc, więc dzieliło nas około dwunastu godzin różnicy.
Wytężyłam umysł i wyszło mi, że znajduję się obecnie gdzieś na Pacyfiku. Aż
zamarłam ze zgrozy. Taki kawał drogi! Jak ja wrócę do domu?...
– Nie! – rozzłościłam
się nagle. – I lepiej mnie nie zmuszaj, bo powiem że zostałam porwana.
– To była prośba.
– Mam w nosie
twoje prośby.
Nie stracił nad sobą
panowania, choć widać było po oczach, że jest wściekły. Wstał, odsuwając
bezszelestnie krzesło i podszedł bliżej, zajmując miejsce tuż obok mnie. Poczułam
się nieswojo. Co innego trzy metry odległości, co innego mieć go na
wyciągnięcie ręki. Ładnie pachniał. I w tej białej koszuli wyglądał wyjątkowo
efektownie.
– W takim razie
spróbujemy inaczej – odezwał się cicho, gładząc mnie kciukiem po policzku, a
drugą ręką sięgając za plecy. Potem przystawił mi lufę pistoletu do skroni i
wskazał leżący na stole telefon. – Dzwoń.
– A skąd wiesz co
powiem? Przecież nie znasz polskiego?
– Nooo… –
powiedział przeciągle. – Faktycznie.
Zrobił głupią minę i
szybko schował broń.
– Jutro sprowadzę
tłumacza – mruknął tylko, wracając na swoje miejsce.
– Mówiłam że nie
sprawdzasz się jako porywacz – zachichotałam ani odrobinę nie przestraszona. –
Daj ten telefon. Zadzwonię do rodziny i powstrzymam ich od zbiorowej histerii, potem
na uczelnię o przełożenie egzaminu z powodu jakiejś śmiertelnie groźnej choroby
i zostanę tu te dwa tygodnie. Odpocznę, zregeneruję siły, podenerwuję cię.
Wakacje życia! Potem wrócę, a ty „porwiesz” Izunię i będziecie żyli sobie długi
oraz szczęśliwie.
– Skąd tak dobrze
znasz hiszpański? – spytał podejrzliwie.
– Wczesna
fascynacja flamenco i Zorro. Pierwszego zaczęłam się uczyć mając naście lat, a
za Zorro chciałam wyjść za mąż.
– No tak – bąknął.
– Trzeba przyznać, że konwersacja z tobą nigdy nie jest nudna.
– To co?
Realizujemy mój plan?
– Dopiero jak
przyjedzie tłumacz.
– Ależ ty jesteś
uparty. Dobrze, jak chcesz – wzruszyłam ramionami i zmieniłam temat. – Co z
kotem?
– Przyleci
pojutrze. Do tego czasu zajmij się czymś, czymkolwiek, tylko bez kombinowania.
– Zajmę się.
Wkurzaniem ciebie.
– Masz pecha, bo
muszę na dwa dni wyjechać. Załatwimy jeszcze tę sprawę z telefonem. Za to gdy
wrócę, pojawi się również moja rodzina. Z okazji przyjęcia zaręczynowego.
– Bez narzeczonej?
– No właśnie –
zakłopotał się. – Głupio wyszło, ale nic nie poradzę. Wolę im to wyjaśnić
osobiście niż przez komórkę. A ty masz być grzeczna i tym razem nie żartuję.
– Będę.
Spojrzał na mnie
nieufnie. I słusznie, bo zamierzałam zrobić coś zupełnie szalonego. Jeszcze nie
wiedziałam co, ale z pewnością do tego czasu przyjdzie mi coś do głowy. Nawet
się z tego powodu ucieszyłam. Przypomniała mi się Iza i dziwne uczucie z nią
związane. Co ona bredziła o swojej wielkiej miłości? Szkoda że nie uważałam na
jej słowa. Tylko że moja kuzynka miała w zwyczaju nawijać godzinami i już dawno
przyzwyczaiłam się segregować te wszystkie informacje. Widocznie wypad do
Mediolanu wydał mi się mało ważny. A jednak echo jej słów pozostało i miałam
przeczucie, że z planów Javiera nic nie będzie. Wolałam jednak siedzieć cicho.
Przyszłość pokaże czy miałam rację?

 

Oto Babeczka:

Matka, żona, matematyk. Pisze od bardzo dawna, publikuje od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie żyć bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Dziękuję, dziękuję, dziękuję,że się zlitowałaś :))))))

  2. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Więcej, więcej, więcej…

  3. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Podoba mi się 🙂 potrafisz w opowiadaniach stworzyć taki klimat, że nie można się oderwać ! Aż chce się więcej i więcej. 🙂 Życze Ci dużo, dużo weny i pozdrawiam. 🙂

  4. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Babeczko, jesteś cudowna! Ulituj się jeszcze i dodaj chociaż cząstkę, proszę… 🙂

  5. Anonimowy
    | Odpowiedz

    kocham cie normalnie, za ten tekst <3

  6. Monika
    | Odpowiedz

    Uwielbiam Cię 🙂 Chce więcej 🙂

  7. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Super tekst Babeczko, od dawna brakowało mi lekkiego romansidła z ostrą babeczką i facetem który jeszcze nie wie, że przepadł 😉 Dzięki:D Mam nadzieję, że jutro też nas porozpieszczasz ;)Wzajemnie udanego weekendu, a w zasadzie niedzieli XD

  8. Anonimowy
    | Odpowiedz

    a ja niestety muszę nieco skrytykować, bo trochę zbyt wulgarna według mnie jest bohaterka…
    no i te dowcipy o żywym stworzeniu i nabijanie się z jego cierpienia i śmierci, trochę przykro się czyta…
    "Trzy noce" bardzo mi się podobały i większość Twoich tekstów lubię, jednak to opowiadania na razie czytam z niesmakiem, ale to moje zdanie, chociaż pewnie ten komentarza nie pojawi się pod tekstem

Napisz nam też coś :-)