Bo tylko czarne oczy… (VIII)

with 11 komentarzy

Przyznam się Wam szczerze, że pastwienie się nad biednym Javierem stanowi obecnie dla mnie jedyną odskocznię od prozy życia. Dlatego zamierzam się nad nim jeszcze trochę poznęcać 🙂
 
 
 
– Trochę… to…
ostre… – wykrztusił, z trudem łapiąc powietrze. Oczy miał załzawione, dłonie mu
drżały, nogi chyba też, bo z impetem usiadł na stojącym w pobliżu fotelu.
– Ja w ogóle nie
rozumiem, po co się tak denerwować – powiedziałam z niesmakiem, siadając na
oparciu. – Poza tym łajdak z ciebie. Chcesz się ożenić z moją kuzynką, mnie
całujesz, a na seks umawiasz się ze swoją byłą. Dziękuj bogu za Puszka, bo
inaczej ja bym musiała skoczyć. Pomyśl, co wtedy by było.
– Ty już lepiej
zejdź mi z oczu.
Więc zeszłam. Wstałam i
zajęłam miejsce za jego plecami.
– Może mały masaż?
– zaproponowałam zachęcająco. – Dla rozluźnienia. Ostatnio wyglądasz na
spiętego.
– Miałaś zejść mi
z oczu! – warknął, spychając moje dłonie ze swoich barków.
– A czy ja na nich
siedzę?
– Idę po broń! –
Energicznie zerwał się z fotela. Za to ja padłam na kolana, błagalnie wznosząc
ku górze ręce i oczy.
– Nie zabijaj mnie
o wielki i okrutny El Diablo! Nie teraz, gdy moja uroda kwitnie jak ten kwiat
róży najwonniejszej! Miej na uwadze, że biedny Puszek numer dwa zostanie
sierotą, bowiem złamiesz mu jego wierne, kocie serduszko, które tak
nieoczekiwanie mnie pokochało! Litości! – Dla podkreślenia wagi mych słów,
walnęłam głową o podłogę. Delikatnie rzecz jasna, bo nie chciałam sobie zrobić
krzywdy.
– Oszalałaś? Jak
ja mam z tobą poważnie rozmawiać?
– Przecież
chciałeś strzelać, a nie rozmawiać.
Chwycił mnie za ramię,
energicznie stawiając na nogach. Spojrzałam kpiąco w jego oczy i przekonałam
się, że nadal był wściekły. Oj, bardzo, bardzo, wściekły.
– Marsz do swojej
sypialni i dobrze będzie, jeśli do końca pobytu nie będę musiał cię oglądać!
– I całować. O
innych rzeczach nie wspominając.
– Wierz mi,
wolałbym spędzić tę noc w kłębowisku żmij niż w twoim łóżku.
– A to są żmije na
tej wyspie?
– Czy ty chociaż
raz nie możesz być poważna? – potrząsnął mną, a potem ze wstrętem puścił. –
Wynocha pokręcony babsztylu!
Zasłużył na nauczkę. Chwyciłam
butelkę, z której przed chwilą pił i wziąwszy piękny zamach, rzuciłam w kierunku
obrazu wiszącego nad kominkiem. Resztka bursztynowego płynu spłynęła po
płótnie, złoconej ramie i kremowej ścianie.
– Zwariowałaś?!
– Nie podoba mi
się ta stara jędza – wyjaśniłam.
– To moja babka! –
wysyczał.
– Ta od dziadka ze
słoika po papryczkach? – ucieszyłam się. – A to przepraszam. Nie podoba mi się
ta zramolała, umalowana jak klaun starowinka.
Przeholowałam. Javier
uniósł ramię, zamierzając zdrowo mi przyłożyć. Lecz nie uderzył. Chyba
powstrzymało go moje zdumione spojrzenie. Ale coś musiał zrobić, więc zacisnął
dłoń w pięść, a następnie walnął w ścianę znajdującą się tuż po prawej stronie.
– Wynoś się! Bo
tym razem naprawdę nie odpowiadam za siebie!
Uznałam że ewakuacja
jest dobrym pomysłem. Czym prędzej czmychnęłam do swojej sypialni, po drodze
zabierając Puszka. Trzeba przyznać, że zrobiło mi się odrobinę nieprzyjemnie. A
gdyby naprawdę uderzył? To byłby koniec zabawy, bo wiele rzeczy mogłam
wybaczyć, ale nie to. Nawet jeżeli przez cały ten czas prowokowałam, to
najpierw robiłam to z wrodzonej przekory, a później miałam nadzieję, ze
wyprowadzając go z równowagi, popchnę do działania. Do tego, aby po raz kolejny
mnie pocałował. Oj, głupia, głupia. Niedokładnie wyszło tak, jak chciałam. W
zasadzie to nawet dziwne, że facet z taką reputacją poprzestał na groźbach.
Zarzuciłam na siebie
jedwabny szlafroczek i poszłam na plażę. Rzecz jasna okrężną drogą, bo nie
chciałam natknąć się na imprezujących gości. Usiadłam na piasku, objęłam
ramionami kolana i zamyśliłam się. Było cicho, bo nie docierały tutaj odgłosy
przyjęcia, spokojnie. Fale leniwie rozbijały się o brzeg, niebo usiane było
tysiącem gwiazd. Piękne. Naprawdę rzadko kiedy widywałam tak cudownie
gwiaździste niebo. Księżyc był tylko cienkim łukiem, prawie niewidocznym wśród
tego całego bogactwa. Za moimi plecami rosły palmy, których korony sięgały aż
nad wodę, bo plaża była tu wyjątkowo wąska. Pomyślałam że zawsze marzyłam o
takim miejscu, tylko że w moich marzeniach nigdy nie byłam sama. Przesypałam
piasek dłonią, zastanawiając się, co powinnam zrobić. Unikać Javiera? Szkoda by
było. Przeprosić? W zasadzie nie miałam za co. Od jutra zachowywać się
rozsądniej? Powiało nudą, ale być może było to najlepsze rozwiązanie.
  Pełna niezadowolenia wróciłam w końcu do
pokoju, gdzie o dziwo, zasnęłam ledwie przyłożyłam głowę do poduszki. A
obudziło mnie głośne walenie do drzwi.
– Julia! Jesteś
tam?
– Camila! –
jęknęłam nakrywając głowę poduszką. Potem przypomniało mi się, że przecież dziś
opuszcza wyspę, więc może po prostu przyszła się pożegnać. Rada nie rada,
sturlałam się z łóżka i niepewnym krokiem podeszłam otworzyć.
– Kochanie! –
wykrzyknęła z uczuciem, wchodząc do środka. – Co się stało, że wczoraj
zniknęłaś tak nagle?
– Nie było cię
przy akcji z Puszkiem? – spytałam, ziewając przeraźliwie.
– Niestety nie.
Jaka szkoda, chciałabym widzieć minę tej małpy.
– Widzieć to nic,
trzeba było słuchać – mruknęłam, z powrotem padając na łóżko. – Ale Javier tym
razem obraził się na mnie na amen. Dobra wiadomość jest taka, że wciąż żyję.
Camila rozchichotała
się na dobre. Nie miałam pojęcia, co ją tak rozśmieszyło, więc milczałam,
zerkając na nią podejrzliwie. W końcu się uspokoiła, a pochyliwszy nade mną,
cmoknęła w policzek.
– Do zobaczenia –
powiedziała tylko i już jej nie było.
Do zobaczenia? Akurat!
Javier pozbędzie się mnie stąd, jak tylko będzie mógł. Z nieoczekiwaną
zazdrością pomyślałam o Izie na moim miejscu, o tym jak się z nią całuje… I tu
mnie olśniło. Przypomniałam sobie jej słowa o pocałunkach, że smakują inaczej
jak się kogoś kocha. Miała przy tym taką rozmarzoną minę, maślany wzrok i
wzdychała niczym średniowieczna dziewica. Przecież to jasne, że była zakochana.
Na pewno nie w Javierze, bo przecież z nim się nie całowała. Do tego te aluzje
o natrętnym macho.
Humor zdecydowanie mi się
polepszył. Jedno było pewne, Javier nie miał u niej najmniejszych szans. Przynajmniej
nie w najbliższym czasie. Może za kilka lat? A może nigdy. Uśmiechnęłam się
triumfująco i zaczęłam knuć, jakby tu zejść ze ścieżki wojennej i doprowadzić
do rozejmu. Mogę zacząć od przeprosin, ale przydałoby się do tego coś jeszcze.
Obiad? Kolacja? O właśnie! Romantyczna kolacja przygotowana moimi delikatnymi
rączkami. Tutaj nieco się zakłopotałam, bo kucharka była ze mnie żadna,
herbata, kawa i kanapka stanowiły szczyt moich możliwości kulinarnych, ale co
tam. Poradzę sobie. W końcu jak mawiała mojej świętej pamięci prababka – przez żołądek
do serca. Przygotuję taką kolację, że Javierowi szczeka opadnie ze zdumienia.
Oczyma wyobraźni już widziałam elegancko zastawiony stół, apetyczne potrawy,
które pożera w mgnieniu oka, siebie samą, piękną, seksowną, opanowaną. Rozmowa
na poziomie, tym razem bez głupich aluzji i docinek, romantyczna muzyka w tle,
jego zachwycony wzrok błądzący po moim na wpół nagim ciele… Ach! Wizja była tak
realistyczna, że miałam ochotę od razu popędzić do kuchni. Oczywiście mogłam
zlecić to kucharzowi, ale twardo postanowiłam przygotować coś sama. Może
kurczaka? To nie powinno być trudne, przyprawię go, wrzucę na półmisek i do
piekarnika. Tak na wszelki wypadek postanowiłam przeprowadzić przed wielkim
finałem próbę generalną. Javier jest bogaty, w razie czego od jednego
zmarnowanego kurczaka nie zbiednieje. A na kolację zaproszę go za dwa dni, jak
już wszystko będzie zapięte na ostatni guzik, łącznie z wyborem przeze mnie
odpowiedniej kreacji. Podniesiona na duchu tym pomysłem, udałam się na plażę,
aby moja skóra nabrała ponętnego, czekoladowego kolorku. Starannie przy tym
uważałam, aby przypadkiem nie przysmażyła się za bardzo i nie przybrała
ciekawego odcienia wściekłej czerwieni. Tym sposobem dałam odsapnąć Javierowi
prawie cały dzień, bo nawet posiłki jadłam na plaży, w cieniu palm.
Następnego dnia, tuż
przed obiadem udałam się kuchni i tu czekała na mnie pierwsza niemiła
niespodzianka.
– Gdzie się
podział kucharz? – spytałam zdumiona, na widok obcego młodzieńca w białym
kitelku. Zaświergotał coś w nieznanym mi języku, posyłając mi jednocześnie szeroki
uśmiech.
– Nie mówisz po
hiszpańsku? – zmartwiłam się. Na szczęście pojawiła się pokojówka, która od
razu wyjaśniła mi, że kilka razy do roku, senior daje wolne kucharzowi, a wtedy
zastępują go różni egzotyczni młodzieńcy, wprowadzający urozmaicenia w
jadłospisie. Z wieloma nie ma się jak dogadać, ale gotują doskonale.
– A niech to
licho! – warknęłam rozzłoszczona. Po czym samodzielnie zaczęłam przeglądać
zawartość lodówki, a później zamrażalki. Nie znalazłam nic, co przypominałoby kurczaka,
więc w końcu postanowiłam dogadać się z nowym kucharzem, który przez cały czas
przyglądał mi się z ciekawością.
– Jak by tu… Ty –
wskazałam na niego. – Dać mi kurczaka – pomachałam rękoma i dla wzmocnienia
efektu głośno gdaknęłam. – Taki ptaszek, którego nie mogę znaleźć, oby to
piorun strzelił!
Chyba zrozumiał, bo pokiwał
z zapałem głową. Następnie chwycił mnie za rękę, ciągnąc w kierunku drzwi
prowadzących na niewielkie podwórko z tyłu domu. Byłam tam wcześniej, nic ciekawego.
Po jednej stronie ogródek z przydomowymi uprawami, po drugiej niewielki
budyneczek z wybiegiem dla drobiu. Olśniło mnie. No tak, kurczaki biegały luzem
na zewnątrz. Nowy kucharz fachowo chwycił jednego z nich i pokazał mi, znów coś
świergotając w obcym języku. Uśmiechał się przy tym zachęcająco. Nieufnie obejrzałam
ptaszka, czując lęgnące się gdzieś tam wyrzuty sumienia. Tak na mnie litościwie
łypał jednym okiem, a ja miałam go ubić i upiec? Jasna cholera! Niby jak?
– Wiesz… –
zaczęłam niepewnie, nie odrywając wzroku od kurczaka. – Ale mnie on jest
potrzebny już martwy i oskubany.
Pokiwał głową i dalej
usiłował wepchnąć mi biednego ptaka, który chyba pogodził się ze swoim losem,
bo zachowywał się nadspodziewanie spokojnie. Wyrzuty sumienia stawały się coraz
większe, bo dotąd nic co jadłam, nie patrzyło mi w oczy z takim przygnębieniem.
– A tak w ogóle to
nie macie w lodówce jakiegoś mrożonego? – spytałam czując narastającą
bezsilność. – Takiego, o!... – zagdakałam ponownie, pomachałam rękoma, a potem
przejechałam palcem pod brodą w dość jednoznacznym goście. Na koniec wydałam z
siebie agonalny dźwięk obrazujący ostatnie tchnienie i zwiesiłam głowę, zamykając
oczy. Kucharz gapił się na mnie zafascynowany do tego stopnia, że aż otworzył
usta. Za to od drzwi dał się słyszeć dziwny odgłos, coś jakby prychnięcie.
– Co ty
wyprawiasz? – Javier podszedł do nas, patrząc na mnie podejrzliwie.
– Chcę mu
wytłumaczyć, że potrzebny mi jest mrożony kurczak – oświadczyłam z godnością.
– Po co, skoro mamy
żywe, które wystarczy ubić. – To mówiąc chwycił biednego ptaszka za grdykę, przymierzając
się do skręcenia mu karku. Przynajmniej tak to wyglądało.
– Nigdy! –
wrzasnęłam ile sił w płucach. – Zostaw biedaczka! Oprawco nieletnich kurczaków!
– Zwariowałaś! –
powiedział z niesmakiem, ale pozwolił sobie wyrwać zwierzynę. – Wbij sobie do
głowy, że nie mamy tu mrożonek, a najbliższy supermarket to jakieś dwa tygodnie
wpław.
– Trudno, obędę
się bez mięsa.
– A tak w ogóle po
co ci? Przecież kucharz przygotowuje posiłki.
– Zbieram prowiant
na ucieczkę tratwą.
– I chcesz ze sobą
zabrać mrożonego kurczaka? – spytał z ironią, krzyżując ramiona. – A może całą
lodówkę? Widać to będzie tratwa z bajerami, jacuzzi, toaleta, pokój bilardowy.
– Śmiej się śmiej –
pogroziłam mu zaciśniętą pięścią. – Zobaczymy co powiesz, jak ucieknę.
– Nic. Umrę ze
zdziwienia. Aha, jeszcze jedno. Zabierz ze sobą kota, jakby co będziesz nim
rzucała w rekiny.
Dobrze że przypomniało
mi się, że zamierzałam go przeprosić, bo inaczej ta niewinna kłótnia
przybrałaby rozmiar potężnej awantury. Nadęłam się tylko, zadarłam dumnie
podbródek i godnie odmaszerowałam do swojego pokoju. Tam wyładowałam złość,
tupiąc i gryząc poduszkę. Co za drań! Naprawdę powinnam uciec, ciekawe co wtedy
by powiedział. No tak, zapomniałabym, nic by nie powiedział, bo umarłby ze
zdziwienia. Cholera! Znacznie gorsze było to, że nie wiedziałam jak teraz
przygotuję tę romantyczną kolację. Może powinnam poprzestać na deserze? Nie,
głupi pomysł, konkret to konkret. Trudno, pójdę do kuchni i poszukam innego
mięsa. Coś tam było w tej zamrażalce, ewentualnie wezmę rybę z lodówki.
Podniesiona na duchu, wróciłam do kuchni tuż po obiedzie.
– Ty wyjść! –
rozkazałam kucharzowi, wskazując palcem na drzwi. – Ja zostać i gotować! –
Wzięłam garnek i wykonałam nad nim kilka zrozumiałych gestów. – A teraz won, bo
cię siłą wyrzucę!

 

Oto Babeczka:

Matka, żona, matematyk. Pisze od bardzo dawna, publikuje od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie żyć bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Zdecydowanie warto było czekać! <3

  2. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Jesteś WIELKA ! Dziękuję Ci Babeczko za kolejna wstawkę 🙂

    Pozdrawiam !
    Marecki

  3. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Uwielbiam Ciebie i Twoje opowiadania! Aż się na mnie facet jak na wariatkę spojrzał jak się zaczęłam śmiać z rzucania kotem w rekiny 😀 poprawiłaś mi humor na noc, dziękuję!

  4. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Zdecydowanie za mało 😉

  5. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Zgadzam się. Świetne, jak zwykle. I poprosze o wiecej 😀
    S.

  6. lkolac
    | Odpowiedz

    Nie widze tej romantycznej kolacji, chyba ze sie dziewczyna sie przelamie chwyci kuraka, siekiere znajdzie pieniek i go ukatrupi. Co nawet zabawne mogloby byc jak ktos tu sadyzmem do zwierzat by palal, a nie tylko do mezczyzn 😀
    Kurak ze literacki moglby jeszcze bez glowy jeszcze jej troche po uciekac i rabanu narobic (uwierz mi ubic kure to wcale nie taka latwa sprawa) juz nie mowiac o skubaniu pierza i opalaniu tych wszystkich pypci co sie nie dalo wyskubac i wyciaganiu wnetrznosci, i jeszcze kura musi byc w miare mloda bo inaczej lykowata bedze. To czekam, chyba ze kazesz bohaterce na palme wejsc i kokosami rzuciac lub tym co na nich rosnie :I) trafiajac z dwa razy Javiera 😀 o sieczka tez mozna podpalic stol do tego romantyzmu, chyba mozliwosci jest wiele 🙂

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Podoba mi się ten pomysł z palmą i kokosami :-)))

    • lkolac
      | Odpowiedz

      biez 🙂 chce miec wklad w to opowiadanie 😀 nawet jka by to maila byc tylko palma

  7. Bardzo mi się podoba Twoje pastwienie ahhaha:)
    Czekam na kolejną część 🙂
    <3

  8. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Supeeerrrrr:) hahaha biedny kurczaczek… Swietne opowiadanie,odskakuj jak najczęściej od prozy życia:) Pozdrawiam Kasia

  9. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Cudowna Babeczka. czekam na więcej! :*

Napisz nam też coś :-)