Bo tylko czarne oczy… (VIII)

with 13 komentarzy

 

Pełna niezadowolenia wróciłam w końcu do pokoju, gdzie o dziwo, zasnęłam ledwie przyłożyłam głowę do poduszki. A obudziło mnie głośne walenie do drzwi.

– Julia! Jesteś tam?

– Camila! – jęknęłam nakrywając głowę poduszką. Potem przypomniało mi się, że przecież dziś opuszcza wyspę, więc może po prostu przyszła się pożegnać. Rada nie rada, sturlałam się z łóżka i niepewnym krokiem podeszłam otworzyć.

– Kochanie! – wykrzyknęła z uczuciem, wchodząc do środka. – Co się stało, że wczoraj zniknęłaś tak nagle?

– Nie było cię przy akcji z Puszkiem? – spytałam, ziewając przeraźliwie.

– Niestety nie. Jaka szkoda, chciałabym widzieć minę tej małpy.

– Widzieć to nic, trzeba było słuchać – mruknęłam, z powrotem padając na łóżko. – Ale Javier tym razem obraził się na mnie na amen. Dobra wiadomość jest taka, że wciąż żyję.

Camila rozchichotała się na dobre. Nie miałam pojęcia, co ją tak rozśmieszyło, więc milczałam, zerkając na nią podejrzliwie. W końcu się uspokoiła, a pochyliwszy nade mną, cmoknęła w policzek.

– Do zobaczenia – powiedziała tylko i już jej nie było.

Do zobaczenia? Akurat! Javier pozbędzie się mnie stąd, jak tylko będzie mógł. Z nieoczekiwaną zazdrością pomyślałam o Izie na moim miejscu, o tym jak się z nią całuje… I tu mnie olśniło. Przypomniałam sobie jej słowa o pocałunkach, że smakują inaczej jak się kogoś kocha. Miała przy tym taką rozmarzoną minę, maślany wzrok i wzdychała niczym średniowieczna dziewica. Przecież to jasne, że była zakochana. Na pewno nie w Javierze, bo przecież z nim się nie całowała. Do tego te aluzje o natrętnym macho.

Humor zdecydowanie mi się polepszył. Jedno było pewne, Javier nie miał u niej najmniejszych szans. Przynajmniej nie w najbliższym czasie. Może za kilka lat? A może nigdy. Uśmiechnęłam się triumfująco i zaczęłam knuć, jakby tu zejść ze ścieżki wojennej i doprowadzić do rozejmu. Mogę zacząć od przeprosin, ale przydałoby się do tego coś jeszcze. Obiad? Kolacja? O właśnie! Romantyczna kolacja przygotowana moimi delikatnymi rączkami. Tutaj nieco się zakłopotałam, bo kucharka była ze mnie żadna, herbata, kawa i kanapka stanowiły szczyt moich możliwości kulinarnych, ale co tam. Poradzę sobie. W końcu jak mawiała mojej świętej pamięci prababka – przez żołądek do serca. Przygotuję taką kolację, że Javierowi szczeka opadnie ze zdumienia. Oczyma wyobraźni już widziałam elegancko zastawiony stół, apetyczne potrawy, które pożera w mgnieniu oka, siebie samą, piękną, seksowną, opanowaną. Rozmowa na poziomie, tym razem bez głupich aluzji i docinek, romantyczna muzyka w tle, jego zachwycony wzrok błądzący po moim na wpół nagim ciele… Ach!Wizja była tak realistyczna, że miałam ochotę od razu popędzić do kuchni. Oczywiście mogłam zlecić to kucharzowi, ale twardo postanowiłam przygotować coś sama. Może kurczaka? To nie powinno być trudne, przyprawię go, wrzucę na półmisek i do piekarnika. Tak na wszelki wypadek postanowiłam przeprowadzić przed wielkim finałem próbę generalną. Javier jest bogaty, w razie czego od jednego zmarnowanego kurczaka nie zbiednieje. A na kolację zaproszę go za dwa dni, jak już wszystko będzie zapięte na ostatni guzik, łącznie z wyborem przeze mnie odpowiedniej kreacji. Podniesiona na duchu tym pomysłem, udałam się na plażę, aby moja skóra nabrała ponętnego, czekoladowego kolorku. Starannie przy tym uważałam, aby przypadkiem nie przysmażyła się za bardzo i nie przybrała ciekawego odcienia wściekłej czerwieni. Tym sposobem dałam odsapnąć Javierowi prawie cały dzień, bo nawet posiłki jadłam na plaży, w cieniu palm.

Następnego dnia, tuż przed obiadem udałam się kuchni i tu czekała na mnie pierwsza niemiła niespodzianka.

– Gdzie się podział kucharz? – spytałam zdumiona, na widok obcego młodzieńca w białym kitelku. Zaświergotał coś w nieznanym mi języku, posyłając mi jednocześnie szeroki uśmiech.

– Nie mówisz po hiszpańsku? – zmartwiłam się. Na szczęście pojawiła się pokojówka, która od razu wyjaśniła mi, że kilka razy do roku, senior daje wolne kucharzowi, a wtedy zastępują go różni egzotyczni młodzieńcy, wprowadzający urozmaicenia w jadłospisie. Z wieloma nie ma się jak dogadać, ale gotują doskonale.

– A niech to licho! – warknęłam rozzłoszczona. Po czym samodzielnie zaczęłam przeglądać zawartość lodówki, a później zamrażalki. Nie znalazłam nic, co przypominałoby kurczaka, więc w końcu postanowiłam dogadać się z nowym kucharzem, który przez cały czas przyglądał mi się z ciekawością.

– Jak by tu… Ty! – wskazałam na niego. – Dać mi kurczaka – pomachałam rękoma i dla wzmocnienia efektu głośno gdaknęłam. – Taki ptaszek, którego nie mogę znaleźć, oby to piorun strzelił!

Chyba zrozumiał, bo pokiwał z zapałem głową. Następnie chwycił mnie za rękę, ciągnąc w kierunku drzwi prowadzących na niewielkie podwórko z tyłu domu. Byłam tam wcześniej, nic ciekawego. Po jednej stronie ogródek z przydomowymi uprawami, po drugiej niewielki budyneczek z wybiegiem dla drobiu. Olśniło mnie. No tak, kurczaki biegały luzem na zewnątrz. Nowy kucharz fachowo chwycił jednego z nich i pokazał mi, znów coś świergotając w obcym języku. Uśmiechał się przy tym zachęcająco. Nieufnie obejrzałam ptaszka, czując lęgnące się gdzieś tam wyrzuty sumienia. Tak na mnie litościwie łypał jednym okiem, a ja miałam go ubić i upiec? Jasna cholera! Niby jak?

– Wiesz… – zaczęłam niepewnie, nie odrywając wzroku od kurczaka. – Ale mnie on jest potrzebny już martwy i oskubany.

Pokiwał głową i dalej usiłował wepchnąć mi biednego ptaka, który chyba pogodził się ze swoim losem, bo zachowywał się nadspodziewanie spokojnie. Wyrzuty sumienia stawały się coraz większe, bo dotąd nic co jadłam, nie patrzyło mi w oczy z takim przygnębieniem.

– A tak w ogóle to nie macie w lodówce jakiegoś mrożonego? – spytałam czując narastającą bezsilność. – Takiego, o!... – zagdakałam ponownie, pomachałam rękoma, a potem przejechałam palcem pod brodą w dość jednoznacznym goście. Na koniec wydałam z siebie agonalny dźwięk obrazujący ostatnie tchnienie i zwiesiłam głowę, zamykając oczy. Kucharz gapił się na mnie zafascynowany do tego stopnia, że aż otworzył usta. Za to od drzwi dał się słyszeć dziwny odgłos, coś jakby prychnięcie.

– Co ty wyprawiasz? – Javier podszedł do nas, patrząc na mnie podejrzliwie.

– Chcę mu wytłumaczyć, że potrzebny mi jest mrożony kurczak – oświadczyłam z godnością.

– Po co, skoro mamy żywe, które wystarczy ubić. – To mówiąc chwycił biednego ptaszka za grdykę, przymierzając się do skręcenia mu karku. Przynajmniej tak to wyglądało.

– Nigdy! – wrzasnęłam ile sił w płucach. – Zostaw biedaczka! Oprawco nieletnich kurczaków!

– Zwariowałaś! – powiedział z niesmakiem, ale pozwolił sobie wyrwać zwierzynę. – Wbij sobie do głowy, że nie mamy tu mrożonek, a najbliższy supermarket to jakieś dwa tygodnie wpław.

– Trudno, obędę się bez mięsa.

– A tak w ogóle po co ci? Przecież kucharz przygotowuje posiłki.

– Zbieram prowiant na ucieczkę tratwą.

– I chcesz ze sobą zabrać mrożonego kurczaka? – spytał z ironią, krzyżując ramiona. – A może całą lodówkę? Widać to będzie tratwa z bajerami, jacuzzi, toaleta, pokój bilardowy.

– Śmiej się śmiej – pogroziłam mu zaciśniętą pięścią. – Zobaczymy co powiesz, jak ucieknę.

– Nic. Umrę ze zdziwienia. Aha, jeszcze jedno. Zabierz ze sobą kota, jakby co będziesz nim rzucała w rekiny.

Dobrze że przypomniało mi się, że zamierzałam go przeprosić, bo inaczej ta niewinna kłótnia przybrałaby rozmiar potężnej awantury. Nadęłam się tylko, zadarłam dumnie podbródek i godnie odmaszerowałam do swojego pokoju. Tam wyładowałam złość, tupiąc i gryząc poduszkę. Co za drań! Naprawdę powinnam uciec, ciekawe co wtedy by powiedział. No tak, zapomniałabym, nic by nie powiedział, bo umarłby ze zdziwienia. Cholera! Znacznie gorsze było to, że nie wiedziałam jak teraz przygotuję tę romantyczną kolację. Może powinnam poprzestać na deserze? Nie, głupi pomysł, konkret to konkret. Trudno, pójdę do kuchni i poszukam innego mięsa. Coś tam było w tej zamrażalce, ewentualnie wezmę rybę z lodówki. Podniesiona na duchu, wróciłam do kuchni tuż po obiedzie.

– Ty wyjść! – rozkazałam kucharzowi, wskazując palcem na drzwi. – Ja zostać i gotować! – Wzięłam garnek i wykonałam nad nim kilka zrozumiałych gestów. – A teraz won, bo cię siłą wyrzucę!

Najpierw był zdziwiony. Potem szeroko się uśmiechnął, wygrzebał z szuflady fartuszek, podał mi go jeszcze, coś tam szwargocząc, a później ku mojej nietajonej uldze, zniknął. Głęboko odetchnęłam i wzięłam się do roboty, najpierw badając zawartość szafek i lodówki. Po dwóch godzinach kuchnia przypominała stajnię Augiasza, ja opływałam potem, a na patelni skwierczał kawałek mięsa, który nawet przy najlepszej woli, trudno było nazwać apetycznym. Przez chwilę przyglądałam mu się nieufnie, potem przystąpiłam do przygotowania koktajlu, bo to całe gotowanie mocno mnie zmęczyło. Wciąż gapiąc się na patelnię, pstryknęłam włącznikiem, a wtedy z głośnym furkotem składniki wyleciały w powietrze zachlapując mnie i okolicę. Wrzasnęłam niecenzuralne słowo, z rozmachem rzuciłam za siebie ścierkę, którą trzymałam w dłoni i dopadłam piekielnego sprzętu, chcąc uratować sytuację. Po chwili odetchnęłam z ulgą, choć w zasadzie powinnam z rozpaczy wyrwać sobie wszystkie włosy z głowy. Oparłam się o blat wyspy, otarłam pot z czoła, a potem podejrzliwie pociągnęłam nosem. Coś dziwnie pachniało. Rozejrzałam się po kuchni i mnie zamurowało. Cholerna ścierka trafiła prosto na gazowy palnik, z którego uprzednio zdjęłam gotujące się warzywa. Nie wyłączyłam go, bo chciałam jeszcze przyrządzić sos. Teraz w pobliżu kuchenki strzelały sobie wesoło w górę niewielkie płomienie, bo tuż obok stała spora ilość wszelakich papierowych pudełek. Jęknęłam i chwyciwszy to, co miałam pod ręką, usiłowałam ugasić pożar. Niestety, pod ręką miałam akurat mąkę. Z pozoru niewinną, pod warunkiem, że jej się nie rozpyla w powietrzu tuż nad źródłem ognia. Sypnęłam zdrowo, a płomienie strzeliły ku górze z większą siłą. Na dodatek cholerna kuchnia była rustykalna, z pięknymi blatami z litego drewna. Chyba bardzo stara, bo teraz to one zajęły się ogniem. Wrzasnęłam jeszcze głośniej, miotając się po pomieszczeniu w poszukiwaniu jakiegoś dużego naczynia, w które mogłabym nalać wody. W ręce wpadł mi przybrudzony garnek, który pośpiesznie napełniłam i chlusnęłam tym na coraz szybciej rozprzestrzeniające się płomienie. W tym momencie wydarzyły się dwie rzeczy: do kuchni wbiegł kucharz wydając pełne zgrozy okrzyki i włączył się alarm przeciwpożarowy. Nie upłynęła minuta, a było po wszystkim, choć pomieszczenie przypominało teraz teren po przejściu klęski żywiołowej. Chłopak biadolił po swojemu, ja stałam głośno dysząc, brudna i mokra, z chaosem w sercu i umyśle. A wisienką na torcie było wejście Javiera, który zamarł w progu, a oczy o mało co nie wyszły mu z orbit.

– Co to ma znaczyć? – wybełkotał. Milczałam, uznając, że lepiej będzie jak się nie odezwę. Omiótł wzrokiem kuchnię, a potem wbił go we mnie. W zasadzie powinnam była okazać odrobinę przyzwoitości i pójść się od razu utopić. W zamian za to wyłamywałam palce, starając się wyglądać jak skrzywdzone niewiniątko.

– Ty?! – ryknął znienacka Javier. – Ty!...

Nie ukatrupił mnie od razu. Posapał tylko przez dłuższą chwilę, budząc przerażenie wśród pojawiającego się personelu. Nadal milczałam, zerkając na niego spod opuszczonej głowy. W tej sytuacji kłótnia nie była wskazana. No i romantyczną kolację mogłam sobie darować…

– Marsz do mojego gabinetu! – warknął Javier, wskazując na mnie. – Ale już! Jak nie posłuchasz, to cię tam zawlekę za włosy!

– Troglodyta – mruknęłam pod nosem, lecz bez sprzeciwu podążyłam za nim. Po drodze zostawiałam mokre plamy i gubiłam resztki koktajlu. Javier z hukiem trzasnął drzwiami, a potem usiadł przy potężnym, mahoniowym biurku. Wbił we mnie rozwścieczony wzrok, z całej siły zacisnął zęby i gapił się tak przez bardzo długą chwilę.

– No co? – odezwałam się w końcu, podchodząc bliżej i zajmując miejsce naprzeciwko. Z głośnym plaśnięciem spadł na podłogę kawałek jakiegoś owocu, ale udałam, że tego nie zauważam.

– Powiedz mi do cholery, co tam robiłaś?

– Przygotowywałam kolację. Romantyczną i elegancką, żeby cię przeprosić.

– Podpaliłaś zabytkową kuchnię! Mało brakowało, a puściłabyś z dymem dom wart kilka milionów dolarów! – ryknął, waląc pięścią w blat.

– Kilka milionów? – rozejrzałam się dyskretnie. – No patrz, nie powiedziałbym.

– Masz się trzymać z daleka od kuchni, salonu, masz w ogóle nie wychodzić ze swojego pokoju! Nawet na plażę! – wrzeszczał dalej. – Jak nie posłuchasz to cię przywiążę do łóżka! Zrozumiałaś?!

– Nie! – odwrzasnęłam, nagle równie jak on rozzłoszczona. Zerwałam się z miejsca, z rumorem odsuwając krzesło. – Trzymasz mnie wbrew mojej woli, bo realizujesz jakiś durny plan zalotów. Nie wpraszałam się tutaj, co więcej proponowałam inne rozwiązanie, ale ty się uparłeś, abym została! Więc będę chodziła do kuchni, do salonu, po całej wyspie, wzdłuż i wszerz! Zrozumiałeś?!

– To nie była prośba, a rozkaz!

– W dupie mam twoje rozkazy!

– Ach tak?! – Też zerwał się z miejsca, a okrążywszy stół, zbliżał się teraz do mnie z złowróżbną miną.

– Właśnie tak! A jeśli sądzisz, ze się ciebie boję… – przezornie cofnęłam się, ale Javier nie odpuścił. W końcu uderzyłam plecami o twardą ścianę.

– Może powinnaś? – warknął. Stał tak blisko, że bez problemu mogłam zobaczyć każdy, nawet najdrobniejszy detal jego twarzy. I wściekłość malującą się w ciemnych oczach. Może miał rację, że powinnam się zacząć bać, ale nie o tym teraz myślałam. Przechyliłam głowę na bok, zafascynowana jego bliskością, bardziej przerażona własnymi uczuciami niż jego groźbami.

– Dlaczego nie odstawisz mnie do domu? – spytałam cicho, unosząc dłoń i dotykając smagłego policzka. – Przecież to byłoby najprostsze rozwiązanie. Izą nie musisz się martwić, nic bym nie powiedziała.

Na dobrą chwilę go zatchnęło.

– Bo… – zaczął raptownie i równie nagle umilkł. – Bo…

– No właśnie. Bo?

– Bo… Jasna cholera, jeszcze mam się tłumaczyć?

Uśmiechnęłam się figlarnie, wodząc opuszkiem palca po jego wargach. Dziwne, ale nie zaprotestował, gapił się na mnie tylko bez słowa, oddychając coraz szybciej, jakby nagle znalazł się na jakimś pieprzonym maratonie.

– Naprawdę chciałam przygotować dla ciebie kolację w ramach przeprosin – wyszeptałam. – Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie wyszło tak, jak zaplanowałam i czuję się z tego powodu winna. Jedyne co mogę zrobić, to dać słowo, że przez pozostałe siedem dni będę cię unikała ze wszystkich sił. To nie powinno być trudne, wyspa jest wystarczająco duża, dom także. Chcesz tego?

– Tak – potwierdził, lecz dziwnie niepewnie. Widać było rozkojarzenie w czarnych oczach. Oparł się obiema dłońmi o ścianę, pochylając nade mną, a ja położyłam dłonie na jego piersi i odważnie spojrzałam w górę.

– Dobrze. Od dziś żadnych głupich pomysłów, dyskusji, kłótni, przypadkowych lub nieprzypadkowych spotkań. Będę nuda aż do granic moich możliwości.

– Akurat tego nie potrafię sobie wyobrazić – uśmiechnął się. – Ty, nudna?

– Zajmę się Puszkiem, będę chodziła na samotne spacery, wzdychała do księżyca i marzyła o upojnym seksie na plaży.

Przy ostatnich słowach, przestał się uśmiechać. No i w końcu mnie pocałował. Dopiero gdy poczułam smak jego warg, uzmysłowiłam sobie jak bardzo za tym tęskniłam. Początkowo niepewny pocałunek, po chwili zmienił swój charakter. Całym ciałem przycisnął mnie do ściany, unieruchomił moje ramiona i całował mnie coraz mocniej, coraz brutalniej, jakby dopiero co odkrył, jak bardzo jest spragniony tej bliskości. A ja nie protestowałam, tylko przymknąwszy powieki, oddałam ten pocałunek z taką samą tęsknotą, z tym samym głodem, który wyczuwałam i w nim. Kto wie, czy nie skończyłoby się to tym upojnym seksem na plaży, gdyby nie radosny kobiecy głos, który nagle rozległ się przed drzwiami gabinetu. Javier błyskawicznie odskoczył w tył, a potem szpetnie zaklął. Nie wiem tylko czy z powodu tego, że nam przerwano, czy tez nagle uzmysłowił sobie, co zrobił.

– To ta od akcji z Puszkiem? – spytałam rozżalona.

– Clarisa? Tak. – Javier z roztargnieniem spojrzał na swoje ubranie. Bliższy kontakt ze mną pozostawił wyraźne ślady.

– Powinnam spuścić na nią jakiegoś tygrysa – mruknęłam, a on zaczął się nieoczekiwanie śmiać. Nie przerwał nawet wtedy, kiedy jego eks pewnym krokiem weszła do środka, obrzucając nas zdumionym spojrzeniem.

– Co tu się stało? Dlaczego jesteście tacy brudni?

– Julia podpaliła dom – odparł krótko, tłumiąc kolejny napad śmiechu.

– Nie dom, a kuchnię – sprostowałam, nieznacznie przesuwając się w kierunku drzwi.

– Jak to? – Clarisa załamała obie dłonie w geście rozpaczy. Trzeba przyznać, że w dziennym świetle wyglądała jeszcze lepiej niż tamtego wieczoru. Sama bym się za nią wydała, gdybym była facetem i miała fujarkę… Moje rozmyślania przerwał głośny huk i wrzask, bo Clarisa poślizgnęła się na kawałku banana, który odpadł od mego ubrania. Na więcej nie czekałam, tylko umknęłam do sypialni. Prosto do wanny. Dopiero gdy leżałam w pachnącej czymś egzotycznym wodzie, przypomniałam sobie pocałunek. Z żalem pomyślałam, że chcę więcej. Wszystkiego. Pocałunków, pieszczot, seksu. I jeszcze więcej. Miłości. A to było prawie niemożliwe, bo pasowaliśmy do siebie jak pięść do nosa. Rozżaliłam się. Co za cholerny pech! A Clarisę muszę czym prędzej przegonić. Tygrysa tu nie ma, Puszka nie będę więcej narażać na stresy, ale są przecież palmy z całą masą orzechów kokosowych…

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Zdecydowanie warto było czekać! <3

  2. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Jesteś WIELKA ! Dziękuję Ci Babeczko za kolejna wstawkę 🙂

    Pozdrawiam !
    Marecki

  3. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Uwielbiam Ciebie i Twoje opowiadania! Aż się na mnie facet jak na wariatkę spojrzał jak się zaczęłam śmiać z rzucania kotem w rekiny 😀 poprawiłaś mi humor na noc, dziękuję!

  4. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Zdecydowanie za mało 😉

  5. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Zgadzam się. Świetne, jak zwykle. I poprosze o wiecej 😀
    S.

  6. l
    lkolac
    | Odpowiedz

    Nie widze tej romantycznej kolacji, chyba ze sie dziewczyna sie przelamie chwyci kuraka, siekiere znajdzie pieniek i go ukatrupi. Co nawet zabawne mogloby byc jak ktos tu sadyzmem do zwierzat by palal, a nie tylko do mezczyzn 😀
    Kurak ze literacki moglby jeszcze bez glowy jeszcze jej troche po uciekac i rabanu narobic (uwierz mi ubic kure to wcale nie taka latwa sprawa) juz nie mowiac o skubaniu pierza i opalaniu tych wszystkich pypci co sie nie dalo wyskubac i wyciaganiu wnetrznosci, i jeszcze kura musi byc w miare mloda bo inaczej lykowata bedze. To czekam, chyba ze kazesz bohaterce na palme wejsc i kokosami rzuciac lub tym co na nich rosnie :I) trafiajac z dwa razy Javiera 😀 o sieczka tez mozna podpalic stol do tego romantyzmu, chyba mozliwosci jest wiele 🙂

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Podoba mi się ten pomysł z palmą i kokosami :-)))

    • l
      lkolac
      | Odpowiedz

      biez 🙂 chce miec wklad w to opowiadanie 😀 nawet jka by to maila byc tylko palma

  7. O
    Optymistyczna Optymistka
    | Odpowiedz

    Bardzo mi się podoba Twoje pastwienie ahhaha:)
    Czekam na kolejną część 🙂
    <3

  8. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Supeeerrrrr:) hahaha biedny kurczaczek… Swietne opowiadanie,odskakuj jak najczęściej od prozy życia:) Pozdrawiam Kasia

  9. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Cudowna Babeczka. czekam na więcej! :*

  10. Olis
    | Odpowiedz

    Coś czuję w kościach… A w zasadzie chyba w żołądku, że ta kolacja będzie dość “specyficzna”. 😁

  11. K
    Karolina
    | Odpowiedz

    Oj czuć chemię!!! Uwielbiam 😍

Napisz nam też coś :-)