Coś optymistycznego (XIII)

with 5 komentarzy

na poprawę humoru

 

– ...o szczęście trzeba się bić! – zawodziłam pod prysznicem. – Mam jeszcze kilka zalet i wad!… Bo o kobietach wiele jest prawd i bywa, bywaaaa…

– Anka, przestań! Dziką zwierzynę wypłoszysz z okolicy, a ryby to chyba w całości wyzdychają! – Piotrek załomotał w drzwi łazienki z taką siłą, iż prawie wyleciały z futryny.

– Bywaaaa!… – śpiewałam w upojeniu. – Więc chodź, pomaluj mój świat! I zmuś mnie, żebym umilkła!

– Oszaleję przez ciebie – wymamrotał, ale na tyle głośno, że go usłyszałam. – Śniadanie gotowe!

– Już idę, idę! – odkrzyknęłam. Głodna byłam nie powiem. I stęskniona, bo nie widzieliśmy się już po wczorajszym powrocie do domu.

Pięć minut później pojawiłam się w kuchni. Jeszcze wilgotne włosy spięłam klamrą, na nagie ciało narzuciłam szlafrok. Piotrek chyba się tego domyślał, bo znów wodził za mną pełnym niemego wyrzutu spojrzeniem.

– No co? – spytałam w końcu z pełnymi ustami. – Pycha! Takie naleśniczki też lubię.

– Wliczone są w cenę.

– Czyżby? – Chyba uraziła go moja mina pełna wątpliwości, bo nagle zaczął udawać, że jest czymś zajęty. Wytargał z przylegającej do kuchni spiżarki jakieś kije, po czym jeden z nich mi wręczył.

– Ta wędka jest bardziej odpowiednia dla początkujących.

– Wędka? – zdębiałam.

– No przecież przyjechałaś tutaj łowić ryby – odparł złośliwie.

– Niby tak… Pójdziesz ze mną?

– Nie.

– Dlaczego?

– Nie martw się. Jest w tym jakaś poezja, tylko ty i natura – pokpiwał. – Za to dam ci pudełko pełne glist.

– Żywych?

– A jakże! Takie wijące najlepiej się nadziewa na haczyk.

Odrobinę mnie zemdliło. Zanurkowałam nosem w kubku z kawą i głęboko odetchnęłam.

– Dawaj te glisty – powiedziałam z determinacją, sprawiając, że brwi Piotrka powędrowały w górę. – No co? Wszystko jest dla ludzi.

– Dam, ale najpierw się ubierz.

Zjadłam, wypiłam i zadbałam o ciepłe ubranie. Potem Piotrek wcisnął mi w objęcia wędkę, koszyk z prowiantem i niewielkie pudełeczko, którego zawartość zamierzałam zwrócić matce naturze. Oczywiście grzecznie podziękowałam i przyjęłam podarunek.

– Zaprowadzę cię w dobry punkt. Żebyś mi się przypadkiem nie utopiła. Umiesz pływać?

– Od biedy ujdzie.

– Czyli nie.

– Mądrala – mruknęłam. – Prowadź mistrzu wszelakich prozaicznych i poetyckich czynności.

– Piłaś coś? – Nasunął kaptur, przyglądając mi się podejrzliwie.

– Tę kawę, co mi zaserwowałeś z rana.

Nic więcej nie powiedział. Gestem nakazał iść za sobą i ruszyliśmy wąską, śliską ścieżką, prosto nad jezioro. Całkiem niedaleko, wąski przesmyk wśród gęstych zarośli ukazywał nieco zrujnowany pomost.

– Tam mam wejść? – spytałam ze zgrozą.

– Nic ci nie będzie. Jest ławeczka, cisza, miejsce na wędkę. No dalej!

– Nie chcę! – pisnęłam cichutko. Kochałam wszelkie akweny wodne, te duże i te małe, ale tylko z brzegu. Nie lubiłam jednostek pływających, pomostów, nawet basenów.

– Tchórz – rzucił pogardliwie. – No idź!

I na wpół żartobliwie pchnął mnie do przodu. Niestety, słabo znał moje lęki i obawy, bo uszłam zaledwie metr, po czym zamarłam w bezruchu, kurczowo zaciskając powieki.

– A nie dałoby się z brzegu? – wyszeptałam żałośnie.

– Nie dałoby się – odparł szorstko. – No dalej…

I znów mnie pchnął. Tym razem nie miałam szans. Z głośnym wrzaskiem wpadłam do jeziora, młócąc w panice ramionami. Płytko było, ale co z tego, kiedy woda miała chyba temperaturę zera absolutnego? Darłam się jak potępiona, a Piotrek klął, aż echo szło po okolicy.

– Ty wariatko! – wychrypiał, gdy w końcu udało mu się mnie wyciągnąć na brzeg. – Zrobiłaś to specjalnie! – zarzucił mi zdenerwowany.

– Taaa… Peeewniiieeee! – Dzwoniłam zębami, aż miło! – Pooodłaaa iiinsyyynuaaacjaaa!

– Wracamy! I to migiem! – zarządził. Jakoś nie widziałam sensu, aby się z nim kłócić.

Też był mokry, ale widocznie bardziej odporny na zimno. Pomógł mi dojść do chaty, a na samym końcu podniósł w górę, bo pode mną uginały się kolana.

– Rozbieraj się! – rzucił zdenerwowany. – Zaraz rozpalę, a ty wskakuj pod koc.

Trochę opornie mi szło, więc postanowił mi pomóc, tym bardziej, że ogień na kominku już się palił. W miarę jak ubywało mojej garderoby, ubywało też pewności jego ruchów.

– Dokończysz sama – oświadczył, po czym z wyraźnym trudem odchrząknął.

– Spooodnieee! – jęknęłam, tym razem koncertowo symulując drżenie rąk i szczękanie zębów. – Ciiiężkooo!

Co miał zrobić? Z kwaśną miną, pomógł mi rozpiąć zamek i zsunąć obcisłe dżinsy, aż do kostek. Za to ja patrzyłam z góry, na czubek jego głowy, na mokre włosy i na szerokie ramiona, czując jak wyraźnie coś we mnie pęcznieje. Rośnie, przybiera na sile, chociaż z pewnością nie było to pożądanie.

Dławiło mnie wzruszenie. Łzy zapiekły pod powiekami, dłonie drżały, lecz nie z zimna. A kiedy uniósł głowę, nie dałam rady się powstrzymać. Delikatnie dotknęłam jego wilgotnych kosmyków, niepewnie się uśmiechając.

Chwycił tę moją dłoń i wstał. A potem ucałował jej wnętrze i też się uśmiechnął.

– Wskakuj pod koc, bo się przeziębisz. Tam zdejmiesz resztę.

Zresztą wcale nie czekał, aż to zrobię. Sam sięgnął po miękkie nakrycie i mnie nim otulił.

– Zaczekaj minutkę. Też muszę się rozebrać, a potem zrobię nam herbatę z wkładem.

Sądziłam, że umknie do łazienki, ale on szybkim ruchem ściągnął sweter, koszulkę, potem spodnie, zostając tak jak ja, w samej bieliźnie. Dopiero wtedy skierował się do swojej sypialni, tej na górze. Pomyślałam, że przecież nie będę siedzieć tu na golasa, potrzebna mi była chociaż sucha bielizna. Po cichutku, aby się zbyt wcześnie nie zorientował, podążyłam za nim.

I natknęłam się na taki widok, że wyrżnęłam prosto w krawędź futryny.

– Anka! – syknął, w pośpiechu wciągając dresowe spodnie. – Miałaś zostać na dole.

– Uhm – potwierdziłam, masując obolałe ramię. – I przegapić takie show? Nie ma mowy.

– Bezczelna jesteś, wiesz?

– Nie jestem, tylko chciałam też coś ubrać, więc jeśli poz…

Kocem zahaczyłam o klamkę, a ponieważ ruszyłam do przodu bardzo energicznie, nie trudno było domyślić się tego, co musiało się wydarzyć.

– Cholercia! – zdenerwowałam się, w pośpiechu usiłując zakryć własną nagość. Pewnie byłam też purpurowa z zażenowania. Głównie dlatego, iż nie chciałam, aby myślał, że jestem zdolna do takich tanich chwytów. Piotrek patrzył na mnie, tkwiąc z bezruchu, trzymając w ręku koszulkę, którą chciał ubrać. W końcu kiedy udało mi się opanować sytuację, odetchnął głęboko, po czym podszedł do mnie.

– Masz, ubierz. Ja wezmę inną. I wiem – nieznacznie się uśmiechnął – że to nie było specjalnie.

– A jeśli? – Spojrzałam na niego prowokująco.

– To byś nie spiekła takiego raka.

– Aż tak źle? – Dotknęłam palcami policzka. Gorący był, niemal parzący.

– Gorzej. – Piotrek znienacka pochylił się i przylgnął ustami do moich warg. Tego się nie spodziewałam. Ani takiej dawki emocji, ani takiego głodu w jednym, króciutkim pocałunku. Krótkim, bo bardzo szybko skończył.

– Idę na dół – powiedział schrypniętym głosem.

I poszedł.

– Uparty osioł – wymamrotałam. Poirytowana, bo czułam się jak głodny, któremu właśnie zabrano sprzed nosa apetyczny posiłek, gdy zdążył dać pierwszego kęsa. Do jasnej cholery! Czy nie mogłam się wtedy przyjrzeć tej piekielnej chusteczce? Jak bardzo inne byłoby moje życie, gdybym to zrobiła! Lepsze, co do tego nie miałam wątpliwości. Jak i do tego, że zakochałam się od pierwszego spotkania, raz, porządnie i aż po grób. Upływ czasu, inni mężczyźni, nawet Mateusz, nie mieli szans aby wymazać Piotrka z mojego serca. Nawet ja sama nie miałam szansy tego zrobić. I nagle się rozpłakałam, bo wcześniej tęsknota, którą czuła, dawała się stłumić. Lecz teraz, gdy miałam go tuż obok, nie potrafiłam sobie z nią poradzić.

– Usiądź przy ogniu, zaraz podam herbatę. Jesteś głodna? – Kiedy zeszłam, krzątał się w kuchni. Usiadłam, dlaczego nie. Nic innego i tak nie miałam do roboty. Piotrek zajął miejsce naprzeciwko, stawiając z boku na stoliku dwa kubki i puszkę z ciasteczkami. Bezmyślnie sięgnęłam po jedno, a wtedy chwycił mój nadgarstek.

– Płakałaś? – spytał z zaskoczeniem wpatrując się w moją twarz.

W odpowiedzi wzruszyłam jedynie ramionami.

– Aniu, posłuchaj! – Tym razem ujął i druga moją rękę. – Nie wiem, co roisz sobie w tej ślicznej główce, ale tak naprawdę nie znasz mnie. Nic o mnie nie wiesz. Ja jestem w trochę lepszej sytuacji, lecz nie o mnie tu chodzi. Nie w tym sensie.

– A w jakim? – spojrzałam na niego ze smutkiem.

Na chwilę zamknął oczy, po czym głęboko odetchnął.

– Jeśli nam się nie uda, ty ruszysz dalej, ja nie dam rady. Jesteś silna, ja nie.

– Nie?

– Całe swoje życie podporządkowałem jednemu pragnieniu, chociaż większości wydawało się ono dziwne i głupie. Kiedy tylko wiek i sytuacja życiowa mi na to pozwoliły, wstąpiłem do wojska. Wiązały się z tym wszystkie moje plany, niczego innego nie brałem pod uwagę. A potem, tak nagle i niespodziewanie nastąpił koniec. Musiałem znaleźć inną drogę i wierz mi, nadal jej szukam. Nie mam pojęcia, co chciałbym robić, w jaki sposób… – uniósł ramię i przetarł dłonią zasępioną twarz. – Mój terapeuta nazywa to depresją jakąś tam. Niezależnie od nazwy, po wypadku zostało mi jeszcze jedno marzenie. Ty. Jeśli i ciebie stracę, to będzie koniec. Dlatego wolę, aby między nami nic nie było.

– Co za pokrętne, głupie rozumowanie! – Rozzłościłam się nagle. – Jesteś tchórz i tyle!

– Jestem.

– Uuuu! Jak ja tego nie cierpię! – I bez wyjaśnień wpakowałam mu się na kolana. Trochę niemrawo protestował, ale tak naprawdę, pragnął mojej bliskości tak bardzo, jak ja jego.

– Gdzie panowie lokatorzy? – spytałam, chcąc najpierw wyjaśnić najbardziej palące kwestie.

– Tych dwóch starszych wyjechało z rana.

– A trzeci.

– Wczoraj – opowiedział z niewinną miną.

– Czyli jesteśmy sami? – Drążyłam temat z niedowierzaniem.

– Tak jakby.

– Piotrek!

– No… tak.

– I nic nie powiedziałeś?

– A interesuje cię to?

– Nie kłam. Bałeś się mnie – oświadczyłam z zadowoleniem. – I słusznie.

– Niby dlaczego?

– Bo… – przygryzłam wargi. Powoli zmieniłam pozycję, aż mój oddech owiewał skraj jego ucha. – Bo chcę się z tobą kochać.

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. A
    AR
    | Odpowiedz

    Ahhhh…. W takim momencie… Babeczko, toż to grzech… Tak z premedytacją urwać … 🙈

  2. M
    Mel
    | Odpowiedz

    Gorąco… 😄

  3. B
    Basia Kraj
    | Odpowiedz

    Babeczko potrafisz budować napięcie 🙂 🙂 : )

  4. A
    Aleksandra
    | Odpowiedz

    Czytam to już piąty raz i wciąż nie mam dość. Dzięki Babeczko za tą dawkę emocji. 🙂

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Niestety, za chwilę się skończy 🙁

Napisz nam też coś :-)