Coś optymistycznego (III)

with 5 komentarzy

na poprawę humoru
 

– Przecież ty jesteś kompletnie pijana! – powitał mnie na peronie głos siostry. – To przez tego bydlaka! A mówiłam, żeby mu nie ufać – zdenerwowana, dopinała mój płaszcz, bo jak dla mnie, pogoda była prześliczna, nawet nie zauważyłam panującego mrozu.

Piotrek po przeprawie z władzami kolei, reprezentowanymi przez wyjątkowo konserwatywną babę, pomógł mi założyć płaszcz, buty, poprawić fryzurę, po czym dopilnował, abym bez przeszkód wysiadła. Później jeszcze czule mnie pocałował, wcisnął coś w kieszeń płaszcza i prawie w biegu wskoczył do odjeżdżającego pociągu. Prawda była tak, że jedno moje słowo, a by został. Niestety, zjawiła się właśnie moja ukochana siostrzyczka wraz z mężem oraz dwoma synami, skutecznie odrywając uwagę od rzeczy najważniejszych.

– Jechałaś pod eskortą? – przyglądała się podejrzliwie mojej rozanielonej minie.

– Bo?

– Widziałam mundurowego. Chłopak jak marzenie, trzeba było go poderwać.

– Uhm – oświadczyłam, za wszelką ceną postanawiając ukryć szczegóły.

– Chyba sporo młodszy i zdaje się, że cię całował. Dobrze widziałam?

– No co ty? – uznałam za słuszne okazać oburzenie. – Zdejmował kajdanki – dodałam chytrze.

Machnęła ręką, czując że się ze mną nie dogada. Zabrali mnie do domu bo w końcu przyjechałam do nich na kilka dni urlopu. Dostałam pokój na poddaszu, ogromny, z oknami, przez które widać było zasnute chmurami niebo. I padający z niego śnieg. Tysiące malutkich gwiazdeczek osiadało na gładkiej szybkie, a ja obserwowałam to zjawisko w zachwycie. Chociaż w sumie to mogłyby być i kozie bobki, tak byłabym zachwycona.

Pewnie nawet zasnęłam z uśmiechem na ustach.

Za to pobudka nie była już tak przyjemna. Kac stulecia, ten alkoholowy i ten moralny. Leżałam na brzuchu, z twarzą wtuloną w poduszkę i zaciśniętymi pięściami waliłam w łóżko.

Wspomnienie Piotrka nadal budziło mój zachwyt, za to własne zachowanie już nie. Matko! Nie dosyć, że gadałam głupoty, wieszałam się na jego szyi to jeszcze… Co tam powiedzieć to na głos, jak bałam się nawet o tym pomyśleć.

W końcu przestałam złorzeczyć i w minorowym nastroju powlokłam się pod prysznic. Później na kawę, pogardzając śniadaniem, bo jakoś nie miałam apetytu. Magda znów usiłowała wciągnąć mnie w rozmowę, ale wymówiłam się bólem głowy.

– Tak to jest, jak człowiek się schleje – podsumowała z niezadowoleniem. – W lodówce jest sok pomidorowy. Podobno dobry na kaca. Nieźle musiałaś narozrabiać w tym pociągu, skoro cię mundurowy eskortował. Przyznaj się, co zrobiłaś?

– Co? – Miałam dosyć jej gadania. – Loda. Zrobiłam mu loda. Zadowolona?

Magda zastygła niczym słup soli z szeroko otwartymi ustami, a ja to wykorzystałam i umknęłam na korytarz. Tam starannie sprawdziłam obie kieszenie płaszcza. Dobrze pamiętałam, że Piotrek coś wcisnął w moją dłoń, ale wtedy nie zwróciłam na to uwagi. Niestety, w jednej znalazłam starą chusteczkę, w drugiej korek od tego wina, co go wytrąbiłam w pociągu. Poczułam niepokój, ale tylko to, bo pomyślałam, że pewnie przełożyłam ją do torebki. Poczłapałam więc na górę i po kwadransie opadłam na łóżko, załamana i nieszczęśliwa.

Niczego nie znalazłam.

O ile cokolwiek było. Sądziłam, że karteczka z jego numerem telefonu. A jeśli tak, to ja ją głupia zgubiłam!

Chociaż… To było coś miękkiego. Może ta chusteczka, którą później zużyłam? W takim razie… Kolejny kłamca! Kolejny bajerant! Kolejny zasrany uwodziciel za pięć groszy!

Usiadłam, potem wstałam. Przeszukałam kieszenie dżinsów. Nic. Później cały pokój. Nic. Więc chwyciłam pusty kubek po herbacie i rzuciłam nim z furią o ścianę. Nie pomogło, ale przyniosło odrobinę ukojenia.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o świetnie zapowiadającą się znajomość.

***

– Chciałbym podzielić się z wami pewną dobrą nowiną! – Szef uniósł w górę kieliszek szampana. Przedświąteczne przyjęcie było nadzwyczaj udane, chociaż chyba nie o tym chciał mówić.

– Mój syn się żeni! W końcu! – dodał, śmiejąc się. Nic dziwnego, bo ten lekkoduch już od dawna był źródłem zgryzoty naszego pana prezesa. Co prawda, nigdy nie pokazał się w firmie, a ja nie byłam kimś, kto chadza na przyjęcia towarzyskie w domu szefa. Ale właśnie awansowałam i miało się to zmienić.

Praca. Jedyne czym mogłam zając niespokojne myśli, jedyne co nie pozwalało mi się rozkleić. Minęły cztery lata od rozstania z Bartkiem, ale po wydarzeniach z pociągu, ani przez moment nie żałowałam tamtego związku. Za to Piotrek, skurwiel w mundurku, tkwił zadrą w mym sercu i za cholerę nie dawał się stamtąd wydłubać. Gdybym spotkała go w normalnych warunkach, z pewnością zakochałabym się do utraty zmysłów, a tak… W sumie to sama nie wiedziałam, jak nazwać swe uczucia.

Byłam fotografem, całkiem zdolnym moim zdaniem, a firma od niedawna realizowała nowy projekt publikacji serii książek kucharskich. Zaczynałam skromnie, a przed tygodniem dowiedziałam się, iż będę odpowiedzialna za kolejne wydanie. Spełnienie marzeń i całkowity brak czasu na rozmyślanie o życiu osobistym, którego nie miałam.

Bo i po co?

– Planował to już od dawna, ale teraz w końcu postanowił się zadeklarować. Jestem tak szczęśliwy, że z tego powodu zapraszam wszystkich was na przyjęcie, które zorganizowałem. Najchętniej zaprosiłbym każdego pracownika – o mało co nie popukałam się w głowę – ale sami wiecie, że to niemożliwe.

Ponad dwadzieścia tysięcy dusz. Pewnie że niemożliwe! Sieć marketów wciąż się rozwijała, prawie każdego miesiąca otwierał się nowy punkt.

Szef naprawdę był w szampańskim humorze. Zazwyczaj tego zaszczytu dostępowali nieliczni, sama śmietanka, a tym razem zaprosił większość biurowej ekipy. Przyjęłam to z obojętnością, bo jakoś nie miałam ochoty na nowobogackie imprezy. Pójdę albo i nie. Nie podejrzewałam, aby ktoś sprawdzał obecność, czy też szanowny pan prezes zauważył moją absencję. Za malutka jeszcze byłam, za mało znacząca w tym światku rekinów biznesu.

Ale poszłam. Wbiłam się w starą kieckę, w torbę zapakowałam zapasowe obuwie, bo jednak w szpilkach wytrzymywałam góra dwie godziny, i zamówiłam taksówkę. Miałam ochotę się napić. Napić, nie upić, żadne takie. Pamiętałam jeszcze przygodę z pociągu i nie zamierzałam powtarzać błędu.

Sala była ogromna. Szwedzki stół, kilkanaście stolików, parkiet i orkiestra grająca coś nastrojowego. Do tego kelnerzy pod muchą, szampan lejący się strumieniami i eleganckie towarzystwo.

Niezależnie jak bardzo awansowałam, to nie było miejsce dla mnie. Odstawiłam pusty kieliszek i z dreszczem podniecenia ruszyłam w kierunku bufetu.

Ileż tam było dobra! Jakie rarytasy! Czułam, że oczy wychodzą mi na wierzch, a żołądek gwałtownie domaga się degustacji tych smakołyków. Zaczęłam oczywiście od konkretów, potem przeszłam do deserów. Nie bacząc na to, że mogę źle wypaść, ładowałam sobie ogromne kopy na talerz, siadałam przy stole i jadłam to wszystko z błogim wyrazem twarzy. Na szczęście wokół było pełno egoistów i mało kto zwrócił na mnie uwagę.

Prócz jednego mężczyzny.

– Proszę. – Miałam właśnie wstać, aby udać się po coś do picia, gdy ktoś postawił przede mną szklankę wody.

– Woda! – prychnęłam z pogardą. – Tam dają drinki bezalkoholowe – wskazałam na bar.

– Bezalkoholowe?

W końcu spojrzałam na nieproszonego towarzysza. Niezły, oceniłam, wpychając sobie do ust całą babeczkę. Całkiem niezły. Ale i tak do bani, bo pewnie rozpieszczony powodzeniem u płci pięknej, podsumowałam pierwsze wrażenie. Po oczach było widać, że to ancymon pierwszej klasy!

– Wiesz… Większość kobiet ledwo coś skubnie, a ty jesz, jakbyś głodowała przez miesiąc.

– Odchudzałam się – burknęłam.

– I już przestałaś? Ja bym raczej doradzał kontynuację – zadrwił. Tak, zadrwił. Nie było w tym rozbawienia, przekory, chęci wciągnięcia mnie w rozmowę, tylko chamska drwina. Nie musiałam być pijana, aby na brutalny atak werbalny, odpowiedzieć równie brutalnym atakiem fizycznym. Sprawnie zawładnęłam talerzykiem, na którym leżały odpadki po mojej uczcie, po czym rozkwasiłam to wszystko na jego twarzy.

– Ja nie jestem „większość kobiet” – oświadczyłam z satysfakcją, a moja ofiara gapiła się na mnie w niemym zdumieniu. – Więc wsadź sobie w dupę swoje dobre rady!

Nadal milczał, wytrzeszczając oczy.

– Wody? – zaproponowałam uprzejmie, przygryzając wargi, aby nie wybuchnąć śmiechem.

– Ależ co!… Co to ma znaczyć? Synu!

Tak, za plecami miałam pełnego oburzenia pana prezesa. Za to przed sobą jego sprawiająca wieczne kłopoty latorośl. I przechlapane, bo chyba teraz nie tylko mnie zwolnią, ale wyrzucą na zbity pysk w tempie ekspresowym.

– Nic. Pani się potknęła. – Moja ofiara najwyraźniej nadal była w szoku, bo zamiast wybuchnąć złością, jeszcze mnie broniła. – To moja wina i słusznie oberwałem – dodał ze śmiechem. Puścił przy tym porozumiewawczo oczko, co wyszło nieco upiornie, bo jakiś plasterek wędliny zwisał mu z czoła.

Szef przyglądał nam się podejrzliwie, ale tylko przez kilka sekund, bo pojawił się chyba ktoś ważny, odrywając pana prezesa od naszego towarzystwa.

– Mateusz – przedstawił się, kłaniając się i szarmancko ujmując moją dłoń. Cholerna wędlinka pacnęła o ziemię, a zaraz za nią powędrował kawałek krewetki. Ogonek, bo ogonków nie jadałam.

– Ania – odparłam słabym głosem. – To ty jesteś ten hultaj, przez którego ojciec miewał ataki szału, podczas których mordował swych wiernych i zasłużonych pracowników?

– Jamże – poświadczył, przybierając poważną minę. – A ty?

– Jestem fotografem.

– No patrz, raczej obstawiałbym księgową.

– Dlaczego? – spytałam zaskoczona.

– Dziwnie spięta jesteś. I dziwnie ubrana, bez klasy i odrobiny szaleństwa, która cechuje artystów. Chyba że robisz tylko zdjęcia do dowodów?

– Post mortem – powiedziałam, mrużąc oczy. – Trupy są wdzięcznymi obiektami. I też są sztywne, jak ja.

Odrobinę pozieleniał, ale nie zrezygnował. Widać było jak na dłoni, że nie tyle ja go zaintrygowałam, co moja obojętność. Chyba był przyzwyczajony do tego, że trup żeński ścielił się przed nim gęsto i nie przywykł do takiego traktowania, jakie mu zaserwowałam. Zresztą, czort wie, może po prostu był dziwny? Ja to miałam prawdziwe szczęście do takich facetów, nie powiem.

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. D
    Domi
    | Odpowiedz

    Oj Aniu… Gubisz kartki z kieszeni, a później rozpaczasz. Przeznaczenie i tak cię znajdzie. Wraca jak bumerang.

  2. A
    Aricca
    | Odpowiedz

    Już się bałam ,że syn Pana Prezesa to Piotr….a może to będzie jego przyjaciel ? Świadek? Hmmm

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      To by było za proste 😉

      • A
        Aricca
        |

        A my nie lubimy prostych rozwiązań 💪 czekam z niecierpliwością na kolejną część

  3. J.Gibson
    | Odpowiedz

    Co mu zrobiłaś? Loda! hahahaha Dobre. Ania ma pazur.

Napisz nam też coś :-)