Coś optymistycznego (VI)

with 17 komentarzy

na poprawę humoru
Obiecuję, że po akcji "widelec" Ania spoważnieje 😉
 

Niestety, nie wypadało kręcić się jak mrówka na kołnierzu, więc siedziałam spokojnie, sztywno, zaciskając zęby. Mateusz również milczał, pewnie zastanawiając się, czy jestem wściekła czy nie. Byłam, chociaż nie na niego.

– Gdzie jedziemy? – W końcu przerwałam ciszę, bo zamiast do centrum, kierowaliśmy się na przedmieścia.

– Na lotnisko.

– Serio? Po co? – zdziwiłam się.

– Na kolację.

No dobrze. Może otworzyli tam jakąś szałową, modną knajpę. Wszystko jedno, bo powoli zaczynało mi burczeć w brzuchu. Oprócz tych cukierków, z których wróżyłam, nic nie jadłam. Wina wypitego w wannie nie liczyłam.

– Oby serwowali duże porcje – wyraziłam swe wątpliwości, na co Mateusz zareagował śmiechem.

– Nie martw się. Zaspokoisz swój głód – powiedział w końcu, bardzo dwuznacznym tonem.

– W tej kwestii lepiej mnie nie drażnić – ostrzegłam go. – Bo zamieniam się w dzikiego zwierza.

– Kocica? – zmrużył oczy. Rany! Czy ten facet myślał o czymś innym niż seks? Albo inaczej. Czy myślał czasami tą częścią ciała, która została przeznaczona do myślenia? – Czy w jakiejś innej kwestii zmieniasz się jeszcze w dziką kotkę?

Przewróciłam oczyma i nie odpowiedziałam. Samochód skręcił na drogę do lotniska, ale nie podjechał pod główny budynek, lecz boczną bramą wprost na płytę.

– Co to niby ma być? – zmarszczyłam brwi.

– Kolacja?

– Na pasie startowym? Będziemy opiekać kiełbaski w ciągu wstecznym samolotów?

– Mogłabyś zdać się na mnie i nie zadawać więcej pytań?

– Nie, nie mogłabym. Tam mają kfc – rozmarzyłam się, patrząc na mrugający neon. – Zjadłabym taki kubełek pikantnych skrzydełek.

– Aniu! – powiedział z wyrzutem. – Naprawdę przygotowałem coś ekstra. Nie mogłabyś zaczekać jeszcze z dwie godziny?

– Dwie godziny? – jęknęłam. – Błagam! Chociaż kanapka! Nawet batonikiem wege nie pogardzę! Suchą bułką!

Chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie mój żołądek postanowił udzielić mi poparcia. Dźwięk jaki przy tym wydał, godny był sceny grozy w kultowym horrorze. Takie przeciągłe bul bul bul!

– No dobrze. – Mateusz przełamał swój upór, chociaż minę miał mocno zdegustowaną. – Zamówię na drogę kanapkę. Na początek przygotowałem co prawda szampan i truskawki…

– Nie martw się. Też zjem. Dwie godziny? Dlaczego tak długo?

Nie odpowiedział, ale nie musiał. Zrozumiałam, gdy przez okno dostrzegłam mały, prywatny odrzutowiec.

– No i? – spytałam ostrożnie.

– Miała być niespodzianka – westchnął. – Lecimy do Rzymu. Na kolację.

– Pomysł świetny – ucieszyłam się. – Ale bez kanapki nie lecę! Na samych truskawkach to chyba umrę z głodu. I będziesz mnie miał na sumieniu – dodałam chytrze.

– Ja nie mam sumienia, lecz kanapkę dostaniesz.

– Jesteś przedstawiciel piekła. Nie masz sumienia, duszy i uczuć?

– Coś w tym stylu – znów poweselał. – Pani pozwoli!

Pozwoliłam. W środku pomógł mi zdjąć płaszcz, a potem z ulgą usiadłam na dużym fotelu, rozglądając się z ciekawością. Pierwszy raz miałam lecieć takim cudem.

– Mam nadzieję, że nie boisz się latać? Jakby co, zapraszam bliżej – dodał dwuznacznie, a ja wybuchłam śmiechem.

– Latać? Przez kilka lat byłam członkiem aeroklubu. Skoki, szybowce, takie tam.

– O! – Zaskoczony, uniósł w górę brwi. – Serio?

– Tak.

– I podobało ci się?

– Nie, chodziłam tam za karę! – sarknęłam. – Pewnie że tak. Wszyscy czekali na ukończenie osiemnastu lat, żeby robić prawko, ja żeby robić licencję. Nawet z domu uciekłam.

– I zamieszkałaś na lotnisku?

Nie odpowiedziałam od razu, bo panienka w mundurku podała mi w końcu upragnioną kanapkę.

– Co za bzdury wygadujesz? – Niecierpliwie rozrywałam opakowanie. – Na badania musiałam jechać. Do Wrocławia. Było zabawnie, bo ja wchodzę, a tam po prawej sami faceci, po lewej sami faceci, na wprost sami faceci… Wtedy byłam trochę nieśmiała – wyjaśniłam skromnie, po czym wgryzłam się w apetycznie wyglądającą bułę.

– Tak, nieśmiała – mruknął drwiąco. – Akurat!

– Hebyś wieciał! – mruknęłam urażona. – Hale dopra!

Wiem, nie mówi się z pełnymi ustami. Ale skoro nie zraziło go powitanie z tym błotem na twarzy, to i taka drobnostka nie powinna zniechęcić. A nawet, to krzyż mu na drogę! Ja tam tęsknić nie będę.

Mateusz siedział nieruchomo, postukując palcami w blat znajdującego się tuż obok stolika i gapił się na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Pewnie byłam dla niego dziwadłem, kuriozum, zaproszonym tylko i wyłącznie z przekory.

– No! – westchnęłam z ulgą, oblizując palce z majonezu. – Teraz mogę zaczekać. Dawaj te truskawki!

– Truskawki? – wykrzywił się. Widać było jak na dłoni, że jego niezadowolenie pogłębia się z minuty na minutę. Zdążyłam się nawet zastanowić, czy nie wypchnie mnie gdzieś nad Czechami lub Austrią. Jeśli tak, to pewnie bez spadochronu…

– Niech zgadnę – zaczęłam prowokująco. – Miałam cię powitać piękna i pachnąca, do tego zalotna, z pożądaniem w głębi przepastnych oczu. W samochodzie zrobiłabym ci loda, a podczas lotu zaliczylibyśmy szybki seksik, jako wstęp do wielce obiecującej znajomości. Potem byłaby kolacja i powrót, kolejny numerek, może tym razem dłuższy, lodzik w aucie, a na sam koniec zostawiłbyś mnie pod domem. Wpatrywałabym się maślanym wzrokiem w tył twej limuzyny, naiwnie marząc, że zadzwonisz nazajutrz i umówisz się ze mną na kolejną randkę.

– Robisz to specjalnie – zmrużył oczy. – Masz nadzieję, że twoje nietypowe zachowanie zainteresuje mnie na dłużej. Może nawet roisz sobie coś więcej. Miłość, ślub? – dopytywał się z wyraźną drwiną.

– Kretyn! – popukałam się po czole. – Robię to, bo mam gdzieś, czy pojawisz się jutro, pojutrze czy za tydzień.

Nie uwierzył mi. Zresztą… Czy to coś zmieniało?

– Nie, to nie – wzruszyłam ramionami. Jakoś mało mnie to obeszło. Znacznie większym problemem stały się niewygodne buty. W końcu zdecydowałam się, aby je zdjąć i z ulgą podwinęłam nogi na fotelu. Mateusz wciąż się na mnie patrzył i widać było wyraźnie wysiłek umysłowy, z jakim próbuje skatalogować moją skromną osobę na odpowiedniej pozycji.

– Dlaczego? – spytał w końcu. – Wolisz dziewczyny?

– Broń cię boże! Jak najbardziej wolę panów.

– A więc ponawiam moje pytanie. Dlaczego?

– W sumie to nie wiem. – Z ciekawością zerknęłam za okno. – Zaraz będziemy startować.

– Na razie kołujemy.

– Wiesz… Co my będziemy robić przez te dwie godziny? Masz może jakiś ciekawy film na pokładzie?

Tym filmem to chyba go dobiłam. Urażony, przestał się odzywać. Nawet na mnie nie patrzył. I dobrze, bo ja, zaraz po tym jak można było odpiąć pas, zaczęłam podziwiać każdy szczegół i detal wnętrza. Powtórki raczej nie będzie, kto wie, czy obrażony Mateusz nie każe mi wracać stopem do kraju. Ta sama panienka, co przyniosła kanapkę, teraz nalała nam szampana, postawiła półmisek z rarytasami i dyskretnie się ulotniła. O ile w miejscu o tak niewielkich wymiarach można w ogóle mówić o dyskrecji.

Napiłam się szampana, zjadłam trochę owoców, pogapiłam przez okno, a potem wstałam i ruszyłam w tę stronę, gdzie znajdowała się kabina pilotów.

– Co?… – Mateusz od razu się ocknął.

– Ja do przodu – wyjaśniłam uprzejmie. – Za stery nie będę się pchać, ale chyba mogę popatrzeć?

I nie czekając na pozwolenie, władowałam się do środka kabiny, pomiędzy dwóch przystojniaków w białych koszulach. Wyglądali na lekko zszokowanych, za to ja byłam zachwycona. Starszy, szpakowaty, też był interesujący, ale ten młodszy… Cud, miód, malina! I w dodatku pilot!

Moje och, ach, oraz inne wyrazy zachwytu, przerwał bynajmniej nie zachwycony Mateusz. Najpierw interweniował słownie, ale kiedy w odpowiedzi pokazałam mu język, ujął mnie za łokieć i siłą doprowadził na fotel.

– Przestań! – rozzłościł się. – Zachowujesz się jak rozkapryszona smarkula! Tak chcesz mnie poderwać?

– Właśnie dlatego, że nie chcę, mogę się tak zachowywać. Wiesz – spojrzałam zamyślona na jego zachmurzoną, ponurą twarz. – Zrobię ci tego loda, ale tych dwóch da mi pilotować samolot. Zgoda?

Zgrzytnął zębami w bezsilnej złości.

– Żadnego pilotowania!

– W obie strony – kusiłam, z trudem powstrzymując wybuch śmiechu. Biedny Mateusz! Już nie wyglądał jak niebezpieczny Don Juan. Cóż… Randki ze mną bywały nietypowe, zwłaszcza, gdy tak naprawdę ich nie chciałam.

– Zaraz lądujemy – wycedził.

– Super! Znów jestem głodna! – ucieszyłam się. – Następnym razem postaraj się o coś więcej, niż owoce. Taka dobra rada z mojej strony!

– Nie będzie następnego razu.

– Wiem. Ale inne dziewczyny skorzystają.

– Inne są normalne.

– Skoro wiedziałeś, że ja nie jestem, to po co mnie zaprosiłeś?

– Zaintrygowałaś mnie.

– Teraz przestałam. – Nie pytałam, uznając to za pewniak.

– Teraz to mnie tak wkurzasz, że gdybym mógł… – wykrzywił się. – Już ja nauczyłbym cię moresu! Ciesz się z towarzystwa, bo sam na sam, mogłoby się dla ciebie różnie skończyć.

– A tak z innej beczki. Gdzie narzeczona?

– Przygotowuje się do ślubu.

– Wie o naszym spotkaniu?

– Nie musi. Takie jak ty, nie są dla niej zagrożeniem.

Bydlę, pomyślałam ze wstrętem. Raz, oszukuje kobietę, którą ma poślubić. Dwa, obraża mnie, czyli kobietę, którą chce poderwać. Dobra, przelecieć, zaliczyć. Jak zwał, tak zwał, wiadomo o co chodzi.

Wrednie postanowiłam, że teraz będę uwodzicielska, subtelna i kusząca. Niestety, na razie nie miałam okazji, bo przesiedliśmy się do limuzyny, która zawiozła nas do wytwornej restauracji. A ja o mało co nie udławiłam się z wrażenia.

Szaleństwo! O! Ta gruba baba obwieszona precjozami, to chyba jakaś królowa? Coś mi tam majaczyło, chociaż niezbyt wyraźnie. Dyskretnie rozglądałam się dookoła, dopóki Mateusz suchym tonem nie zapytał, na co mam ochotę.

– Zdaję się na ciebie – odparłam. Obok ciekawości pojawiło się coś jeszcze.

Znów gryzło mnie w plecy.

Przeprosiłam i udałam się w ustronne miejsce, lecz to przyniosło połowiczną ulgę. Przy głównym daniu oraz arcyciekawym temacie o zmianach pogody na świecie, znów chciałam się chyłkiem wymknąć do kibelka. Niestety, wcześniej zsunęłam buty i teraz, usiłując ubrać jeden pod stołem, kopnęłam go tak, że znalazł się poza moim zasięgiem. Zaklęłam w duchu, poczerwieniałam, a Mateusz znów zaczął mi się przyglądać z nieufnością.

– Tyle wrażeń – posłałam mu przepraszający uśmiech. Jakoś go to nie uspokoiło. – Muszę przyznać, że potrafisz zapewnić kobiecie rozrywkę.

Po tych słowach, minę miał jeszcze bardziej podejrzliwą.

– To komplement?

– Oczywiście – zapewniłam go gorliwie. Buta nadal nie mogłam namierzyć. Drapało coraz bardziej, a pomijając fakt, iż nie mogłam się miotać przy stole w eleganckiej restauracji niczym pies w klatce pełnej pcheł, to i tak ciężko było dosięgnąć pomiędzy łopatki.

Pojawił się kelner z jakąś kartą. Chyba win. Mateusz pozytywnie mnie zaskoczył, posługując się językiem włoskim, jak rodzimym, ale zaraz potem zajęło mnie coś innego. Chwyciłam widelec i dyskretnie schowałam go za plecami. Od dołu było ciężko, spróbowałam od góry. Wślizgnęłam się za materiał sukienki i o mało co nie krzyknęłam z ulgą. Ależ to było przyjemne…

– Aniu?

Z wrażenia puściłam widelec. Ten nie spadł na podłogę, tylko zsunął się niżej i boleśnie ukłuł mnie w cztery litery. Poruszyłam się niespokojnie, widelec lekko wbił się w prawy pośladek, a ja przyoblekłam twarz w szeroki uśmiech. W zamierzeniu serdeczny i pełen zainteresowania, ale chyba nie do końca mi wyszło, bo Mateusz wzdrygnął się z wyraźnym strachem.

– Coś się stało? – dopytywał się, podczas gdy ja, zapewniałam go, że nie. – Zamówiłem wino. Chciałbym się z tobą napić za zgodę. I zacząć od początku – dodał poważnym tonem.

– Od początku?

– Mam wrażenie, że oboje zachowujemy się niczym dzieci. Słowa, gesty, wszystko jest takie – zastanowił się – infantylne.

– Dobrze. Wino na zgodę.

Nawet się ucieszył. Ja nie bardzo, bo właśnie uświadomiłam sobie, że siedzę tu bez butów, z widelcem w gaciach. Jak wstanę, to pewnie wypadnie. A tu podłoga marmurowa i będzie głośne brzęk! Ale obciach! Mateusz pewnie pomyśli, że kradnę zastawę…

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. P
    Pati
    | Odpowiedz

    Och A miałam nadzieję że dzgnie to tym widelcem w łape

  2. A
    A
    | Odpowiedz

    Czytam z niepokojem każdą kolejną część mając z tyłu głowy Twoje słowa o wątku biograficznym 😅
    Tekst super, czekam na więcej 🙂

  3. A
    Aricca
    | Odpowiedz

    A ja nie mogę się doczekać,żeby w końcu dowiedzieć się co ja tak uwiera w tej sukience 😂

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Źle obcięta metka… To akurat z autopsji, takie cholerstwo potrafi zatruć życie 😉

  4. Anonim
    | Odpowiedz

    Ubaw na całego

  5. J
    Julia
    | Odpowiedz

    Czekam na więcej 😉
    Uwielbiam to opowiadanie, bo sama jestem podobnie świrnięta jak główna bogaterka 😀

  6. M
    Meska
    | Odpowiedz

    To teraz jedynym dobrym wyjściem byłoby wejscie pod stol w poszukiwaniu zaginionego widelca… I wyjecie go sobie z 4 liter i przy okazji zalozenie butow 😁

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Nie martw się, Ania coś wymyśli ;-D

      • Babeczka
        |

        A tu macie fragmencik dla zaostrzenia apetytu…
        – Ty? – Pionowa zmarszczka na czole Piotrka nie zapowiadała niczego dobrego.
        – Ano ja – poświadczyłam niepewnie. Stałam w progu, objuczona bagażami, a on naprzeciwko, z ramionami skrzyżowanymi na piersi i ponurym wyrazem twarzy.
        – Ty wynajęłaś pokój?
        – Tak.
        – Po co?
        – Żeby powędkować. A co, nie można? – Uznałam za słuszne okazać odrobinę oburzenia.
        – Powędkować? – Podszedł bliżej i teraz dzieliło nas zaledwie kilkanaście centymetrów.
        – Tak. Mam nawet sprzęt – pochwaliłam się.
        – Sprzęt? I jak niby zamierzasz te ryby łapać?
        – Normalnie. Na glisty – wyrwało mi się i Piotrek w tym momencie nie wytrzymał. Zaczął się śmiać, a pode mną ugięły się kolana. Doskonale pamiętałam, jak potrafi być pociągający, ale doświadczyć tego znów…
        – Takie robaki – kontynuowałam, modląc się desperacko, aby moje serce, nogi i cała reszta narządów wewnętrznych wytrzymały to napięcie. Głównie po to, abym nie padła na ziemię, niczym wór z kartoflami.
        – Aniu! – Wyciągnął ramiona i ujął w obie dłonie moją twarz. Przełknęłam ślinę, patrząc na niego powiększonymi ze zdziwienia oczyma. Spodziewałam się wybuchu wściekłości, oziębłości, obojętności, a on znów zachowywał się jak wtedy. – To najgorsza wymówka jaką słyszałem. No dobrze, skoro tak bardzo chcesz powędkować – dodał kpiąco. I pochylił się, delikatnie mnie całując. – Mam dla ciebie przytulną sypialnię.

      • A
        Aricca
        |

        Piotr pewnie ma już żonę i dziecko …albo dwa (bliźniaki)(😭😭😭). Żona jest śliczna i sympatyczna,a Piotr zakochany 😭😭😭

  7. A
    Aleksandra
    | Odpowiedz

    Jeeeeest Piotr! 🙂

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      No jest 😉 Ale za szybko bym się z tego nie cieszyła…

      • M
        Mel
        |

        Istne tortury to czekanie…Co dalej, co dalej🤷‍♀️

  8. Anonim
    | Odpowiedz

    Widelca w gaciach jeszcze nigdzie nie spotkalam. Swietne!

  9. W
    Wiktor68
    | Odpowiedz

    To ona jak się szykowała na randkę , to nie założyła stringów , tylko barchany do kolan? .

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Zaraz tam barchany 😉 Zwykłe majtki koronkowe. ty sobie wyobrażasz, zimą w pończochach i stringach pod sukienką? Wiatr hula, mróz szczypie w pośladki… Aż tak bardzo to jej na Mateuszu nie zależy 😀

      • A
        Aricca
        |

        A zależy choć trochę? Nie mogę się zdecydować czy jestem #teamPiotr czy #teamMateusz🤷🏻‍♀️

Napisz nam też coś :-)