fbpx

Dług (I) – nowa wersja

with 2 komentarze
rywalizacja o względy jednej kobiety
Postanowiłam poprawić w całości ten tekst, a namówiło mnie do tego kilkoro z Was. Pierwsze cztery części nie mają dużo zmian, ale od 5 wkraczam z zupełnie nowymi fragmentami.
Jeśli macie ochotę, tutaj link do starej wersji: https://motylewnosie.pl/dlug-babeczka-1/
Po publikacji stara wersja zostanie na motylach, nowa powędruje do druku.
Dla Was Dług w nowej odsłonie, a ja będę się plażować :-)))

 

Kiedy weszła do mieszkania, powitała ją dziwna, nienaturalna cisza. Zaskoczona, odruchowo spojrzała na poczerniały ze starości zegar, wiszący w wąskim korytarzyku tuż obok lustra. Dochodziła dwudziesta. Mamy nie było, bo tydzień wcześniej pojechała w końcu na zasłużony pobyt do sanatorium, ale Szymon powinien był już wrócić. O tej porze miał w zwyczaju oglądanie swego ulubionego serialu, coś w rodzaju reality show, których tak nie cierpiała Wiktoria. Lekko zaniepokojona odwiesiła torebkę, zdjęła sandały i na boso udała się do kuchni, a potem do salonu.

Na kanapie siedział jej brat. Skulony, zgarbiony, z dłońmi wplecionymi we włosy. W całkowitej ciszy, znieruchomiały, wyglądał jakby wydarzyło się coś bardzo złego. Serce Wiki zatrzepotało, bo od razu pomyślała o matce.

– Szymon! – Potrząsnęła jego ramieniem, a wtedy uniósł głowę i na nią spojrzał. Był od niej młodszy o trzy lata, dopiero co zaczął studia. Wydawał się być spokojnym, zrównoważonym młodym człowiekiem. Zawsze miał znakomite wyniki w nauce, uprawiał kolarstwo, udzielał się jako wolontariusz. Był też wysokim, smukłym brunetem, o nieco melancholijnej twarzy. Pomimo tego, że ich ojciec zmarł bardzo dawno temu, stanowili niezwykle zżytą rodzinę. A teraz płakał i biedna Wiki o mało co, nie oszalała z przerażenia.

– Mama?

– Co mama? – wyjęczał, tarmosząc już i tak wzburzone włosy.

– Coś się jej stało?

– Nie. Gorzej…

To nie były słowa dodające otuchy, ale mimo wszystko poczuła ulgę. Tylko co oznaczało to „gorzej”?

– Mów! – rozkazała, zajmując miejsce naprzeciwko. Nie miała w zwyczaju bawić się w podchody, delikatnie wypytując o szczegóły. – Bez kłamstw, krętactw i zwięźle, zanim dostanę zawału.

– W tym wieku nie dostaniesz – mruknął nieco urażony brat. – Za to ja od razu mogę poszukać taniego zakładu pogrzebowego, bo jeśli nie oni, to ty mnie zabijesz.

– Mów! – powtórzyła, tym razem ostrzej. – Co za oni i dlaczego akurat miałabym cię zabijać?

– Pożyczyłem pieniądze – wyznał markotnie. – Dużo pieniędzy. A jeszcze więcej muszę oddać.

– Ile? – Wiki poczuła, że ziemia usuwa się jej spod nóg. Akurat tego się nie spodziewała. Prędzej nieszczęśliwej miłości, kłopotów na uczelni czy czegoś w tym stylu. Ale nie tego!

– Trzydzieści tysięcy. – Głos Szymona był jak tchnienie wiatru, a sam winowajca skulił się, wpatrując się błagalnie w siostrę.

– Trzydzieści tysięcy?! Chyba żartujesz?!

– Nie. Mam zwrócić dług dziś do północy. Inaczej mnie zabiją.

– Ale przecież…

– Nie o siebie się martwię. Bardziej o ciebie i mamę.

– Na co do diabła pożyczyłeś tyle pieniędzy?! – jęknęła z rozpaczą Wiktoria, wplatając smukłe palce we włosy. Zrobiła dokładnie to samo, co przed chwilą brat.

– Ja… – chrząknął, a później kontynuował z nagłą determinacją. Już dawno chciał zwrócić się do Wiktorii o pomoc, o radę czy chociażby o słowo pociechy, ale dotąd nie miał odwagi tego zrobić. – Dobrze, przyznam się. To zaczęło się jakieś pół roku temu. Na początku wygrywałem i było super. Wrzucałem piątkę, dwie i automat zwracał przynajmniej stówkę. Sam nie wiem, kiedy popłynąłem. A gdy zabrakło pieniędzy…

– Automat? Grałeś na maszynach?

– Wszędzie teraz tego pełno – powiedział ze skruchą. – Wziąłem kilka chwilówek, ale gdy terminy zaczęły mnie gonić, firmy grozić windykacją i tym podobnym, postanowiłem, że pożyczę od takich jednych kolesi całą sumę na trzy miesiące, abym mógł się odegrać.

– Ty głupku! Ty skończony głupku! – podsumowała jego słowa z goryczą. – I?

– Czas minął, a ja nie mam ani grosza. Resztę przegrałem wczorajszego wieczoru.

Wiktoria siedziała w bezruchu, patrząc z prawdziwym przerażeniem na brata. To co usłyszała, wydawało się sennym koszmarem, scenariuszem rodem z głupawego filmu sensacyjnego.

– Pożyczyłeś i przegrałeś trzydzieści tysięcy?! – wyszeptała zmartwiałymi wargami.

– Niezupełnie. Dali mi zaledwie piętnaście. Reszta to odsetki.

– Odsetki? Za trzy miesiące? Chyba oszalałeś!

– Czasami mam wrażenie, że tak – odparł posępnie. – To koniec Wiki. Muszę uciekać. Wy również. Ci ludzie nie żartują jeśli chodzi o takie sprawy.

– Uciekać? – Jego siostra głęboko odetchnęła. Było wyjście, chociaż na samą myśl o tym, żal ściskał jej serce niczym żelazna obręcz. – Mam z mamą oszczędności. Jakieś dwadzieścia dziewięć tysięcy na koncie. Ale dziś sobota. Banki są nieczynne, a ja nie dam rady wypłacić wszystkiego, bo mam za mały limit. Wezmę jedną trzecią i…

– Ty weźmiesz? Sorry siostrzyczko, ale na to nie pozwolę. Tym bardziej, że dla nich to żadne tłumaczenie.

– Od kogo pożyczyłeś? – spytała krótko, nie wdając się w bezcelowe według niej, kłótnie.

– Jest takich dwóch braci, Artur i Mateusz. W sobotnie wieczory przesiadują w knajpie na rynku. Tam miałem się stawić z kasą.

– A konkretnie?

– Cocacabana. Na piętrze mają swoje tak zwane biuro. Dasz mi tę pieniądze i pójdę, choć przypuszczam, że znów doliczą sobie za zwłokę.

Wiktoria nadal siedziała nieruchomo. Powstrzymała cisnące się na usta słowa. Wymyślanie Szymona od głupków i skończonych idiotów może i przyniosłoby chwilową ulgę, ale nie rozwiązałoby problemu. Musiała działać i w żadnym wypadku nie zostawić tego bratu. Kto wie, w co jeszcze mógłby się wpakować? Poza tym, może kobietę potraktują bardziej ulgowo?

Wstała i zastawiła wodę. Była oszołomiona, ale to powoli mijało. Gdzieś tam krystalizował się plan. Dzień różnicy to nie tak dużo. Wystarczy poważnie porozmawiać z tymi bandytami, w poniedziałek spłacić resztę i po kłopocie. Teoretycznie, bo później będzie musiała jeszcze wytłumaczyć mamie, gdzie podziały się ich oszczędności. Ale to zostawi na później, teraz trzeba rozwiązać problem podstawowy. I wymknąć się z domu wbrew protestom Szymona. Zerknęła na wciąż zgarbionego brata i podjęła błyskawiczną decyzję. Wystarczyło tylko znaleźć w apteczce odpowiednie tabletki.

– Napijesz się herbaty? – spytała, zachowując pozorny spokój.

– Chętnie – mruknął brat. – Potem pójdziemy wypłacić pieniądze, zgoda?

– Tak. Najpierw kolacja. Kłopoty czy nie, jeść trzeba.

Nie miał apetytu, ale nie zaprotestował. Wstał i zajął miejsce przy kuchennym stole, aby później wbić wciąż zasępiony wzrok w podniszczony blat. Nie zwrócił uwagi, że siostra wrzuciła do jego filiżanki dwie okrągłe tabletki. Potem dosypała cukru, wycisnęła cytrynę i postawiła nieco wyszczerbiony kubek przed Szymonem.

– Wypijemy i pójdziemy do bankomatu. Całe szczęście, że mama wraca z sanatorium dopiero za dwa tygodnie. A w poniedziałek idziemy do lekarza, poszukamy jakiejś grupy wsparcia czy czegoś w tym rodzaju. Jesteś hazardzistą, zdajesz sobie z tego sprawę?

– Tak.

– To dlaczego prędzej nic nie powiedziałeś?

– Wstydziłem się.

– No tak – upiła łyk herbaty. Zerknęła na zegarek. Za kwadrans dwudziesta pierwsza. Tabletki zaczną działać za kilkanaście minut. Powinien zasnąć kamiennym snem i obudzić się dopiero późnym rankiem. A ona już w międzyczasie wszystko załatwi, postanowiła, podniesiona na duchu tym, że będzie mogła wziąć sprawy w swoje ręce. Tylko że tak naprawdę Wiki w najmniejszym stopniu nie była świadoma tego, z jakimi ludźmi będzie miała do czynienia.

Mała Wiktoria zawsze chciała zostać pianistką. Duża z powodzeniem realizowała swoje dziecięce marzenia, obecnie studiując w Wyższej Szkole Muzycznej i wygrywając większość ogólnopolskich konkursów. Żyła w swoim własnym świecie, pełnym muzyki, marzeń o cudownej przyszłości u boku ukochanego mężczyzny, pod szklanym kloszem, odgradzającym ją od wszelkiego brudu tego świata.

Nie chodziła na dyskoteki czy do pubów, bo wolała koncerty. Kina nie lubiła, za to kochała teatr i operę. Nie umawiała na randki, bo żaden mężczyzna nie wydawał się odpowiedni. Była samotnikiem i oryginałem jak na czasy, w których przyszło jej żyć. Brat z początku usiłował to zmienić, ale zazwyczaj stanowczo odmawiała. Skusiła się na jedną imprezę, aby wyjść z klubu po niecałej godzinie, skrzywiona i zniesmaczona. Na studiach również cichaczem się z niej podśmiewano. Miała mnóstwo koleżanek, ale ani jednej przyjaciółki. Jej wyrazista uroda, czarne, błyszczące włosy, blada, porcelanowa cera oraz pełne wargi i bursztynowe oczy, zwracały uwagę wielu mężczyzn. Niestety, dotychczas bez wzajemności.

Szymon nieraz powtarzał, że gdyby chciała, cieszyłaby się szalonym powodzeniem. Wtedy kręciła głową, mówiąc, że nie zależy jej na podziwie tłumów, tylko na uznaniu jednego mężczyzny. Tego, który się z nią ożeni. Czasami strasznie irytowała go swoim rozsądkiem i chłodem. Nienawidził momentów, gdy siedziała skulona na fotelu, wpatrzona gdzieś w odległy punkt, pogrążona we własnym, wyimaginowanym świecie. Częściej jednak podziwiał siostrę, bo była zupełnie inna od znanych mu dziewczyn. Delikatna i silna zarazem, wydawała się wiotkim drzewem, który złamie byle podmuch wiatru. Tylko że ona uginała się pod wpływem co mocniejszych podmuchów, czasami aż do samej ziemi, a potem na powrót prostowała gałęzie i żyła dalej.

– Czuję się strasznie. Wszystkie nasze oszczędności. W zasadzie nie nasze, wasze. Twoje i mamy. Tak mi głupio! – wyjęczał.

– Rychło w porę. Trzeba było o tym pomyśleć wcześniej – odparła krótko Wiktoria, zniesmaczona tym napadem skruchy. – Płacz nad rozlanym mlekiem niewiele pomaga. Sądzisz, że mnie to nie boli? – dodała z goryczą.

Milczał obracając w dłoniach pusty kubek.

– Jak przygotowania na konkurs? – spytał w końcu cicho.

– Jestem gotowa. I nie zmieniaj tematu.

– Może lepiej byłoby gdyby mnie zabili?

– Szymon! Przestań dramatyzować! Poza tym – w jej głosie wyczuł wyraźną ironię – pogrzeby też kosztują.

Posłał siostrze spojrzenie pełne wyrzutu. Lecz tak naprawdę czuł ulgę. Po pierwsze, w końcu mógł się z kimś podzielić swoim zmartwieniem. Po drugie, Wiktoria, jak na sumienną starszą siostrę przystało, od razu postanowiła uratować go z tarapatów, w które popadł.

– Pójdę do pracy. Zwrócę wszystko, co do grosza – obiecał.

– Skończ studia. I trzymaj się z daleka od automatów – wykrzywiła usta. Coraz wyraźniej docierała do niej prawda o tym, że będzie musiała poświęcić ich wszystkie oszczędności. Wszystkie! – Dlaczego ci bandyci biorą tak dużą opłatę za pożyczkę? Czy to legalne?

– Wiki! – Brat aż oniemiał ze zgrozy. – Spadłaś z księżyca czy co? Oczywiście że nielegalne. Tylko nie mów, że powinienem pójść na policję.

– Hm... To nawet niezły pomysł.

– Nigdy w życiu! – Aż się otrząsnął ze zgrozy. – I żeby przypadkiem nie przyszło ci do głowy realizować jakiś głupi pomysł. Słyszałaś?!

– Dobrze, już dobrze – mruknęła. – Od głupich pomysłów jesteś w tej rodzinie specjalistą i słowo honoru, że nie będę tego zmieniać – dodała z doskonale wyczuwalną ironią. Ale tylko to, bo Szymon naprawdę wyglądał na zdenerwowanego. Niewinne pytanie o legalność przeraziło go bardziej, niż strata tylu pieniędzy i to ostatecznie przekonało Wiki.

Boże! Jak ona powie to mamie?

Trudno. Coś się wymyśli. Na razie trzeba pozbyć się aktualnego kłopotu, jakim było niedotrzymanie terminu spłaty tej pożal się boże, pożyczki. Co prawda nie ma całej kwoty, ale może wytarguje mały rabat?

Zakrzątnęła się w malutkiej kuchence. Ukradkiem obserwowała jak brat ziewa coraz częściej, jak przeciera oczy i podpiera obiema dłońmi opadającą głowę.

– Wiki, położę się na chwilę. To chyba ten upał… – wymamrotał i poczłapał do salonu. Kilka minut później smacznie pochrapywał, w malowniczej pozie rozłożony na kanapie.

Wiki pokiwała głową z zatroskaniem. Dureń! Jutro trzeba coś z tym zrobić. Dotąd miała go za w miarę rozsądnego i odpowiedzialnego. Jak widać bardzo, ale to bardzo się myliła. Tylko że ta pomyłka musi być ostatnią. Na więcej ich nie stać.

Zawiązała tenisówki, splotła włosy w schludny warkocz, przeciągnęła błyszczkiem po wyschniętych ustach. Mimo wszystko czuła się nieco nieswojo. Wiedziała, że w miarę upływu czasu, jej obawy będą rosły. Aż do samego spotkania z tymi bandytami, jak w duchu nazywała mężczyzn, którzy pożyczyli jej bratu pieniądze.

Najpierw odwiedziła najbliższy bankomat. Wypłaciła potrzebą kwotę, przeliczyła przynajmniej z trzy razy i wcisnęła do torebeczki przewieszonej przez ramię.

Po drodze kupiła deser lodowy i zjadła go z apetytem, siedząc na ławeczce przed ratuszem. A kiedy zegar na wieży wybił dwudziestą drugą, z coraz mocniej bijącym sercem, udała się do klubu o egzotycznej nazwie. Szczerze mówiąc, to nienawidziła takich miejsc. Krzykliwy szyld błyskający światłem neonu oraz tłok przy wejściu, którego pilnowało dwóch osiłków, już na samym początku nastawiły ją negatywnie. A dalej było niewiele lepiej. Kręcone schody, prowadzące w dół, gdzie dudniła muzyka oraz snuły się opary dymu.

Wiktoria kichnęła i rozejrzała się dookoła. Gdzież u licha miała szukać tych facetów? Zaraz… Najlepiej gdy spyta się przy barze. W niektórych książkach, tak właśnie robił główny bohater lub bohaterka. Trzymając kurczowo torebkę z pieniędzmi, przecisnęła się przez gęstniejący tłum ludzi i dotarła do wysokiej lady.

– Co podać? – barman szeroko się do niej uśmiechnął.

– W zasadzie to szukam dwóch braci. Jeden ma chyba na imię Artur, a drugi… – zamyśliła się.

– Mateusz? – podpowiedział usłużnie chłopak. – Choć dodam, że lepiej byłoby ich unikać.

– Nie mam wyjścia. Muszę zwrócić dług zaciągnięty przez mojego brata.

Nie widziała powodu, by to ukrywać. Barman skinął głową i pochylił się w jej kierunku. Potem wskazał na prawo, gdzie widać było pogrążony w mroku wąski korytarz.

– Cały czas prosto. Powiedz ochronie, o co chodzi, to cię wpuszczą.

Podziękowała, z obawą spoglądając we wskazanym kierunku.

Nie wyglądało to zachęcająco. Musiała podążyć w nieznane. W duchu pomstowała na lekkomyślność brata i własną ślepotę. Przecież z tym problemem zmagał się już od dawna. Jak mogła niczego nie zauważyć?

Na końcu były jedynie solidnie wyglądające drzwi. A przed nim siedziało dwóch osiłków, tocząc rozmowę pełną wyrazów na „k” i na „h”. Wiktoria skrzywiła się z odrazą i przybrała pełną wyższości minę. Obaj niczym automaty obrócili w jej kierunku głowy, zamilkli i zmierzyli ją bacznym spojrzeniami.

– Ja do pana Artura i Mateusza – oświadczyła chłodno dziewczyna, odrzucając gruby warkocz na plecy. – W interesach – dodała po krótkim namyśle. Skoro i tak tytułowała tych bandytów, to równie dobrze może określić ten pożal się boże kredyt jako interes.

– Hę? – zdziwił się jeden z dryblasów. – Do pana Artura i Mateusza?

– Tak.

– Pana? Ha, ha, ha! – zaczął się głośno rechotać. – Z choinki się urwałaś lala?

Drugi gapił się na nią bez słowa, z rozdziawioną gębą i wytrzeszczonymi oczami.

Cóż… Ci dwaj potwierdzali teorię o brakującym ogniwie w ewolucji człowieka, pomyślała ponuro Wiktoria. Byli tak napompowani, że materiał opinający ich ciała koszulek trzeszczał w szwach przy każdym ruchu, a czegoś takiego jak szyja chyba nigdy nie posiadali.

– Żadna lala, nie pozwalaj sobie – odparła. – Powiedz, że chcę oddać dług brata.

Ten, który się śmiał, uchylił drzwi i wsadził do środka głowę.

– Szefie! Jakieś dziewczę w sprawie zwrotu kasy! Ma wejść? – Po czym odwrócił się i szerokim gestem zaprosił Wiki do środka. – Dalej mała – dodał drwiąco.

Zadarła dumnie podbródek i wmaszerowała do środka. Za nic nie da po sobie poznać, jak bardzo się w tej chwili bała.

Pokój jak pokój, nie wyróżniał się niczym szczególnym. Niewielki, z ogromną szybą, przez którą widać było wnętrze klubu, dwoma kanapami, kilkoma innymi meblami oraz stolikiem zastawionym alkoholem. Na jednej z nich siedział kolejny dryblas, choć ten wyglądał o niebo lepiej niż jego obstawa przed drzwiami. Umięśnione ciało opinała biała koszulka i doskonale skrojone dżinsy, włosy miał krótkie, twarz typowego przystojniaka z okładki z seksownym zarostem. To był mężczyzna, za którym kobiecy trup ścielił się gęsto, tak idealny, że aż nierzeczywisty. Na dodatek obwieszony sporą ilością kosztownego złota. Do jego boku kleiła się skąpo odziana brunetka, o wydatnym biuście i całkowicie gołych nogach. Jej usta błądziły po szyi mężczyzny, a dłoń kolistymi ruchami masowała sporą już wypukłość w okolicach krocza. Jak widać była tak zaabsorbowana tym zajęciem, że nie przeszkodziło jej w tym nawet wejście osoby trzeciej.

– Rozumiem, że przyszłaś zwrócić pieniądze. Nie bardzo tylko pamiętam… – uśmiechnął się, robiąc nieokreślony gest ręką.

Wiktoria, która i tak już była cała czerwona z powodu tego, co widziała, spojrzała na niego z doskonale widoczną dezaprobatą w oczach.

– Pożyczył mój brat – oznajmiła krótko, podchodząc bliżej migdalącej się pary. – A ty jesteś kto? Nie przedstawiłeś się!

– Oho! – roześmiał się nagle, Odepchnął od siebie kobietę, a potem coś szepnął jej na ucho. Zachmurzyła się, ale posłusznie wstała i wyszła. Tak po prostu.

– Siadaj słonko. – Zachęcającym gestem poklepał jeszcze ciepłe miejsce po brunetce. Zmrużył oczy, gdy dostrzegł z jaką odrazą otrząsnęła się stojąca naprzeciwko dziewczyna. – Czy twoim bratem jest ten idiota, co przepuszcza majątek na maszynach? Wysoki, chudy smarkacz, o minie zbitego psa?

Gdyby miała całą kwotę, rzuciłaby tą forsą, dosadnie powiedziała, co myśli o takich typach jak on i opuściła to miejsce. Niestety, nie miała.

– Owszem, jest idiotą bo pożyczył od takiego jak ty.

– Hola! Nie rzucaj się tak panienko – mężczyzna pochylił się, świdrując ją wzrokiem. – Dawaj kasę, uregulujemy rachunek.

– Mam jedną trzecią – oznajmiła Wiktoria, kładąc na stolik pomiędzy nich plik banknotów. – Reszta będzie w poniedziałek, bo mój…

– Nie ma mowy – przerwał jej chłodno. Nie sięgnął po pieniądze, a jego wzrok stwardniał. Nie był już ani rozbawiony, ani znudzony. – Termin upływa dziś o północy.

– Nie ma mowy – powtórzyła jego słowa. Starała się nie okazywać przerażenia, choć tak naprawdę serce o mało co nie wyskoczyło jej z piersi. Niezupełnie tak wyobrażała sobie tę rozmowę.

– Nie?

– Bankomat nie wypłaci takiej kwoty, a banki są zamknięte. Dlatego dostaniesz dzisiaj dziesięć tysięcy, resztę w poniedziałek.

– Ty dyktujesz mi warunki? – warknął. Co gorsza, wyglądał na coraz bardziej rozjuszonego.

– Wystaw mi jeszcze pokwitowanie za tą kasę i zaraz będziesz mógł wrócić do tej przyjemnej czynności, którą przerwałam – dodała szybko, siląc się na ugodowy ton.

– Pokwitowanie?

– Dowód wpłaty, cokolwiek. Przecież nie dam ci takiej sumy pieniędzy na piękne oczy? Już i tak cały ten interes cuchnie na odległość – słowa wymykały się niemal wbrew jej woli. – Powinnam pójść z tym na policję…

– Czy twój kochany braciszek wie, że kręcisz powróz na jego szyję? – spytał siedzący naprzeciwko mężczyzna z pozornym spokojem w głosie. Jednak pomimo panującego półmroku, widziała wyraźnie malującą się na jego twarzy wściekłość.

– Jak powróz? Przecież wszystko oddamy.

Zacisnął zęby i wstał. Dawno nie czuł takiej złości. Co za głupie babsko! Chyba ten kretyn nie do końca wytłumaczył jej, z kim miała do czynienia. Trzeba to naprawić i nauczyć dziewczynkę, że takiemu jak on, należy się słuszny szacunek.

– Dobrze. Zaczekam do poniedziałku. Ale nie za darmo. – W tym momencie chwycił ją brutalnie za włosy i pociągnął w górę. Wiktoria jęknęła w geście protestu, ale nie stawiała oporu. Wyrwałby jej wtedy cały warkocz.

– Bolało? – spytał, uśmiechając się szeroko na widok łez w jej oczach. – Bardzo dobrze ślicznotko. A teraz posłuchaj mnie. Jak ktoś od nas pożycza, musi się liczyć z tym, że jeśli nie dotrzyma terminu spłaty, to w najlepszym wypadku wyląduje w szpitalu. Istnieją również gorsze warianty. A przede wszystkim nie straszy się mnie policją! Zrozumiałaś? – syknął, brutalnie odginając jej głowę do tyłu. Próbowała odepchnąć go dłońmi, ale nie miała na to siły.

– Puść!

– Ale skoro chcesz odroczenia, dostaniesz je. Jednak nic na tym świecie nie jest za darmo.

Pchnął ją tak, że znalazła się na kolanach, twarzą tuż przy jego kroczu.

– A teraz rozepnij spodnie i obciągnij mi. Tylko porządnie, z połykiem, żebym był zadowolony. Będzie kiepsko, nici z odroczenia.

Wiktoria w panice pomyślała, że chyba żartuje? Ona miałaby… Nigdy w życiu! Nie wspominając o tym, że nie bardzo wiedziała od czego zacząć. A jednak silna dłoń przytrzymywała jej głowę wciąż w tym samym miejscu.

– Puść mnie!

– Rób kurwo, co powiedziałem! – ryknął niespodziewanie. – Jak nie chcesz sama, to zrobimy to po mojemu! – To mówiąc, zaczął odpinać spodnie. Wiktoria z przerażeniem uświadomiła sobie, że to nie sen i tak naprawdę jest sama, w miejscu gdzie nikt nie usłyszy jej wołania o pomoc, a na dodatek w towarzystwie prawdziwego potwora.

– Nie!

Uderzenie w twarz wyraźnie powiedziało jej, co mężczyzna myśli o sprzeciwie. W zamian za to wymierzyła cios prosto pomiędzy jego nogi. Wrzasnął z bólu i puścił ją na moment, by później zaatakować ze zdwojoną wściekłością. Kiedy poczuła kopnięcie w okolicach żeber, zrozumiała, że to nie przelewki. Rozpłakała się i skuliła, widząc jak zamierza się po raz kolejny. Zamknęła oczy, błagając w duchu, by się to skończyło.

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Odpowiedzi

  1. S
    Styna
    | Odpowiedz

    Rewelacja!!!
    Bardzo cieszę się, że wróciłaś do tego tekstu i będzie w formie drukowanej 😁
    Pozdrawiam 🙂

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Będzie, będzie, chociaż nie wiem kiedy. Pewnie na przyszły rok 🙂

Napisz nam też coś :-)