Dżin (IV)

with 8 komentarzy
A może wy macie pomysł na jakąś nową, zabawną przygodę Liloo i Amira? Jeśli tak, to napiszcie coś w komentarzach, a wtedy ja dopiszę albo kawałek w środku, albo kontynuację :)))
Dżin (IV)

Moja przyjaciółka dość
szybko się pocieszyła i właśnie przed chwilą dowiedziałam się, że zamierza
spędzić ten wieczór, a może nawet i nockę, u boku pewnego przystojnego Portugalczyka.
Dżina także nie było widać, widocznie również był zajęty.
Z prawdziwą ulgą
przebrałam się w piżamę i wyszłam na balkon, by poprzyglądać się nocnemu życiu
głównej ulicy Sousse. Kiedy już czułam, że oczy same mi się zamykają, wróciłam
do łóżka i po chwili błogo zasnęłam.
Obudziło mnie dziwne,
nieokreślone uczucie. A w dodatku bardzo przyjemne…
Leżałam, cicho
pomrukując, niczym drapany za uszkiem kot, bardzo powoli wracając do
rzeczywistości.
I dopiero wtedy, z
pełną ostrością dotarło do mnie, skąd wzięła się tak intensywnie smakowana
przeze mnie rozkosz.
Do moich pleców tulił
się Amir, ustami pieszcząc skórę na karku, a palcem masując nabrzmiałą
łechtaczkę.
– Do stu piorunów!
– Odepchnęłam go z całą siłą i gwałtownie usiadłam na łóżku, otulając się
kołdrą. – Co to ma do cholery znaczyć?!
Z pewnością nie czuł
się winny. Uśmiechał się bezczelnie, lekko przygryzając dolną wargę.
– Podobało ci się.
– To nie było pytanie, tylko stwierdzenie.
– Słuchaj ty
niewyżyty erotomanie! Jak jeszcze raz przyłapię cię na podobnym wybryku, to
daję słowo, że zażyczę sobie byś został impotentem! Nawet poświęcę na to jedno
życzenie!
– Ależ ty jesteś
uparta! – Przekręcił się i leżąc na plecach z rękoma pod głową, zapatrzył się w
sufit. – Naprawdę nie chcesz bym skończył? – Zerknął na mnie ukradkiem.
Wciąż byłam oburzona i
zła, ale gdy pomyślałam, że mógłby… Nie, nie! Po moim trupie!
Milcząc odsunęłam się
na sam skraj łóżka i położyłam pomiędzy nami poduszkę.
– Jeśli chcesz
pozostać w tym pokoju, to radzę nie przekraczać ci wyznaczonej granicy.
Westchnął tylko. Potem
bez słowa odwrócił się do mnie tyłem.
Bardzo długo leżeliśmy
w całkowitym milczeniu. Z pewnością, on również nie mógł zasnąć. Byłam na niego
naprawdę wściekła, bo doprowadził mnie do stanu, który za nic nie chciał minąć.
Moje ciało płonęło i nie umiałam temu nijak zaradzić. Gdyby był tu Adrian… I
znów pojawiło się dziwaczne skojarzenie z pewnym ssakiem.
– Ta koza, to
twoja sprawka? – spytałam surowo.
– Nie – zaprzeczył
bez wahania, ale jakoś mu nie uwierzyłam. Jeśli byłby niewinny, to zamiast zaprotestować,
spytałby o szczegóły.
– To wcale nie
jest zabawne.
– No co ty? – Odwrócił
się i spojrzał rozbawiony.
– Dlaczego los
pokarał mnie akurat tobą? – poskarżyłam się w przestrzeń. – Nie mógł trafić mi
się jakiś porządny, normalny baśniowy stwór? Taki, który solidnie spełniłby
moje życzenia i wrócił do lampy…
– Jestem za to
najseksowniejszy!
– Też mi korzyść –
prychnęłam.
– Gdybyś nie była
taką świętoszkowatą cnotką niewydymką, to z pewnością doceniłabyś mą skromną
osobę.
Aż poderwało mnie z
posłania.
– Że jak? –
wysyczałam z wściekłością.
Nie odpowiedział, tylko
się roześmiał.
– To udowodni mi,
że nie mam racji – dodał prowokująco.
Co za uparty, namolny…
Reszta tego, co pomyślałam nie nadawałby się do powtórzenia w przyzwoitym
towarzystwie. W nieprzyzwoitym zresztą też.
Bez słowa odwróciłam
się i desperacko zacisnąwszy oczy, próbowałam przywołać sen. Dżin szczęśliwie
dla niego, siedział cicho. Gdyby znów zaczął truć to chyba faktycznie
wyraziłabym życzenie, aby poszedł sobie do wszystkich diabłów. Po chwili,
usłyszałam nawet błogie pochrapywanie.
Tymczasem mój umysł
pracował na najwyższych obrotach. Przez głowę przewijało się tysiące myśli
naraz, w najmniejszym stopniu nie pozwalając na zaśnięcie. Po godzinie takich
męczarni, wstałam i wygrzebałam z kosmetyczki Lany, pigułki na bezsenność.
Podziałały, bo kilka minut później i ja z ulgą poczułam, że zasypiam.
Kiedy się obudziłam,
Amir nadal leżał nieruchomo. Spał snem sprawiedliwego, którego spokoju nic nie
jest w stanie zakłócić.
Ziewnęłam potężnie i
zwlekłam się z łóżka. W łazience napełniłam pustą butelkę po mineralnej zimną
wodą i z powrotem poczłapałam do sypialni.
Stanęłam nad dżinem i
wylałam mu to wszystko na głowę. Efekt był piorunujący! Zerwał się z posłania,
usiłując złapać oddech i nieprzytomnie mrugając oczyma.
– Pobudka
– oświadczyłam radośnie. – Bo się spóźnimy na nasz wielki show!
– Zwariowałaś? –
wrzasnął nieoczekiwanie rozzłoszczony.
Nie zniżyłam się do
odpowiedzi, tylko usatysfakcjonowana wyszłam na balkon, by zaczerpnąć świeżego
powietrza. Za mną podążył rozjuszony, ociekający wodą Amir.
– No co? – Oparłam
się o barierkę i rzuciłam mu pogodne spojrzenie. – Teraz jesteśmy kwita.
– Ja ci chciałem dać
orgazm, a ty mnie oblałaś lodowatą wodą i uważasz, że jesteśmy kwita?
– Tak.
– Ty mała… – Zacisnął
zęby. Spojrzałam na niego odrobinę niepewnie. Prawdę mówiąc nigdy wcześniej nie
widziałam go tak wściekłego. Dżin właśnie machnął ręką i zdusił na
przedramieniu zbłąkaną pszczołę. Potem syknął i podejrzliwie obejrzał rozmazane
truchło robala.
– No i widzisz, co
narobiłeś? Z pewnością cię ugryzła. Daj, pokaż!
Bez sprzeciwu pozwolił obejrzeć
ramię. Miejsce po ukąszeniu powoli puchło i czerwieniało. Zastanowiłam się,
czym można by to było posmarować.
– Usiądź tutaj i
nie wierć się – przykazałam surowo. – Muszę wyjąć żądło.
– Au! – krzyknął,
podskakując nerwowo. – Czego ty używasz?
– Paznokci. A co?
Źle znosisz ból?
– Po prostu to
wyjmij – warknął.
W skupieniu pochyliłam
się nad coraz bardziej gorącym przedramieniem. Tylko syknął, kiedy wyjęłam
mikroskopijny kolec.
– Siedź spokojnie.
Trzeba jeszcze opatrzyć.
Zaraz, czym powinnam to
posmarować? Słyszałam kiedyś, że na podrażnioną skórę najlepsze jest masło.
Zwykłego nie mam, ale przedwczoraj kupiłam orzechowe na przekąskę pomiędzy
śniadaniem, a obiadokolacją.
Amir z rezygnacją
wlepił wzrok w sufit.
– No! Teraz będzie
lepiej. – Na koniec przylepiłam kawałek plastra. – Mam dobrą wiadomość – będziesz
żył!
– A złą? – mruknął
i w roztargnieniu dotknął spuchniętego i gorącego ramienia.
– Za dwa życzenia
wrócisz do lampy…
Ledwo wypowiedziałam te
słowa, to zrobiło mi się głupio. Mimo wszystko nie zasłużył na takie
traktowanie.
– Przepraszam –
powiedziałam zakłopotana.
– Nie ma za co. –
Wzruszył ramionami. – Przecież masz rację. I czym u licha mnie wysmarowałaś?
Swędzi coraz mocniej…
– Masłem
orzechowym. Niczego innego nie miałam pod ręką.
Zaklął i biegiem ruszył
w kierunku łazienki. Podążyłam za nim i kiedy weszłam do środka, trzymał rękę
pod strumieniem wody.
– Mam uczulenie na
orzeszki! – warknął przez zaciśnięte zęby.
– Ty masz
uczulenie?! – Aż przysiadłam na krawędzi prysznica. – Żartujesz, prawda?
– A wyglądam? Zresztą,
co w tym dziwnego? Wampiry są uczulone na czosnek, wilkołaki na srebro, a ja na
orzeszki.
– No nie… –
odparłam ze zgrozą. – Wiesz, w bajkach…
– Tak, wiem. W
bajkach istnieje tylko dobro i zło, nie ma nic pomiędzy. Ten szlachetny na
końcu zwycięża, ten podły przegrywa. I nikt nie jest uczulony na żadne pokarmy.
Zaczęłam się śmiać. On
również przywołał na twarz coś, co przy dobrych chęciach można było wziąć za
grymas radości. Musiałam go udobruchać, jeśli w przyszłości miał być pomocny.
No i szczerze przyznaję, że zrobiło mi się go odrobinę żal.
– Nie złość się. –
Wstałam i oparłam dłonie o muskularny tors. Nie powiem, to było przyjemne
doznanie. Potem uniosłam głowę i ze skruchą spojrzałam w ciemne oczy. – Daję
słowo, że…
Dżin raptownie pochylił
się i pocałował mnie. Było to tak nagłe, że odruchowo odpowiedziałam mu tym
samym. Jego wargi miękko wpiły się w moje usta, język zaczął buszować bez
najmniejszych skrupułów, a dłonie zacisnęły się na pośladkach.
Można powiedzieć, że
trafiłam do nieba! Robił to wyjątkowo delikatnie i czule, choć można się domyślać
żaru, ukrytego za tą fasadą.
Było mi cudownie,
rozkosznie i…
– Jak śmiesz?! – Wyrwałam
się z jego ramion i posłałam mu mordercze spojrzenie. Niestety nie miał na tyle
przyzwoitości by paść trupem na miejscu, tylko roześmiał się i odrzekł:
– Teraz jesteśmy
kwita!
Uznałam za słuszne nie
odzywać się do niego przez pozostałą część dnia. W milczeniu zapakowałam
najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka i udałam się na plażę. Na szczęście hotel,
w którym nocowałyśmy, miał przydzielony limit leżaków z parasolami, więc nie
miałam problemu ze znalezieniem wolnego miejsca.
Fakt, że Arabowie
podrywają wszystko jak leci, stwierdziłam już na samym początku pobytu. Nie
ważne czy byłam młodą, piękną dziewczyną, czy też zramolałą staruszką bez zębów
i tak zasługiwałam na uwagę, jako turystką. Czasem pomagało symulowanie
głuchoty, ale najczęściej po prostu ewakuowałam się do pokoju.
Właśnie taki jeden
przypętał się i z rozanieloną miną usiłował nawiązać konwersację. Nie był
brzydki, ale jakoś nie miałam ochoty na tego typu zabawy. Ponieważ ponure
spojrzenia nie podziałały odstraszająco, z rezygnacją pomyślałam, że będę
musiała wrócić do hotelu.
I wtedy usłyszałam
głosy przyjaciół. Zjawili się wszyscy, witając mnie z entuzjazmem. Od razu nie
uszło mej uwadze, że pomiędzy Laurą i Adrianem panuje wrogie milczenie. W duchu
zatarłam ręce z radości. Niedoszły amant ulotnił się w mgnieniu oka, słusznie
dochodząc do wniosku, że nic tu po nim.
– Gdzie jest Lana?
– spytał Maks, ze skupieniem rozkładając koc obok mego leżaka. Oliwer i Sonia
również spojrzeli z zainteresowaniem. Tylko Laura uparcie wpatrywała się w
błękit wody, nie zwracając uwagi na psi wzrok Adriana. „Kretynizm niektórych
facetów bywa niepojęty” – pomyślałam zdegustowana tym widokiem.
– Na randce z
przystojnym Portugalczykiem. Rano dzwoniła, że nie trafi na śniadanie, a
dopiero na kolację.
– Szczęściara –
westchnęła Sonia, wymownie zerkając na Maksa. Nic dziwnego, tajemnicą
poliszynela pozostawało to, iż żywiła do niego głębokie, acz nieodwzajemnione
uczucia. Chociaż osobiście sądziłam, że po tylu latach, robiła to już niejako z
rozpędu.
– Cześć. – Tuż
obok rozległ się głęboki, lekko kpiący głos. – Przedstawisz mnie?
Amir rozsiadł się
wygodnie na kawałku mojego leżaka i z zainteresowaniem przyjrzał całemu
towarzystwu. Nie da się ukryć, że na jego widok Laura gwałtownie spąsowiała i
za wszelką cenę usiłowała spoglądać w inną stronę.
A szkoda, bo nawet ja
niechętnie musiałam przyznać, że było co podziwiać. Wysoki, umięśniony
przystojniak, w kąpielówkach, które bynajmniej nie ukrywały, jakimi walorami
dysponuje. Chociaż miały dość obciachowy wzorek w wisienki. Skąd on u diaska
brał te ciuchy? Poza tym ciemne oczy hipnotyzowały i czarowały w sobie tylko
wiadomy sposób. Ciekawe ile w tym było magii, a ile rzeczywistego uroku
osobistego?
Dżin spojrzał na mnie z
ironią. Przez chwilę nie rozumiałam, o co mu chodzi, ale w końcu zorientowałam
się, że wskazywał na Adriana. Skrzywiłam się, pokazując mu, iż mam w nosie jego
zdanie. Ja chciałam by mój złotowłosy książę zakochał się we mnie bez pamięci!
Nic więcej nie miało znaczenia. A zwłaszcza opinia bezczelnego, kłopotliwego
dżina erotomana.
Wraz z przybyciem Amira
konwersacja wyraźnie zyskała na ekspresji. Nawet Laura przestała być aż tak
nadęta i co chwila rzucała jakąś celną ripostę, połączoną z zalotnym mruganiem
rzęsami. Za to Adrian wyglądał na coraz bardziej markotnego.
Poczułam się tym
wszystkim zdegustowana. Oczywiście, to było to, czego chciałam, ale dlaczego on
nie walczył o swoją ukochaną? Posyłał jej tylko pełne niemego wyrzutu
spojrzenia, prezentując minę zbitego psa. Czyżby dżin miał rację nazywając go
mydłkiem?
Wstałam z leżaka i
delikatnie dotknęłam ramienia Adriana.
– Masz ochotę na
kąpiel? – spytałam cicho. Skinął głową. Reszta nawet nie zauważyła naszego
odejścia. No może za wyjątkiem Amira, który zmrużył oczy i posłał mi ironiczne
spojrzenie.
– Co się dzieje
między wami? – Zamierzałam kuć żelazo póki gorące.
– Nie wiem… Nie
rozumiem Laury. Wszystko było dobrze i nagle zmieniła się, niemal o sto
osiemdziesiąt stopni.
– Może cię zdradza?
– podsunęłam i z bijącym sercem czekałam na odpowiedź.
– Laura? Nie sądzę
– uśmiechnął się smutno. Boże! Jakie on miał cudne oczy, niemal tak błękitne
jak bezchmurne niebo nad naszymi głowami.
Trudno. Muszę
poinformować dżina, że dziś wieczorem czeka nas zadanie bojowe. Rozmawialiśmy
jeszcze trochę na obojętne, banalne tematy, po czym wróciliśmy na plażę. Prócz
jednej osoby, nikt nie zainteresował się naszą nieobecnością. Było wesoło,
gwarno i po raz pierwszy poczułam, że to mogą być najlepsze wakacje mego życia.
Zadowolona z całego
świata i absurdalnie szczęśliwa wróciłam do pokoju. Lana jeszcze się nie zjawiła,
za to po kilku minutach pokazał się dżin. Od razu postanowiłam poruszyć kwestię
dzisiejszej akcji.
– Co z Laurą?
– A co ma być? – Wyraźnie
słyszałam niechęć w jego głosie.
– Miałeś się nią
zająć po kolacji.
Nie odpowiedział, tylko
usiadł w fotelu i zerknął na mnie ponuro.
– Dobrze.
– Nie wykręcisz
żadnego podłego numeru?
– Nie.
– Ja cię nie
poznaję! – Cmoknęłam z przyganą. Rzeczywiście, był jakiś nieswój.
– Mogę cię
pocałować?
Zatkało mnie. On znowu
zaczyna!
– No wiesz! Już na
ten temat rozmawialiśmy.
– Jak mam się na
czymkolwiek skupić, jeśli myślę tylko o tobie?
– Przestań! – Tupnęłam
nogą.
– Dobrze. Ale
pamiętaj – sama tego chciałaś!
Wstał i wyszedł w
pośpiechu. Gdzie się podział jego dobry humor, zadziorne odzywki, celne
riposty? Po raz pierwszy, od kiedy uwolniłam go z lampy, wyglądał na naprawdę
przygnębionego.
Kiedy zjawiła się Lana
musiałam ze wszystkim szczegółami wysłuchać jej zwierzeń. Zresztą, dało mi to
okazję by oderwać się od własnych problemów. Potem była kolacja i spotkanie w
pubie, na które umówiliśmy się jeszcze na plaży.
Byłam coraz bardziej
zaniepokojona, bo nigdzie nie widziałam Amira. Już dawno powinien był się
pojawić. Co on znowu kombinował?
Piliśmy piwo, graliśmy
w bilard i rozmawialiśmy na lekkie, przyjemne tematy. Ku mojej utajonej
wściekłości Laura i Adrian wyglądali, jakby nagle doszli do porozumienia. Może
nie ćwierkali niczym dwa zakochane gołąbki, ale z pewnością znajdowali się na
dobrej drodze ku pełnej zgodzie.
A Amira wciąż nie było…
Gdzie ten bydlak się
podziewał? Od utrzymywania na twarzy sztucznego uśmiechu, coraz bardziej bolała
mnie szczęka. Upiorna wyobraźnia podsuwała różne pesymistyczne scenariusze. Aż
do momentu, kiedy ujrzałam nadchodzącego dżina.
Ubrany prezentował się
jeszcze lepiej i nie było kobiety, która nie odprowadziłaby go zafascynowanym
spojrzeniem. Odporna na ten jego urok osobisty, wzięłam się pod boki i
przybrałam surową minę. W dłoni trzymał cudnej urody różę, w ognistym,
czerwonym kolorze. I teraz podał ją mnie.
– Proszę. To na
przeprosiny.
Zamarłam, bo nie
spodobał mi się ten gest. Nie ukrywam, iż wolałam, by kwiatek dostała Laura.
– Co ty wyprawiasz
kretynie? Oprzytomnij! – wysyczałam, dyskretnie odciągając go na bok.
– Nie lubisz
dostawać kwiatów?
Znów był sobą. W oczach
miał te drwiące iskierki, na ustach lekko pogardliwy uśmiech. Bynajmniej nie
nastawiło mnie to bardziej przyjacielsko.
Chwyciłam go za klapy
marynarki i zmusiłam do pochylenia, tak bardzo, ze staliśmy teraz twarzą w
twarz.
– Wiesz, co masz
robić? Więc nie psuj wszystkiego głupimi wybrykami.
– To głupie, że
daję ci kwiaty?
– Owszem, głupie i
niepotrzebne. A teraz, jazda i do roboty!
– Tylko jeśli ze
mną zatańczysz.
– To ja tu ustalam
zasady!
– Idiotyczne zasady,
musisz przyznać?
O mało nie pękłam ze
złości.
– Skoro nie chcesz
mi pomóc dobrowolnie, w takim razie życzę sobie, by Laura zerwała a Adrianem
raz i na zawsze! Tu i teraz!
Spojrzał na mnie
badawczo.
– Naprawdę przez
swój dziecinny upór, chcesz zniszczyć to, co pomiędzy nimi jest?
– Nie obchodzi
mnie to!
– Nie obchodzi
cię, że oni się kochają?
– Usiłujesz
wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia? – spytałam z ironią.
– Ona przestanie
go kochać, on jej nie. Pomyślałaś, że być może na zawsze go unieszczęśliwisz?
– Podły drań –
warknęłam. – Musisz mi to mówić?
– Poprzednio
miałaś pretensje, że nie ostrzegłem cię o możliwych konsekwencjach. Teraz
marudzisz, bo to zrobiłem. Zdecyduj się w końcu babo!
Rozluźniłam uchwyt na
jego ubraniu.
– To co ja mam
teraz robić? – spytałam z nieoczekiwaną rozpaczą.
– Zakochać się we
mnie! Albo przynajmniej zgodzić się na mały numerek…
Zrezygnowana pokręciłam
głową.
– Może zażyczę
sobie, byś zamienił się w żabę? Taki płaz to ma przyjemne, bezstresowe życie…
Ha! To lepiej mnie zmień. Od razu pozbędę się hurtem wszystkich problemów.
Objął mnie i ze
śmiechem oświadczył:
– Byłabyś śliczną
żabcią!
– Och! Już lepiej
bądź cicho! Denerwujesz mnie tymi gadkami.
– Co z ciebie za
kobieta, że złoszczą cię miłosne wyznania?
– Byłoby inaczej,
gdyby to Adrian deklarował się w ten sposób.
O dziwo, nie poddał
się. Pogłębił tylko uścisk i nie krępując się towarzystwem otaczających nas
osób, zaczął pieścić ustami moją szyję. Na chwilę zdrętwiałam ze zgrozy, bo w
jaki sposób miałam niby wytłumaczyć znajomym tą poufałość?
– Ale Adrian z
pewnością nie mógłby ci dać tego, co ja…
Ze spokojem
wyślizgnęłam się z jego objęć. Nie wiadomo skąd, tuż obok nas znalazła się
Lana. W oczach miała dwa pulsujące chciwą ciekawością znaki zapytania.
– Od razu trzeba
było powiedzieć, że na niego lecisz, a nie wciskać ten kit o piątce dzieci –
rzekła z wyrzutem.
– Obiecała mi
zapłacić w naturze – bezczelnie stwierdził dżin. Z całej siły kopnęłam go w
łydkę. – Au! No co? – Spojrzał na mnie z cierpiętniczą miną.
– Mam cię dość –
oświadczyłam i odwróciwszy się na pięcie po prostu wyszłam na zewnątrz.
W normalnym kraju
poszłabym ze spokojem na długi spacer po plaży, próbując ukoić zszargane nerwy.
Ale przecież nie w Tunezji!
Balkon wydawał się
bezpiecznym schronieniem. Poszlochałam sobie odrobinę, oczywiście do czasu, gdy
pokazał się dżin.
– Czego chcesz? –
spytałam wrogo.
– Przeprosić. –
Również oparł się o barierkę, stając tuż obok. – I dać słowo, że to był ostatni
raz.
– Co? Twoje
wygłupy?
– Niezupełnie. To,
że chciałem ci pokazać, iż rzeczywiście mi się podobasz. Od tej chwili nasze
kontakty będą, że tak powiem, służbowe.
Akurat! Prychnęłam z
niedowierzaniem. Z drugiej strony nie byłabym normalna, gdyby nie pochlebiał mi
jego zachwyt. Może faktycznie powinnam wrzucić na luz i zdecydować się choć na małe,
co nieco?
Westchnęłam z udawanym
dramatyzmem.
– I nie będziesz
już paradował nago?
– Nie. Będę
zamęczał cię moim towarzystwem tylko wtedy, gdy okaże się to konieczne.
– Trzymam cię za
słowo – odparłam twardo, odganiając od siebie kuszącą perspektywę
niezobowiązującego seksu. Żadne takie…
Tej nocy w łóżku
towarzyszyła mi tylko Lana. Przynajmniej nad ranem, jak już wróciła z kolejnej
randki.
cdn…

Darmowe opowiadania mailem!

Wystarczy zapisać się na listę

I agree to have my personal information transfered to MailChimp ( more information )

I will never give away, trade or sell your email address. You can unsubscribe at any time.

Powered by Optin Forms
Oto Babeczka:

Matka, żona, matematyk. Pisze od bardzo dawna, publikuje od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie żyć bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Nie mam pomysłu na nowe przygody Liloo i Amira ale BARDZO bym chciała, żeby text dostał kontynuację…
    Nie chcę mówić za dużo bo wiem, że są tu osoby, które wyczekują na zakończenie i nie ma co psuć im zabawy 🙂 ale marzę o "hepi endzie" o tym, że końcówka okazała się żartem Dżina i żeby przeżyli razem jakąś erotyczną przygodę… albo kilka takich przygód;)) /
    pozdrawiam,
    LIA.

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Dla wiernej czytelniczki oraz czytelniczek mogę ewentualnie skrobnąć zakończenie alternatywne :))))))
      To za bardzo mi się podoba, bym z niego zrezygnowała 😉

  2. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Ja tez nie mam pomyslu jakie przygody mogli by przezyc dzin i liloo ale jedyne co mi sie nasowa zeby ja końcu dżin byl ueolniony z lampy i był z liloo

  3. Echolalia
    | Odpowiedz

    Cholera, dlaczego mnie nikt tak nie budzi… -.-

  4. Rouse Karmen
    | Odpowiedz

    Jest zdecydowanie za spokojnie jak na tą część:-)

  5. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Tylko jedna uwaga, pszczoła żądłi, nie gryzie. Pszczoła po użadleniu ginie. Osy gryzą i żyją dalej.Wnuczka pszczelarza. Opowiadanie super:))

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Słodkie dzieciństwo 😉 prawda? Dzięki, wrócę do tego i poprawię, bo dziś już nie mam siły, tylko odpowiem na komentarze i idę spać 🙂

Napisz nam też coś :-)