Dżin (VIII)

with 3 komentarze
Moi drodzy! Nie zdziwcie się, gdy umilknę na jakiś czas, bo komputer zaczyna mi wyczyniać różne psikusy. Przed chwilką zaśnieżyło mi 95% ekranu :(((
Jakby co, daję na szybko kolejną część Dżina. 
 
 
Dżin (VIII)
 
Sprawa była
skomplikowana i naprawdę poważna.
Amir jeszcze przez
kilka dni po incydencie z wilkiem i kapturkiem, nie odzywał się ani słowem.
Unikał mnie jak tylko mógł, ale ponieważ złośliwa ze mnie bestia, utrudniałam mu
to na tyle, na ile było możliwe.
Perfidnie paradowałam
po domu w przewiewnym szlafroczku, nie mając nic pod spodem. Albo znienacka
wchodziłam do sypialni owinięta zaledwie w ręcznik, który bez krępacji
zrzucałam, by się móc się ubrać.
Zazwyczaj czerwieniał
tylko, a potem nadęty i wciąż urażony, dostojnie porzucał moje towarzystwo.
Z początku mnie to
śmieszyło. Później poczułam się zaniepokojona. I niechętnie musiałam przyznać,
że brak mi dawnego Amira…
Cóż było robić?
Wykorzystując jego chwilową nieobecność, uszykowałam wykwitną kolację,
udekorowałam stół świecami i innymi duperelami, oraz wbiłam się w odświętną
kieckę.
– Co to ma niby
być? – spytał patrząc na mnie podejrzliwie. Skromnie spuściłam oczy i
wyszeptałam przeprosiny.
– A to na zgodę –
wskazałam na jedzenie.
– Nie dosypałaś
tam czegoś? Trutki na szczury albo wiagry?
– To drugie
przeszło mi przez myśl – przyznałam uczciwie, zajmując miejsce naprzeciwko
niego. – Ale wolę to robić w tradycyjny sposób. Wystarczy, że zdejmę sukienkę…
Prychnął lekceważąco.
– Na twoim miejscu
nie byłbym taki pewien!
– …i bieliznę –
dokończyłam. – Nie mówię o tym czy się skusisz, ale stanąć, to na pewno ci
stanie!
– Liloo! Ja cię
nie poznaję?
– Przecież lubisz
chętne i napalone?
– To nie dotyczy
ciebie – powiedział krótko, nalewając sobie wina do kieliszka.
– Jeszcze niedawno
twierdziłeś inaczej…
– Zmieniłem
zdanie. I nie rozmawiajmy już więcej o tym.
– Jak chcesz – westchnęłam
teatralnie. – Od teraz będę zimna jak lód i twarda niczym skała.
W milczeniu
przystąpiliśmy do jedzenia. Bardzo długo panowała między nami cisza, której
bynajmniej nie zamierzałam przerywać.
– Nigdy cię nie
kusiło? – odezwał się nieoczekiwanie Amir.
– Niby co?
– Nigdy nie kusiło
cię, by zażądać oszałamiającej urody, nieprzebytego bogactwa lub wiecznego
życia?
Wzruszyłam ramionami.
– Pierwsze już mam
– oświadczyłam nie zważając na jego sceptyczne prychnięcie. – Drugie
przysporzyłoby mi samych kłopotów, a trzecie… Nie mam nikogo z kim mogłabym
dzielić moją nieśmiertelność, więc na co mi ona?
Trzeba przyznać, że go
ustrzeliłam. Zamarł z widelcem w pół drogi, wpatrując się we mnie w zdumieniu.
– Liloo, a mogę
spytać na co chcesz wykorzystać ostatnie życzenie?
– Tak sobie
myślałam… – zabębniłam palcami w blat stołu. Potem oparłam podbródek na
złączonych dłoniach i spojrzałam z powagą w jego oczy. – Tak sobie myślałam,
czy nie mogłabym poprosić o wolność dla ciebie? Czytałam regulamin i nie
znalazłam żadnego punktu, który by tego zabraniał.
– Mówisz serio? –
spytał zdławionym głosem.
– Tak. Pozostaje
tylko pytanie, czy tego chcesz?
– Żartujesz?
Pewnie, że tak!
– Staniesz się
najzupełniej normalny. Nie będzie magii, teleportacji czy nadnaturalnej siły.
Będziesz chorował na zwykły katar, albo i inne paskudztwa… Zaczniesz się
starzeć, potem umrzesz… O matko! Sama siebie zdołowałam – dodałam z
niesmakiem.
Ale Amir nie podchwycił
mego żartobliwego tonu.
– Nie wiesz jak to
jest, kiedy w każdej chwili możesz trafić do zimnej i przerażającej pustki –
powiedział cicho. – Tam gdzie myśli się tylko o wszystkich zmarnowanych
szansach, o niezrealizowanych marzeniach.
– Tu także wielu
ma z tym problem.
– Ale ja nie mam
wyboru.
– Kiedyś miałeś.
Jak trafiłeś do lampy?
Bardzo długo nie
odpowiadał. I przysięgłabym, że w jego oczy odrobinę zwilgotniały.
– Zabiłem kogoś.
– To znów nie tak
wiele… – powiedziałam, być może odrobinę lekceważąco.
– Kobietę, którą
kochałem.
Można powiedzieć, że
mnie zaszokował. Spodziewałam się wielu rzeczy, ale to…
– Jej ojciec parał
się czarną magią. Moja śmierć to było dla niego za mało, chciał bym cierpiał w
nieskończoność. I przyznaję, że wybrał doskonale! Zasłużyłem na swój los.
Co miałam odpowiedzieć?
Miałam na czubki języka głupią uwagę, że gdyby każdego mordercę karali pobytem
w czarodziejskiej lampie, to przestępczość zmalała by do zera. Ale jakoś nie
miałam serca, by powiedzieć to na głos.
Obok żalu i zdumienia,
pojawiła się malutka iskierka zazdrości. I niepewność. Dotąd Amir wydawał mi
się cudownym mężczyzną, może i wkurzającym, ale sympatycznym, a teraz okazało
się…
– Dlaczego to
zrobiłeś? – spytałam cicho. Żeby go osądzić, musiałam poznać całą prawdę.
– Nie zrozumiesz
świata, w którym wtedy żyłem. Świata pełnego magii, zespolonego ze zwykłą
rzeczywistością i przesiąkniętego nią w zupełnie naturalny sposób. Czary to nie
był tylko temat telewizyjnego skeczu, ale coś całkiem bliskiego, wręcz
namacalnego.
– No dobrze –
powiedziałam zniecierpliwiona. – Rozumiem co odebrała nam cywilizacja, ale co
to ma do rzeczy?
– Naraziłem się
jednej kobiecie, bo pokochałem inną. Miałem pecha, bo trafiłem na czarownicę,
podłą, samolubną i nieuznającą odmowy. A wiesz, że nawet mi ją przypominasz? –
uśmiechnął się szeroko, mrugając porozumiewawczo. Nie obraziłam się, bo
zrozumiałam, że próbuje w ten sposób rozładować napięcie.
– Nie wdając się w
zbędne opisy, dała mi coś, po czym dostałem prawdziwego szału. Współcześni
prawnicy powiedzieliby, że byłem niepoczytalny. Resztę możesz sobie
dopowiedzieć…
– Nie kłamiesz? –
zerknęłam na niego podejrzliwie. – Ta historia jest strasznie banalna.
Bez słowa odwrócił
głowę.
– Tak, jest
banalna – odparł z goryczą. – Zazwyczaj za prostymi słowami, kryje się jakaś
mało skomplikowana, prosta opowieść. Co nie oznacza, że mniej bolesna.
– Sam musisz
przyznać, że ten grobowy nastrój nie bardzo do ciebie pasuje.
Nic nie powiedział, tylko
niemrawo dziabał widelcem i tak już nieźle umęczony kawałek mięsa.
– Mamy jeszcze
kilka zleceń – odezwał się po chwili.
Wzruszyłam ramionami.
– Poczekam. Aż tak
bardzo mi się nie spieszy do zwykłego, nudnego życia. Tobie chyba też nie?
– Tak jak jest
teraz… – uśmiechnął się. – Mówiłem ci już, że jesteś cudowna?
– Mówiłeś o mnie
„cnotka niewydymka” – zagryzłam wargi by się nie roześmiać. – A poza tym
sprawdziłam. W tym cholernym regulaminie nic nie ma o zakazie stosunków
pomiędzy życzeniodawcą, a życzeniobiorcą.
– Mamy zlecenie –
pośpiesznie zmienił temat. – Tym razem naprawdę poważne.
– Taaa… Z
pewnością.
Pozwoliłam mu zakończyć
poprzedni wątek, choć miałam szaloną ochotę spytać, jaka ona była. I czy na
serio tak bardzo ją kochał?
Niedobrze. Byłam
zazdrosna! To kiepsko wróżyło na przyszłość. Chociaż, gdyby Amir stał się
zwyczajnym mężczyzną?…
A może wtedy by się
zmienił? Może wcale nie chciałby pozostać u boku pyskatej, szalonej studentki
matematyki?
Niezależnie od tego,
chciałam podarować mu to moje ostatnie życzenie.
– Mów! Mam
przygotować kilka paczek prezerwatyw, kajdanki i pejcze?
– Wyczaruję ci
wibrator – odparował złośliwie.
– Nie, dziękuję.
Nie lubię tych plastikowych bubli na mini bateryjki. Wolę takie o napędzie
jądrowym… Czego dotyczy zlecenie?
– Smoka.
Zastygłam zdumiona.
– Oszalałeś? Smoki nie
istnieją!
– Tak jak wampiry,
dżin, wilkołaki i cała reszta.
– No dobrze –
stwierdziłam z narastającą rozpaczą. – Może ja się nie znam, ale taki smok to
chyba duży jest? Trochę ciężko byłoby go ukryć, tak by pozostał niezauważony?
– Gadzina przez
ostatnie dwieście lat spała kamiennym snem. Jest taka mała wioska w centralnej
Polsce, nazywa się Trupolasy.
– Chcę spokojnej
pracy w biurze – wymamrotałam, wypijając duszkiem to co miałam w kieliszku.
– Co mówisz?
– Nic, nic.
Kontynuuj.
– Smok spał sobie
spokojnie w swojej jaskini, pilnowany przez członków miejscowego stowarzyszenia
wiedźm…
– Jakiej jaskini?
W centralnej Polsce?!
– No nie wiem.
Może to była jakaś jama czy nora. Czy to ważne? Kontynuujmy. Ostatnio dużo
młodych wyemigrowało do miast…
– …na zmywak –
podsunęłam usłużnie. Spojrzał na mnie z wyrzutem.
– W stowarzyszeniu
została tylko jedna wiedźma. Ale kiedy poleciała do wnuczki w odwiedziny…
– Na miotle??? –
spytałam zachłannie z nieukrywaną ciekawością.
– Liloo, przestań!
Samolotem. Tylko w drodze powrotnej potrącił ją tramwaj…
– Dziwne. Leciała
samolotem, a potrącił ją tramwaj? Co to za linie lotnicze?
– Jak ja cię!…
Nie okazując
najmniejszej skruchy, dolałam wina do naszych kieliszków.
– Mów dalej, obiecuję
więcej nie przerywać.
– Podsumowując;
zabrakło czarownicy, zabrakło magii. Smok zaczął się budzić. Wiedźma leży w
szpitalu, z nogami w gipsie, pod kilkoma kroplówkami. A robotę zleciła nam.
– Tu potrzebny
raczej tłusty baran lub nadobna dziewica.
– Szkoda byłoby,
gdyby ten smok cię zeżarł…
– No wiesz!
– Mógłby nabawić
się niestrawności. – Gładko uchylił się przed ciosem wymierzonym kawałkiem
bagietki.
– Następnym razem
użyję butelki! – zagroziłam. – I do twojej wiadomości: nie jestem dziewicą!
Może w tej wsi się jakaś znajdzie?
– Ha, ha! W
Trupolasach dziewice piją jeszcze bebiko!
– Szowinistyczna
świnia.
– No co? Mówiłem,
że większość młodych wyemigrowała. Naprawdę nie jesteś dziewicą? Dałbym głowę,
że tak!
Cholera! Głupio się
było przyznać, ale do końca to i sama nie wiedziałam. Mój eks chyba nie
dokończył roboty. Owszem, pokrwawiłam trochę, ale i tak miałam wrażenie, że
zawalił sprawę, spiesząc się do upragnionego finału. Pewnie przekonałabym się
za drugim razem, gdyby nie udało się nam pokłócić. Znaczy się, krzyczałam
głównie ja. On usiłował zdobyć się na kamienny spokój, przynajmniej dopóty,
dopóki nie przywaliłam mu w zęby, wybijając prawą jedynkę…
No, ale przecież nie
powiem o tym Amirowi! Nabijałby się ze mnie całą wieczność!
– To byś ją
stracił – odpyskowałam nieuprzejmie.
– Kręcisz Liloo,
kręcisz!
– A po kiego ci
moje dziewictwo? Myślisz, że gdybym była, to w podskokach pobiegłabym, by
zostać pożarta przez jakiegoś mitycznego potwora?
– To kłamliwy
osąd. On jest wegetarianinem.
– Zamiast
soczystego mięska, woli kwaśne jabłuszka? Jaja sobie ze mnie robisz?!
– O jabłuszkach
nic nie wiem, ale podobno uwielbia sałatkę z pomidora i ogórka. Nie patrz na
mnie z takim niedowierzaniem.
– To do czego, u
diaska, potrzebna mu akurat dziewica???
Amir miał znudzony
wygląd kogoś, kto pod przymusem musi wyjaśniać całkiem oczywiste rzeczy.
– Smoki uwielbiają
skarby. Każdy ma swoją, zazwyczaj całkiem sporą kupkę kosztowności. Niestety
nie lubią ich czyścić. Do tego zazwyczaj zatrudniają ludzi. A ci z kolei są
pazerni i podstępni. Dziewictwo symbolizowało kiedyś czystość i niewinność.
Gadziny nadal twierdzą więc, że do porządków najlepsze się dziewice.
– O ja głupia
cnotka niewydymka! – walnęłam się w czoło. – Że też nie przyszło mi to do
głowy!
– To może jednak?
– wyraźnie się ożywił. – Ułatwiłoby nam to zadanie.
– Wszystko jest
jakieś zagmatwane – stwierdziłam z irytacją. – I co w tej całej historii robi
czarownica?
– Jak dziecku, jak
dziecku trzeba tłumaczyć. – Pokręcił głową z dezaprobatą. – A więc od początku.
Smok sobie śpi kamiennym snem, czekając lepszych czasów…
– Znaczy się, nie
chce być przerobiony na buty i torebki?
– Tę ewentualność
także należy wziąć pod uwagę. Nad jego snem czuwają kolejne pokolenia wiedźm i
czarowników. Gdy zaczyna się budzić, odprawiają te swoje gusła i czary, po czym
smok zasypia na nowo. Czasem jednak na nic się to zdaje i gadzina się budzi. Po
czym przystępuje do handlu wymiennego.
– I oddaje rubiny
oraz złoto, za te ogórki i pomidory? Nic dziwnego, że ten gatunek wyginął w
toku ewolucji…
Amir kontynuował nie
zważając na moje głupie uwagi.
– Jak już ma pełny
brzuch, przystępuje do generalnych porządków. Do tego domaga się dziewicy.
– No dobrze –
powiedziałam z cierpiętniczą miną. – Mogę robić za dziewicę. Chyba tego nie
sprawdza? – dodałam zaniepokojona.
– A niby jak? – dżin
bezczelnie się roześmiał.
– Jesteś dla mnie
niedobry! Nie chcesz się ze mną kochać i wciąż się ze mnie naśmiewasz! –
wytknęłam z wyrzutem.
Pozostawił to bez
odpowiedzi.
– Co to za
romantyczna kolacja bez muzyki – pstryknął palcami i gdzieś z oddali dobiegł do
naszych uszu zmysłowy, nieco szorstki głos Niny Simone.
– Mogę panią
prosić? – Wyciągnął w moim kierunku dłoń.
To było coś całkiem
nowego.
I szalenie przyjemnego.
Wtuliłam się w jego
silne ramiona, czując jak wszystkie problemy, wszelkie wahania, odbiegają ode
mnie z nadświetlną prędkością. I wtedy po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że
choć wciąż robiliśmy sobie na złość, że co chwila o coś się kłóciliśmy, to i
tak był najcudowniejszym, znanym mi facetem.
I wcale nie miałabym
nic przeciwko spędzenia wieczności w jego towarzystwie!
***
– To on? –
spytałam szeptem, ukradkiem wskazując palcem na tłuste, łuskowate cielsko
leżące nieruchawo tuż w pobliżu wielkiego dębu. – Na tych warzywkach tak się spasł?
– dodałam niedowierzająco.
– Nie marudź. To i
tak jakiś wyjątkowo mały okaz.
– Bogu dzięki. Bo
inaczej uciekłabym z krzykiem, masz to jak w banku.
– Idziemy! – rozkazał,
energicznie się podnosząc i wynurzając z krzaków, w których dotychczas
siedzieliśmy obserwując obiekt. Z wahaniem podążyłam za dżinem, nie do końca
podzielając jego przekonanie o wegetarianizmie smoka.
– Dziewica? – Gad
otwarł jedno oko i łypnął złowieszczo w naszym kierunku. – A ty to kto? –
huknął w kierunku wcale nie przestraszonego dżina. To już raczej ja zaczęłam
dzwonić zębami.
– Menadżer –
odparł tamten.
– Me… Co? – Smok
zdezorientowany spojrzał na nas i niespokojnie poruszył ogonem, wzniecając
tumany kurzu.
Trzeba było przyznać,
że był piękny! Ogromne cielsko całkowicie pokrywał łuskowaty pancerz,
srebrzyście mieniący się w promieniach zachodzącego słoneczka. Wielgachne
skrzydła, na wpół złożone, lśniły wszelkimi kolorami tęczy. Ale najbardziej
niezwykłe, budzące fascynację miał oczy. Ogromne, niczym idealnie wypolerowane
tarcze, z pionowymi jak u drapieżnika źrenicami.
– Menadżer od
spraw finansowych, tej tutaj dziewicy – Amir wskazał na mnie ręką. – Takie
czasy, nic już za darmo nie ma – westchnął teatralnie.
Smok zabulgotał
zniesmaczony.
– Zaraz –
przerwałam tą handlową pogawędkę. – Jaki on cudny! – zachwyciłam się podchodząc
odrobinę bliżej. Mając za plecami dżina, aż tak bardzo się nie bałam. Byłam
wręcz stuprocentowo pewna, że nie pozwoli by stała mi się krzywda.
Smok mile połechtany
zarówno komplementem, jak i wyraźnie widocznym zachwytem na mojej twarzy, wstał
i prężąc cielsko, zaprezentował się nam w całej okazałości.
– Mamy mało czasu
– ostrzegł dżin. – Co dostaniemy za usługę?
– Ależ ty jesteś
nieuprzejmy – zganiłam go łagodnie, wciąż gapiąc się z podziwem na smoka.
– Jestem
praktyczny!
– Amir! –
wysyczałam. – Taka okazja, a ty mnie tu popędzasz!
– Właśnie – smok
zaprezentował całą rozpiętość skrzydeł.
– To co? Może umówicie
się na kawę, piwko i plotki? – zaproponował z ironią. – Czar ukrycia będzie
działał jeszcze kilka godzin. Potem zleci się tu, diabli wiedzą kto, i wybuchnie
niewątpliwa sensacja. A jego albo umieszczą w zoo, albo przerobią na buty…
Oboje spojrzeliśmy na
niego z wyrzutem. Ale co tu dużo mówić – miał rację.
– No dobrze. To gdzie
te skarby do czyszczenia? – spytałam zrezygnowana.
I właśnie w tej chwili
na polankę wpadł jakiś zreumatyzowany starzec, podkasując wysoko ciemnobrązowy
habit i wymachując czymś, co w zamierzchłych czasach mogło być mieczem.
Niestety młodzieńcze
lata powykrzywianych kończyn miał już dawno za sobą, więc wyłożył się na
pierwszej lepszej nierówności. Pordzewiałe żelastwo wypadło mu z ręki, a on sam
najzwyczajniej w świecie zarył nosem w miękkiej trawie.
– Co to niby ma
być? – spytałam z powątpiewaniem podchodząc bliżej i biorąc w dłoń tę pseudo
broń.
– Miecz do
pokonania bestii – wychrypiał, usiłując się podnieść.
– To?! – Rzekoma
broń przy upadku dziwnie się wygięła, przypominając bardziej harpun na
wieloryby, niż cokolwiek innego. – Amir, bądź dżentelmenem, pomóż panu!
Dżin bez słowa, z
drwiącym uśmieszkiem na twarzy, jednym energicznym ruchem postawił go na nogi.
Staruszek nieoczekiwanie wrzasnął:
– Au!… Moje
krzyże! Moje lumbago!
Smok przypatrywał się
wszystkiemu z nieukrywaną ciekawością.
– Jam jest rycerz
Zakonu Świętego Jerzego – oznajmił starzec dumnym głosem, masując obolałe
plecy. – Od zamierzchłych czasów zwalczamy te bestie!
– Niemożliwe! I
udało się wam jakąś zabić? – spytałam z niedowierzaniem, spoglądając na pogiętą
broń.
– Niejeden raz!
– Tym??? – Powątpiewanie
w moim głosie było bezkresne niczym ocean.
– No…
– zakłopotał się. – Kiedyś wyglądał lepiej. Troszkę przyrdzewiał, bo żadnej z tych
gadzin już od wieków nie widziano.
Spoglądałam
na zmianę, to na smoka, to na trzymany miecz.
– Naprawdę
chciałeś z nim walczyć TYM czymś???
Staruszek
miał nieco zakłopotaną minę.
– Tradycja
tego wymaga. To święta broń naszego założyciela, który sam pokonał nim kilka
tych potworów.
– Pewnie
młodo zginął? – spytałam w zadumie.
– I
słusznie jest użyć tu czasu przeszłego. – Zniecierpliwiony nagle dżin przerwał
tą miłą pogawędkę. – Mamy robotę. Zostaw tego zmumifikowanego szaleńca i
chodźże już!

Wiedziesz tą nadobną dziewoję na pożarcie? – Staruszek wybałuszył oczy ze
szczerym oburzeniem.
– Akurat
ten smok woli pomidory i ogórki – bezczelnie oznajmił mu dżin.
– Pomi…Co?
– Z
kropelką oliwy i szczyptą soli – dodał smok.
– Nazwał
mnie nadobną dziewoją! – wtrąciłam uradowana. – Może i zramolały, ale zna się
na kobietach.
Amir
tylko prychnął.
– Zaraz,
zaraz… – Staruszek rozejrzał się czujnie dookoła. – A gdzie ta podła,
sparszywiała wiedźma?
Licho
mnie podkusiło.
– Niestety…
– rzekłam grobowym tonem, starając się uronić choć łezkę. A niech ma biedaczek,
choć jednego wroga mniej.
Ale
wbrew moim oczekiwaniom, starzec złapał się za wychudłą pierś, z jego ust
wydobyło się przedśmiertne rzężenie, po czym zwalił się na powrót na ziemię,
niczym drewniana kłoda.
– No
i widzisz, co narobiłaś? – powiedział Amir z wyrzutem w głosie.
– Myślałam,
że się ucieszy! – odparłam opryskliwie. Co za czasy, nawet o wdzięczność ludzką
trudno.
– Pójdę
ze smokiem, a ty zajmij się zwłokami.
– On
jeszcze żyje.
Podeszłam
bliżej z powątpiewaniem spoglądając na sztywne ciało i zieloną twarz
nieszczęśliwego delikwenta.
– To
go ocuć. Ja się boję wariatów, wolę smoka.
– Godzinę
temu twierdziłaś coś innego?
– Zmieniłam
zdanie. Pa, pa! – Pomachałam mu na pożegnanie i podążyłam za lekko zniecierpliwioną
już bestią.
Droga
nie należała do najprostszych. Zanim dotarłam do ogromnej, wydrążonej spory
kawał pod powierzchnią, jamy czy też pieczary, nieźle się umęczyłam.
Zasapana,
przystanęłam w końcu w przeogromnym wnętrzu. Zamiast spodziewanych ciemności,
panował tu miły dla oka półmrok. Po prawej stronie widać było całą stertę czegoś,
co lśniło i kusiło swym blaskiem, mimowolnie przyciągając mój wzrok.
– Witaj
w moich skromnych progach – usłyszałam tuż obok aksamitny męski głos.
Odwróciłam się bez słowa i zamarłam. Smoka nie było, ale za to, tuż obok stał facet,
wyglądem symbolizujący odwieczne, kobiece marzenia. Z dumą trzeba przyznać, że
po obcowaniu z Amirem, byłam już nieco odporna na takie czary. Ale nie do
końca…
Wysoki,
choć bardziej smukły niż umięśniony, o połyskującej skórze, długich białych
włosach i srebrzystych oczach, niczym dobrze wypolerowane tarcze. Idealny w
całości, idealny w szczegółach, a przy tym tak naładowany erotyzmem, że czułam,
iż niemal otacza go delikatną, namacalną mgiełką.
Totalnie
mnie zatkało.
– Yyy…
– wydobyłam z siebie tylko, gdy podszedł bliżej i szarmancko ucałował moją
dłoń.
– Zwą
mnie Tamis.
No!
Dobrze chociaż, że nie Bronek czy Kubuś. Tego chyba bym nie przeżyła!
– Będziesz
stanowiła naprawdę miłą odmianę, pani!
No
tak. Wiedziałam, że z tymi warzywami to jakiś kant!
– Pożresz
mnie? – spytałam, desperacko rozglądając się w poszukiwaniu drogi ucieczki.
Jaka szkoda, że Amira zostawiłam na zewnątrz. Przydałby się jak nigdy dotąd!
Ale
smok, znaczy się jego ludzki odpowiednik zaczął się śmiać.
– Ależ
skąd! To by była niepowetowana strata. Miałem na myśli odmianę po tych
wszystkich zramolałych, zalatujących stęchlizną wiedźmach.
– Hę?!
– Spojrzałam na niego podejrzliwie.
– Nie
wyjaśniono ci twojej roli?
– Chyba
nie do końca. Miałam podobno polerować jakieś złoto i diamenty?
– Można
i tak to ująć – wymruczał, przyciągając mnie do siebie. Nie zaprotestowałam, nawet
wtedy, gdy jego ręce zaczęły błądzić po moim ciele.
No
nie! Kolejny napalony erotoman! W duchu już zaczęłam przeklinać dżina, ale
kiedy do szczupłych dłoni dołączyły usta, moje myśli stały się jakby bardziej
rozmazane i zdecydowanie mniej kategoryczne.
– Do
tego jest ci potrzebna dziewica? – spytałam, jednocześnie pomagając zdjąć mu
moją sukienkę. – No bo wiesz, ja nie do końca…
Spojrzał
na mnie bystro, a w jego oczach zamigotało niczym nie tajone pożądanie.
– Nareszcie!
Nareszcie po tylu stuleciach! – krzyknął najwyraźniej uradowany i z rozpędu
pocałował mnie w ucho.
Przyjemna,
ośmiogodzinna praca w biurze, zamajaczyła na horyzoncie, niczym raj upragniony…
Coś
tu cholernie nie pasowało! Z niejakim trudem skupiłam się na wyjaśnieniu
nurtujących mnie pytań, bo Tamis właśnie zaczął pieścić moje piersi, które nie
wiadomo kiedy, zdołał wysunąć ze stanika.
– Skoro
wolałbyś nie-dziewicę, to dlaczego…
– Tradycja,
kochaniutka. Tradycja. Co by ze mnie był za smok, gdybym zamiast niewinnej
dziewicy zażądał wsiowej kurtyzany?
– Nie
jestem żadną kurtyzaną – zaprotestowałam słabo. Bardzo wyraźnie czułam, jak
bardzo jest podniecony, bo bez skrepowanie przycisnął mnie do siebie. No cóż.
Do Amira się nie umywał, ale i tak miał się czym pochwalić.
– A
co z porządkami?
– Musiałem
coś wymyślić, bo te napalone, cuchnące dziegciem baby, uporczywie pchały się z
łapami w kierunku moich spodni. Co było robić? Ty myślałaś, że niby jakie
dziewice mi przysyłali? Niektóre nie miały już nawet zębów!
Wszystko
stało się nagle takie proste. Smok żądał dziewicy, wiadomo do czego. Ale ze wsi
przysyłano wyłącznie towar nawet nie drugiego, a trzeciego gatunku, i w dodatku
taki, który już dawno stracił datę ważności. Pewnie dlatego wymyślił ten kit z
czyszczeniem kosztowności.
– Długo
tak pościsz? – spytałam zaciekawiona, zsuwając z jego ramion coś w rodzaju
koszuli.
– Hm…
– wargami pieścił teraz moją szyję. – Będzie z dziesięć stuleci.
Biedaczek.
Aż mi się go żal zrobiło.
– No
dobrze. Zgadzam się ci pomóc, ale zrobimy to po mojemu. Inaczej ulatniam się w
mgnieniu oka. I darujemy sobie pucowanie świecideł?
– Zgoda.
Po twojemu, czyli jak? – Najwyraźniej był zaniepokojony tymi słowami.
– Zobaczysz
– mruknęłam, energicznie zsuwając mu dolną część garderoby. Lekko pchnęłam go
tak, by usiadł na zauważonej obok stercie liści czy czegoś, co przypominało je
wyglądem. Potem błyskawicznie pozbyłam się bielizny i całkiem nieźle już
podniecona, przystąpiłam do realizacji powziętego planu.
Usadowiłam
się w ten sposób, że jego męskość znalazła się tuż przed moją twarzą. Tamis
bezbłędnie odgadł te zamiary i ścisnąwszy mnie za pośladki, zanurzył swój język
w nieźle już wilgotnym i gorącym wnętrzu.
O
tak! Tego mi było trzeba! Gdzieś tam pojawiła się iskierka żalu, że to nie
Amir, ale później utonęła we wzbierającym pożądaniu, narastającej rozkoszy.
Chciałam już tylko jednego! Smoczy erotyzm zadziałał bezbłędnie.
Najpierw
pieściłam sam czubek, twardego niczym kamień członka. Potem objęłam go
zwilżonymi językiem wargami i delikatnie wsunęłam do ust. Przynajmniej w tym
nie byłam całkiem zielona… Za każdym razem robiłam to coraz energiczniej, raz
głębiej, raz płycej. Jednocześnie czułam, że i on nie próżnuje. Smok czy nie,
trzeba było przyznać, że znał się na rzeczy.
Na
efekty mych starań nie musiałam długo czekać. Napiął całe ciało, zanurzył twarz
między pośladki i eksplodował ze stłumionym krzykiem. Z satysfakcją podziwiałam
jak z jego członka wytryskują kolejne porcje gęstej, mlecznej substancji.
Trochę mi było szkoda, że poszło tak szybko. Ja nadal byłam nieziemsko
rozpalona…
I
w tym momencie mój wzrok padł na osłupiałego dżina, stającego tuż przy wejściu
do pieczary.
Ze
spokojem wstałam i chwyciłam leżącą na ziemi, sukienkę. Tamis wciąż leżał,
wyczerpany przeżytym orgazmem, ciężko dysząc.
– No
i co się gapisz? – powiedziałam do Amira, podchodząc bliżej i ujmując się pod
boki.
Zacisnął
zęby, a w oczach błysnęła mu prawdziwa wściekłość.
– Zabiję
niewyżytego gada! – wrzasnął znienacka i przyskoczył do podnoszącego się
właśnie Tamisa. Nie wiadomo jakby się to skończyło gdyby znienacka nie rozległ
się skrzekliwy okrzyk:
– Marny
twój nędzny los, diabelskie nasienie! – I w kierunku znieruchomiałych
przeciwników, ruszył, jak widać całkiem już przytomny starzec, z tym swoim
pogiętym mieczo-harpunem.
Westchnęłam
i podłożyłam mu nogę. Na szczęście miał dość miękkie lądowanie.
– Zachowujcie
się! – upomniałam to całe towarzystwo surowo.
– Ty!
– wskazałam na Amira. – Zainkasujesz wypłatę. Ty wciągaj portki, koniec
przyjemności. A ty staruszku pojedziesz z nami do szpitala. Nie wiem czy czegoś
nie złamałeś, ale wstrząs mózgu obstawiałabym na sto procent. No już! Ruszcie
się!
Podczas
gdy Tamis z wciąż rozanieloną miną się ubierał, a dziadek masował obtłuczone
kolano, dżin chwycił mnie za ramię i odciągnął na bok.
– Co
to niby miało być? – wysyczał wściekłym szeptem, potrząsając mną.
– Ty
myślisz, że niby ile można żyć w celibacie?
– Tylko
dlaczego akurat on? – wrzasnął, tracąc resztki opanowania.
– A
jak sądzisz? Co ja czułam, gdy za każdym razem obserwowałam twoje erotyczne
ekscesy? – spytałam z goryczą.
– Chcesz
seksu? Chcesz?!
On
przecież był najwyraźniej zazdrosny! O mało nie wykrzyczałam gromkiego hura! Ale
coś z tej radości musiało odbić się na mej twarzy, bo Amir gwałtownie
poczerwieniał.
– Już
ja się tobą zajmę, kiedy tylko wrócimy do domu! – powiedział złowróżbnym tonem.
A potem odwrócił się i wrzasnął:
– Ubrałeś
się w końcu smoczy wypierdku? Czas na zapłatę! – tu zgrzytnął głośno zębami.
Tamis
zamarł z wybałuszonymi oczyma.
– Ja
bardzo przepraszam, nie wiedziałem. Gdyby tak było, daję smocze słowo honoru,
nie wszedłby ci w drogę – dodał ugodowo.
Cud,
że Amir nie rzucił się na niego po tych słowach. Pokręciłam głową z
dezaprobatą. Nie poznawałam mojego wesołego, skorego do psikusów dżina. Co mu
się stało?
– Ach
te sprzeczki kochanków – powiedział z pobłażaniem staruszek, ze stęknięciem
podnosząc się z ziemi. – Ja wam radzę dzieci, nie kłóćcie się. Ot, popatrzcie
jak ja na tym wyszedłem? Zramolały, samotny, podporządkowany obłąkanej idei. A
moja ukochana umarła…
Zaraz!
Coś mi zaczęło świtać.
– Ta
wiedźma o którą pytałeś?
– Moja
luba Kalinka… – westchnął z rozczuleniem.
– Jakie
tam umarła… Złamała nogę i leży w pobliskim szpitalu – wyjaśniłam ze skruchą.
Ktoś
popukał mnie w ramię. Tamis z uśmiechem wręczył mi coś co lśniło tysiącem
srebrzystych iskierek.
– Jaki
piękny! – zachwyciłam się szczerze. – To diamenty?
– Tak.
Idealne do…
– Dawaj!
– Dżin wyrwał mi z dłoni podziwiany naszyjnik.
– To
moje – zaprotestowałam. – Oddaj!
– Później.
A ty słuchaj gadzino, bo drugi raz nie powtórzę! Masz się zaszyć w tej swojej
norze i grzecznie czekać, aż wiedźmę wypuszczą ze szpitala, by mogła rzucić
czar. Jak usłyszę jakieś plotki o smoku ze wsi Trupolasy, to daję słowo, sam
przerobię cię na gustowny dywanik przed łóżkiem!
Wściekłam
się.
– Teleportuj
dziadka do szpitala, ja tu sobie jeszcze zostanę na krótką pogawędkę.
Nie
dość, że traktował mnie jak dziecko, to jeszcze zabrał świeżo co sprezentowany
klejnot. Usiłowałam nie myśleć, że była to swoista zapłata za zrobienie loda…
– Nie
ma mowy! – Energicznym ruchem chwycił mnie w pasie i przerzucił sobie przez
ramię. Potem złapał dziadka za kark i sekundę później, staliśmy w
klaustrofobicznie niskim korytarzu szpitalnym. Ostatnie co zobaczyłam, to Tamis
posyłający mi czułego buziaka.
– Brutal
– wymamrotałam, poprawiając ubranie.
Amir
nie odpowiedział, w milczeniu przypatrując się, jak ostatni członek Zakonu
Świętego Jerzego próbuje rzucić się na kolana przy łóżku jakiejś przywiędłej
staruszki. Przypuszczałam, że była to ostatnia naczelna wiedźma towarzystwa
opieki nad smokiem. Nie bardzo mu to wyszło, ale już po chwili oboje mieli łzy
w oczach i coś tam do siebie czule szeptali.
– Świat jednak
kręci się wokół miłości – ­podsumowałam całe to wydarzenie, nieco zgryźliwym
tonem. – Też zamierzasz czekać, aż będziemy jak oni? – wskazałam ręką
rozanielonych staruszków.
Amir spojrzał na mnie z
ukosa.
– No co? Przecież
mówiłeś, że mnie kochasz?
Bardzo długo milczał.
– Braki
zaspokajasz pierwszym lepszym? A na mnie chcesz poświęcić swoje ostatnie
życzenie, bo planujesz założyć stadło oficjalne, z gromadką rozwrzeszczanych
bachorów? – spytał z goryczą.
– Oczywiście! –
syknęłam rozzłoszczona. Ten kretyn nic nie rozumiał! – Wiesz co ci powiem?
Jesteś debilem!
Obraziłam się i tym razem
do domu wróciłam pociągiem. I oczywiście złapała mnie kontrola, bo jak zwykle
jechałam na gapę…

 

  
cdn…
 
PS. Sorry za błędy, ale wolę już nic nie poprawiać, tylko szybko wkleić tekst, póki mogę 🙂

Darmowe opowiadania mailem!

Wystarczy zapisać się na listę

I agree to have my personal information transfered to MailChimp ( more information )

I will never give away, trade or sell your email address. You can unsubscribe at any time.

Powered by Optin Forms
Oto Babeczka:

Matka, żona, matematyk. Pisze od bardzo dawna, publikuje od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie żyć bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Odpowiedzi

  1. Anonimowy
    | Odpowiedz

    miała być pomyłka…:(
    coraz krótsze te części…

  2. Burning Star
    | Odpowiedz

    zarąbiste..czekam na dalszy ciąg.. ;*

  3. Rouse Karmen
    | Odpowiedz

    Jakąś mi się smutno zrobiło….

Napisz nam też coś :-)