Hate & love (XXIX)

with Brak komentarzy

***

Daria

To gdzie jedziemy? – zapytałam z ciekawością. Głównie po to, aby moje myśli nie krążyły wokół jednego tematu.

Seksu.

Miała być kolacja, ale trochę cię zaskoczę.

Bar mleczny? Kebab? Hot dog w Żabce?

Nie aż tak – roześmiał się. – Po prostu połączymy przyjemne z pożytecznym.

Czyli?

Wykorzystam okazję i ogłoszę światu moje zwycięstwo.

Pyrrusowe.

Może być, ale o tym wiesz tylko ty. Zostałem zaproszony na bankiet charytatywny.

Ty zostałeś, więc rozumiem, że mnie przerzucisz przez płot?

Nie, przemycę w bagażniku.

Tak, miał znakomity humor, pomyślałam ponuro. Szykował się na całonocne fetowanie, bo był pewien, że skończymy w łóżku. W sumie ja też, ale jak zwykle drażniła mnie jego pewność siebie. Oby cię szlag, skubańcu jeden, złorzeczyłam mu w myślach, a jednocześnie w głowie zalągł mi się pomysł, jak pokrzyżować plany Iwo. Nie wiem czy skuteczny, bo tego wieczora nie miałam okazji, aby to sprawdzić.

Kłamałam, gdy mówiłam o sobie, że nigdy nie byłam zakochana. No dobrze, może zakochana to za mocne słowo, a bardziej odpowiednim byłoby zadurzona.

Poznaliśmy się jeszcze przed całą aferą z Iwo. On był studentem pierwszego roku, ja nieopierzoną szesnastolatką, którą dosłownie trafił grom z jasnego nieba. Uganiałam się za nim cały rok, chociaż chyba bardziej trafne byłoby określenie snułam niczym cień. Niewidzialna, cicha, wzdychająca i mdlejąca, gdy chociaż przypadkiem na mnie spojrzał. Nie wspominałam dobrze tamtego stanu, bo po kilku latach doszłam do wniosku, że określenie kretynka i tak byłoby zbyt łagodne. Szybko zapomniałam o Borysie, on wyjechał, a w moim życiu działo się zbyt wiele, poza tym wspominałam przecież, że to było zwyczajne zadurzenie, nawet nie młodzieńcza miłość.

Tylko że dzisiaj, gdy stał przede mną, szeroko się uśmiechając, w nienagannie skrojonym garniturze, otoczony nimbem zajebistości, w seksownych okularach, które na każdym innym wyglądałby pretensjonalnie, a jemu dodawały jeszcze uroku, grom uderzył po raz drugi.

Zamarłam z kieliszkiem w ręku i tylko gapiłam się łakomie na obiekt moich westchnień z przeszłości. Iwo gdzieś zniknął na samym początku, mówiąc, że ma coś do załatwienia, więc przynajmniej miałam czas aby otrzeźwieć.

Nie był typem faceta, który zniósłby coś takiego.

Odwróciłam się, szukając wzrokiem kelnerki, aby poczęstować się kolejnym kieliszkiem szampana, a kiedy już miałam go w ręku, tuż obok rozległ się głęboki głos.

Daria?

Pamięta mnie! O mamusiu, pamięta mnie!

Tak? – zawiesiłam głos, mając nadzieję, że nie dosłyszał, jak lekko zadrżał.

Nie poznałaś mnie?

Ogarnij się, kretynko! upomniałam w duchu samą siebie. Ogarnij się i nie kompromituj!

Niby kojarzę… – lekko zmarszczyłam brwi, jakby w zamyśleniu. – Ale nie do końca – zełgałam bezczelnie, mając nadzieję, że nie wyczyta prawdy w moich oczach.

Borys. – Nie wyglądał na urażonego. Szeroko się uśmiechnął, a później pochylił i delikatnie pocałował mnie w policzek. – Starszy, troskliwy kuzyn twojej koleżanki z licealnej ławki.

Ach! – W końcu mogłam sobie pozwolić na okazanie radości. – Oczywiście, że pamiętam! Byłeś ideałem każdej dziewczyny w naszej klasie.

Byłem? – posłał mi przeciągłe spojrzenie.

Byłeś – poświadczyłam ze śmiechem. – I nadal pewnie byłbyś ideałem. Podobno wyjechałeś na stypendium do stanów?

Owszem, ale zrezygnowałem z chirurgi i zostałem onkologiem.

Ciężki kawałek chleba.

Ciężki – przyznał.

Dlatego wróciłeś do Polski?

A, nie – zaprzeczył w roztargnieniu. – Przepraszam, ciężko się skupić na czymś innym niż twój widok. Wyglądasz przepięknie!

Oj, niedobrze. Chyba nawet lekko się zarumieniłam, ale Borys, nawet jeśli to zauważył, ze spokojem kontynuował.

Oprócz pracy założyłem fundację, która zajmuje się pomocą dzieciom z krajów słabo rozwiniętych. Kinga zadzwoniła do mnie, że wnuczek naszego dawnego sąsiada, którego żona opiekowała się nami jak własnymi dziećmi, jest ciężko chory i wymaga specjalistycznego leczenia w Bostonie. Postanowiłem, że zorganizuję bankiet charytatywny, żeby zebrać dodatkowe fundusze, pomogła mi znajoma, żona jednego z ministrów, więc mamy nadzieję, że uzbieramy całą kwotę.

Dużo?

Około miliona, drugi przeznaczę ze środków fundacji.

Pięknie! – Nie powiem, wzruszyłam się. No proszę, wykształcony, seksowny, hojny i z sukcesami na koncie. Właśnie spotkałam mężczyznę idealnego, szkoda tylko, że zjawiłam się tutaj z Iwo. Tutaj piękne wnętrze szło w parze z pięknem zewnętrznym. – Też się dorzucę – zaproponowałam.

Co prawda mamy już zebrane więcej niż potrzebujemy, ale każda złotówka jest cenna, bo pomoże jak nie Tadziowi, to innemu dziecku. – Prawie rozpłynęłam się pod jego ciepłym, pełnym podziwu spojrzeniem. – A co u ciebie?

Jestem naukowcem. Genetykiem. Cudowna praca i mam nadzieję, że w przyszłości też pomoże chorym dzieciom.

Idealnie się zgraliśmy, prawda?

Prawda.

Jego oczy odcieniem przypominały kolor nieba w wyjątkowo słoneczny dzień. Uśmiechał się, a moje serce pod wpływem tego uśmiechu, biło tak szybko, jakby chciało wyrwać się z piersi i ruszyć ostrym sprintem przed siebie. Kolana miałam jak z waty, ściśnięte gardło, na policzkach lekki rumieniec, a w głowie tylko jedną myśl – nie przepuszczę takiej okazji!

Muszę zrobić wszystko, aby nasze spotkanie nie było przypadkowym epizodem!

Przyszłaś tutaj sama czy z kimś? – zapytał.

Zakłopotałam się. Gdzieś tam krążył Iwo, więc co miałam odpowiedzieć? Kłamstwo miewało krótkie nogi, musiałam zadowolić się półprawdą.

Ze znajomym.

Znajomym? Nie będzie zazdrosny, jeśli poproszę cię do tańca?

Będzie, pomyślałam ponuro, chociaż wciąż uśmiechałam się promiennie do mojego ideału.

Nie, skąd, ale ja i tak nie mogę tańczyć. Skręciłam przedwczoraj kostkę i tak ledwo wytrzymuję w szpilkach – zełgałam. – Może usiądźmy gdzieś i porozmawiajmy o starych czasach?

Dobry pomysł. – Podał mi ramię, a ja bez wahania je przyjęłam. Iwo wciąż nie było i dziękowałam niebiosom za tak korzystny zbieg okoliczności. Tylko co dalej? Nie będę się przecież kryć po kątach? Nie zaproponuję mu szybszego powrotu, bo pomyśli, że chcę seksu. Konfrontacja tych dwóch jest nieunikniona i przeczuwałam, że może mieć wyjątkowo burzliwy przebieg.

Nie mogłam dopuścić do ich spotkania. Nie mogłam porzucić Borysa, nie mogłam też powiedzieć Iwo, że chcę wracać.

Boże, co za koszmarna sytuacja. Jakbym się umówiła z jednym na randkę, a drugi nieoczekiwanie pojawiłby się w tym samym miejscu. Czułam się nieswojo, pomimo że znaleźliśmy przytulny kącik, w który Iwo pewnie nas by nie znalazł. Jednak jeśli naprawdę zacznie szukać…

Dasz mi swój numer telefonu i umówimy się na kolację – oświadczyłam znienacka zaskoczonemu Borysowi.

Dlaczego nie teraz? – zapytał zdumiony.

Obiecałam znajomemu, że będę mu towarzyszyć, a zniknęłam. Nie lubię być niesłowna – odparłam. W sumie to powiedziałam prawdę, albo prawie prawdę.

Dobrze, chętnie zaproszę cię na kolację. – Wyglądał bardziej na rozbawionego niż urażonego. – Kiedy?

Nawet jutro. – Czyżbym gdzieś w pobliżu słyszała głos Iwo? Nie, tylko nie to! Muszę dopaść go pierwsza i powiedzieć, że wracam do domu, bo źle się poczułam. Migrena? Nie, dolegliwości kobiece będą lepsze.

Proszę, to moja wizytówka. – Borys podał mi coś czarnego z subtelnymi złoceniami. – Dzwoń śmiało, kiedy będziesz miała ochotę.

Dziękuję. – Starannie ją schowałam. Później wstałam i wyciągnęłam dłoń. – Możesz być pewien na tysiąc procent, że zadzwonię – dodałam ze śmiechem, próbując wymuszoną wesołością zamaskować zawstydzenie.

Nigdy jeszcze w takim tempie nie uciekałam przed facetem, który mi się podobał. Na szczęście dorwałam Iwo gdzieś w tłumie i od razu przybrałam minę skrzywdzonej przez los.

Muszę wrócić – powiedziałam, obserwując jak zmienia się wyraz jego twarzy. – Źle się poczułam, bardzo źle.

Źle? – głos miał spokojny, ale w oczach dostrzegłam gniew. – Teraz?

Tak.

Oszalałaś?

Nie. Proszę, Iwo!

Byłam pewna, że się wkurzy. Pewnie powie kilka przykrych słów, że zabrał żebraczkę na salony, a ona jeszcze kaprysi lub coś w tym stylu, potem wściekły zadzwoni po szofera, a jego ego dostanie szału, bo całkowicie pokrzyżowałam mu plany. Tylko że Iwo mnie zaskoczył. Zalążki gniewu zniknęły, odstawił drinka i troskliwie mnie objął. Drugą dłoń położył na moim brzuchu i z niepokojem spojrzał w oczy.

Tutaj boli?

Taaakkk – wyjąkałam, błyskawicznie się rumieniąc. – Przestań, to publi…

Gówno mnie to obchodzi. Pojedziemy do prywatnej kliniki, niech cię zbadają.

Iwo, to comiesięczna kobieca przypadłość. Nie mają czego badać.

Kobieca – westchnął. – Trudno, jeszcze zaczekam. Byłaś w toalecie? Szukałem cię?

Tak.

Nastawiłem się na szaloną noc. Może chociaż or…

Nie! – gwałtownie mu przerwałam, bo przecież byliśmy wśród obcych ludzi. – Zapomnij!

A tak na sucho? To się nazywa dry hump…

Iwo! – zgromiłam go wzrokiem, podczas gdy on prowadził mnie do wyjścia. – Powiedziałam, nie.

Okazałabyś odrobinę litości. Ile można to robić własną ręką?

Iwo!

No dobrze – westchnął. – To chodźmy!

Dziwnie łatwo skapitulował, ale nie zwróciłam na to większej uwagi, pochłonięta czymś zupełnie innym. W głowie miałam mętlik, w ustach suchość, w sercu chaos. I coś przeczuwała, że to dopiero początek moich problemów.

Leave a Reply