Historie rodzinne (XXXVI)

with 1 komentarz

Historie rodzinne opowiadanie erotyczne pikantne i romantyczneNa razie jeden kawałek tygodniowo, ale już niedługo taka posucha 😉

Musiała zakryć usta, widząc wchodzących do stodoły. Ledwie dzień wcześniej doszło między nimi do tak namiętnego zbliżenia, a już głód przygnał ich w miejsce odosobnienia. Stodoła miała być pewnie ich azylem. Tymczasem świadkowie ich pierwszego kontaktu znów tkwili w ukryciu i ponownie mieli stać się świadkami ich pełnego ognia zbliżenia. Kaśka była o wiele śmielsza, niż dzień wcześniej. Wspięła się na palce i zarzuciwszy Wasylowi ramiona na szyję, nastawiła usta do pocałunku. Ten skorzystał, wpijając się w dziewczynę, nie poprzestając na tym. Równocześnie rozpinał spodnie, by po chwili podciągnąć poły spódnicy. Nie odrywając się od spragnionych ust Kasi, sięgnął w dół i uniósł ją, zmuszając, by oplotła go udami. Docisnął dziewczynę sobą do ściany i ocierał się, o coraz bardziej nabrzmiałą wrażliwość, sztywną już męskością. Kasia jęczała, zaciskając powieki, odpływając i tracąc kontakt z rzeczywistością. Wasyl nie odrywał pełnego zachwytu spojrzenia od jej twarzy i czuł się tak, jakby po raz pierwszy w życiu doświadczał bliskości. Poza podnieceniem czuł coś nowego. To przez to nieznane mu uczucie odbierał wszystkie bodźce intensywniej, niż kiedykolwiek. Było tak, jakby intensywność doznań dziewczyny i jej ogniste reakcje napędzały go, pogłębiały przyjemność. Zacisnął powieki i ponaglany coraz głośniejszymi jękami Kasi, młucił biodrami, zatracając się w doznaniach. Orgazm ponownie go ogłuszył i osłabił. Nie wypuszczając Kasi z ramion, osunął się na kolana i tkwiąc w niej i uważając, by nie wysunąć się ze śliskiego wnętrza padł na plecy, pociągając ją za sobą.  Kasia nie miała siły otworzyć oczu. Wsłuchana w spowalniający oddech kochanka, przytuliła policzek do jego piersi, a chwilę później odpłynęła w sen. Wasyl jeszcze przez minutę, może pięć zastanawiał się, co począć z zaistniałym stanem rzeczy. Chciał tej kobiety, pragnął zawłaszczyć ją, by móc spędzać jak najwięcej czasu w jej towarzystwie, mieć ją na wyciągnięcie ręki. Nim dołączył do Kasi i usnął pomyślał, że oto odnalazł sens życia. Kiedyś nie widział powodu do radości, teraz ten powód leżał na nim i mógłby przysiąc, że czuje to samo, co on.

Nieznośne ssanie w trzewiach doskwierało tak Marlenie, jak i Stefanowi. Starali się zachowywać bezgłośnie leżąc w bezruchu na brzuchach, czekając gdy para kochanków z dołu pójdzie wreszcie, zostawi ich samych. Gdy ci w końcu ocknęli się po krótkiej drzemce i ospale podnieśli z klepiska, by po kolejnych kilku minutach wyjść ze stodoły, Marlena westchnęła i trąc dłońmi twarz usiadła, podciągnęła kolana pod brodę.

- Pójdę już. – Nie patrzyła na Stefana, by nie zauważył nastroju, który udzielił jej się podczas obserwowania kochanków. – Jutro przyniosę koce, może jakieś ubrania i oczywiście jedzenie.

Czekała, by zsunął drabinę i omijając go wzrokiem, zeszła na dół.

- Dziękuję. – Czuł się w obowiązku by powiedzieć to, choć najchętniej przyciągnąłby ją do siebie i zrobił wszystko to, co obserwował przez szczeliny w deskach, na których przed chwilą leżał. To i wiele więcej tym bardziej, że miał absolutną pewność, że dziewczyna chciała tego samego. Nie mógł wiedzieć, że i ona czuła złość tyle, że na Kaśkę. Za to, że przerwała im coś tak magicznego. Odwaga pierzchła, wraz z budzącym się rozsądkiem, no bo jak to tak, miałaby ulec po tak długim czasie odmawiania innym mężczyznom?

Ze spuszczoną głową wyszła ze stodoły i prawie biegiem puściła się w kierunku domostwa.
W kuchni, wykonywała czynności machinalnie. Zamyślona, zatopiona we wspomnieniach, w odtwarzaniu każdej chwili ze spotkania tego przedziwnie opanowanego, a zarazem pociągającego mężczyzny. Stefan, tak miał na imię, nie zdążył jej o sobie opowiedzieć. Wiedziała, jak ma na imię. Ona sama nie zdążyła mu się przedstawić.
Ludwice nie umknął stan, w jakim była Marlena. Widziała bitwę myśli i uczuć i ich odbicie na młodej twarzy. Co rusz dziewczyna marszczyła brwi, ściągała usta, zaciskała szczękę. Postanowiła zapytać o to, ale dopiero dnia następnego. Wieczorem chciała uczcić z mężem rocznicę. Nie ślubu, lecz spotkania w domu Aldony. Zapamiętała ten dzień i wszystko, co się wtedy wydarzyło. Podglądanie Antoniego przez lustro weneckie i uczucie tęsknoty za tym, by zastąpić prostytutkę, która zabawiała się jego ciałem. Nigdy nie zdradziła tego sekretu, ale takie zachowanie podpowiadała jej intuicja. Mądre, doświadczone kobiety w jej życiu nakazały zawierzenie temu zmysłowi. Czemuś, co nie korzystało z rozsądku, lecz czerpało z niepoznanych pokładów wiedzy. Ta noc musiała być uczczeniem nowego porządku. Ktoś mógłby powiedzieć, że stracili wszystko. Prawdą było to, że zyskali spokojne życie mimo chaosu, jaki rozpętał się na świecie. Wojna omijała ich, jakby posiadłość, pobliska wioska i okoliczne lasy, zostały przykryte czapką niewidką. Z opowieści znała szkaradną twarz wojny, toteż dziękowała po stokroć Bogu za to, że dane jej jest doznawać spokoju i radości życia. Mimo śmierci jedynaka, ale o jego zatraceństwie wiedziała od dawna. Musiał się Ignacy zniszczyć, taką miał naturę. W zamian zyskała Marlenę i czuła się, jakby ta była jej córką. Tą, której nie miała, a którą zawsze mieć chciała. Wiele dobrego ją spotkało w życiu i codziennie rano dziękowała za to i wieczorem w modlitwie. Dziś podziękuje inaczej. Zaśmiała się pod nosem, gdy w głowie zabłysnęła myśl, że odda siebie w ofierze. Złoży swe ciało na ołtarzu miłości, odda cześć najwspanialszemu uczuciu.
Nie mogła wiedzieć, że tej nocy właśnie, jej czterdziestoletnie ponad ciało zakiełkuje nowym życiem, które w tej spokojnej posiadłości wyda na świat. Chłopiec urodzi się zdrowy. Nazwie go Ludwika imieniem zmarłego tragicznie syna i dzięki temu dusza Ignacego otrzyma nową powłokę. Umysł młodzieńca nie utraci jednak wspomnień. Będzie żył świadom błędów, które doprowadziły go do tragicznej śmierci. Ta wiedza pozwoli mu ustrzec się powtórnego samozniszczenia, dokonania innych wyborów. To będzie jego czyściec na Ziemi i utraci gorycz wspomnień dopiero w momencie, pokocha czystą miłością.
Idąc wieczorem do sypialni, Ludwika czuła cudownie buzujący w jej trzewiach miłosny ogień. Wiedziała, że zmęczy Antoniego swym zapałem, wyssie z niego nadmiar seksualnej energii. Nigdy nie czuła się tak zdrowa, pełna sił i życia. Dni płodne łaknęły zaspokojenia żądz, ugaszenia słodkiego pożaru. Ludwika doskonale wiedziała o tym, że znalazła się w najlepszym dla niej i dla męża punkcie wszechświata. Jedynym, w którym mogli bezpiecznie i w zgodzie spełnić się, jako rodzina.
Zagada Marlenę dnia następnego. Nie tego wieczora, bo już popołudniem ledwie nad sobą panowała. Z radością obserwowała kolejnych domowników, którzy coraz częściej ziewając, udawali się na odpoczynek.

- Witaj, najdroższy. – Obserwowała Antoniego spod rzęs, zsuwając z ramion koszulę, później halkę. – Cały dzień marzę o tym, by poczuć cię w sobie głęboko. Tak głęboko, jak przy naszym pierwszym zbliżeniu i tylko dłużej.

Od lat ich pożycie nabierało głębi i oboje przyznawali, że i na intensywności i głębi doznań przybierały ich łóżkowe zmagania.

- Nasza rocznica. – Antonii nie zadał sobie trudu, by rozebrać żonę powoli. – Pamiętam swoją gwałtowność. – Szarpnął halkę, drąc cienki materiał. – Dzisiejsza noc tym się będzie różniła od tamtego popołudnia, że będziesz mnie błagała, bym skończył i dał ci spokój.
- Nie będę. – Przylgnęła do męża, drżąc w oczekiwaniu.

Marlena znów nie potrafiła usnąć. Leżała wpatrując się w okno i marzyła o tym, by Stefan ponownie wtargnął do jej sypialni. Wiedziała, że jest zbyt opanowanym człowiekiem. Nie pozwoliłby się ponieść emocjom i nie wziąłby jej tak gwałtownie, jak zrobił to kochanek Kasi. Potrzebował pomocy Marleny i zyskał obietnicę, że ją otrzyma. Widziała, że to mu starczało. Była dla niego tylko narzędziem i właśnie nurzała się w uczuciu poniżenia, beznadziejności i poczuciu naiwności. Zapadła w płytki sen i w majakach nawiedził ją człowiek, którego pomimo, że nie zdążyła poznać, to zapragnęła jego ciała, chciała zamieszkać w sercu i zawłaszczyć sobie duszę. Oddech niewidzialnego kochanka owiewał jej skroń, policzek i szyję. Miękka pieszczota warg i języka drażniła sutek, skórę między piersiami i brzuch. Gdy dotarł niżej i wessał się w drżące, mokre od soków wypukłości kobiecości, jęknęła. Ciało odruchowo wygięło się, dłonie szukały źródła przyjemności.

- Jak masz na imię? – Podciągnął się na ramionach i nie czekając na odpowiedź, wpił się w zdyszane usta Marleny. – Nie mów. Nie teraz.

I pchnął, rozrywając delikatną barierę w ciele dziewczyny, budząc ją z letargu. Marlena jęknęła, orząc paznokciami ramiona kochanka. Pół sen, a w połowie jawa, przenikały się ze sobą. Trący jej wnętrze penis rozmazywał krew utraty tego, co kazano jej sprzedać i oprawiono w atrybuty, podnoszące wartość dziewictwa.  Teraz wszystko to nie miało znaczenia. Liczyła się jedynie rozkosz, niesiona wbijającą się w nią twardością i coraz mocniejsze drżenie ciała mężczyzny. Stefan przestał nad sobą panować już w momencie, gdy całując słodycz między udami dziewczyny, wydarł z jej gardła zwierzęcy jęk. Wiedział, że spała. Czuł, jak bardzo ją podniecił. Sam zapłonął, a żądza i chęć spełnienia wystrzeliła pionowo w górę. Widział wyraźnie, że była nader opanowana i trzymała uczucia na wodzy. Nie chciał, by umysł wmieszał się nadmiarem kontroli w coś, co powinno być pozbawione planowania, a nawet myślenia. Nie doszedłby do takiego wniosku, gdyby nie zobaczył zwierzęcego spółkowania pary w lesie, później w stodole. Dotarła do niego prawda, że w zaistniałej rzeczywistości każde działanie, w wyniku którego można mieć nadzieję na lepsze jutro, powinno trwać, być chełbione i powtarzane regularnie.
Miał zadanie, obowiązki czekały na niego. Teraz zatracił się i było mu z tym cudownie.

- Marlena - zakwiliła dziewczyna, wyginając się w łuk, eksponując cudowną krzywiznę piersi. – Marlena – powtórzyła, choć miała ochotę wyznać mu miłość.

Za to, że uczynił ją kobietą. Za rozpieszczenie łakociami, które rozlały się w jej ciele po orgazmie. Za litry miodu, oblepiające umysł, duszę i serce.

- Jesteś moja – powiedział to nieostrożnie, lecz nie wbrew sobie.
- Jesteś moim pierwszym.

Zaskoczyła go tymi słowy. Zaniemówił, wdychając woń Marleny czując, że stała się mu niezbędna do życia. Opanowanie, planowanie wszystkiego i trzymanie się ustalonego schematu wzięło właśnie w łeb. Idea podążania ścieżką określoną punktami planu, przestała jawić się jako sensowna.
Wiedział, że się zakochał.
Zrozumiał, że został pokochany.
Nie zamierzał się przejmować tym, że ta miłość mogła wyniknąć z rozkoszy i pędu ciał ku sobie.
Ważne było tylko to, że wreszcie poczuł sens życia.
Tym sensem była ona – Marlena.

Oto Mikakamaka:

Matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Odpowiedź

  1. Tony F.P.
    | Odpowiedz

    Zaczęłam wczoraj pisać komentarz, ale wspominki Ludwiki wzbudziły we mnie chęć przypomnienia sobie dokładnie okoliczności jej zapoznania się (w znaczeniu szeroko pojętym:)) z Antonim i wsiąkłam w opowieść:)
    No i proszę, jak to wszystkim trzem parom się poszczęściło:) Trzy historie miłosne – tak bardzo różne, ale jedno mają wspólne: intensywność, wyjątkowość i siłę uczuć/odczuć/rodzących się pragnień względem przyszłości.
    Podoba mi się motyw z duszą Ignacego – chyba każdy chciałby dostać drugą szansę na życie. Pytanie tylko, czy umiałby z niej skorzystać. Myślę, ze zanim Ignaś stał się Ignacym, to jego rodzice “wyciągnęli” maksimum przyjemności z oczekiwania na jego narodziny, z bycia rodzicami. Na pewno była w tym nutka goryczy – wspomnienie pierworodnego syna, ale nie umniejszało ono szczęścia z narodzin dziecka.
    Stefan zaskakuje mnie coraz bardziej i to na plus. I to trochę poplątane jest, bo za jak najbardziej właściwe postrzegam to, że posiadł Marlenę, znajdującą się na granicy snu i jawy. A zarazem myślę, że taki właśnie “pierwszy raz” Marleny równoważy te całe przygotowania do utraty przez nią dziewictwa: ” co kazano jej sprzedać i oprawiono w atrybuty, podnoszące wartość dziewictwa.”
    Przyznam, że wątek Kasi i Wasyla wzbudza we mnie równe, a może i większe zainteresowanie niż losy Marleny i Stefana, co poczytuję za walor Twej twórczości Miko, że z pozornie mało istotnych wątków, postaci dalszego planu potrafisz takie perełki stworzyć.

    Szóstka za poetyczność, jedynka za “młucenie”:) Przecinków punktować nie zamierzam, bo sama mam z nimi problemy:)

    Pisać, że się podobało, to chyba nie muszę, nie? 🙂

Napisz nam też coś :-)