Historie rodzinne (XXVI)

with 10 komentarzy

Historie rodzinne opowiadanie erotyczne pikantne i romantycznePo bardzo długiej przerwie (pierwszej takiej od czasu powstania bloga) wracam z opowiadaniem, które może nie jest Waszym ulubionym, ale to ono przyciągnęło mnie do komputera.
Musiałam je najpierw przeczytać od początku, a było co czytać 🙂 Dwadzieścia pięć części.
Widzę, jak najeżone jest błędami stylistycznymi, powtórzeniami, ale nie poprawiam starych tekstów. Musiałabym spędzić nad nimi multum czasu, a wolę pisać nowe części. Wybaczcie 😀
To jeden z powodów, dla których nie wracam do tego, co już napisałam. Zbyt wiele jest do poprawienia. Teraz czytałam, by przypomnieć sobie wątki.

Nie pisałam przez trzy miesiące, choć brakowało mi tego okropicznie.
Nie pisałam, ale musiałam z powrotem zacząć. Mimo braku czasu na hobby.
Miłego czytania.

Informacja o śmierci Ignacego, huknęła dnia następnego z siłą eksplodującej bomby.

- Odnaleźliśmy ciało państwa syna.

Te cztery słowa miały się już na zawsze wryć w umysły Ludwiki, Antoniego i Marleny. Głęboka bruzda bólu i cierpienia.
Dla Ludwiki i jej męża, bolesna utrata dziecka. Jedynaka, dziedzica.
Dla Marleny, to był koniec przyszłości. Ucięcie poukładania wszystkiego, co miało wydarzyć się w wyniku przyswajania nauk i zabiegów Ludwiki.
Stała się oto niepotrzebna. Zbędny element układanki, której sens zniknął. Nie ma kandydata na męża, to i kandydatka na żonę niepotrzebna.

Siedziała Marlena w sypialni, nie potrafiąc płakać. Nie płakała, gdyż nie umiała, była w szoku.
Tyle przygotowań, zaangażowanych w sprawę osób i co?
Obca dłoń ucięła wizję przyszłości. Jednym pchnięciem ostrza w serce, drugim w płuco i jeszcze kilkoma, masakrując sąsiednie organy.
Ignacego odnaleziono w dzielnicy uciech. Nie czekał na nią, Marlenę. Nie potrafił wytrwać w czystości do dnia ślubu. Poszedł się pocieszyć, nasycić czymś ciałem. To zabolało Marlenę.
Nie chciał być wierny, bo może po prostu ona nie jest wystarczająco dobra, jako kobieta?

Co z nią teraz będzie?
Odeślą ją do zakonu, czy będzie musiała odpłacić swymi usługami za wiedzę, którą posiadła?
Takie właśnie wyjście wydawało się Marlenie najbardziej logiczne i prawdopodobne. Kto bowiem chciałby stracić swoją inwestycję? Nawet w obliczu tragedii.
Praca u Aldony widniała w młodym umyśle, jako jedyne zajęcie, do którego zostanie odesłana przez Ludwikę.
Mogłaby spytać tę ostatnią o zamiary względem siebie, ale nie odważyłaby się przeszkodzić jej teraz w żałobie. Straciła jedyne dziecko, a Marlena okazała się być niepotrzebną inwestycją.
Co z nią teraz będzie?!

***

- Jak mogłaś tego nie przewidzieć?!

Zapłakana, roztrzęsiona Ludwika, wpatrywała się opuchniętymi oczami w Ludmiłę.
Wiedziała, że nie może mieć do nikogo pretensji o to, co wydarzyło się jej synowi. Chciała jednak krzyczeć, bić i zło życzyć Bogu. Najbliższą Bogu osobą, jawiła jej się właśnie Ludmiła. Starowina, która od lat pomagała podejmować dobre decyzje. Kobieta, której wgląd w sferę niedostrzeganą przez Ludwikę, kierował losami rodziny, chronił ode złego.

- Widziałam to. – Ludmiła opadła ciężko na krzesło, sadowiąc się naprzeciw Ludwiki. – Wiem o wszystkim, co ma stać się rodzinie.

Nabijała starą fajkę tytoniem, wciskając pokrzywionymi palcami włókna tytoniu w cybuch. Robiła to powoli, jakby chciała przedłużyć czynność, unikając przy tym kontaktu wzrokowego ze zrozpaczonymi oczami matki.

- Więc dlaczego pozwoliłaś mi wierzyć w celowość planu?! – Ludwika pochyliła się ku starowinie z wyrazem niedowierzania, może głębokiego rozczarowania w oczach. – Po co było to wszystko? Przecież to miało scementować rodzinę! Miał pojawić się wnuk!
- Wnuk nie pojawiłby się nigdy. Nie obiecywałam ci tego. – Spokojnie odparła Ludmiła. – Twój syn nie spłodziłby dziecka. Nie mógł.

Ostatnie stwierdzenie siekło Ludwikę, niczym wymierzony policzek. Odchyliła się na krześle, wpatrując z niedowierzaniem w pomarszczone oblicze naprzeciw.

- Więc po co to wszystko? – Z ledwością wyszeptała. – W jakim celu te zabiegi?

Starowina westchnęła ciężko. Czasami nadmiar wiedzy doskwierał jej i ciążył.
Podźwignęła się wstając od stołu i skierowała ku piecowi. Swoim zwyczajem, prawie rytualnie, odemknęła fajerkę na piecu. Wzięła w spracowaną dłoń szczapkę drewna i wpatrując się w płomienie ognia, pozwoliła rozżarzyć się drwu, w końcu rozpalić.
Uniosła je do fajki i nie bacząc na świdrujące jej oblicze spojrzenie Ludwiki, zaciągnęła się powoli dymem. Przymknęła oczy, delektowała się ulotnością chwili.
Jeszcze mogła.

- To wszystko dla większej sprawy. – Ludmiła uniosła dłoń, by powstrzymać odpowiedź Ludwiki. Wiedziała, że dla matki jej dziecko jest największą sprawą. – Niedługo wiele się zmieni. Bardzo wiele, dla licznych osób. Nie mogę mówić ci o wszystkim, co pozwala mi dostrzec Pan. Wiedz jednak, że tak właśnie miało być.
- Więc po co Marlena?!
- Ona odegra swoją rolę. Zmieni losy twoje i Antoniego. Jeszcze wielu nieznanych ci osób. Nie pytaj o więcej, bo nie mogę ci wyjawić zbyt wiele. Scementuje rodzinę. O tym mogę cię zapewnić.
- To co mam z nią teraz zrobić? – Ludwika przywiązała się do dziewczyny. Może nawet pokochała. – Nie może tutaj mieszkać. Nie zniosę jej widoku i myśli, że miało być tak pięknie. Zaślubiny Ignacego, zbliżenie się rodziny. – I rozpłakała się, ukrywając twarz w dłoniach.
- Ty wiesz, co powinnaś zrobić, dziecko. – Ludmiła podeszła do stołu i przytuliła Ludwikę do siebie.

Ta druga wczepiła się w miękkie fartuchy i rozpłakała na dobre.

***

Ludwika nie potrafiła spojrzeć Marlenie w oczy.
Nie wiedziała, co sama czuje i jak się w stosunku do dziewczyny zachować. Mieszanina złości na los, stwórcę wszechrzeczy i Marlenę, atakowały jej wymęczony umysł. Była zła również na siebie.
Może gdyby pozwoliła Ignacemu na skonsumowanie ciała Marleny już podczas przyjęcia, to byłby on teraz wśród żywych? To by wystarczyło. Przynajmniej na jakiś czas. Syn rozpustnik, ale żywy.

Odwlekała spotkanie z dziewczyną wiedząc, co może czuć Marlena. Zdawała sobie sprawę z faktu, że młoda wie, iż stała się nieużyteczna.
Złe w głowie podszeptywało Ludwice, by umieściła Marlenę w burdelu i pozwoliła zbezcześcić jej duszę, czerpiąc zyski z ciała. Wiedziała, że dziewczyna nie sprzeciwi się temu, zastosuje do poleceń.
Większa, ta dobra część duszy, kazała jednak Ludwice zaopiekować się dziewczyną. Nie wiedziała jeszcze, jak to zrobić. Nie umiała klarownie formułować myśli. Jej umysł wciąż tkwił w chaotycznym stanie amoku. Da sobie dzień, może dwa. Poczeka i tydzień, albo miesiąc, ale coś wymyśli.
Pomoże Marlenie po to, by zapewnić sobie czyste sumienie i spokojny sen w nocy.
Poniesie konsekwencje planu, który obmyśliła wraz z Ludmiłą.
Ludmiła… Co miała na myśli, mówiąc o roli Marleny i jej udziale w losach rodziny?

***

Dzień zmienił się w tydzień, ten w miesiąc.
Ludwika wciąż odwlekała decyzję. Nie potrafiła spojrzeć dziewczynie w oczy. Porozmawiać z nią, wybaczyć. Marlena próbowała spotkać się z Ludwiką, lecz ta umykała jej, pod pozorem wypełnienia jakichś nie cierpiących zwłoki czynności, które na nią czekały.

Dziewczyna schudła i wyglądało tak, jakby zapadła się w sobie.
Ona czekała na wyrok.

- Wzywałaś mnie, Ludmiło.

Marlena zgarbiona, ze wzrokiem wbitym w deski podłogi, stanęła któregoś ranka w drzwiach izby staruszki.

- Tak, dziecko. – Łzy litości napłynęły wieszczce do oczu. – Wejdź – poprosiła łamiącym się głosem. Przyglądała się Marlenie, która przypominała teraz bardziej swój cień. Niewiele pozostało po tej żywiołowej, radosnej i otwartej na zmiany dziewczynie. - Potrzebna mi twoja pomoc. – Nie miała zamiaru rozczulać się przy użyciu słów. Planowała zaangażowanie dziewczyny w zajęcia tak, by choć na chwilę odciągnąć jej myśli od sytuacji. Zawieszenia, w jakim się znalazła.
- Ja potrzebna? – Mina Marleny wyrażała jedynie niedowierzanie.
- Musisz mi pomóc zrobić zapasy. – Staruszka ze stęknięciem uniosła się od stołu. Spojrzała na stare dechy, pokrywające blat i bruzdy zużycia na nich.

Zupełnie jak na mojej twarzy – pomyślała z rozbawieniem, przesuwając opuszkami po nierównościach. – A byłam kiedyś taka gładka. Zupełnie, jak to dziecko. – Spojrzała w czyste oczy Marleny, na bladą różowość jej policzków. – Ona musi być tutaj!

- Zapasy? – powtórzyła, jak echo. – Po co?
- Idą ciężkie czasy. – Lekkim tonem oznajmiła coś, co w jej głowie jawiło się czernią burzliwej przyszłości. – Musimy zapełnić piwnicę i mamy na to trzy tygodnie. Jesteś gotowa na ciężką pracę?
- Oczywiście.

Trzy tygodnie przerabiania mięs w gulasze, zdatne do zawekowania. Suszenie mięsiwa i warzyw. Robiły przetwory owocowe i warzywne. Gromadziły przyprawy i wina, w zakamuflowanej pod domostwem piwnicy.

- Dlaczego piwnica ma tak utrudnione dojście? – Dopytywała, dysząc z wysiłku, gdy Ludmiła podawała jej kolejne pakunki. Marlena z zadartą głową i wygięta w niewygodnej pozie, stała na drabinie i ledwie czubek głowy znajdował się ponad powierzchnią podłogi. Resztą ciała była w zimnej i ciemnej piwnicy. Nie dochodził tam prąd, jedynym oświetleniem była staromodna lampa naftowa.
- Ten dom ma kilka piwnic, ale z premedytacją wybrałam właśnie tę – objaśniała starowina. - Nikt o niej nie wie. Jest trudna do znalezienia i bezpieczna. Takiej będziecie potrzebowali.
- My? - Marlena zastrzygła uszami. - Do czego i kto?
- Wszystko w swoim czasie, dziecko. - Uśmiechnęła się, a siateczka dziesiątek zmarszczek ułożyła się promyczkami wokół mądrych oczu. - A teraz pracujmy.

Spoglądała z góry na Marlenę. Ta druga musiała znosić zapasy w torbie, zawieszonej na plecach. Z piwnicy, poprzez niewielką kratkę w podłodze. Po drabinie dwa metry w dół i z lampą oliwną układała zapasy na półkach.

- Jest najlepiej ukryta i dla niezaznajomionych z rozkładem budynku osób, niemożliwa do znalezienia – tłumaczyła spokojnie, z uśmiechem. – Poza mną i starym mechanikiem Gerwazym, nikt nie wie o sekretach piwnic budynku. Zrozumiesz to wkrótce, dziecię moje. Zaufaj mi.
- Ufam. – Oczy Marleny odzyskały odrobinę blasku, nadzieja wyszła z ciemnego kącika w sercu dziewczyny i odetchnęła głębiej, niż w przeciągu ostatnich tygodni.

Może nadzieja to była, może iskra sensu istnienia.

***

- Marleno! – Rozgorączkowanie w głosie Ludwiki. – Musisz wracać do zakonu!
- Ale dlaczego?
- Dotąd były pogłoski… - Ludwika starała się wytłumaczyć, ale nie potrafiła zebrać myśli. – Zaczęła się wojna… Niemcy… Musisz się ukryć, przetrwać.

Zaciśnięte na drobnych ramionach palce. Panika w oczach. Strach.

- Wojna?
- Tak. – Ludwika nie chciała płakać. Po cóż miałaby wystraszyć to prawie dziecko? Doświadczone dziecko, ale to właśnie za jej sprawą. – Wojna.
- Wojna. – Marlena, echo Ludwiki. Bez zrozumienia. Tylko powtórzenie słów.
- Wywiozę cię. – Głaskała dziewczynę po głowie. – Zabezpieczę twój byt tak, jak tylko będę potrafiła. Dziękuję ci za wszystko i przepraszam.
- Nie trzeba. – Młode oczy, a w nich starość.

Spojrzenie nie młodzieńcze, lecz kogoś po przejściach. Osoby doświadczonej przez los, skrzywdzonej przez życie. Przygaszone i zmęczone. Gotowe na poniesienie klęski. Oczekujące jej.

Skrzywdzonej przeze mnie – pomyślała Ludwika.

- Ochronię cię, córko moja.

Oto Mikakamaka:

Matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Alicja K.
    | Odpowiedz

    Nareszcie! Cieszę się że Jesteś 🙂

  2. Megami
    | Odpowiedz

    Witaj! <3
    Ten "gwiazdkowy przeskok" był bardzo szybki. Zanim się oswoiłam z tekstem, zanim się rozwinęło, to już wojna nadeszła… Ostatni fragment jest taki na szybko, coś w stylu "Chcę już to skończyć i wrzucić…"
    Co do reszty opowiadania, nie lubiłam Ignacego od początku, a po tym jak pobił słodkiego chłopca o wyglądzie dziewczyny, moja niechęć wzrosła. Ale tutaj poczułam ból straty dziecka… Smutna część 🙁
    Nie wchodziłam na bloga z dwa tygodnie, coś mi podpowiedziało, że dzisiaj czeka nowa nocia… I nie pomyliłam się. I jak tu nie wierzyć w szósty zmysł? 😀

    • Co do szóstego zmysłu, to codziennie widzę dowody jego istnienia.
      Ostatnio mu nie uwierzyłam i zatrudniłam gościa czując, że jest nieteges. No i był nieteges.
      Po miesiącu, dziesięć pozostałych osób odetchnęło z ulgą, gdy odszedł.
      A mówił mi ten zmysł: “Ten człowiek do nas nie pasuje” 😀
      Nie pasował.

      Część może zbyt szybka, ale to nie dlatego, że chcę skończyć opowiadanie. Chcę przejść po prostu dalej, bez nużenia Was powolnym przejściem. To nie książka, w której można przewrócić kartkę i przejść do dalszej części. Dodaję tekst partiami, nie chcę Was uśpić 😉
      Też nie lubię Ignacego. Nie wierzę że ktoś tak zepsuty może nagle zmienić się całkowicie, pod wpływem leliji – Marleny. Tak się w życiu nie dzieje. W harlekinach owszem. Ja z nich wyrosłam.
      Dużo “brudu” w tym opowiadaniu, trup się zaczyna ścielić. Zawsze chciałam zahaczyć o tematykę wojny. To “coś”, o czym nie wolno nam zapomnieć.

      “Gwiazdkowy przeskok” – dobre 😀 😀 😀

  3. AW
    | Odpowiedz

    Dobrze, że jesteś, czekałam. AW

  4. Zygfryd_piaseczno_maz.
    | Odpowiedz

    Pozdrawiam autorkę opowiadań opublikowanych na tej stronie www. Są świetne 🙂

  5. Tony F.P.
    | Odpowiedz

    Przeczytałam, co nieco sobie popłakałam ( ja dość empatyczna jednostka jestem i przejmuję się losem nawet i fikcyjnych bohaterów) i tak się poważnie zastanawiam jak to jest? Często – gęsto biorę w księgarni książkę do rąk,otwieram na chybił – trafił i czytam… nie literaturę bynajmniej, tylko… reportaż z dialogami: opisów zero, o istnieniu czegoś takiego jak zdania podrzędnie złożone autor/autorka pojęcia nie ma, a finał jest wręcz bolesny w swej przewidywalności i mimo, że nie jestem jakimś tam koneserem, znawcą, filologiem, to dusza ma wyje z boleści nad tym “literackim” ubóstwem. A tymczasem na blogu, którego nazwa mogłaby (podkreślam: “mogłaby”), bo niewiadomo, co kto uważa za “kosmate”) sugerować li i jedynie tematykę “hot scenek”, trafiam na interesujące, inteligentne, dowcipne, wzruszające, świetnie napisane teksty, które aż się proszą o wydanie książkowe. Miko, mnóstwo wydanych książek mogłoby Twoje opowieści po piętach całować – piszę to zupełnie serio. Dla mnie ogromnym atutem Twego pisania jest to, że nawet o trudnych, dyskusyjnych, czasem wręcz odrzucających sprawach piszesz tak, że to nie odrzuca, nie wzdryga – mogę się nie zgadzać, mogę poczuć się zbulwersowana, ale mnie to nie brzydzi.To jest wielki plus – piszesz o czymś, ale nie narzucasz swojego zdania, nie sugerujesz “jedynej właściwej” odpowiedzi ( na zasadzie” Kto jest twoim idolem i dlaczego Lenin?:)) Drugim wielkim plusem jest to, że Twoje bohaterki to nie są rozlazłe mimozy , mięknące w lędźwiach na widok samca, tylko kobiety z jajami, które swoim lędźwiom mówią: “Spoko, spoko, zobaczymy, czy jest dla kogo mięknąć, a nawet jak zmiękniemy, to nie znaczy, że ma tak być na wciąż”:) Lubię silne kobiety… co nie zmienia faktu, że zdecydowanie lepiej “wyczuwam” i identyfikuję się z męskimi bohaterami Twych opowieści… hmmm.. chyba mam za dużo tego męskiego pierwiastka – muszę sprawdzić, czy wąsy nie zaczynają mi rosnąć:) Tak więc, Marlena Marleną, ale bardziej obchodzi mnie los Tomasza:) Co poradzę? Lubie go i już.
    Joy tak na pocieszenie? Uwielbiam ten film, a największy sentyment (dość pokrętny) mam do Panny Smuteczek.
    Życzę weny nieustającej i żeby proza życia coraz bardziej poetycka się robiła:)

    • mikakamaka-old.guff.pl
      | Odpowiedz

      Powiem Ci tak – uczyniłaś ten dzień słonecznym mimo, że siąpi za oknem i wieje.
      Takie słowa dla piszącego to coś, co każdy chętnie wydrukowałby i powiesił nad biurkiem ku radości i wzrostowi weny.
      I jeszcze tylko biurka muszę się dorobić.
      Gdzie najczęściej piszę? A co tam. Pokażę Ci 😀
      Paczaj i podziwiaj 😀 https://uploads.disquscdn.com/images/cf2bea2538def89f35ea71c20941a20a1bdb425e55927e98c1617ae8585457e6.jpg

      • Tony F.P.
        |

        A to się cieszę, że się przydałam:) Wręcz nieprzyzwoitym by było, gdybym po wielu godzinach spędzonych na lekturze Twych opowieści (wielce mile spędzonych… mimo zarwanych nocy:)) nie podziękowała za tyle wrażeń. I za kilka nowych fantazji:)
        Paczam i podziwiam, i szczena mi opadła – to się nazywa “warsztat pracy”:) I jak tu nie wierzyć, że arcydzieła w luksusie się nie rodzą?
        Mam nadzieję, że “Historie Rodzinne” doczekają się kontynuacji, bo ta opowieść ma ogromny potencjał. Nie narzekałabym na rozbudowanie postaci Tomasza, Nataszy, a i Ludmiła na pewno ma za sobą ciekawe życie. Lubię, gdy w opowieści splata się wiele wątków, przeszłość przeplata się z teraźniejszością, a pozornie nieważne detale nadają całości głębi i soczystości.

Napisz nam też coś :-)