Historie rodzinne (XXVIII)

with 2 komentarze

Historie rodzinne opowiadanie erotyczne pikantne i romantyczneMało czasu, więc oszczędzę słów wstępu. Dziś kolejna część i skupię się na tej historii w głównej mierze. Kolejne opowiadania zacznę w czerwcu i to tyle słowem wstępu. Publikuję i wracam do pisania 😉 Całusy :-*

Przodem szedł Marcel, za nim Antoni. Ludwika i Marlena, na końcu, starając się trzymać jak najbliżej. Mężczyźni dźwigali skrzynię i choć mogli ją ciągnąć po podłożu, woleli uniknąć robienia jakiegokolwiek hałasu. Mimo grubości ścian słyszeli strzał i domyślili się, że przyszło zapłacić Ludmile najwyższą cenę, za udzielenie im pomocy. Ludwika pociągała nosem i ocierała ukradkiem łzy. Wiedziała, że starowina przewidziała swoją śmierć i czekała na nią. Nie bała się tego, co czeka ją po drugiej stronie. Wróżka mogła iść wyłącznie w lepsze miejsce i obie zdawały sobie sprawę z faktu, że wieszczka nie przetrzymałaby podróży i opóźniałaby wędrówkę przez korytarze.
Szli pochyleni, mężczyźni ze skulonymi ramionami, większość drogi przemierzając bokiem. Tunel był wąski i niski, powietrze stęchłe i przesycone wilgocią. Marlena czuła napierającą na nią ciasnotę, lęki próbowały wygrać wojnę w jej głowie z rozsądkiem. Objęła się ciasno ramionami i patrząc pod nogi, parła do przodu. Słyszała pochlipywanie Ludwiki, współodczuwała jej ból. I ona i Antoni stracili cały dobytek. Musieli cierpieć z tego powodu, ale mieli przecież siebie. Ona nie miała nikogo i tylko pozostała jej nadzieja, że zostanie przez nich przygarnięta i być może przyda im się, jako siła robocza i pomoc. Stała się również pomostem między rzeczywistością i wspomnieniami o synu i tylko zastanawiała się, czy będą to dobre wspomnienia, czy te przywodzące ból i tęsknotę, powodujące cierpienie. Postanowiła nie myśleć o tym w tak ponurym miejscu. Skuliła się i łykając cisnące się do oczu łzy, parła na przód.
Marcel poznał drogę tuż po minięciu pierwszego rozwidlenia. Chodził tędy, ponaglany okrzykami Ludmiły. Przedtem schodził po drabince i składował jedzenie, złoto i wszelakie dobra, które podawała mu przez właz Ludmiła. Piwnica była rozległa, zapełniona przez kogoś częściowo pakunkami. Gdy założył całą podłogę w pomieszczeniu pod izbą wieszczki, ta kazała mu transportować wszystko do podziemnego garażu. Garażem stały się lochy, które zaadoptowała wieszczka. Zaskoczyła go, każąc mu podjechać ciężarówką, od tyłu domostwa. Umówiła się z nim przy skalistej ścianie, okolonej zielenią i kwiatami. Znał te zaułki. To tutaj umawiał się z jedną ze służek i w akompaniamencie jej gorących okrzyków, pozwalał sobie na zabawy chętnym mu ciałem. Nikt nie mógł ich usłyszeć chyba, że zapuściłby się w sad na tyłach domu i dalej, w najbardziej oddalone od budynku miejsce posiadłości. Brał ją pod omszałą ścianą, więc gdy staruszka kazała mu wcisnąć jeden z kamieni w ścianie pomyślał, że starowinie pomieszało się we łbie. Przez szacunek dla jej osoby wykonał polecenie i zanurzył palce w zwisającym z niewielkiego urwiska bluszczu, macając w poszukiwaniu kamienia, z wgłębieniem wielkości pięści. Natrafił na coś podobnego do opisywanego przez bezzębne usta i naparł. Krzyknął, widząc masyw usuwający się w bok i odsłaniający ciemną jamę.

- Wjedź tu ciężarówką. – Starowina dźgnęła go pokrzywionym paluchem, w oczach tańczyły wesołe ogniki. – O nic nie pytaj i rób, co ci każę. Dzięki temu będziesz miał się dobrze.

Przytaknął wtedy myśląc, że obiecuje mu tymi słowy bogactwo. Nie podejrzewał, że to zapewnienie przeżycia. Cieszył się, że wykonał polecenie.

- Przysposobisz to auto tak, by wyglądało na wojskowy wóz sanitarny. – Weszła w ciemność jaskini. – Później przyniesiesz wszystko z piwnicy i ułożysz w skrzyniach. Rychło! - krzyknęła przez ramię, niknąc w ciemności. – Przeznaczenie nie poczeka na ciebie, ślamazaro!

Wskoczył do szoferki, odpalił silnik i wtoczył powoli pojazd do groty. Światła obejmowały kolejne centymetry ścian, ukazując miejsce, o którym nie słyszał dotąd mimo, że pracował dla chlebodawców od dziecka. Wyglądało na to, że Ludmiła trzymała to miejsce w tajemnicy. Nigdy nikt nie bąknął nawet słowem o tym sekrecie. Poza starowiną, ktoś jednak musiał wiedzieć. Skąd bowiem znalazłyby się tutaj skrzynie? Babka nie miałaby na tyle siły.

- Już prawie jesteśmy. – Odgonił wspomnienia, skupiając się na dotarciu do celu. Czuł, że musi to powiedzieć. Słyszał, że jedna z kobiet płacze.

Rozumiał ich stratę. Tak wielmożnych państwa, bo stracili dobytek i syna, prawie równocześnie. Również i Marleny, bo miała być wydana za mąż, a i widział ją kiedyś w jednoznacznej sytuacji z Ignacym. Pewnie go kochała i miała otwarte wrota do lepszego życia u jego boku. Wszystko przepadło. Plotkowano również i o tym, że dziewczyna była przyuczana na żonę. Domyślił się tego już pierwszego dnia, gdy przywiózł obie kobiety przed dom schadzek i przywitała je panna Aldona. Ta ostatnia była dobrze znana wszystkim zamożnym jegomościom w mieście. On sam nie korzystał z usług matrony, nie potrzebował tego. Skoro jednak Marlena trafiła pod jej skrzydła, musiała być szkolona również i na kurwę. Słyszał o podobnych praktykach w bogatych rodzinach i miało to miejsce zawsze wtedy, gdy sprawa dotyczyła jedynego spadkobiercy, a ten prowadził hulaszczy tryb życia, a rodzina postanowiła usadzić dziedzica na tyłku. Nie raz wiózł pijanego Ignacego do burdelu, bądź z powrotem. Zazdrościł mu lekkiego życia, ale tylko do czasu. W pewnym momencie w oczach dziedzica zagościła pustka, coraz częściej szukał wrażeń między udami dziwek i topił smutki w gorzałce. Dopiero pojawienie się Marleny przywróciło blask jego spojrzeniu, nawet zaprzestał wycieczek do dzielnicy płatnych uciech. Niestety, przeznaczenie odebrało swój łup, Ignacy zginął z rąk dziwki, w dzielnicy burdeli. Pewnie jakaś zakochana dziewczyna stwierdziła, że nie odda go innej na zawsze. Głupio zrobiła, bo Ignacy nie należał do wiernych mężczyzn i wcześniej, czy później, wróciłby do kochanki. Dla Marcela stało się dobrze, bo nieoczekiwanie znalazł się na miejscu, które pewnikiem przypadłoby synowi właścicieli. Teraz stał się opiekunem trójki ludzi, włącznie z rozpuszczoną pannicą, do której czuł niechęć. Oczywiście, że z radością poużywałby sobie na jej ciele, ale nie lubił tego typu związków. Musiał poczuć coś mocniejszego do kobiety, z którą miałby współżyć. Jak bowiem cieszyć się zbliżeniem z kimś, kogo nie darzy się ciepłymi uczuciami? Nawet jego wiekowa kochanka i sponsorka, budziła ciepło w sercu. Marleny nie darzył ani krztyną sympatii. Dla niego była ekskluzywną dziwką i narzędziem w rękach Ludwiki. Tę ostatnią szanował i to przez wzgląd na nią, postanowił strzec całej trójki.

- Jesteśmy na miejscu – oznajmił, prostując sylwetkę. – Pani Ludwiko i ty Marleno, przebierzecie się w pielęgniarskie kitle i czepki. – Wskazał ławę przy ścianie i dwie kupki białych szmat, ułożonych w zgrzebne kupki. – Pan, panie Antoni, wdzieje mundur i położy się na noszach na pace auta. Marlena do szoferki, pani Ludwika będzie czuwać nad umierającym. Rychło!

Pozwolił sobie na okrzyk widząc osłupienie, które unieruchomiło całą trójkę. On sam znał plan od kilkunastu godzin i miał czas, by oswoić się z rewelacjami przekazanymi mu przez starowinę. Plan był odważny, ale i genialny. Mieli szanse na ucieczkę od wojny i tylko musieli opuścić niepostrzeżenie miasto. Z tego, co mówiła babka, odpowiednim czasem były wyłącznie najbliższe godziny. Później ma się zacząć masowe rozstrzeliwanie ludności. Dziękował Bogu za szczęśliwy los i to, że jest sierotą. Jak bowiem miałby zostawić własną rodzinę na rzeź? Teraz też było mu ciężko, ale wieszczka jasno i wyraźnie mówiła mu, że wyłącznie w czwórkę mają szansę na ucieczkę. Nie był głupi, rozumiał powagę jej słów. Znaczyło to przecie, że ona sama również miała umrzeć.
Teraz przebierał się w mundur, drugi podał Antoniemu.

- Mów mi Antoni. – Mężczyzna wyciągnął dłoń do Marcela. – Tytuły i stanowiska możemy sobie darować od teraz. Musimy przeżyć i jak widać, ty będziesz dzierżył stery.
- Marcel. – Uścisnął wyciągniętą dłoń, wzruszenie odebrało mu zdolność powiedzenia czegokolwiek więcej. – Ruszajmy. – Podszedł do tyłu auta, odrzucił plandekę, opuścił klapę.

Po pięciu minutach, w czasie których instruował przerażoną Ludwikę i skupionego na jego słowach Antoniego, wycofał samochód i nie włączając świateł, potoczył pojazd ku bramie wyjazdowej. Wiedział, że najbliższe godziny zaważą na ich losach. Albo wpadną w ręce SS, albo opuszczą miasto.
Minął bramę, skręcił w prawo i dopiero wtedy załączył reflektory. Wszystko w kolejności, którą wbiła mu do głowy wieszczka, każąc powtórzyć kilka razy z rzędu. Gdy raz się pomylił i zapomniał powiedzieć o wyjechaniu bez włączeniu świateł, stuknęła go w głowę swoją fajką tak mocno, że do teraz czuł to uderzenie. Wtedy czuł gniew, teraz wdzięczność i szacunek do kobiety, która oddała za nich życie.
Przydusił pedał gazu, wrzucił wyższy bieg. Skręcał w uliczki i postronnemu obserwatorowi mogłoby się to wydać chaotyczne. On jednak mijał posterunki żołnierzy według listy, którą wkuł na pamięć na rozkaz babki i powtarzał w obie strony korytarza, którym nosił zapasy do jaskini z ciężarówką, a tam układał w skrzyniach na pace. Teraz jechał obierając kolejny kierunek, nie musząc się zastanawiać nad kolejnością. Ciało bolało go po przepracowaniu całego dnia, niczym tragarz. Śmierdział potem, ale babka nie pozwoliła mu na odświeżenie się. Nie mógł wiedzieć, że i ten drobny fakt miał odegrać swoją rolę, w ułożonym przez nią planie. Zapach wody kolońskiej był niewskazany. Tego jednak postanowiła nie mówić chłopakowi.
Opuścili miasto i dopiero wtedy pozwolił sobie na głębszy oddech i sprawdzenie, jak w sytuacji odnalazła się Marlena. Siedziała obok wyprostowana, z dłońmi na podołku i ze spokojną miną spoglądała w przód, przez szybę. Poczuł ukłucie podziwu tym bardziej, że on sam był przerażony i tylko maskował strach milczeniem, pokładając nadzieję w nieomylności wieszczki. Nie wiedział, że Marlena nie musiała się bać, bo wierzyła. Wiara była jej ostoją, rozmawiała właśnie z Bogiem.
Marcel na powrót obrócił się ku przedniej szybie i ze zmarszczonym czołem zapatrzył w ciemność przed maską samochodu, którą to słabe reflektory rozświetlały na tyle, wymógł pokonać drogę z umiarkowaną prędkością. Z tego, co mówiła Ludmiła, mieli być na miejscu rankiem. Jeśli oczywiście wszystko pójdzie w zgodzie z planem.

- Pomodlisz się ze mną? – Dobiegły go słowa Marleny. – Pomóżmy Najwyższemu zawieźć nas na miejsce.
- To ja nas wiozę – odburknął, zniecierpliwionym tonem próbując zakryć speszenie. Nie pamiętał modlitw, od lat nie uczęszczał do kościoła. – Ty zmów pacierz – dodał łagodniej. – Ja skupię się na jeździe.
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie…

Słowa, które popłynęły z ust Marleny, wlały w duszę Marcela dziwny spokój. Przywiodły obraz kobiety, która przytulała go, gdy był dzieckiem i mieszkał w sierocińcu. Tak jak ona wtedy, tak Marlena teraz wyciszyła modlitwą niepokój, strach przestał pazurami ranić umysł, płuca nabrały więcej tlenu.

- Przyjdź królestwo twoje… - dołączył bezwiednie, ogarnięty wzruszeniem. – Bądź wola twoja…

Auto mknęło przed siebie pustą drogą, wioząc czwórkę ludzi ku nowemu życiu. Ludmiła wiedziała, że tak będzie lecz zdawała sobie również sprawę z tego, że każda decyzja któregokolwiek z czworga bliskich jej sercu ludzi, może zmienić bieg przeznaczenia pozostałej trójki. Obserwowała ciężarówkę, unosząc się jako dusza w oddali. Nie musiała się spieszyć, miała czas.
Czekała ją wieczność.

Oto Mikakamaka:

Matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Odpowiedzi

  1. Zuzanna Minor
    | Odpowiedz

    Słabość do imion na M?Ale fajnie się czyta.

Napisz nam też coś :-)