Ja, Baba! (I)

with 14 komentarzy

erotyka na wesoło

Jako się rzekło, coś nowego z pyskatą babą w roli głównej 🙂

           


            Lena

Strasznie nie chciało mi się otwierać oczu. Leżałam więc sobie, trwając w dziwnym błogostanie i powoli odzyskując świadomość, a jednocześnie z rozrzewnieniem wspominając wczorajszą imprezę. Wieczór panieński zorganizowany dla mojej najlepszej przyjaciółki. Limuzyna, morze szampana i kilku przystojniaków, którzy dotrzymywali nam towarzystwa. Szczerze mówiąc, nie bardzo pamiętałam, kiedy dokładnie urwał mi się film…

Odrobinę zaniepokojona tym faktem, jak i zapachem, który dopiero teraz zarejestrowała moja otumaniona świadomość, na próbę otworzyłam jedno oko. Potem dużo bardziej gwałtownie drugie i z coraz większym przerażeniem wpatrywałam się w świński ryj tuż obok mojego nosa.

– Ki czort? – zaklęłam, usiłując zająć pozycję siedzącą. Dokonałam tego dopiero za drugim razem, a przepłoszona świnia uciekła z głośnym kwikiem.

– Boże! – wyszeptałam ze zgrozą. – Ależ się schlałam! Gdzie ja jestem?!

Z pewnością była to drewniana stodoła wypełniona sianem. Mimowolnie przypomniałam sobie czasy dzieciństwa. Taką samą miała moja babcia. Ale to było prawie dwadzieścia lat temu, tamta już dawno spłonęła, a o ile mi wiadomo w okolicach Poznania nie było już takich archaicznych budowli. Przynajmniej niedrewnianych.

Tknięta nagłą myślą, pomacałam się po kroczu. Nic. Bielizna w całości, rajstopy w całości, żadnych dziwnych plam. Znaczy się gwałt odpadał. Porwanie? No co komu taka pyskata baba, która sama nie potrafiła zdecydować się czego chce w życiu? Ewentualnie do eksperymentów medycznych, ale to chyba nie w stodole?

– Dwa lata abstynencji i ledwo człowiek trochę zaszalał, a już wylądował cholera wie gdzie – zrzędziłam, gramoląc się z siana. W końcu stanęłam na nieco chwiejnych nogach. Co dziwniejsze tuż obok leżały moje buty, ale nie wytworne szpilki, tylko wygodne trampki, które wzięłam ze sobą tak na wszelki wypadek. Widać, zdążyłam jeszcze zmienić obuwie. Pokręciłam z dezaprobatą głową i zaczęłam nasłuchiwać.

Ciszę przeplatały głosy ludzi i zwierząt. Takie zwyczajne. Żadnego warczenia, muzyki, szumu samochodów. Razem z tą drewnianą stodołą dawało to zadupie wielkie, gdzie psy szczekały tym, co miały pod ogonem. Od razu przyszło mi do głowy, że postanowiłyśmy wybrać się do jakiegoś nietypowego miejsca, może po drodze kazałyśmy zatrzymać się szoferowi, a gdy ja udałam się za gęsty krzaczek, te wampirzyce odjechały, zapominając o swojej koleżance. W takim wypadku dobre i to, że trafiłam na stodołę. A gdyby to był niewielki stawek, pole pełne byków, gniazdo przestępców czy takie tam?

– Nigdy więcej alkoholu – powiedziałam surowo do siebie i postanowiłam wybadać okolicę. Skoro słychać ludzi, to z pewnością użyczą mi telefonu. Mój został w torebce, a torebka pewnie w limuzynie. Zadzwonię po kogo trzeba, ochłonę i zacznę przygotowania do imprezy weselnej. W końcu jako główna druhna miałam swoje obowiązki.

Drzwi zaskrzypiały ostrzegawczo, jakby zaraz miały wypaść z zawiasów. Zmrużyłam oczy, bo słoneczko nieźle dawało i dopiero po chwili udało mi się dostrzec szczegóły najbliższej okolicy. Patrzyłam w milczeniu i powoli włos jeżył się na mojej głowie…

Trzy drewniane chałupy, do połowy zakopane w ziemi. Z jednej uchodził dym przez coś w rodzaju komina. Zero okien. Błoto na podwórzu, za płotem gęsty las, nierogacizna pętająca się po całej okolicy. No i ludzie, oby to szlag trafił! Dwie kobiety, jeden mężczyzna, cała gromadka brudnych, zasmarkanych dzieciaków. Widok rodem z średniowiecza. Z niesmakiem pomyślałam, że wylądowałam w jakimś skansenie, chociaż szczerze mówiąc, to skanseny wyglądały dużo lepiej. Czyściej. Przynajmniej te, które dotychczas udało mi się zobaczyć.

– Hej, hej! – pomachałam do stojących w półkolu ludzi, którzy żywo o czymś dyskutowali. – Przepraszam państwa, ale chyba zbłądziłam.

Raźnym krokiem ruszyłam w ich kierunku. Przystopowało mnie dopiero w połowie drogi, bo wyglądali jakby zobaczyli samego Belzebuba. Przerażenie w ich oczach, usta otwarte jak do krzyku, ale niewydające żadnego dźwięku, trwoga wykrzywiająca twarze. Po czym z głośnym rykiem zaczęli uciekać.

– Jasna cholera! – zaklęłam. Pomacałam się głowie, potem po twarzy. Nic. Wszystko wydawało się normalne. Zerknęłam na ubranie, czyli maksymalnie seksowną, minimalistyczną, srebrzystą sukienkę. Też nic. To co to wszystko miało znaczyć?!

– Ludzie, stójcie! – wrzasnęłam ponownie, zgrabnie omijać krowi placek na swej drodze. – Pomocy potrzebuję! Telefonu!

Ostatnie dziecko zniknęło w gęstwinie lasu. Zostałam sama na środku błotnego podwórza, otoczona przez kaczki, gęsi, kury i coś tam jeszcze. Przy czym zwierzyna najwyraźniej miała w nosie mój wygląd i obecność.

– Co za pech – mruknęłam poirytowana, po czym nagle mnie olśniło. Skoro buty leżały obok, to może i torebka się gdzieś zawieruszyła? Szybko wróciłam do wnętrza stodoły i po chwili triumfalnie wygrzebałam z siana niewielką kopertówkę. Ma się to szczęście, pomyślałam, siadając na płaskim, nagrzanym słońcem głazie. Wygrzebałam telefon i tu spotkała mnie kolejna przykra niespodzianka. Brak sieci. Kompletnie nic. Nawet numery alarmowe szlag trafił. Zaklęłam pod nosem, a potem wyjęłam małą, podręczną puderniczkę. Przyjrzałam się podejrzliwie swemu obliczu, bo mieszkańcy dziwnej zagrody nadal nie wrócili, ale oprócz rozmazanego tuszu do rzęs i barwnej smugi na lewym policzku po szmince, nie dostrzegłam nic niepokojącego. No dobrze, ta szminka nadawała mi trochę wygląd wampira po przepiciu, ale bez przesady. Na taką panikę z pewnością nie zasługiwała.

– Trzeba będzie ruszyć dupsko, wybrać którąś stronę świata i poszukać cywilizacji – wymamrotałam posępnie.

Poczekałam jeszcze kwadrans, potem drugi i trzeci. Między czasie poprawiłam makijaż, odświeżyłam oddech za pomocą gumy do żucia i pożałowałam, że nie zabrałam ze sobą plecaka z wałówką, a tylko skromną torebeczkę. Mieszkańcy nadal nie wrócili. Co było robić? Wstałam, otrzepałam pupę i ponuro spojrzałam na świecące wesoło słoneczko.

– Entliczek pętliczek, zielony guziczek. Na kogo wypadnie, na tego bęc!

Wypadło na moją prawą stronę. I dobrze, bo tam las nie był taki gęsty. Zresztą, dziwne było, że do zagrody nie prowadziła żadna droga, chociażby gruntowa, zarośnięta. Zanim zanurzyłam się w nieznanym lesie, obeszłam jeszcze wszystko dookoła. Dopiero wtedy za stodołą, dostrzegłam dość szeroką ścieżkę. Samochód by nie przejechał, ale dwóch rowerzystów obok siebie może już tak. Postanowiłam olać wyliczankę i pójść tą dróżką. Gdzieś mnie w końcu zaprowadzi. Zanim jednak zdążyłam to zrobić, wyraźnie usłyszałam tętent końskich kopyt.

– No, w końcu! – krzyknęłam uradowana. Trzeba przyznać, że przez całe życie samotność nie doskwierała mi tak bardzo, jak w przeciągu ostatniej godziny.

Oparłam się o sterczący z ziemi, nadłamany pal, przybierając wdzięczny wyraz twarzy. Oczywiście wolałbym warkot samochodu, ale dobry i koń. Od biedy umiałam jeździć, więc może podrzucą mnie gdzieś w jakieś cywilizowane okolice? Niechby do najbliższego spożywczaka, albo kościoła. Tych pierwszych i tych drugich, akurat ci u nas pod dostatkiem.

Z lasu na polanę, na której stały chaty i stodoła, wypadło kilku konnych. Zatrzymali się, po czym zaczęli zachłannie na mnie gapić. Ja na nich również. Konie jak konie, ale jeźdźcy stylizowani byli na wczesne średniowiecze, a poza tym kilku z nich dobyło broni. Miecze, topory i łuki skierowano niewątpliwie w moją stronę.  A ja zamarłam osłupiała, wybałuszając oczy.

– Przepraszam że przerywam zabawę w rycerzy i wieśniaków – odezwałam się w końcu, bo coś należało powiedzieć. – Ale zgubiłam w nocy drogę i…

– Wysłanniczko diabła! – Rosły młodzian na równie dorodnym koniu potrząsnął złocistą czupryną, groźnie marszcząc czoło. – Zwyciężymy cię szatanie, władco piekła!

– Mam na imię Lena. I przestańcie się wygłupiać – zdenerwowałam się. Co za nawiedzony palant! Ja mu dam władcę piekła! Jak przyłożę w ten zakuty łeb, to ujrzy gwiazdy w biały dzień.

– Czarownica! – krzyknął któryś z tyłu. – Zabić ją!

Nie powiem, wiarygodni byli, ale jakoś te ich wygłupy nie przypadły mi do gustu.

– Zobaczymy kto kogo – mruknęłam, na wszelki wypadek rozglądając się za możliwą bronią. Od ponad dziesięciu lat trenowałam karva maga, który z założenia był systemem walki opracowanym dla sił obronnych Izraela. Stanowił on niezwykle udaną hybrydę boksu tajskiego, judo, brazylijskiego jiu-jitsu, aikido i zapasów. Baba byłam agresywna i zawzięta, więc dosyć szybko doszłam do brązowego pasa. Poza tym od przedszkola uczęszczałam na karate, tatuś z uporem maniaka prowadzał mnie na strzelnicę, a brat przekonał do skoków spadochronowych. Słowem, rzeczy ekstremalne stanowiły sens mej egzystencji. Przynajmniej do momentu, gdy umówiłam się na randkę z wymarzonym mężczyzną i w jego obronie obiłam mordy kilku typom spod ciemnej gwiazdy. Ukochany się spłoszył, zrywając kontakt, a ja popadłam w przygnębienie. Ta cała emancypacja to mi nosem wyszła.

– Nie, lepiej ją pojmać. – Na czoło jeźdźców wysunął się blady mężczyzna o anemicznym wyglądzie i minie zbitego psa. – Może coś wie o zaginionej królowej. Skujemy ją i doprowadzimy przed oblicze władcy. On zadecyduje.

– Ja bym tę parchatą czarownicę ukatrupił na miejscu – mruknął złotowłosy młodzian, który przed chwilą bredził to o szatanie i piekle. Mierzył mnie przy tym wysoce nieprzyjaznym spojrzeniem. Odwdzięczyłam mu się, wytykając język i prostując środkowy palec prawej ręki w powszechnie znanym geście. Buc jeden! Parchata czarownica? Parchata?!

– Skuwać mnie nie musicie, pójdę sama – oświadczyłam z godnością. Aż się wzdrygnęli ze strachem. Pewnie lepszego efektu nie osiągnęłabym ziejąc ogniem z pyska i lewitując nad koronami drzew. A swoją drogą, za aktorstwo to bym im przyznała Oscara. – Potrzebuję konia i pomocy, aby go dosiąść. Akurat w te klocki nie jestem najlepsza – wyjaśniłam szeroko się uśmiechając.

– Lancelocie! – Anemik skinął dłonią na blond gburka. – Czy podejmiesz się tego niebezpiecznego zadania?

– Oczywiście! – Blond gburek od razu poweselał, ale ja nie byłam zachwycona.

– Nie pojadę sama? – spytałam z pretensją.

– Nie mamy zapasowego rumaka. Sir Lancelot będzie cię pilnował, abyś nie uciekła i dotarła przed oblicze króla.

– Sir Lancelot? – Z powątpiewaniem patrzyłam na chłopaka, który podjechał bliżej i właśnie szykował coś w rodzaju grubego, solidnie wyglądającego sznura. – A ty to kto? Może do kompletu sir Galahad?

– Sir Girflet! Ona cię obraża! Może jednak…

– Nie! – Jedno stanowcze słowo ukróciło zapędy gburka. – Ma stanąć przed królem.

Ten, który szumnie tytułował się sir Lancelotem, zeskoczył z konia, po czym ostrożnie się do mnie zbliżył. Robił przy tym groźne miny, wymachiwał mieczem i w ogóle wyglądał przezabawnie. Poza tym pomyślałam z melancholią, że śliczny z niego chłopak, postawny, kolorystycznie wyrazisty, a buźkę miał taką, jakby mu ją rzeźbił sam Michał Anioł.

– Mam się dać związać? – spytałam domyślnie. Potem wzruszyłam ramionami. Nie będę temu gronu nawiedzonych szaleńców psuć zabawy. – To dawaj, wiąż! – Wyciągnęłam przed siebie złączone dłonie, co skrzętnie wykorzystał. Kilka minut później siedziałam na koniu, opleciona tym grubym powrozem jak świąteczna paczka, z kwaśną miną zastanawiając się, dlaczego nie trafiłam na kogoś normalnego. Co za pech! W końcu ruszyliśmy, na razie stępem, bo gęsty las nieco utrudniał rozwinięcie większej prędkości. Zaciekawiona wykręciłam głowę i spojrzałam przez ramię na siedzącego za mną gburka. Gapił się na moje prawie całkiem gołe nogi, bo sukienka podwinęła się, odsłaniając zbyt wiele. Gapił się i gapił, wybałuszając oczy i groźnie marszcząc brwi, a ja byłam coraz bardziej rozbawiona. W dodatku poczułam jak jego ramię ściska mnie w pasie coraz bardziej kurczowo. Byłabym ostatnią kretynką, gdybym nie zorientowała się, co mu krąży po głowie. I złośliwie pomyślałam, że teraz się odwdzięczę za tę parchatą czarownicę. Dużej swobody ruchów nie miałam, ale zaczęłam odrobinę się wiercić, kręcąc tyłeczkiem i ocierając się o jego krocze i uda. Zauważyłam, że z taką siłą zacisnął palce na uździe, aż pobielały kłykcie. W pewnym momencie ze świstem wciągnął powietrze, a w końcu nie wytrzymał i jedna z jego dłoni wylądowała na moim udzie.

– Czarownica! – syknął przy tym wściekłym szeptem. – Przeklęta czarownica!

– Nie przesadzaj. To ty mnie obmacujesz.

– Chcesz mnie zwieść na manowce? Niedoczekanie twoje! – Z wyraźnym trudem oderwał rękę od rozpalonej skóry.

Wyjechaliśmy z lasu i konie od razu przeszły w kłus. Trochę ciężko było uwodzić gburka w takiej sytuacji, więc odpuściłam, resztę zemsty odkładając na później. Za to z ciekawością rozglądałam się dookoła. Nagie pagórki, wszechobecna zieleń, po prawej las, po lewej las, za nami las, w oddali na horyzoncie las… Gdzie ja do cholery jestem? Po raz pierwszy poczułam wyraźny, trudny do określenia niepokój. Coś mi strasznie nie pasowało w tym wszystkim.

– Co to za miejsce, w które się udajemy czcigodny rycerzu? – zadałam pytanie mojemu milczącemu i wkurzonemu towarzyszowi.

– Jesteśmy w drodze do Camelot – odparł krótko. – Król zadecyduje, co z tobą zrobić czarownico. Ale łaski to bym nie oczekiwał.

– Taaa… W drodze do Camelot – odpowiedziałam z ironią. Po czym zamilkłam, bo minęliśmy właśnie pas drzew i moim oczom ukazała się ogromna dolina, nad którą górował potężny, kamienny zamek. Zamrugałam zdezorientowana oczami. Co jak co, ale moja wiedza o zamkach i pałacach była dość obszerna i dałabym sobie głowę uciąć, że ta budowla nie znajdowała się w Polsce. Ale w takim razie gdzie??? Gdzie do diabła trafiłam?! Niemcy? Bzdura! Z języków obcych znałam jedynie angielski, nie dogadałbym się. A przecież… Zastanowiłam się. Zaraz, zaraz. Rozumiałam tych ludzi, oni mnie również, lecz to nie był język polski. Raczej coś, czego nie znałam, chociaż znałam. Kurde! Jakie to wszystko popieprzone…

– Najprostsze wyjaśnienie, to puknęli mnie w łeb i mam omamy – wymamrotałam, zachłannie gapiąc się na okolicę. Właśnie wjechaliśmy do jakiejś wioski, zresztą kto wie, może to były tereny podmiejskie? Nieważne. Ogólnie widok przygnębiający. Bród, smród i ubóstwo. Droga pełna błota, małe, przytulone do siebie chatki i ludzie o zmęczonych twarzach. W miarę jak posuwaliśmy się do przodu, droga zmieniła się w kamienny trakt, domy zaczęły przypominać normalne budowle, a mieszkańcy wyglądali na czystszych i mniej dzikich. Tak intensywnie przyglądałam się wszystkim szczegółom, że nie zauważyłam, iż większość spluwa na mój widok. Zresztą nic dziwnego, byłam prawie naga. Poza tym w promieniach zachodzącego słońca moja sukienka skrzyła się i lśniła. W porównaniu do wszechobecnej szarzyzny, byłam jak egzotyczny ptak wśród wróbli. No i te trampki w kolorze soczystej zieleni. Szał ciał i uprzęży!

– Czy król Artur… – zaczęłam ostrożnie, ale od razu urwałam, napotykając zdumione spojrzenie mego towarzysza.

– Jaki król Artur? – spytał z niesmakiem. – Nie ma i nie było kogoś takiego.

– Nie? – osłupiałam jeszcze bardziej. Te majaki jak widać były jakąś spersonalizowaną wersją. – To kto niby jest królem?

– Nasz miłościwie nam panujący władca to Mordred. U jego boku zasiada królowa Ginewra, która niespodziewanie zniknęła dziś rano.

– Mordred? – zadumałam się. – Ale okrągły stół macie?

– Co ty bredzisz babo? – warknął. – Po cholerę nam okrągły stół? To niepraktyczne. Stoły ci u nas normalne, dębowe, na trzydziestu chłopa.

Więcej nie pytałam, czując się przytłoczoną nadmiarem sprzecznych wiadomości. Majaki nijak się miały do legendy. Artura nie było, stołu nie było, Merlina…

– A jakiegoś Merlina znasz? – spytałam markotnie.

– Merlina? Był taki jeden pokręcony staruch, co robił za nadwornego błazna, ale poślizgnął się na świeżo wypucowanej posadzce, fiknął koziołka i zleciał ze schodów. Nie żyje już dobre parę lat.

– No jasny gwint! – wymamrotałam. Dopiero teraz spostrzegłam, że zbliżyliśmy się do zamku, a przed nami rozciągała się szeroka fosa pełna mętnej wody. Sama budowla z bliska nie wyglądała już tak imponująco. Po dziedzińcu pętały się kaczki i gęsi, widać też było, że mury w wielu miejscach sypią się, wymagając natychmiastowego remontu. Nawet, o zgrozo, przed samym wejściem do siedziby króla stała sobie ubrudzona świnia i pochrząkiwała wesoło, ryjąc z zaangażowaniem w ziemi.

Zatrzymaliśmy się na samym środku, tuż przy studni. Zostałam w mało elegancki sposób postawiona na ziemi, przy czym gburek wyraźnie unikał mego wzroku.

– I co dalej? – spytałam zgryźliwie. – Tak mnie spętałeś, że nie dam nawet ani kroku.

– Zaniosę cię – mruknął.

– Skąd wytrzasnęliście takie rekwizyty?

– Hę?

Poddałam się. Byłam pewna, że nie udaje. On naprawdę był Lancelotem, rycerzem okrągłego… No cóż, pozostańmy przy rycerzu. Pewnie miałyśmy wypadek i leżę sobie teraz gdzieś w szpitalu, pogrążona w śpiączce, a moja podświadomość szaleje. Westchnęłam. Trudno, zaakceptuję sytuację i poczekam, aż mnie wybudzą. Do tej pory będę się świetnie bawić. Pod warunkiem, że nie spalą mnie na stosie jako czarownicy.

– Prowadź wiedźmę do władcy – usłyszałam za plecami i od razu się zdenerwowałam.

– Tylko nie wiedźmę! – zaprotestowałam energicznie. Żaden z nich nie raczył mi odpowiedzieć, za to Lancelot przerzucił mnie sobie przez ramię i wszedł do środka. Średniowieczną budowlę podziwiałam więc niejako do góry nogami. Siły temu skubańcowi nie brakowało, bo nawet się nie zadyszał, dźwigając moją skromną osobę. Za to wyobraziłam sobie jego minę i zachichotałam, bo musiał mnie trzymać za nagie uda…

– Panie! – Postawił mnie w końcu na ziemi, a sam padł na kolana pochylając głowę. Z ciekawością przyjrzałam się imć władcy i mina wyraźnie mi się wydłużyła. To niby był ten ich król? To?! Tłusty i nieruchawy, o pożółkłych zębach, ogromnym brzuszysku, malutkich oczkach i wianuszku z resztek włosów dookoła łysej czaszki. Nawet korony nie miał…

– Cóż za dziwo ze sobą przywiozłeś, sir Lancelocie? – usłyszałam głęboki, lekko rozbawiony głos gdzieś po prawej. – I kto u licha tak ją obwiązał tym powrozem?

– To czarownica mój panie. Może być niebezpieczna.

– Co za ludzie… Czy każdą piękną kobietę nazywasz czarownicą?

W końcu mogłam zobaczyć właściciela głosu i trzeba powiedzieć, że szczęka opadła mi po raz drugi. Wysoki, szczupły i widać, że niezwykle postawny. Włosy miał w kolorze nocnego nieba, kędzierzawe, twarz o niezwykle regularnych rysach, wysokie kości policzkowe, nos nieco kartoflowaty, oczy ciemne niczym dwie studnie, a cerę smagłą, ogorzałą od słońca. Zerknęłam na Lancelota i pomyślałam, że byli niczym rewers i awers, jeden jasny, złocisty, drugi ciemny, mroczny.

– Nie jestem czarownicą – odezwałam się w końcu słabym głosem. Szczerze mówiąc to powoli czułam się tym wszystkim zmęczona. – Zabłądziłam.

– Zabłądziłaś? Chyba z bardzo daleka, bo nie znam niewiast, które by się tak ubierały.

– Raczej z daleka – odparłam ostrożnie, podczas gdy on wyjął krótki sztylet i rozciął krępujące mnie więzy. Potem na powrót go schował i bardzo delikatnie zaczął rozmasowywać moje obolałe nadgarstki, na których było widać wyraźne czerwone ślady po sznurze. Patrzył przy tym na mnie tak, jakbyśmy dzielili razem jakąś zabawną tajemnicę. I z podziwem. Pomyślałam, że dobrze, iż zdążyłam zetrzeć z twarzy ten dziwny ślad po szmince. Potem zerknęłam na gburka, który wyglądał tak, jakby lada chwila miała mu iść para uszami. Akurat to mnie rozbawiło.

– Kąpiel? Posiłek? Odpoczynek? – Ciemnowłosy mężczyzna wymieniał to dokładnie w takiej kolejności, jakiej pragnęłam.

– Kąpiel, posiłek, odpoczynek – odpowiedziałam z westchnieniem ulgi. – A on mówił, że spalicie mnie na stosie?

Mordred roześmiał się. Za to jego szlachetny rycerz poczerwieniał, przybierając soczysty kolor purpury.

– Wybacz pani moim dzielnym wojakom zapędy do oczyszczenia tego świata z wszystkiego, co według nich pochodzi od szatana. Ja jednak nie boję się czarownic, bo jedną z nich jest moja matka.

– A! – ucieszyłam się. Jednak nie wszystko się zmieniło. – Morgana?

– Anna. To imię nadano jej na chrzcie i moja małżonka życzyła sobie, aby tak się do niej zwracać. Morgana to pogańskie imię i Ginewra nie chciała go słyszeć w tych murach.

Powiedział to spokojnym, wypranym z emocji głosem, lecz wyraźnie dawało się zauważyć, że to go złości. W ciemnych oczach pojawiły się niebezpieczne błyski, usta lekko się wykrzywiły. Za to ja przyglądałam się mu z coraz większą fascynacją. Nie, nie był piękny, jak jego złotowłosy rycerz, ale miał w sobie coś takiego, że w jego towarzystwie miałam kolana jak z waty, a podbrzusze zaczynało wysyłać niepokojące sygnały. Szczerze mówiąc, jeszcze nigdy w życiu, nie działał na mnie w ten sposób, żaden facet. Nie powiem, zaiskrzyło, oj, zaiskrzyło!

– To gdzie ta kąpiel? – spytałam ostrożnie, bo pojawiła się we mnie również paląca potrzeba doprowadzenia się do porządku.

– Wybacz pani. – Lekko się ukłonił, a potem jednym ruchem ręki przywołał służącą, która dotychczas przysłuchiwała się naszej rozmowie, stojąc na uboczu. – Wiesz co masz robić? – zwrócił się do niej ostrym tonem. Skinęła głową, posyłając mu spłoszone spojrzenie. Pomyślałam, że ten aksamitny ton głosu i delikatne rozbawienie to raczej maska, za którą się skrywał. Wyraźnie dawało się zauważyć przerażenie w spojrzeniu dziewczyny, a i sam Lancelot zbytnio nie protestował. Co myślał o tak łagodnym potraktowaniu mej osoby, widać było jak na dłoni, ale nie odważył się sprzeciwić. Ten ich władca rządził raczej żelazną ręką.

– W takim razie pozwolisz, że skorzystam z twego zaproszenia – powiedziałam. Ruszyłam w kierunku wyjścia, gdy chwycił mnie za ramię i brutalnie ścisnął. W ciemnych źrenicach pojawiło się szaleństwo.

– Pozwolę – odparł prawie szeptem. – Ale nic nie ma za darmo…

Spojrzenie, którym mnie obrzucił, dość jednoznacznie świadczyło, że jego zaproszenie faktycznie niewiele miało wspólnego z bezinteresownością. Tylko że mnie to raczej nie przestraszyło. Wręcz przeciwnie, sprowokowało. Odważnie je odwzajemniłam, lekko się uśmiechając.

– Mogę? – spytałam, ruchem brody wskazując w stronę oczekującej na mnie służącej. – Czy przydzielisz mi swego dzielnego rycerza, jako eskortę?

– Lancelota? – Mordred przekrzywił głowę na bok, udając że się zastanawia. – Moja szanowna małżonka szczególnie chwaliła sobie jego towarzystwo.

Nie mogłam nie dosłyszeć, że w ostatnich słowach pobrzmiewała i gorycz, i sarkazm. Porównawszy to z moją skromną wiedzą o legendzie króla Artura, doszłam do wniosku, że szanowna małżonka pewnie doprawiała mu rogi. I nietrudno było się domyślić z kim. Zerknęłam na wciąż czerwonego i nadętego z oburzenia gburka. Z drugiej strony, jakie ta baba miała szczęście… Dwie sztuki seksownych samców, na widok, których zapierało dech w piersiach. Zresztą, jaka baba. To tylko moja wyobraźnia…

– Idź! – Pchnął mnie lekko do przodu. Nie kłóciłam się, bo faktycznie byłam wściekle głodna, lepiłam się od potu, a na dodatek zaczynała boleć mnie głowa. To pewnie przez brak porannej kawy. Ciekawe czy moja upiorna podświadomość coś z tym zrobi?

A idąc za milcząca służką, z Lancelotem dyszącym na karku, zdążyłam jeszcze zastanowić się, gdzież u licha podział się Artur?

Oto Babeczka:

Matka, żona, matematyk. Pisze od bardzo dawna, publikuje od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie żyć bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Jo
    | Odpowiedz

    Wyczuwam hit!

  2. Anonimowy
    | Odpowiedz

    haha, ubaw po pachy Babeczko 🙂

  3. J.
    | Odpowiedz

    Fantastyczne! (nomen omen :D) Kiedy kolejna część?

  4. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Może cofnęła się w czasie? 😀
    CHCEMY WIĘCEJ!

  5. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Czyżby przeniosła się w czast króla Artura? 😀

  6. Magdalena Rozmarynowska
    | Odpowiedz

    Ja też chcę taki wieczór panieński

    • Anonimowy
      | Odpowiedz

      I teleportować się do średniowiecza? 😀

  7. Broken Doll
    | Odpowiedz

    Babeczko, uwielbiam Twoje opowiadania. Jestem wierną, cichą wielbicielką Twej twórczości. Twoje historie w większości kończą się happy endem, mam nadzieję, że i moja tak się skończy, a raczej zacznie jako kolejny piękny etap życia.
    Mój Ukochany, młody, zdrowy, cudowny facet, nagle bez przyczyny po prostu stracił wzrok, przytomność, zdrowie. Udar mózgu. Ciężki. A ja cały czas liczę, że się obudzę, bo to nie może być prawda… Bo jak ja będę żyć, jeżeli coś pójdzie źle. Łączy nas dekada życia razem… Nawet nie mam z kim porozmawiać, stąd jęczę tutaj… Badajcie się, proszę. Bądźcie Ludziki czujni.
    Dziękuję Ci Babeczko za piękne happy endy, mam nadzieję, że będę je tutaj razem z moim Ukochanym dalej czytać!

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Rozumiem, bo miałam w rodzinie taki przypadek, ale z guzem mózgu. Też zdrowy, młody mężczyzna, jeszcze przed trzydziestką… Dziś pewnie piastowałby wnuki 🙁 To czasem straszne. Ja dziś byłam u lekarza z nagłym bólem w klatce piersiowej… Niby też wiek nie ten, ale tak źle nie czułam się nigdy w życiu, nie wyłączając obu porodów.

      To opowiadanie na wesoło, więc na pewno będzie happy end, chociaż pewnie mocno zwariowany 😀

      Odnośnie choroby chciałabym ci udzielić pewnej rady, ale wolałabym zrobić to w prywatnej korespondencji, więc jeśli chcesz i możesz to pisz na adres mailowy. To bardzo delikatna sprawa i nie chcę tego robić na forum. Być może się nie przyda, może też i zirytuje, ale nie mogę o tym nie wspomnieć.

      Babeczka

      PS. Trzymaj się, bo wiara w cuda to czasami podstawa! I wcale nie mam na myśli tylko tych, związanych z kościołem 🙂

  8. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Mniam jeszcze;)

  9. Anonimowy
    | Odpowiedz

    No właśnie, po co komu taka pyskata :p

  10. mika kamaka
    | Odpowiedz

    Kocham tytuł 😀
    Z serii moich ulubionych 😀

  11. Anonimowy
    | Odpowiedz

    hehe super..

  12. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Krav Maga a nie Karva Maaga 😉
    lizcze na ciekawą historyjke^^

Napisz nam też coś :-)