Ja, Baba! (II)

with 12 komentarzy
fantastyka i erotyka w jednym opowiadaniu
Krótka przerwa się przydała, bo mi się przez ten czas wyklarowała koncepcja całego opowiadania 🙂
A propos przerwy, to nie zdrowie mi zaczęło szwankować, a zdrowy rozsądek i pamięć. Takie wtopy zaliczałam, że samej było mi wstyd za siebie 🙂 Ale i tak dzięki!
Ginewra

Przeciągnęłam się, czując promienie słońca pieszczące moją twarz. Pomyślałam ze to doskonała pobudka po pełnej rozkoszy nocy. Oczywiście pojawiły się również wyrzuty sumienia, ale zdusiłam je w zarodku. Namiętność, która łączyła mnie i mego ukochanego, była czymś wyjątkowym, czymś, nad czym nie byliśmy w stanie zapanować.

– Ależ to słońce daje – usłyszałam gdzieś z boku, bełkotliwy, kobiecy głos.

Zaraz… Kobiecy?!

Energicznie usiadłam na łóżku, otwierając zaspane oczy. I można powiedzieć, że tylko tyle. Zastygłam w bezruchu, patrząc na nieznane mi miejsce, na kobiety leżące na podłodze, rozwalone w różnych pozach na dziwacznych meblach, na okno… Mój Boże! Potem cicho zajęczałam.

Tak. To było pewnie piekło. I trafiłam tutaj, bo zdradzałam swego prawowitego małżonka. Dosięgła mnie karząca dłoń Pana…

– A ty co za jedna? – Dziewczyna, która leżała obok, puknęła mnie w ramię.

– Ja… – zaczęłam. – Grzesznica.

– No pewnie – zachichotała. – To fakt, sporo nagrzeszyłyśmy w nocy. Jesteś tą kuzynką Leny, o której wspominała, co niespodziewanie przyjechała z wizytą?

Nie odpowiedziałam, ale ona wyraźnie nie oczekiwała odpowiedzi. Szeroko ziewnęła, po czym na powrót zaryła nosem w poduszkę i głośno chrapnęła.

Ja zaś siedziałam w bezruchu, czując narastającą panikę. Tak, tak. Zostałam skazana na wieczne męki, bez możliwości odkupienia grzechów. Będę cierpieć po wieczność, smażyć się… No nie, aż tak źle to nie było. Jeszcze raz ostrożnie się rozejrzałam. Te piekło wcale nie było takie brzydkie. Pokój całkiem spory, łóżko miękkie, zza okna wesoło mrugało do mnie słoneczko. Podrapałam się po nosie, nieco zafrasowana. Zawsze tak robiłam, gdy czułam się niepewnie. Poza tym pewna bardzo prozaiczna potrzeba coraz silniej dawała o sobie znać. W końcu musiałam się ruszyć. Ostrożnie zmieniłam pozycję i zajrzałam pod łóżko. Nic. Żadnego naczynia. Jeszcze raz się rozejrzałam, po czym w ostatecznej desperacji potrząsnęłam ramieniem śpiącej obok dziewczyny.

– Muszę siusiu! – wyjąkałam, gdy w końcu otworzyła jedno oko.

– To idź do łazienki – mruknęła.

– Gdzie?!

– Tamte drzwi – machnęła gdzieś w nieokreślonym kierunku.

Dałam jej spokój, bo zrozumiałam, że mam znaleźć pomieszczenie, w którym niewątpliwie znajdować się będzie jakieś wiadro. Podreptałam w kierunku czegoś, co faktycznie przypominało drzwi i weszłam do środka.

Dobrze że nie zemdlałam od razu, bo nad moją głową rozbłysło łagodne światło. A sama izba…

– Dziwne to piekło – powiedziałam zniesmaczona. – Takie czyste i porządne.

Sama izba nie była duża. Blask bił z czegoś, co zamocowano na suficie, ściany były białe, niezwykle gładkie i chłodne. Z obawą przesunęłam dłonią po ich powierzchni, po czym zaczęłam szukać tego wiadra, dziury, czegokolwiek. Nic z tego, znajdowało się tutaj tylko coś dziwnego, a gdy przyjrzałam się z temu z bliska, zauważyłam wodę chlupoczącą na dnie. Pęcherz dokuczał mi tak strasznie, że nawet pokonał strach i panikę. I nie wiadomo, czy nie ulżyłabym swej potrzebie na wzór prymitywnego zwierzęcia, gdyby do środka nie wepchnęła się jedna z dziewczyn. Zaspana, z opuchniętymi oczyma i potarganymi włosami. Na dodatek półnaga.

– Korzystasz? – spytała szeroko ziewając. – Bo ja muszę w trybie pilnym.

Zaprzeczyłam ruchem głowy, a potem obserwowałam ją bez słowa, zachłannie. Usiadła na tym czymś z wodą, usłyszałam znajome odgłosy, urwała kawałek czegoś, co wisiało na ścianie, po czym wstała i dotknęła… Aż kwiknęłam z przerażenia. Spojrzała na mnie trochę nieprzytomnie.

– Ale impreza była wczoraj, co nie?

I poszła sobie, zataczając się od lewa do prawa. Za to ja bez zbędnych ceregieli powieliłam jej wyczyn, a ulga jakiej przy tym doznałam, była wręcz obezwładniająca. Pomacałam również to białe na ścianie.

– Coś jak delikatny materiał – mruknęłam. – A co mi tam…

W końcu wróciłam do sypialnej komnaty. Usiadłam na skraju łoża i uruchomiłam myślenie.

Co to za miejsce? Jak tu trafiłam? Piekło? A może to Avalon, o którym wciąż bajdurzył ten staruszek, jak mu tam było?... Merlin? Tak, Merlin. To Piekło nie bardzo mi pasowało, bo było tu zbyt czysto, zbyt jasno, zbyt spokojnie. A niebo… Nie zasłużyłam na niebo. Przecież gziłam się ze stajennym, zdradzając prawowitego małżonka. Więc niebo odpadało. Zdezorientowana, porozczulałam się nad sobą odrobinę, popłakałam, pomodliłam. W końcu pojawiła się ciekawość i podeszłam do okna. A gdy wyjrzałam…

Oczy o mało mi nie wyszły z orbit, serce nie wyskoczyło z piersi. W niekontrolowany sposób zaczęłam drżeć, z całej siły zaciskałam dłonie, wbijając paznokcie w ich wnętrze. Bo to, co ujrzałam, nie było podobne do niczego, co znałam. Przekraczało granice mojej wyobraźni, przekraczało nawet zdolność pojmowania.

– Ej, laska – ktoś klepnął mnie w ramię. – Co brałaś, że masz taki odjazd? Jeszcze nie wytrzeźwiałaś?

Dziwny charkot wydobył się z moich ust. Za plecami słyszałam kobiece głosy, rozbawione, zaspane. Ktoś się śmiał, ktoś pytał o coś z irytacją. A ja trwałam w bezruchu, dławiąc się bezradnością. Widziałam coś, co mogłabym nazwać miastem. W niebo strzelały wysmukłe wieże, pośród zieleni widać było różnego kształtu i rozmiaru budynki. Pomiędzy nim szerokie przesmyki, jakby drogi, po których coś się poruszało. A to wszystko aż po horyzont.

– Gdzie jest Lena? – spytał ktoś, a wtedy nagle wszystkie umilkły.

– Wyszła?

– Nie, nie było jej jak się obudziłam. Za to była ona.

Powoli odwróciłam się do nich przodem. Pięć kobiet, wszystkie piękne, o smukłych nogach i zgrabnych ciałach. Szczegóły zamazywały się przed moimi oczyma, ale czy to było teraz ważne?

– Nie pamiętam kiedy ją zgarnęłyśmy – powiedziała posągowa brunetka, przyglądając mi się intensywnie. – Karolina twierdzi, że jesteś kuzynką Leny. To prawda?

– Ja… – odchrząknęłam, bo głos odmawiał mi posłuszeństwa. – Jestem Ginewra.

– Serio? Oryginalne imię. Nietypowe – dziwiły się jedna przez drugą.

– Dobra, spokój! – krzyknęła ta, która miała intensywnie rude włosy. – Zamówimy śniadanie i trzeba się zbierać. Przypominam że jutro mój wielki dzień. Nie mogę wyglądać na skacowaną czy przemęczoną. Muszę być jak ten róży kwiat – zażartowała. – Jestem Jolka, a to Karolina, Marysia, Samanta i Klaudia. – Wskazała po kolei na szczuplutką blondyneczkę o wesołych i ciemnych jak paciorki oczach, posągową brunetkę, kolejną rudą o nieco anemicznym wyglądzie i wysoką dziewczynę o bardzo długich, brązowych włosach. – Zamawiam. Sześć razy kawa, sześć razy śniadanko. To wszystko?

– Może klina? – spytała Klaudia, padając na łóżko. – Kaca mam nieziemskiego.

– To ci sok pomidorowy zamówię, nie wódkę.

Paplały, kręciły się, poprawiały fryzury i pokazywały sobie coś, trzymając w rękach dziwne urządzenia. Za to ja nie zwracałam uwagi na szczegóły, bo wciąż czułam dziwne dławienie w gardle i ucisk na piersiach.

– Czy to Avalon? – spytałam w końcu, gdy umilkły, bo do pokoju weszła kobieta, pchając przed sobą dziwaczny stół.

– Avalon? – Ta, którą nazywały Karoliną, zmarszczyła brwi, patrząc na mnie z niepokojem. – Nie, to Poznań. Chyba zabalowałaś wczoraj ostrzej niż my.

Posadzono mnie przy okrągłym stoliku. Postawiono naczynie z czymś czarnym, gorącym i intensywnie pachnącym. Potem talerz, na którym było chyba coś jadalnego. Jakby pieczywo…

– No jedz i pij, nie gap się tak na tego rogalika – Ruda szturchnęła mnie w bok. – Zabiorę cię chyba za sobą i zaopiekuję, dopóki nie zjawi się Lena. Może być?

Odruchowo skinęłam głową. Czarny napój miał oryginalny, gorzki smak. O mało co nie wyplułam pierwszego łyka. Potem poszło już sprawniej, bo nagle mi zasmakował. Pieczywo również. Było mięciutkie, rozpływało się w ustach. Wspomniałam chleb jak gościł na naszych stołach i ponownie się zadumałam. Jak jedna z nich nazwała to miejsce? Poznań? Jaki u licha Poznań? To chyba poza granicami naszego królestwa?

– Laska, kończ to śniadanie i ubieraj się. Nie chcesz chyba paradować w tej koszuli?

– Ale… – rozejrzałam się bezradnie. – Nie mam nic innego. Moje suknie zostały na zamku.

Jolka po raz kolejny przyglądała mi się uważnie.

– Żebym tylko nie musiała z tobą jechać na pogotowie – mruknęła. – Nie mam na to czasu. Dobra, zabieram cię tak, jak stoisz. Pożyczę jakąś kieckę, u mnie się też wykąpiesz. Między czasie może zdołam dodzwonić się do Leny, bo ma chyba wyłączony telefon.

Zapanował chaos. Potem jedna z nich chwyciła mnie za ramię i pociągnęła za sobą. Szłam, czując że nadmiar bodźców obezwładnia, czyniąc ze mnie bezwolną kukiełkę. Byłam w stanie jedynie patrzeć, ani myśleć, ani mówić. Naśladując moją towarzyszkę, pozwoliłam się wepchnąć do jakiegoś pudła. Ale kiedy to coś ruszyło i świat zaczął mknąc w oszałamiającym tempie, zemdlałam.

– Hej, hej! – Ktoś delikatnie klepał mnie po policzku.

– No i co ja mam z nią zrobić? – To ruda, która wyraźnie była rozgniewana. – A ta cholerna Lena nie odbiera! Więcej, wciąż ma wyłączony telefon!

– Daj spokój siostrzyczko. – Dopiero teraz do mnie dotarło, że ten drugi głos należał do mężczyzny.

– Zbadałeś ją chociaż? Nic jej nie jest?

– A co ja? Mam rentgena w oczach i laboratorium w nosie?

– Nie chrzań! Jesteś w końcu lekarzem!

– To po mojemu nic jej nie jest. Alkohol bym wykluczył, musiała wziąć coś innego.

– Dlaczego nie alkohol?

– Bo ty śmierdzisz nim na odległość, a od niej nic nie czuć. O! Ocknęła się! – ucieszył się. – Cześć laleczko. Ile widzisz palców?

– Dwa – wychrypiałam, usiłując usiąść. – Dwa wyprostowane i trzy zgięte.

– Bystra dziewczynka – pochwalił, a ja mogłam w końcu mu się przyjrzeć. Był tak samo rudy i piegowaty jak jego siostra. Twarz miał szczupłą, pociągłą, oczy błękitne jak niebo za oknem. Uśmiechał się, błyskając bielą zębów. A kiedy wstał, okazało się, że również jest bardzo wysokim mężczyzną. I całkiem nieźle zbudowanym. Nie tak umięśnionym jak mój ukochany, ale całkiem nieźle.

– Będzie żyć. I dojdzie do siebie.

– No dobrze. Ale ja nie mam czasu czekać, aż ona wytrzeźwieje. Jutro mój ślub! Mój ślub, zrozumiałeś?! – Ruda chwyciła go za ubranie i energicznie nim potrząsnęła. Nie okazał oburzenia, tylko lekceważąco machnął ręką.

– Zajmę się nią. I tak nie mam nic do roboty.

– To dobrze – odetchnęła z ulgą. – Ginewra, poznaj mojego brata, Mateusza. Mateusz, to Ginewra.

– Twoje prawdziwe imię? – spojrzał na mnie z zaciekawieniem.

– Tak – potaknęłam ruchem głowy. I zamarłam, bo właśnie coś sobie uświadomiłam. Oni nie używali mojej ojczystej mowy. Za to ja mówiłam w dziwnym języku, który jednocześnie był i nie był mi znany. Co to miało znaczyć?

– Dobra, jest cała twoja. Ja idę do kosmetyczki, nie będzie mnie kilka godzin. Przekażę Lenie, że ma ją stąd odebrać. Ale najpierw niech się wykąpie, przebierze. Pa, pa braciszku.

I już jej nie było. Zostałam sama z obcym mężczyzną, w miejscu, które doprowadzało mnie do szaleństwa.

– Tam jest łazienka – wskazał na prawo. – Chyba że najpierw napijemy się jeszcze kawy?

– Tego czarnego? – zainteresowałam się niemrawo. – A masz wodę?

– Mam. – Wyglądał na rozbawionego. – Przynieść ci szklankę czy pójdziesz ze mną do kuchni?

– Pójdę – zapewniłam go szybko, bo bałam się zostać sama. Podreptałam, wpatrzona w jego plecy, przy okazji zastanawiając się, w co u licha był ubrany? I znów poczułam panikę. Niby to była ta kuchnia? Gdzie palenisko? Gdzie stoły i ławy? Gdzie…

– Proszę – wcisnął mi w rękę naczynie, które wyglądało na niezwykle kruche. – Pij, bo faktycznie minę masz nietęgą.

Wypiłam. Duszkiem. Poprosiłam o jeszcze i dostałam. A później odetchnęłam i postanowiłam złapać byka za rogi. Wyglądał na godnego zaufania i sympatycznego młodzieńca.

– Mam problem – powiedziałam prosto z mostu. – Nie wiem, co to za miejsce.

– Hm – podszedł bliżej i delikatnie ujął moją twarz w obie dłonie, przesuwając kciukami po policzkach. – Pamiętasz, co brałaś?

– Nic – odparłam  poirytowana. – Zasnęłam… – tu się lekko zająknęłam, bo przecież nie mogłam powiedzieć, że w ramionach kochanka na sianie. – Zasnęłam w swym łożu. Na zewnątrz szalała burza, w kominku palił się ogień, wyganiając chłód z zimnych murów. Mój małżonek…

– Nie gadaj, masz męża? – Mateusz nie tylko był zaskoczony. Posmutniał. – A nie dałbym ci dwudziestu lat.

– Mam dziewiętnaście – odparłam skromnie. – Jestem mężatką od pięciu.

– Żartujesz? – wybałuszył oczy. – Hajtnęłaś się w wieku czternastu lat?

– To wcale nie tak późno – powiedziałam chłodnym tonem, skubiąc rąbek lnianej koszuli.

Potrząsnął głową.

– Nic nie rozumiem. Jak nie tak późno? Przecież to o wiele za wcześnie!

– Czy możemy zostawić w spokoju sprawę mego małżeństwa? Mam inne problemy na głowie.

– Możemy – poweselał i sięgnął za siebie, po chwili stawiając przede mną talerz z czymś niezwykle smakowicie wyglądającym. – To teraz powiedz Ginewro, jakie to kłopoty zaprzątają tak piękną kobietę? A swoją drogą, dostałaś imię na cześć legendarnej żony króla Artura?

– Króla? – zainteresowałam się. – Jakiego króla?

– Wielkiego władcy Brytów. Nie mówi, że nie słyszałaś tej legendy?

– Widocznie w moich stronach nie była tak popularna – westchnęłam.

– W twoich stronach? Czyli gdzie? Na bezludnej wyspie Pacyfiku?

– Co to jest Pacyfik? – spytałam z ciekawością.

Nie zdążył odpowiedzieć, bo drzwi otwarły się z hukiem i do środka weszła grupka roześmianych mężczyzn. Było ich czterech, a ja poczułam nagłe zawstydzenie, bo w końcu siedziałam tutaj ubrana jedynie w nocną bieliznę. Mateusz również nie wyglądał na zadowolonego. Przywitał się z nimi i kiedy zaczęli się dopytywać kim jestem, chwycił mnie za ramię, pociągając za sobą. Weszliśmy na piętro po dziwnie mało stromych schodach, a potem zaprowadził mnie na kolejnego pomieszczenia, które wzbudziło mój niepokój.

– Prysznic, kosmetyki, szlafrok – wskazywał ręką całkowicie nieznane mi przedmioty, zarówno z wyglądu, jak i z nazwy. – Jak wyjdziesz, to pierwsze drzwi po prawej to sypialnia Jolki. Masz sobie wybrać sukienkę z jej garderoby.

– Zaczekaj – desperacko chwyciłam jego rękę, ściskając nadgarstek. – Jaki prysznic? Co to jest kosmetyki?

Pierwszy raz spojrzał na mnie jak na idiotkę.

– Aż takiej amnezji chyba nie masz? – spytał z niesmakiem. – Idę, a ty się rozgość.

I wyszedł. A ja zostałam sama, czując narastającą panikę. Jaki prysznic, na Boga? Jak niby miałam się tutaj wykąpać? W czym? I skąd wziąć wodę? Gdzie służba?

– Boże, Boże! Czemuś mnie mój panie tak pokarał? – wyjęczałam, tarmosząc włosy.

Mówiąc dosadnie, miałam przechlapane.

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Ależ masz wyobraźnię, zaciekawiasz 😉
    Trochę nie załapałam tego przeskoku co działo sie pomiedzy kąpielą a pobudką, ale ok, czekam na ciąg dalszy, może więcej sie wyjaśni xd

  2. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Ależ wzbudzasz emocje! Cały ich wachlarz – ciekawe, czy to sen czy prawda? 😉

  3. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Fajnie, że miała upojną noc z ukochanym , ale czemu obudziła się w piekle?! Czy te wszystkie kobiety tam w tym miejscu to też jego nałożnice, z którymi miał upojne noce wczesniej? Co nam zaserwujesz tym razem? Przyznam, że pod koniec rozdziału zaczyna mnie ta historia przerażać .. 😉

  4. Babeczka
    | Odpowiedz

    Tak na szybko… Mogłabym wam kazać zajrzeć na początek opowiadania, ale sama podpowiem. Opowiadanie jest pisane z punktu widzenia dwóch kobiet. Jedna ma na imię Lena, druga Ginewra. Taka zamiana rolami w czasie i przestrzeni 😉 Nielogiczna, bo nawet problemy językowe usunęłam na bok :-)))

  5. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Czytanie ze zrozumienie…. się kłania:-)
    Babeczko SUPER… coś czuję ,że będzie się działo

  6. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Babeczko ,wiem ze się powtarzam ,ale jak stoi sytuacja z informatykami i newsletterem

  7. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Buahahahahahahaha 😂 no juz mi się podoba, ale powiem szczerze ze najbardziej ubawil mnie pierwszy i trzeci komentarz(nie mam zamiaru nikogo urazic oczywiście 😃) troszkę zakręciłaś w głowach Babeczko😂

  8. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Wszystko jest bardzo jasno przedstawione i zapowiada się interesująco 🙂
    M.

  9. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Super:) we wszystkich legendach czy filmach na temat Camelotu król jawił się jako dobry, odważny i opiekuńczy władca. Brakowało mi ikry i mrocznosci, z która kojarzył mi się Lancelot, zwłaszcza w ekranizacji, gdzie Artur to rzymski wojownik, walczący o wyzwolenie Piktow. Dlatego zawsze kibicowalam Lancelotowi. U Ciebie jest wrecz przeciwnie 😀To król jest zaje…sty , więc już się cieszę 🙂

  10. Tony F.P.
    | Odpowiedz

    "Małgosia contra Małgosia" w wydaniu Babeczki to może być niezła jazda:)A jeszcze osadzenie w takich realiach i "pogmeranie" w legendzie… nastawiam się na niezły ubaw:) Słodko-ostry ubaw.

  11. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Hmm…Wchodzi do komnaty, Lancelot kłania się jakiemuś tłustemu nieruchawemu kolesiowi, bo bohaterka bierze go za króla.
    Inny przystojniak stoi z boku.
    To w końcu który to Mordred?
    Z dalszej treści opowiadania wynika, że ten z boku.
    To kim był tłuścioch i dlaczego Lancelot się do niego zwracał per "Panie"?

    Ola

  12. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Czekam z niecierpliwością na kolejną część! 😍

Napisz nam też coś :-)