Ja, Baba! (V)

with 4 komentarze
fantastyka i erotyka w jednym opowiadaniu
Za pewnych powodów nie będzie w następnych dwóch tygodniach zbyt wiele się działo na blogu. Nie osobistych, a technicznych. Powiem tylko, że dziś Baba, jutro Pałka.
Lena

Fakt, wino było niezłe. Pamiętając o mojej słabej głowie, smakowałam je malutkimi łyczkami, z nietajoną ciekawością rozglądając się dookoła. Chociaż po prawdzie, nie bardzo było za czym się rozglądać. W niewielkim pomieszczeniu, z dwoma otworami imitującymi okna i paleniskiem na środku, które otaczały stoły i ławy, panował zaduch i półmrok. Obok mnie siedział sir Gwain, który również różami nie pachniał, ale za to miał znakomite poczucie humoru. Jego opowiastki oraz cięte i celne riposty na temat mieszkańców zamku, rozśmieszały mnie do łez. Nie oszczędzał nawet samego króla i jego owianej złą sławą matki.

– Jeszcze wina? – spytał w pewnym momencie uprzejmie.

– Lepiej nie – zerknęłam na dno trzymanego naczynia. – Już i tak dziwnie lekko się czuję. Znaczy się faza wstępna za mną.

Zaczął się śmiać i dolał mi trunku. Wypiłam połowę, po czym zażądałam stanowczo powrotu do zamku i przydzielonej mi komnaty. Nie zaprotestował, ale pomógł mi się wydostać na zewnątrz. Dopiero tam nogi odmówiły mi posłuszeństwa.

– Podtrzymam cię – zaofiarował się uprzejmie z dziwnym błyskiem w oczach. – Chcesz wracać od razu czy zatrzymamy się w lesie, abyś mogła dojść do siebie?

– Obłudnik – wymamrotałam. – Przyznaj się – pogroziłam mu palcem. – Tylko jedno ci w głowie!

– Ale za to na kilka ciekawych sposób – zachichotał.

– Średniowiecze to epoka cnotliwych rycerzy – upomniałam go. – I równie cnotliwych, wstydliwych niewiast.

– Przepraszam, ale ty na taką nie wyglądasz.

– No wiesz?! – zaperzyłam się, lecz pozwoliłam, aby objął mnie w pasie i podtrzymał ramieniem. – Niby po czym tak sądzisz?

– Po oczach. Widać w nich dziwny głód, głód wrażeń. Apetyt na życie w bardzo szerokim znaczeniu tego słowa. Poza tym cnotliwe niewiasty nie chadzają w męskim stroju.

– Spodnie są wygodniejsze.

– Pewnie tak. Nie wiem, nie noszę sukienek.

Zgrabnie i bez najmniejszego problemu posadził mnie na koniu, sam zajmując miejsce za moim plecami.

– Niewygodnie będzie – zaprotestowałam.

– Nie jesteś w stanie utrzymać się w siodle – oświadczył zwięźle. – Spokojnie, nie zamierzam wykorzystać sytuacji.

Wlekliśmy się wręcz ślimaczym tempem. Na początku starałam się siedzieć sztywno i nie kiwać się na boki. Po niecałym kwadransie zrezygnowałam i z westchnieniem ulgi oparłam głowę o szeroką pierś mego towarzysza. Zamknęłam też oczy, ale to chyba nie był najlepszy pomysł, bo od razu mnie zemdliło.

– Rany! Ależ to wino było mocne!

– Zatrzymać się?

– Tak, proszę.

Byłam pewna, że pozieleniałam na twarzy. Gwain troskliwie zdjął mnie z siodła, potem przyłożył do ust niewielką manierkę.

– Pij! – rozkazał. – To wywar z mięty. Powinien pomóc.

– Przewidziałeś to? – spytałam słabo, choć z oburzeniem.

– Ależ skąd! Jest też doskonały przy zwalczaniu różnego rodzaju robactwa.

Wypiłam kilka łyków. Pomógł mi usiąść pod drzewem, a sam kucnął naprzeciwko, wpatrując się we mnie z niepokojem.

– Przepraszam, nie sądziłem, że te dwa kielichy ci zaszkodzą.

– Ja też. Myślałam, że padnę dopiero po trzecim – zażartowałam. – Czy wasze damy wykazują większą tolerancję?

– Zależy które.

– Na przykład królowa?

– Ginewra? Prawie w ogóle nie pije. Za to Morgana dałaby radę potrójnej porcji wina, które wypiłaś.

– Hm – nie odpowiedziałam, bo wsłuchiwałam się w swoje wnętrze. Dosłownie. W żołądku głośno mi zabulgotała, dyskretnie beknęłam, po czym położyłam dłoń na brzuchu, zataczając nią niewielkie kółka. – To coś miętowe chyba pomaga, bo czuje się nieco lepiej.

– Daj, pomasuję – zaproponował, zerkając na mnie chytrze.

– Ta, pewnie. Rączki przy sobie mości rycerzu.

O dziwo, grzecznie posłuchał. Po chwili wsadził mnie na konia i ruszyliśmy w drogę. Nadal mnie mdliło, a w głowie wirowało jak cholera, ale już ze znacznie mniejszą siłą niż poprzednio. Powiedzmy, że dotrwałam do zamkowego dziedzińca, po czym spadłam z konia niczym worek kartofli.

– Pani, nic ci nie jest? – Gwain błyskawicznie znalazł się obok mnie, ale nie zdążyłam nawet odpowiedzieć, gdy został stanowczo odepchnięty.

– Coś ty jej zrobił? – syknął Lancelot, który nie wiadomo kiedy się pojawił.

– Nic.

– Nic – potwierdziłam słabym głosem, podczas gdy gburek chwycił mnie na ręce i podniósł. – Za dużo wypiłam.

– Wypiłaś?

– Wina – wtuliłam twarz w jego pierś i jakoś tak mi się zrobiło dziwnie błogo. Trzeba przyznać, że wyjątkowo ładnie pachniał. Jakimiś ziołami chyba. Chociaż ramiona miałam dziwnie słabe, oplotłam jego szyję z cichym westchnieniem. – Chcę się położyć i przespać.

Głosu Gwaina już nie słyszałam. Otworzyłam jedno oko i stwierdziłam, że jestem niesiona zamkowymi korytarzami. Potem zaskrzypiały drzwi i znaleźliśmy się w półmroku.

– Co to? – wymamrotałam. – Lochy?

– Chciałbym – prychnął ze złością. – Od samego początku uważam, że tam powinnaś się znaleźć.

– Ale dlaczego? – spytałam dziwnie bezradnie, tym razem spoglądając prosto w rozzłoszczone, błękitne oczy. – Przecież nic nie zrobiłam…

Nie odpowiedział, lecz jego wzrok dziwnie złagodniał. Położył mnie na łóżku, ściągnął buty, przyglądając się im mocno podejrzliwie, po czym stanął obok, patrząc w dół. Za to ja leżałam na wznak, zastanawiając się, dlaczego u licha ten świat wokół mnie tak wiruje?

– Kręci się i kręci – zaczęłam słabym głosem. – I kręci…

– Zlecę, abyś do posiłków dostawała tylko wodę.

– Kawy mi brakuje. I soku, soku świeżo wyciśniętego z pomarańczy – rozmarzyłam się.

– Czego?

Przekręciłam się na bok, zerkając figlarnie w górę, na jego zachmurzoną twarz.

– Naprawdę nie chce ci stanąć? – spytałam z nieukrywaną ciekawością. Gdyby nie stan upojenia alkoholowego, pewnie nigdy w życiu nie przeszłyby mi takie słowa przez usta. Lancelot zgrzytnął zębami z wściekłości i nie odpowiadając, odwrócił się na pięcie i wyszedł.

Zostałam sama. Zamknęłam oczy i całe szczęście szybko zasnęłam.

Pobudka nie należała do najprzyjemniejszych. Na zewnątrz było już ciemno. Zdrętwiałam, chciało mi się pić, a na dodatek na języku czułam dziwny nalot. Chuchnęłam, lecz nieświeży oddech był najmniejszym z moich problemów. Mamrocząc pod nosem różne inwektywy, załatwiłam najpilniejszą potrzebę korzystając z naczynia, które było do tego przeznaczone.

– Ale prymityw! – warczałam, miotając się po ciemnym pokoju. Całe szczęście, że do środka zaglądał ciekawski księżyc, inaczej chyba wszystko musiałabym robić po omacku. Przebrać się nie było w co, nie miałam też się jak umyć. Całe szczęście, że na stole stał dzban pełen wody i dwa kubki. Ucieszyłam się niezmiernie, po czym wypiłam prawie wszystko. Tak mnie suszyło. Później usiadłam na łóżku i zamyśliłam się.

I co teraz? Głodna jestem. Spocona. Taka jakaś wymięta i nie w najlepszym humorze. Jasna cholera! Mam kurwa krążyć niczym ślepy kret po zamkowych korytarzach? Jeszcze potknę się, albo zlecę i skręcę sobie kark. Spojrzałam w kierunku ogromnego kufra, który stał w kącie komnaty. Coś tam leżało białego… Wstałam i podeszłam bliżej. Suknia to nie była, chyba raczej jakaś koszula nocna. W pospiechu zrzuciłam z siebie przepocone ciuchy, łącznie z bielizną i ubrałam ten wór pokutny. Wolałam nie myśleć o tym, że wyglądam jak własna prababka. Potem zbliżyłam się do drzwi, uchylając je.

Ciemności panujące na korytarzu, rozświetlały nieliczne łuczywa umieszczone w żelaznych uchwytach na ścianie. Ucieszyłam się, bo to jednak spore ułatwienie. Zamknęłam za sobą drzwi i skręciłam w prawo. Miałam nadzieję, że gdzieś dotrę, chociaż co tu dużo mówić, najlepsza byłaby kuchnia z smakowitym pieczystym na ruszcie. Oblizałam się łakomie, po czym bezszelestnie zeszłam po schodach.

Wszędzie było pusto, ani żywej duszy. Musiało być już pewnie grubo po północy. W sali gdzie stał tron, w kominku płonął słaby ogień. Pomyślałam, że może to takie całodobowe ogrzewanie, gdy z fotela stojącego niedaleko, ktoś się podniósł.

– Witaj pani.

Ten lekko drwiący głos. Ciemne oczy o niezgłębionym spojrzeniu, w których migotały szydercze iskierki. Chłód malujący się na twarzy mimo uśmiechu na ustach.

– Tak sobie zwiedzam – zaczęłam niepewnie, rozglądając się za drogą ucieczki. Mordred stanowczo był ostatnią osobą, jaką chciałabym spotkać w opustoszałym zamku, po północy, a na dodatek będąc prawie nagą. – Szukam kuchni. Głodna jestem – wyjaśniłam, bo jego brwi powędrowały w górę, w geście zdumienia.

– Głodna? Chyba mogę temu zaradzić, chociaż posiłek nie będzie zbyt wykwintny. Proszę – wskazał na stół, gdzie stała misa z zimnym mięsem, druga z chlebem i trzecia z owocami. – Częstuj się. Jeśli chcesz, to każę obudzić kucharza i przygotuje coś innego.

– Nie, nie – zapewniłam go w pośpiechu, rzucając się na jedzenie niczym wygłodniała hiena. – To wystarczy.

Trzeba przyznać, że rzadko kiedy jadłam tak dobre pieczyste. Chleb był nieco czerstwy, a owoce zostawiłam sobie na deser. Na koniec oblizałam z lubością czubki palców i wypiłam dwa kubki naparu ziołowego. Mordred siedział nieopodal, nie odzywając się i nie spuszczając ze mnie uważnego wzroku.

– Pycha – oznajmiłam. – Teraz mogę iść spać.

– Spać? – zakpił. – Miałem nadzieję, że dotrzymasz mi towarzystwa?

– To rozkaz?

– Prośba.

Prośba? Akurat! Tacy jak on rzadko kiedy o cokolwiek prosili.

– No dobrze, ale tylko chwilkę – zastrzegłam, skromnie spuszczając wzrok. Jednocześnie szacowałam swoje szanse na ucieczkę. Chyba nie będzie mnie gonił?

– Tak, chwilę – odparł drwiąco. – Wstań i podejdź tu do mnie. Nie skrywaj się w cieniu.

– W jakim cieniu? - Ale wolałam posłuchać. Lepiej za bardzo go nie drażnić. Usiadłam na ławie, która stała nieopodal jego krzesła, odważnie odwzajemniając taksujące spojrzenie. Dzielił nas teraz niecały metr, a migotliwy blask pełzających płomieni, odbijał się w ciemnych źrenicach Mordreda. Niespokojnie się poruszyłam, bo po raz pierwszy czułam się tak nieswojo w towarzystwie mężczyzny. Co to u licha miało znaczyć?

– Wstań – polecił cichym głosem. Wlepiłam w jego zaskoczony wzrok, chcąc powiedzieć, że w może sobie wsadzić wiadomo gdzie swoje polecenia, ale głos uwiązł mi w gardle, a serce zatrzepotało. I wstałam.

– Podejdź bliżej – kontynuował, mrużąc oczy. Gdy tego nie zrobiłam, uniósł ramię i zaciskając palce na przegubie mej dłoni, sam przyciągnął mnie ku sobie. – Jesteś piękna – objął mnie w pasie i ścisnął.

– Boli – zaprotestowałam, a wtedy w jego oczach pojawił się dziwny błysk, a usta wykrzywiły się szyderczo.

– To też? – Tak szybko, że nie zdążyłam nawet zaprotestować, pocałował mnie. Usta miał suche, gorące i zaborcze. Wygłodniałe. Język gibki i zwinny. Uścisk ramion niemal stalowy. Nie byłam jednak bezbronną kobietką, skazaną na jego widzimisię. I dlatego kilka sekund później leżał na podłodze, dotykając ze zdumieniem rozciętej wargi, a ja stałam nad nim triumfująca, dzierżąc w dłoniach dzban po winie.

– Nie ze mną te numery – powiedziałam cicho i dobitnie. – Spróbuj tego jeszcze raz, to będziesz zbierał z podłogi własne zęby! – zagroziłam, widząc jak drwiąco się uśmiecha. Potem, jakby nie słyszał mych ostrzeżeń, wsadził rękę pod obszerny, powiewający materiał koszuli, po czym zaczął pieścić moją łydkę. Jednocześnie delikatnie, jak i stanowczo, subtelnie, ale i namiętnie. Zamarłam w bezruchu, patrząc na niego z góry.

– Co ty?... – I jęknęłam głośno, bo jego dłoń wślizgnęła się pomiędzy uda, wędrując dalej, w górę. Ależ to było przyjemne! Podniecające! Jak on to u licha robił, że zamiast i przywalić mu w zęby i zetrzeć z ust ten drwiący uśmieszek, ja stałam jak ten słup soli, w duchu błagając o więcej? No jak? Siedział u mych stóp, z głową uniesioną w górę, hipnotyzując mnie wzrokiem, a do pierwszej ręki dołączyła druga i teraz obie uparcie zmierzały do celu. Na palenisku coś zasyczało i nagle półmrok zamienił się w ciemność. Jedynie kilka kawałków jarzyło się jeszcze czerwienią, rzucając znikomy blask. A mrok spotęgował wszystkie doznania, jakbym nagle dzięki ciemności zwielokrotniła swą czułość na miłosne pieszczoty.

– Przestań! – niemrawo spróbowałam wyrwać się spod tego niebezpiecznego wpływu. – Cholera! Muszę się obudzić, muszę się obudzić – powtarzałam te słowa jak mantrę. I wtedy właśnie Mordred przerwał. Zaczął się cicho śmiać, a ja oprzytomniałam do reszty. – Puszczaj! – wrzasnęłam, ale tym razem ze złością, dając kilka kroków w tył. – Co się tak rechoczesz?

– Bo nie śpisz moja piękna – wyjaśnił, wstając. W mroku jego barczysta sylwetka sprawiała niesamowite wrażenie. – Żyjesz, jesteś przytomna. Znalazłaś się tylko w innym miejscu i w innym czasie. Jak? Nie pytaj. To wie tylko moja matka…

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Odpowiedzi

  1. J.
    | Odpowiedz

    Skok w przeszłość to jednak jest prostsza sprawa, bo to wszystko już było, gdzieś o tym słyszeliśmy, a przy odrobinie wysiłku damy radę się wpasować w tamtą rzeczywistość.
    Ale podróż w przyszłość to już całkiem inna para kaloszy… Przynajmniej do takiego dochodzę wniosku czytając o przygodach Ginewry 😀
    Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.

    • Anonimowy
      | Odpowiedz

      Filmowy przykład to "Goście, goście" 🙂

      Ola

  2. Anonimowy
    | Odpowiedz

    A czy blog nie obchodzi jakoś na dniach 4 urodzin ? 🙂

  3. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Kiedy możemy się spodziewać kolejnej części? 🤔😍

Napisz nam też coś :-)