Ja, Baba! (IX)

with 17 komentarzy
fantastyka i erotyka w jednym opowiadaniu
Miało być zaraz po Transakcji, ale mi się Mały obudził i potem zasnęłam razem z nim 🙂
Lena

W żadnym turnieju nie wzięłam udziału. Po niespokojnej nocy byłam podenerwowana i poirytowana. Wsiadłam więc na konia i chociaż udałam się w stronę placu pełnego kramów i ludzi, ominęłam to całe zbiegowisko łukiem i wjechałam w las. Poszukałam sobie ustronnego miejsca, gdzie zamierzałam to wszystko dobrze sobie przemyśleć.

Gwain odpadał. Był sympatyczny, a jego celne riposty oraz spostrzeżenia szalenie mnie bawiły, ale szczerze mówiąc nie czułam się przy nim jak kobieta. Bardziej jak kumpel.

Lancelot… Tutaj miałam spory problem, bo do złotowłosego gburka żywiłam wyraźną słabość. Owszem, irytował mnie, wkurzał, lecz jednocześnie intrygował. No i szalenie byłam ciekawa, czy to o impotencji, to prawda?

Za to Mordred… To był mój prawdziwy problem. Ciągnęło mnie do niego z niesłychaną siłą, lecz dopiero wczoraj dowiedziałam się, że sporo tej siły przyciągania zawdzięczał czarom. Najbardziej fascynujący mężczyzna miałby być wytworem magii? Cholera, cholera i jeszcze raz cholera! Dość długo zżymałam się na tę myśl. Potem jednak wrodzona przekora dała o sobie znać i postanowiłam działać. Na początek musiałam jednak obmyślić podstępny plan. Albo wykąpać się, bo panował dziś wściekły upał. Powinnam znaleźć jakieś ustronne jeziorko… Tknięta tą ożywczą myślą, wsiadłam na konia i zadumałam się. W końcu pełna niezadowolenia, zawróciłam i po chwili znalazłam się wśród głośnego, i co tu dużo mówić, również śmierdzącego tłumu. Odszukałam wzrokiem Lancelota, który właśnie wychylał dzban wina i zeskoczyłam z siodła. Cierpliwie poczekałam, aż skończy pić, a potem do niego podeszłam.

– Potrzebuję jeziora, stawu lub rzeczki – odezwałam się. – Wiesz, gdzie coś podobnego znajdę?

– Jeziora? Rzeki? – przyjrzał mi się podejrzliwie, chociaż nieco rozbieganym spojrzeniem. – A na co ci? Chcesz się utopić?

– Nie, wykąpać. Wskaż mi tylko, w którą stronę mam jechać, poradzę sobie.

– Wykąpać? Po co? – pociągnął nosem, wyraźnie niechętny memu pomysłowi.

– Nie to nie, pójdę zapytać Gwaina – wzruszyłam ramionami. Oczywiście, reakcja była natychmiastowa.

– Stój! – Przytrzymał mnie w miejscu. – Pokażę ci. Nawet cię tam zawiozę.

– A turniej?

– Już walczyłem. Ostatni pojedynek dopiero przed zachodem słońca.

– Zwyciężyłeś? – zaciekawiłam się.

– Tak – burknął, po czym lekko zachwiał. – W zbyt wielkim pośpiechu wypiłem to wino. Zaraz mi przejdzie.

Zerknęłam w bok. Trzy dzbany? Zaraz? Akurat! Trzeba jednak przyznać, że trzymał się pionu doskonale. O nadużyciu trunku świadczyły jedynie posyłane mi spojrzenia, tym razem nie niechętne, ale pełne podziwu. Na trzeźwo raczej dałby wyłupić sobie oczy niż pozwolił na coś takiego.

Jechałam tuż za nim. Najpierw utartą ścieżką, w końcu Lancelot skręcił w prawo, przedzierając się przez gęstwinę leśną. Minęliśmy niewielki zagajniczek, potem znów przedzieraliśmy się przez gęste krzaki, aby w końcu znaleźć się nad niewielkim oczkiem wodnym, ze wszystkich stron porośniętym tatarakiem. Jedynie tu, gdzie stanęliśmy było widać kawałek łąki i łagodne zejście do wody, szerokości maksymalnie jednego metra.

– Super! – ucieszyłam się. – Jesteś wielki!

W tym momencie wielki Lancelot spadł z konia niczym worek z ziemniakami. Natychmiast znalazłam się tuż przy nim.

– Żyjesz?

Łypnął na mnie jednym okiem, potem stęknął.

– Tak.

– Po co tyle chlałeś?

– Piłem – poprawił mnie z wyrzutem. – Nigdy mi nie szkodziło…

– Panuje wściekły upał, chyba z pięćdziesiąt stopni w cieniu. Nic dziwnego, że cię powaliło.

– Jakich stopni? – spytał niemrawo. – Zresztą, nieważne. Ja tu sobie poleżę chwilkę, może się prześpię, a ty idź się kąpać.

Miałam ochotę spytać, czy będzie podglądał, ale ugryzłam się w język. Wstałam i zzułam buty, potem zdjęłam koszulę i zerknęłam za ramię. Leżał, posapując rytmicznie. Chyba faktycznie zasnął. Wykorzystując ten fakt, zrzuciłam z siebie resztę ubrania i powoli zanurzyłam w wodzie. Była tak czysta, że widziałam dno na kilka metrów naprzód. Popływałam sobie, pofiglowałam, aż w końcu odświeżona i zadowolona, zaczęłam wychodzić na brzeg.

I tu w połowie mnie zastopowało, bo ten drań już nie spał. Za to siedział i gapił się na mnie jak sroka w gnat.

– No co? – warknęłam groźnie, zasłaniając ramionami piersi. – Okaż odrobinę przyzwoitości i odwróć się. Proszę – dodałam po chwili namysłu.

– Nie.

– Jak to nie?! Natychmiast! – Pogroziłam mu zaciśniętą pięścią. Nie spodziewałam się, że wstanie i zacznie się rozbierać. Teraz to pewnie ja miałam dziwną minę.

– Co robisz? – spytałam słabym głosem, gdy w zasadzie zostały mu już tylko spodnie.

– Też się wykapię.

– Nie mam nic przeciwko, ale mogłabym przedtem wyjść? Ja już mam dość moczenia się.

– A czy ja ci zabraniam?

– Nie denerwuj mnie. Wiesz doskonale, o co mi chodzi!

Nie odpowiedział, za to zdjął spodnie. I w tym momencie mnie zatkało. Bo taki był z niego impotent, jak ze mnie cesarzowa chińska!

– Co to znaczy? – spytałam surowym tonem, wskazując palcem na jego sterczącą męskość. Uśmiechnął się szeroko i lekko zachwiał.

– Kamuflaż – wyjaśnił. – Przez jakiś czas miałem z tym kłopoty, ale kiedy minęło, nie przyznałem się. Po co? Mam spokój, a tak ganiał za mną zawsze tabun napalonych bab. No i Mordred nie widzi we mnie konkurencji.

Rozbryzgując wodę, wybiegłam z jeziora, wściekła i pochmurna, niczym gradowa chmura. W dupie miałam to, że mnie zobaczy nago.

– Do jeziora! – wrzasnęłam, wskazując migoczące zwierciadło wody. – Ale już!

Posłuchał. Zniknął na dłuższą chwilę, podczas gdy ja zarzuciłam na siebie koszulę i usiadłszy na trawie, objęłam ramionami kolana. Patrzyłam jak zanurza się i wynurza, potem w czyste, błękitne niebo. I nagle usłyszałam dziwne parskanie.

Głupek się topił. Albo doskonale udawał, aby zwabić mnie do wody. Trudno, utop się kretynie, pomyślałam mściwie, lecz już po chwili poczułam wyraźny niepokój. Facet był pod wpływem alkoholu, cholera wie, w jakiej kondycji. Może lepiej… Nie czekając, ruszyłam mu na ratunek. I całe szczęście, bo kiedy w końcu pomogłam się wydostać na brzeg, oboje z trudem łapaliśmy oddech, a on na dodatek pluł wodą.

– Idiota – skwitowałam, gdy już mogłam to zrobić. Lancelot padł na trawę, twarzą do dołu, ramiona rozrzucił szeroko i wciąż głośno oddychał. Poklepałam go delikatnie po plecach. – Już w porządku? – spytałam z niepokojem.

– Tak – wycharczał, obracając głowę i patrząc na mnie z wdzięcznością. – Ten podlec Gwain musiał coś dać do wina. Nigdy wcześniej mnie tak nie ścięło.

– Może to przez upał?

– Nie, to przez Gwaina – upierał się, jednocześnie nieprzyzwoicie gapiąc się na moje piersi, doskonale widoczne pod mokrym, oblepiającym je materiałem koszuli.

– Mam z nim stanąć w szranki i pomścić twą krzywdę? – zakpiłam.

– Baba rycerzem – wymamrotał, wyciągając rękę i dotykając sterczących sutków. W zasadzie pozwoliłam mu na to, czując w ciele dziwną słabość. – Co za czasy nastały.

– Nie przesadzaj – położyłam się tuż obok na plecach i obróciłam głowę napotykając zamglone, mocno nieprzytomne spojrzenie. – Całkiem niezły byłby ze mnie rycerz.

– Niezły – potaknął, a jego dłoń zaczęła sunąć po moim ciele w sposób zupełnie nieskoordynowany. A ponieważ byłam prawie całkiem naga, bez problemu dotarła do celu. – Niezły, niezły – powtarzał. Przestał dopiero, kiedy zamknęłam mu usta pocałunkiem. Pachniał i smakował tym okropnym winem, ale i podnieceniem. Zmienił pozycję, przykrywając mnie swoim ciałem. Jedną dłoń zacisnął na piersi, drugą na pośladku. Poruszał biodrami ocierając stwardniałą męskością o moje uda i podbrzusze, całował mnie z coraz większym żarem. I nie powiem, że pozostałam bierna.

– Mówiłeś, że kochasz królową – wyszeptałam, gdy jego wargi oderwały się od moich i wyruszyły na wędrówkę po rozgrzanej skórze.

– Uhm – jęknął, na ułamek sekundy zamierając w bezruchu. Jednak był zbyt napalony, aby przerwać to, co robił.

– To kochasz ją czy nie? – drążyłam temat.

– Sam nie wiem – stęknął, usiłując zdjąć ze mnie mokrą koszulę. – Jest taka niewinna i słodka…

– A ja to niby nie?

– Ty? A skąd! Jesteś jak płomień, który spala wszystkie moje postanowienia, pokonuje każdy opór.

– Oj Lancelocie, Lancelocie – powiedziałam żartobliwie, ujmując jego twarz w obie dłonie i zmuszając, aby spojrzał mi w oczy.

– Pozwól mi… – wyszeptał.

– Nie!

Stanowczym ruchem pchnęłam go do tyłu. Upadł na miękką trawę, a wtedy dosiadłam go okrakiem. Zdjęłam koszulę i pochyliłam się, podczas gdy on zachłannie gapił się na moje piersi.

– Nie zamierzam tracić dziewictwa z byle kim – oznajmiłam kłamliwie, bo moje dziewictwo już dawno przepadło w morkach dziejów. Gapił się na mnie oszołomiony, bo pewnie nie bardzo wiedział, czego ma się spodziewać. Tymczasem ja zajęłam taką pozycję, że na wprost miałam twardego, sterczącego kutasa, a swoją cipką zawisłam nad jego twarzą. Byłam cholernie podniecona i tym razem nie chciałam poprzestać jedynie na pocałunku. Polizałam językiem czubek penisa, potem objęłam go wargami, jednocześnie przytrzymując w ręce.

– Słodki!... – wyjęczał, a zaraz potem umilkł, bo zatkałam mu usta. Nawet jeśli w pierwszej chwili nie wiedział co robić, to instynkt podpowiedział mu, jak powinien się zachować. Wpił się wiec wargami w moje wnętrze, wtargnął do środka językiem, dłońmi ścisnął pośladki. Na początku jego pieszczotom brakowało wprawy, ale za to nadrabiał to zapałem. Ja również nie próżnowałam. Rytmicznie pieściłam jego kutasa, masowałam nabrzmiałe jądra, bawiłam się, dostarczając rozkoszy i cicho pojękując, za każdym razem, gdy on trafiał na ten najczulszy punkt. Na efekty oboje nie musieliśmy długo czekać. Ja doszłam pierwsza, a kilka sekund później wystrzelił i on, ochrypłym krzykiem płosząc pewnie większość pobliskiej zwierzyny. Przeturlałam się na bok i siadając, spojrzałam na leżącego Lancelota.

Oczy miał zamknięte, oddech urywany. Jego członek wciąż sterczał ku górze, oblepiony białą mazią i moją śliną. A ja nagle poczułam wstydliwą radość, że jednak nie był impotentem.

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Coraz lepiej! Babeczko, chcemy więcej 🙂

  2. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Super! Czekamy na następną część 😀

  3. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Nie wiem jakiego tu się spodziewać zakończenia. Czy Ginerwa zostanie w przyszłości, czy Lena zostanie w średniowieczu?

  4. Anonimowy
    | Odpowiedz

    O mamo ! 🙂 Na poczatku opowiadania myślałam, że to jedno z tych opowiadań takich nudniejszych, ale jak tak mogłam w ogóle pomyśleć ?! Bije się w pierś 🙂 Dziś wróciłam i narobiłam wszystkie części. Babeczko jestes niesamowita w tym co robisz- serio. Kiedy można spodziewać się kolejnej części ? Już nie mogę się doczekać jak rozegrasz sprawy z dziewczynami. Czekam na kolejne części jak na nasze Polskie lato 😉 Pozdrawiam Marta 🙂

  5. Jo
    | Odpowiedz

    A już miałam pisać, że wolę części Leny… A tu Ginewra zaczyna się rozkręcać 😛

  6. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Babeczko ,a ja mam takie pytanie czy nie chciałabyś pociągnąć opowiadania "Tysiąc odcieni bieli " pozdrawiam Asia

    • Anonimowy
      | Odpowiedz

      Babeczko to też nie jest głupi pomysł. 😀

  7. Aya
    | Odpowiedz

    Nie chce tu narzekać i marudzić, ale muszę… Co tak krótko??? Jeszcze!

  8. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Ja się wybiję, opowiadanie nie przypadło mi do gustu. Nie jestem w stanie zrozumieć jego sensu. To coś jak "Goście, goście" po polsku, różnica jest taka, że tam było zabawnie, tu jest czasem niepokojąco. Humor niestety do mnie nie trafia, bohaterki są lekko denerwujące. Szczególnie drażni mnie postać Ginewry, Lena jest po prostu pewną siebie kobietą, w czasach gdy wszystko było tematem tabu. Ginewra jawi się nam nie jako dama i królowa, lecz raczej wieśniaczka, którą nietrudno przekonać do rozłożenia nóg.
    Fikcja literacka fikcją literacką, ale nieważne, czy to Bukowski pisze o trzech wymiarach kilkadziesiąt lat po zdefiniowaniu Czasoprzestrzeni Minkowskiego czy ty zabierasz bohaterką barwę, tworząc je na wzór programu zero-jedynkowego, każde z tych dzieł uwłacza literaturze jako takiej.
    K.

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Widocznie kiepski był z fizyki 😉 Co do opowiadania, sama wiem, że raz mi wychodzi coś lepiej, raz gorzej. Czasami dobry pomysł zamienia się w "gluta', a kiepski w "hit". Bywa, rwać włosów z tego powodu nie będę, tylko dalej pisać, starając się to robić coraz lepiej.

    • Anonimowy
      | Odpowiedz

      Opowiadanie bardzo przypadło mi do gustu, jednak przez to, że części są krótkie, wydaje mi się, że będzie trwać wieki.. Mi bardzo podoba się pomysł z przemieszczeniem się w czasie, a właściwie z zamianą miejsc.

    • Anonimowy
      | Odpowiedz

      Zgadzam się z tym, krótkie są te części i to opowiadanie się ciągnie trochę.

    • Anonimowy
      | Odpowiedz

      Też uważam to opowiadanie za jedno ze słabszych. Ale nie z powodu luk logicznych fabuły. Po prostu wypada sztampowo. Taki wakacyjny zapychacz miejsca na blogu. Po przeczytaniu zapomina się natychmiast co się wydarzyło.
      Oczywiście Lena nie przeniosła się w przeszłość, bo jednak w naszym świecie magii nie ma. Raczej do alternatywnego świata.
      Ola

  9. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Czekamy na kolejne części!

  10. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Rozdziały są zbyt krótkie! Czuję ogromny niedosyt i czekam na ciąg dalszy 😉

  11. Anonimowy
    | Odpowiedz

    No kiedy ta Baba? 😀

  12. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Kiedy pojawi się baba? 😀

Napisz nam też coś :-)