Jak pies z kotem (I)

with 6 komentarzy

zabawne, nieco zwariowane opowiadanie o miłości

 

No i zaczynamy całkiem nowe opowiadanie. Zawadiackie, nieco zgryźliwe, pełne uszczypliwości i zabawne :-))) Adekwatne do mojego nastroju.

 

Poczułam się taka malutka, taka nic nie znacząca w obliczu tego całego przepychu. Dom był piętrową, nowoczesną bryłą ze stali, szkła i betonu. Otaczał go elegancki ogród, który nawet wczesną jesienią sprawiał wrażenie nieuchwytnego luksusu. Od kutej z żelaza bramy i wysokiego na dwa metry płotu, prowadził szeroki podjazd, a samochody parkowano w ogromnym garażu, stojącym tuż z boku.

– Wejdź proszę. Pokażę ci twój pokój, omówimy też zakres obowiązków.

Z powątpiewaniem spojrzałam na swoją obecną chlebodawczynię. Pani Irena była ponętną blondynką, w wieku czterdziestu siedmiu lat. Była też znakomitym przykładem, że wszystko, absolutnie wszystko można tak podrasować, że dzięki temu wygląda się o dwie dekady młodziej. O jej wieku dowiedziałam się zupełnie przypadkiem, bo podczas podróży rozmawiała z kimś przez telefon i musiała podać swój pesel. Niby drzemałam, ale uszy miałam jak zając.

– Jak mówiłam, tym co na zewnątrz, zajmuje się ogrodnik. Przygotowujesz wszystkie posiłki, za wyjątkiem tych w niedzielę. Wtedy przychodzi kucharka, a ty masz wolne – tłumaczyła, zdejmując biały, podszyty futrem płaszcz. Dałabym głowę, że wiele zwierzątek opłaciło swoim życiem to cudo kunsztu krawieckiego.

– Zakupy są dostarczane w dni parzyste. Poza tym raz w miesiącu pomoże ci ekipa sprzątająca. To chyba wszystko?

Potaknęłam, bo na razie nie miałam bladego pojęcia, o co powinnam pytać.

– Cześć mamo! – Z pokoju obok wynurzył się chłopak, a w zasadzie młody mężczyzna. Wysoki, smukły, a jednocześnie doskonale zbudowany. Mogłam to ocenić bez problemu, bo miał na sobie jedynie bokserki.

– Przemek! Jak to tak, na wpół nago! – zgromiła go matka, ale od razu zauważyłam, że żywiła do niego dużą słabość. Przyszłość miała potwierdzić moje przypuszczenia.

– A co? – Ziewnął, podrapał się po nieogolonym podbródku, po czym omiótł mnie obojętnym wzrokiem. – Kto to?

– Nowa gosposia, Maja.

– Aha – skwitował jednym słowem, dla odmiany drapiąc się w kroku. Trzeba przyznać, że może i urodny był z niego chłopak, ale pozytywne wrażenie niszczyła obojętność i chłód, który można było dostrzec w szarych oczach. Oraz zachowanie godne raczej żula pod budką.

– Maju, to mój syn Przemek. Studiuje medycynę – pochwaliła się pani Irena.

W duchu pomyślałam, że takiego medyka to lepiej omijać w popłochu. Zero empatii, zero wyrozumiałości. Nie żeby lekarze grzeszyli tymi przymiotami, ale ten typek wydał mi się wyjątkowo antypatyczny. Trafić na takiego na izbie przyjęć… Boże uchowaj!

Przyszły pan doktor zmierzył mnie na powitanie pogardliwym spojrzeniem, po czym poczłapał do lodówki. Najchętniej pokazałabym język jego plecom, ale bałam się, że pani Irena to zauważy. Szkoda było dobrej posady, która spadła jak z nieba.

Pochodziłam z niewielkiej wsi. Moi rodzice zajmowali się agroturystyką, przy czym zajmowali stanowiło swego rodzaju eufemizm. Wynajmowali latem pokoje. Ojciec był niespełnionym pisarzem, którego dzieła zalegały wszystkie szuflady w gabinecie, mama zielarką. Od świtu biegała po okolicznych łąkach i polach, potem z tego co zebrała, robiła cuda na kiju i sprzedawała jako wyroby eko. Młodszy brat uporczywie zatruwał życie nauczycielom w szkole, a ja od czasu, gdy zamknięto miejscową bibliotekę, nie wiedziałam, co ze sobą począć. Tak, wybrałam kiepski kierunek, ale mimo wszystko nie żałowałam swojego wyboru. Aż do chwili gdy rozchorowała się mama. Pieniądze okazały się potrzebne na gwałt i to całkiem spore sumy. Jak z nieba spadła mi propozycja pracy w mieście, którą zaproponowała nam jedna ze znajomych naszej stałej wczasowiczki.

Pani Irena umówiła się ze mną w pobliskim miasteczku. Była bardzo konkretna i rzeczowa, a przy tym mogłam być pewna, że uczciwa. Tak właśnie znalazłam się tutaj, w obcym domu, w obcej kuchni, w towarzystwie egoistycznego, skacowanego bubka.

– Rozpakuj się, napij kawy. Odpocznij – powiedziała wspaniałomyślnym tonem pani Irena. – Pracę rozpoczniesz jutro.

– Dziękuję. A gdzie jest mój pokój?

– Tym korytarzem cały czas prosto. Trzecie drzwi po prawej.

Rozsiadła się na kanapie, nalewając sobie czegoś do szklanki. Za to ja nieźle się zmachałam, taszcząc walizki wyjęte z bagażnika. Sapałam, czerwona głównie ze złości, bo młody bóg stał przy ekspresie do kawy i gapił się na mnie ze znudzoną miną. Ani drgnął, kiedy ciężka torba podróżna wypadła mi z rąk.

– O ty chamie niemyty! – mamrotałam, ciągnąc bagaż do swojego lokum. – Jeszcze mnie popamiętasz! Środka na przeczyszczenie ci dosypię do niedzielnego śniadanka! Będziesz srał dalej niż widział…

Pokój był jasny, przestronny, z widokiem na ogród. Królowało w nim wielkie, małżeńskie łoże, a zaraz naprzeciwko kominek. To akurat mnie ucieszyło, nie powiem. Poza tym wyposażony był we wszelkie luksusy, o jakich marzyłam i o jakich nie marzyłam. Po chwili namysłu, stwierdziłam, że pewnie przydzielono mi jeden z pokojów gościnnych.

Usiadłam na łóżku. Na próbę kilka razu podskoczyłam. Dostrzegłam lustro sporych rozmiarów, wiszące na ścianie tuż obok szafy. Zdałam też sobie sprawę, że aby ją zapełnić, nie starczyło by całego mojego dobytku, a ten, który zabrałam ze sobą w dwóch średnich rozmiarów walizkach, zmieści się pewnie na jednej półce. Jeszcze raz spojrzałam na swoje odbicie i aż mnie otrząsnęło.

Zaspałam i miotając po domu, zapomniałam o posmarowaniu twarzy kremem na mróz. Było cholernie zimno, więc ubrałam najcieplejszą kurtkę, w której wyglądałam jak wyliniały niedźwiedź. Na dodatek mama zmusiła mnie, abym ubrała jej ukochaną czapkę, ponoć na szczęście. Z chorą osobą się nie dyskutuje, więc bez sprzeciwu wepchnęłam na głowę wełniane cudo w kolorze sraczkowatym, z kolorowym pomponem na czubku. Do tego, pakując się, zapomniałam, że będę musiała również w coś się ubrać. A ponieważ zaspałam, nie wyciągałam już niczego z walizki, tylko wzięłam to, co miałam pod ręką. Czyli rozciągnięty sweter odziedziczony po bracie i stare spodnie z wypchanymi kolanami. Włosy po prostu spięłam, a ponieważ czapka im się nie przysłużyła, wyglądałam jakby strzelił we mnie piorun.

Kurczę, może to pogardliwe spojrzenie młodego boga miało swoje uzasadnienie?, pomyślałam przyglądając się purpurze pokrywającej me nadobne oblicze i świecącemu jak żarówka nosowi. Do tego ten stóg siana na głowie.

Aż dziw, że pani Irena nie uciekła na mój widok.

Pora zrobić porządek z tym bałaganem, postanowiłam zeskakując z łóżka.

Długi prysznic i maseczka nawilżająca sprawiły cuda. Na kolacji pojawiłam się już jako normalna ja, elegancko uczesana i skromnie ubrana. Przy stole siedziała pani Irena z nosem wlepionym w laptopa oraz dziecię lat ośmiu, z rozkosznie złotymi loczkami, dołeczkami w policzkach i małpią złośliwością wypisaną na twarzy.

– Twój podopieczny, Adam. Maja, nowa gosposia i opiekunka. – Pani Irena dokonała lakonicznej prezentacji. Chłopię zmierzyło mnie uważnym spojrzeniem, wpychając sobie jedzenie do ust, a ja już w tym momencie wiedziałam, że nie będzie łatwo. Darowałam sobie zbędne pochwały, bo moja chlebodawczyni i tak była pochłonięta czymś innym. Za to Adaś pokazał mi język, wywalając go na całej długości. Nie pozostałam mu dłużna i chyba zyskałam nawet odrobinę szacunku w jego oczach. Tak przynajmniej mi się wydawało. Zaraz też skończył posiłek, grzecznie podziękował i zniknął, zanim zdążyłam się zorientować w którą stronę pobiegł.

Reszta dnia upłynęła mi w spokoju. Pobieżnie obejrzałam dom, dokładnie ogród, zapoznałam się też z najbliższą okolicą. Zjadłam kolację, grzecznie się pożegnałam i zabrałam ze sobą cały kubek aromatycznego kakao. Nie mogłam się oprzeć pokusie i rozpaliłam też w kominku. Skulona w wygodnym fotelu, marzyłam o swoim księciu na białym rumaku, podczas gdy za oknami szalał śnieżny żywioł. Kiedy ogień się wypalił, po prostu poszłam spać.

KUPUJĘ CAŁY ODCINEK

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Jo Winchester
    | Odpowiedz

    Przyjemny pierwszy rozdział. Zastanawiam się, który z panów będzie grał główną rolę. Coś mi mówi, że synuś mamusi, ale nie jestem pewna do końca. Niecierpliwie czekam na kolejny 🙂

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Jak zwykle – nic nie zdradzę 😉

  2. Karola
    | Odpowiedz

    No i na to czekałam. Mam ostatnio jakiegoś doła i żadnego opowiadania nie czytam do końca. Mam jednak przeczucie, że to mnie wciągnie całkowicie bo jak na razie to tak jest. Szkoda, że tylko raz w tygodniu jest to opowiadanie 😞

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Zobaczymy, bo ja z płatnymi jestem mocno do tyłu, robiłam za długie przerwy, więc może być i częściej, tylko muszę przygotować kolejną porcję tekstu. Bezpłatne były bardzoooo regularne, więc tutaj nie będzie szybciej 🙂

  3. Tony Porter
    | Odpowiedz

    Wyjątkowy buc z tego… Przemka czy Mateusza? 🙂 Cieszę się, że Maja nie jest płochliwym dziewczątkiem, bo stwarza to nadzieję na utarcie bucowi nosa. I to porządne utarcie. Ciekawe, jakim ziółkiem okaże się Łukasz – leczniczym czy toksycznym. Łaszkom chlebodawczyni to niech lepiej Maja da spokój, bo to się może skończyć zwolnieniem. He, he, ale trzeba dziewczynie przyznać, że ma tupet – biegaczka się znalazła:)

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Czujne oko masz 🙂 Mam tych Mateuszów już kilku, więc postanowiłam zmienić, ale nie wiem, może nie zapisałam i dlatego wyskoczyła starsza wersja 😉

Napisz nam też coś :-)