Jak wiatr (II)

with 4 komentarze

romantyczny ebook dla kobiet
 

Obudziła go cisza. A właściwie jej szczególny rodzaj, dźwięki budzącego się do życia świata, śpiew ptaków, szum wysokich drzew.

Spał w pokoju, w którym zniszczenia były najmniejsze. Nadmuchał przywieziony materac, poszukał czegoś, co mogło posłużyć za stolik. Na gazowym palniku zagotował wodę i zaparzył kawę. Potem z kubkiem w dłoni wyszedł na zewnątrz.

Tak, to była ruina, ale niezwykle malownicza ruina. Chciał tu zostać, zresztą do czego miał wracać? Do przytułku? Nie, to już lepiej spróbować doprowadzić tę posesję do stanu użyteczności.

Przypomniał sobie dziewczynę, którą wczoraj spotkał.

Była piękna, piękna i dzika. Oczy miała czarne jak bezgwiezdne niebo, głodne, błyszczące ciekawością. Pełne wargi, twarz szczupłą, o trójkątnym podbródku. Lekko zadarty zgrabny nosek. Cerę smagłą, ogorzałą od wiatru, a włosy równie ciemne co oczy, krótko obcięte, niesforne. Małe, jędrne piersi, smukłą sylwetkę, rozłożyste biodra. Mokra odzież doskonale wszystko uwypukliła i sprawiła, że trudno było mu oderwać od tego wzrok.

Chyba nawet ją to bawiło.

Nie potrafił rozmawiać z kobietami, zwłaszcza z tak pięknymi. W ogóle ciężko porozumiewało mu się z ludźmi. Tak było od kiedy sięgał pamięcią. Twierdzono, że jest aspołeczny, i mało kontaktowy. W zasadzie były to bardziej gładkie słowa na zwykłe określenie „opóźniony w rozwoju”. Kiedyś jeszcze próbował tłumaczyć swą inność, lecz bardzo szybko z tego zrezygnował. Z trudem skończył szkołę podstawową, potem został upchnięty w zawodowej. Szczęśliwym trafem wybrano dla niego stolarstwo i wtedy właśnie Kacper po raz pierwszy zrozumiał, co było jego powołaniem.

Zwykły klocek drewna zamieniał się w jego rękach w prawdziwe cudo. Zwierzęta, ludzkie twarze, sylwetki, martwe przedmioty. Wszystko to ożywione niemal magicznym tchnieniem, tak realne, że aż zapierało to dech w piersiach. Co dziwne, gdy używał innego materiału, czar pryskał.

Więc nie używał.

Sam nie potrafiłby sprzedać swych dzieł, zresztą były dla niego zbyt cenne. Ale wtedy pojawiła się jego matka wraz ze swym trzecim mężem. O opuchniętej od alkoholu twarzy, pełnym luk nieszczerym uśmiechu i drżących dłoniach. Oni potrafili zadbać o interesy, lecz co z tego, jeśli i tak zdobyte pieniądze szły na alkoholowe libacje? Kacper tworzył, biernie i bez sprzeciwu poddając się przeznaczeniu, aż do dnia, gdy w ich mieszkaniu wybuchł pożar. Najpewniej podpalenia dokonał któryś z pijanych gości, ale to on został obciążony odpowiedzialnością. Zginęły dwie osoby, w tym jego własna matka. Adwokat z trudem go wybronił, chociaż czas spędzony w więzieniu należał do najgorszych chwil w życiu. Gdy wyszedł po uniewinnieniu, nie miał gdzie wracać. Przez rok mieszkał w przytułku, pracując na nocnej zmianie jako stróż.

I cholernie nienawidził życia, jakie prowadził.

W końcu uśmiechnął się do niego dotąd niełaskawy los. Został spadkobiercą człowieka, o którym nawet nie słyszał, dalekiego krewnego. Zresztą, niezwykle nędzny to był spadek. Ale Kacper przyjął go z radością, nawet jeśli czekało go sporo pracy.

Tutaj znów mógłby rzeźbić.

Jego oczy czujnie badały każdy walający się kawałek drewna. W końcu dostrzegł coś, co byłoby odpowiednie. Położył go na brudnej, ale stabilnej komodzie. Z walizki wyjął narzędzia. I przystąpił do pracy, z zakamarków pamięci wydobywając kształt kobiecej głowy oraz słodycz uśmiechu. Pracował z zapałem, zapomniawszy o całym świecie, o stygnącej kawie i o śniadaniu. Nie zapomniał jedynie o dziewczynie, której każdy szczegół twarzy przelewał teraz za pomocą własnych dłoni.

Nie spostrzegł jej, gdy pojawiła się w drzwiach.

Patrzyła na pochłoniętego pasją mężczyznę, ubranego w wyświechtane spodnie i rozciągnięty podkoszulek. Przez brudne okno wpadały złociste promienie słońca i widać było wirujący w nich pył oraz kurz. Dostrzegła też, co rzeźbił.

Uśmiechnęła się ze smutkiem.

Był słodki, lecz całkowicie nie dla niej. Nie po raz pierwszy pomyślała o zrzuceniu krępujących ją kajdan, ale po raz pierwszy powodem był mężczyzna.

– Przyszłaś? – Wyglądał na oszołomionego, jakby nie wierzył, że dotrzyma słowa.

– Przyszłam – potwierdziła, podchodząc bliżej. – Piękne. To ja, prawda?

Powoli skinął głową.

– To hobby może stać się czymś więcej – oświadczyła poważnym głosem. – Masz prawdziwy dar.

Dostrzegła, jak z trudem przełknął ślinę, wpatrzony w jej usta. Pot perlił się mu na czole, nad górną wargą osiadły maleńkie kropelki.

– Kacperku – wyszeptała, wodząc opuszkami palców po jego ustach. – Napiłabym się kawy.

– Tak… – wyszeptał, budząc się z letargu. – Kawy…

Odłożył narzędzia. Otarł spocone dłonie o materiał spodni. Rozejrzał się nieco nieprzytomnym wzrokiem.

– Kawy… – powtórzy z dziwną bezradnością, jakby nie wiedział, od czego ma zacząć. Wyrwany z objęć natchnienia, z trudem wracał do rzeczywistości. Na dodatek miał ją tak blisko, że czuł zapach rozgrzanego ciała, dostrzegał szczegóły, które umknęły mu wczorajszego wieczoru. Pojawiły się zakazane pragnienia, zwłaszcza, że nadal czuł dotyk jej palców na swoich wargach.

– Trzeba zagotować wodę – podpowiedziała, odsuwając się. Była pewna, że jeśli tego nie zrobi, mężczyzna nie zdoła się ocknąć.

– Tak, wodę.

W końcu udało mu się pozbierać. Nasypał do dwóch kubków solidną porcję aromatycznej kawy, po czym zalał ją wrzątkiem. Zapomniał zaproponować cukier, mleka czy śmietanki w ogóle nie miał, ale i ona zdawała się o tym nie pamiętać. Usiadła na ganku, na nierównych stopniach, sycąc się ciepłem lipcowego słońca. On zajął miejsce obok, niezbyt blisko, ale też nie za daleko.

I tak siedzieli, delektując się w milczeniu zarówno ciszą poranka, jak i tą, panującą pomiędzy nimi. Ciszą kojącą zmysły, przynoszącą wytchnienie, wszechobecną i pieszczotliwie otulającą ich ramionami. Wokół szumiał las, w górze nieskazitelny błękit nieba rozświetlało złociste słońce. Kiedy zerkał w bok, widział smukłe opalone ramię, zgrabne udo, czysty profil. Twarz rozświetloną uśmiechem i dłoń zaciśniętą wokół porcelanowego kubka. A kiedy ona łapała kątem oka jego sylwetkę, dostrzegała przede wszystkim mężczyznę, jakiego wcześniej nie spotkała. Nie narzucał się jej, nie próbował zdobyć uznania za pomocą słodkich słówek. Cały swój podziw wyrażał jedynie oczyma. Czasami spoglądał na nią ukradkiem, innym razem bez jakiegokolwiek skrępowania. Lecz jego spojrzenie nie było bezczelne czy taksujące.

Gdyby to nie brzmiało śmiesznie, uznałaby, że wpatrywał się w nią niczym w obrazek.

– Chyba powinniśmy zacząć?

– Tak – poświadczył, cicho wzdychając.

– Tym razem zabrałam buty – wyciągnęła przed siebie nogę.

– Zauważyłem – lekko się uśmiechnął.

Wstał. Ona również. Odebrał pusty kubek po kawie, po czym postawił oba na ziemi. A kiedy to zrobił, ujęła go za rękę, pociągając w głąb domu.

– Powinieneś zacząć od kuchni i łazienki – wskazała drzwi na prawo i lewo, najbliższe od głównego wejścia. – Dom ma dziwny układ, ale nie szkodzi. Z kuchni będzie się przechodzić do pokoju dziennego, a tamto pomieszczenie za łazienką możesz przeznaczyć na swą pracownię.

– A tam? – wskazał na najmniejsze pomieszczenie leżące na wprost i odrobinę skryte za schodami.

– Spiżarnia – zadecydowała błyskawicznie. – Piętrem na razie bym się nie przejmowała, chociaż warto pozbyć się wszystkich śmieci. Pytanie, co z nimi zrobisz?

– Ze śmieciami?

– Tak – roześmiała się, widząc jego niepewną minę. – To nie miasto panie artysto. Część będzie można spalić, ale resztę będziesz musiał gdzieś upłynnić. Albo jeśli masz na to fundusze, to najlepiej byłoby zamówić specjalną wywózkę.

– W sumie chyba mam – odparł zamyślony. – Myślisz, że powinienem to zrobić?

– Przydałoby się. Może najpierw zgromadzimy wszystkie śmieci w jednym miejscu? – zaproponowała.

Powoli skinął głową. A ona dłużej nie czekała. Od razu zabrała się do pracy, więc i on nie zwlekał. Komenderowała nim, lecz jednocześnie sama nie próżnowała. Pomieszczenie, które miało być w przyszłości kuchnią, powoli pustoszało. W końcu został tylko stary kredens.

– Dasz radę sam? – zmarszczyła brwi, z powątpiewaniem patrząc na stary mebel.

– Chciałbym żeby został.

– Jest za ciężki? – zerknęła na niego kpiąco. – Zawsze możemy go porąbać i wynieść w kawałkach.

– Nie. Odnowię go. Będzie, nie, jest piękny.

Widać było, że odnosiła się dość sceptycznie do jego pomysłu. Dłonie oparła na biodrach, stanęła przed problematycznym meblem i przyglądała mu się w skupieniu.

– Może masz rację – powiedziała w końcu. Kacper podszedł bliżej i również wpatrywał się w kredens. – W takim razie już skończyliśmy.

– Masz ochotę coś zjeść? – spytał nieśmiało.

– A co masz?

– Mogę przygotować kanapki. Kiepski ze mnie kucharz.

– W tych warunkach? Nie wątpię! – roześmiała się. – A na deser pójdziemy na jagody. Całkiem niedaleko jest tajemnicze miejsce, pełne tego dobra.

– Jagody?

– Nie lubisz?

– Lubię.

– To rób te kanapki, a ja przygotuję coś do picia.

Z pełnym talerzem, wyszedł na zewnątrz. Dziewczyny nie było, chociaż na ziemi stał palnik gazowy i mały czajniczek, z którego unosiła się kłębami para.

– Zobacz co znalazłam! – Zza rogu wyłoniła się zdyszana Lena. W ręku trzymała całe naręcze zielska. – Same skarby!

– Zrobimy z tego sałatkę? – Kiedyś gdzieś słyszał, że podobno teraz takie cuda są modne.

– Głuptasie! – zachichotała. – To zioła. Mięta, melisa, szałwia, rumianek i jeszcze kilka innych. Wszystko rośnie tam, pod płotem. Widać twój krewny kiedyś je hodował, bo niemożliwe jest, aby wszystkie te dobra pojawiły się tam same z siebie. Zrobimy sobie pysznej, aromatycznej herbatki z mięty.

W zasadzie to nie cierpiał miętowej herbaty. Ale napój, który przygotowała smakował zupełnie inaczej niż ten parzony z torebek ekspresowych kupionych w sklepie.

– Musisz koniecznie pomyśleć o stole. I przynajmniej dwóch krzesłach – powiedziała, gdy znów usiedli na schodach, trzymając w dłoniach kubki. Stopień wyżej stał talerz z kanapkami, który powoli pustoszał.

– Pomyślę – obiecał. Dwa krzesła? To chyba oznaczało, że dziewczyna jutro też się zjawi. Może także pojutrze?

– Trochę ci zazdroszczę – westchnęła, prężąc się i prostując zdrętwiałe nogi. – To piękne miejsce. Dookoła sam las, niedaleko jezioro.

– Jezioro?

– Tak. Tamtą ścieżką jakieś pięć minut drogi – wskazała na prawo.

– Dobrze znasz te okolice?

– Owszem. Bardzo dobrze. – Tym razem uśmiechnęła się z dziwnym smutkiem. – W końcu się tutaj wychowałam.

Miał ochotę spytać, gdzie dokładnie mieszka, ale milczał. W końcu, jeśli zechce, sama mu to powie.

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Odpowiedzi

  1. S
    Sylwia
    | Odpowiedz

    Babeczko,
    jesteś niesamowita 🙂 Twój dobór słów… opisy… klimat, który tworzysz… a no i samej historii nie zapominając (jak na razie) – bezbłędne, – dla mnie stworzone, jakbym tam była, odbieram świat tak samo/podobnie. Masz w sobie dużą wrażliwość, tony wyobraźni, poczucie piękna i estetyki oraz wyostrzony zmysł obserwacyjny – wspaniale 🙂
    Jestem zachwycona…
    Dziękuję ;*

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Dopiero teraz mam czas podziękować za tak piękny komentarz 🙂

  2. T
    Tony Porter
    | Odpowiedz

    Kacper ma mocno niefajną przeszłość, a i Helena zdaje się mieć dość skomplikowany życiorys. Los ich zetknął, ale czy coś dobrego z tego wyniknie? Przyznam, że Helena mnie irytuje. Widzi, że Kacper jest zagubiony i nieco urwany z choinki, i że patrzy na nią niczym w święty obrazek, więc mogłaby sobie darować np. muskanie opuszkami palców jego ust, skoro w myślach mówi sobie, że nic by z tego nie było. Co to w ogóle za zachowanie wobec zupełnie obcego mężczyzny? Z jednej strony jest taka super pomocna, zdroworozsądkowa, taka w porządku, a zarazem jakby kpiła z niego, traktowała go lekceważąco. Ja rozumiem, że sama ma problemy i spotkanie z Kacprem to dla niej odskocznia, przyjemność, ale może pomyślałaby jak on może to odbierać, ile to dla niego może znaczyć.

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Faktycznie, nieco frywolna mi wyszła z charakteru 😉

Napisz nam też coś :-)