fbpx

Kalejdoskop zmysłów (XII)

with 2 komentarze

No to co, zbliżamy się do końca przedsprzedaży, w której w tej chwili otrzymujesz w prezencie e-book "Pomyłka telefoniczna".  Od soboty nie będzie można otrzymać go  gratis. O czym jest "Pomyłka telefoniczna"?

O Martynie, która zakochuje się miłością platoniczną w Pawle, studencie z wyższego rocznika. On nie wie o jej istnieniu, ale to zmienia się po pomyłkowym telefonie, który dziewczyna wykonuje na imprezie. Dzwoni by nakrzyczeć na swojego brata, z którym jest umówiona, a który to nie stawił się na spotkanie. Zamiast niego na miejsce pasażera siada Paweł. 

Tyle dzisiaj o "Pomyłka telefoniczna', a poniżej jedenasty rozdział 'Kalejdoskop zmysłów" Udanego tygodnia 🙂

Rozdział dwunasty

Dylematy

Po tym porąbanym wydarzeniu w klubie nie mogłam dojść do siebie przez resztę weekendu. Niby to tylko cudzy seks był, ale jednak wciągnięto mnie w sam środek wydarzeń, kazano na nie patrzeć i niestety podnieciłam się również. To ostatnie nie dawało mi spokoju. Jak to możliwe, by skrępowanie sytuacją, chęć ucieczki i obrzydzenie zmieniło się tak nagle w coś zupełnie odmiennego? Dziwne to, a może ja jestem dziwna? Przemek wiedział, co robi. Jakby siedział mi w głowie i kontrolował myśli.

Chciałam przegadać wszystko z Agnes, ale miała właśnie rodzinę na karku. Rodzice odwiedzali ją kontrolnie co jakiś czas. Sprawdzali, czy mieszkanie nie nosi śladów brudu, pobytu mężczyzn, oraz samo zapełnienie lodówki i jakość produktów żywieniowych. Ponoć mama zwracała uwagę nawet na czystość półek w lodówce. Comiesięczna inspekcja pod przykrywką odwiedzin. Spotkałyśmy się dopiero w poniedziałek i jedna drugiej nie dawała dojść do głosu. Dla dokładności, ona mi.

Nie uwierzysz! – Agnes była mocno podekscytowana. – Teraz to mi już nawet kibel ogląda! I to jak? Zagląda pod obrzeże w środku, czy dobrze kamień usunęłam i czy nie ma resztek fekaliów! Rozumiesz? Nie gówna, ale fekaliów! Ona tak mówi! Dostałam ochrzan o niewyczyszczone sitko w wannie! No i jeszcze nasłuchałam się o złych składnikach jedzenia w szafkach i że mąka nie jest pełnoziarnista, a jajka nie zerówki. Ja jebie… – westchnęła rozdzierająco. – Powinnam się wyprowadzić do innego kraju. Na inną planetę nawet! Żeby się tak wtrącać! Co to ma być za rodzaj matczynej miłości? Matka terrorysta w białych rękawiczkach idealnej pani domu! Ona mi nawet gumy w pralce ogląda, czy je dokładnie czyszczę. Co ty byś na moim miejscu zrobiła?

Wiedziałam, że zanim dojdę do głosu, muszę dać się wygadać. Była wzburzona, co nie dawało szans na skupienie jej uwagi na moich „niusach”. Najpierw ją musiałyśmy przegadać i dopiero przejdziemy do moich spraw. Uważałam, że mój problem jest bardziej zajmujący, ale najwyraźniej zajmował on tylko mnie. Aga przeżywała rodzicielską inwigilację i nie rozumiałam tego, bo nigdy czegoś podobnego nie doświadczyłam.

W rodzinnym domu, w osobistym pokoju mogłam sobie na półkach grzyby hodować i suszyć końskie łajno. To był mój pokój i nikt mi się w porządki w jego obrębie nie wtrącał. Przerobiłam w pewnym momencie hodowlę much w starych kanapkach, schowanych w jednej z szuflad, ale w końcu smród i bzyczące owoce tego syfu spowodowały diametralną odmianę. Śmieci wyrzuciłam wraz z nadmiarem różności z szaf, półek i spod łóżka. Pomalowałam pokój na biało i to był początek bardzo białego okresu w moim życiu. Ostrą muzykę zamieniłam na spokojną i tantryczną, kolorowe ubrania na te bardziej stonowane, i rzuciłam faceta, który był ciepłą kluską. Chciałam być sama. Nie widziałam sensu w takim byciu razem.

Od dzieciństwa cierpiałam na pewną dolegliwość. Miałam mianowicie mnóstwo nadmiarów. Chciałam malować i to robiłam, książki łykałam tonami, chodziłam po górach i pływałam jak szalona. Owocowało to nadmiarem zajęć, którym mogłabym obdzielić z pięć osób i nie było szans na znalezienie partnerki lub partnera, który dzieliłby ze mną wszystkie te pasje. Do jednego zajęcia miałam więc jedną koleżankę, do drugiego drugą, na rower wyciągałam przyjaciółkę z sąsiedztwa. W pewnym momencie nauczyłam się, że o wiele więcej mogę, gdy robię wszystko samotnie. Szósta rano i tramwajem na basen. Po szkole na kolejną godzinę basenu. Później nauka, książki, malowanie, czasem rower. W weekendy z kumpelą zwiedzałyśmy górskie schroniska i gubiłyśmy się na szlakach.

Nigdy nie zapomnę wieczoru, gdy błędnie odczytując znaki na drzewach, poszłyśmy w złym kierunku. Wieczór zapadał, była wczesna wiosna i wszędzie lśnił topniejący z wolna śnieg. Dagmara, ta z którą chodziłam po górach, dostała w połowie góry gorączki i po trzech godzinach marszu zaczęła majaczyć. Błogosławiłam modę, która dyktowała noszenie kilkumetrowych szalików. Obwiązywało się nim szyję aż po same uszy i to ten szalik pozwolił dotrzeć nam do celu. Nogi co chwilę wpadały głęboko w śnieg, a pod jego powierzchnią płynęła roztopowa woda. Wyciągałyśmy je ostatkiem sił i Dagmara robiła to bezwiednie. Straciła kontakt z rzeczywistością, miałam za sobą robota. Wiedziałam, że jeśli przystanę, to zamarzniemy i odnajdą nas w stanie zakonserwowanym w miarę, lecz jednak nieprzydatnym do regeneracji. Dagmara padała i powstawała, zbaczając wciąż z kursu za mną. Podziwiałam jednak jej podświadomą zapalczywość. Nie wiedziała, co robi, co się z nią dzieje, lecz parła naprzód. Idealny kandydat na wojownika. Odkręciłam z niej szalik, zawiązałam go jej jak smycz psu i ciągnęłam za sobą w górę. Widok migających w oddali świateł schroniska był najwspanialszym widokiem, jaki widziałam w życiu. Resztę rezerw mocy zassałam z całego ciała w nogi i parłam w kierunku słoneczek okien. Doszłyśmy, dostałyśmy pokój i nie pamiętam nic z rozmowy w recepcji. Musiałyśmy wyglądać koszmarnie, a i godzina naszego przybycia była abstrakcyjna jak na zdobywanie gór, ale ktoś zaprowadził nas do pokoju. Wiem tylko, że wyciągnęłam z plecaków śpiwory, rozebrałam towarzyszkę niedoli z mokrych ciuchów i wcisnęłam ją w ciepły kokon z suwakiem. Z sobą zrobiłam to samo i tu film się urwał. Ranek powitał nas mrozem zza okien, które nie wiedzieć czemu, były otwarte na oścież. W nocy szalał wiatr i pewnie to on pootwierał niedomknięte szkło w ramce. Byłyśmy wypoczęte, głodne jak wilki i szczęśliwe. Dagmara nie miała już gorączki. Była zdrowa. Ach, te góry…

Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! – Z zamyślenia nad wspomnieniami wyrwał mnie wkurzony głos Agnes. – Po co ja do ciebie mówię, skoro zlewasz moje treści?

A bo ja też trochę przeżyłam – bąknęłam zawstydzona.

Dawaj! – Zaplotła ramiona pod piersią.

Ciało mówiło jedno, ale jej oczy były pełne zaciekawienia i skupienia na mnie. Wreszcie.

Nie wiem, od czego zacząć. – Zamyśliłam się.

Może od koloru majtek – bąknęła. – A może bez wstępów, tylko wal po kolei. Nie drażnij mnie lepiej, bo mam za sobą dwa dni z rodzicielką – kontrolerką. Chociaż ty bądź normalna!

Dobra. – Zmarszczyłam się na twarzy. – Byliśmy w knajpie, wylądowaliśmy w klubie go go i dupczyli się jak fretki, a ja siedziałam jak ostatnia cipa, przyglądając się temu. To tak w telegraficznym skrócie.

No! – Brwi znów uciekły pod grzywkę. – Zaciekawiłaś mnie. Kto z kim i jak? Gadaj.

I opowiedziałam jej wszystko ze szczegółami. Stałyśmy przed wejściem do firmy, paląc już po trzeciej fajce, a ja jeszcze nie doszłam do połowy opisu. Aga zarumieniona i ewidentnie zszokowana, zadawała pytanie za pytaniem.

I ty idiotko nie wciągnęłaś kreski? – Wystrzelony jej idealnymi paznokciami w paski pet, poleciał dwa metry w przód i odbił się od karoserii czyjegoś samochodu. – Tutaj cię nie rozumiem.

A skąd ja miałam wiedzieć, co to gówno ze mną zrobi? – Teraz to ja się oburzyłam. – Może urwałby mi się film i ocknęłabym się z trzema fiutami, wbitymi w różne otwory w ciele.

A czy z nimi coś się działo? – Przechyliła głowę i zrobiła dziubek z ust.

Dupczyli się – odparłam.

To musiała być koka – stwierdziła z miną mędrca. – Och idiotko, straciłaś szansę i pewnie już nigdy w życiu nie będzie ci dane spróbować tego specyfiku. To dla elit, a ty się z elitami bawiłaś właśnie.

Zauważyłam, kurwa – sarknęłam. – Nie rozumiem, jak można tyle kasy przechlać, w tak krótkim czasie! I powiem ci, że ani trochę mi nie żal. Co najwyżej zła jestem, że siedziałam obok własnego szefa, któremu dziwka robiła laskę i zgodziłam się na to patrzeć! Dobrze chociaż, że nie pozwoliłam sobie grzebać w kroczu!

To był koniec rozmowy, gdyż pod firmę podjechała właśnie wypasiona bryka Przemka, a był on ostatnią osobą, na konfrontację z którą miałam teraz ochotę.

Kawa? – Szepnęła Aga tuż przed rozdzieleniem wspólnego kursu i skierowaniem się każda do swojego biurka.

Kawa. – Potwierdziłam.

Na pomysł porannej kawy wpadło wiele osób, w wyniku czego, w małej kuchence ocierało się o siebie, siejąc zbereźne teksty, wiele osób dwu płci. Wśród śmiechu i słownych podpuch przenieśliśmy się do palarni. Stały rytuał przygotowania do obowiązków, a w dodatku był jeszcze poniedziałek. Dzielono się nowinkami z weekendu. Ktoś opowiadał o przepychankach z, jeszcze, małżonkiem. Ktoś inny wspominał upojną noc z kimś tam, czy odkrycie świetnej dyskoteki z „ekstra towarem”.

Jazgot rozmów i śmiechy ucichły, jak nożem uciął w momencie, gdy do palarni, ramię w ramię, poprzez drzwi wkroczyli Przemek i Monika. Monika usiadła obok mnie, a Przemek stanął przed Agnes, która siedziała po mojej lewicy. Wzrokiem wymógł na niej opuszczenie miejsca i zajął je z impetem. Osłupiałe oczy wszystkich spoczęły na mnie. Ja osłupiałam podwójnie. O co kurde chodzi?!

Oto Monika Liga:

Ostatnio dodane przez

Odpowiedzi

  1. M
    Mel
    | Odpowiedz

    Achhhh w takim momencie… 🙃

    • Monika Liga
      | Odpowiedz

      Zawsze 🙂

Napisz nam też coś :-)