fbpx

Kalejdoskop zmysłów (XIII)

with 2 komentarze

Opublikuję jeszcze dwie części "Kalejdoskopu zmysłów" i myślę, że chyba już Wiesz, czy podoba Ci się książka, czy nie. Od kolejnego zaczyna się...
A nie powiem Ci . Przeczytasz jutro.
Właściwie to dopiero się ona zaczyna 😀

Dziś trzynasty odcinek i przypomnę, że osobom zapisanym na newsletter wysyłam maile, w których zdradzam, co w każdym rozdziale jest wspomnieniem, moim przeżyciem, co wydarzyło się naprawdę. W tej książce jest ich sporo, więc jeśli ciekawi Cię, które z nich są zaczerpnięte z mojego życia, to zapraszam do zapisania się poniżej. Jutro (23.09,2020) otrzymasz czternaście odcinków wraz ze "smaczkami" 🙂

Rozdział trzynasty

Pod ścianą

Panowała zupełna cisza, ale tylko do pierwszego kaszlnięcia. Po kaszlnięciu ktoś, prawie na siłę, wrócił do rozmowy o weekendzie, ale jakoś tak w bardziej stonowany sposób. Już nie było tyle śmiechu, a pikantne szczegóły stały się mniej soczyste. Ripost również nie było. Ktoś stwierdził, że musi wracać do biurka, bo obowiązki czekają. Smerfojad zapragnął śniadania, na co kilka osób parsknęło i kazało mu pamiętać o przepisach przeciwpożarowych. Agnes ulotniła się pomiędzy kilkoma ostatnimi osobami.

Przez cały ten czas Przemek i Monika milczeli. W końcu zostaliśmy w palarni we troje, jeśli nie liczyć dymu, któremu wentylacja jak zwykle nie dała rady.

Co, kurwa?! – Nie wytrzymałam i zerwałam się, stając przed nimi i podpierając pod boki.

Po pierwsze, powinnam była zwracać się bardziej oficjalnie, bo żadne z nich nie klęło przy mnie. Jestem jednak zbyt emocjonalną jednostką, by tłumić wszystko, czego nie powinnam robić w danym momencie. Zazwyczaj niestety wybuchałam wtedy, gdy najmniej powinnam, biorąc pod uwagę własne interesy.

Nic, kurwa – parsknął Przemek.

Przyszliście z jakąś sprawą do mnie, czy chcieliście się tylko poocierać? – Znów bezczelna gadka wyskoczyła ze mnie, nim pomyślałam nad sensem wypowiadanych słów. – Bo zapalić to raczej nie. – Dodałam spokojniej.

Przyszliśmy dopilnować czegoś. – Pałeczkę przejęła Monika. – Chcę ci przypomnieć, że wszystko, co miało miejsce w klubie, ma zostać między nami. Rozumiesz?

Czy myślisz, że przyszłam na ploteczki i po to, by przekazać reszcie załogi newsy z soboty? – Patrzyłam na nią, jak na kosmitkę. – Rozumiem, że mnie nie znacie, ale nie dzielę się czymś takim z nikim.

Oni pewnie tego oczekują. – Spokój Przemka tak mnie wkurzał, że resztką samokontroli powstrzymałam się, by go nie kopnąć w piszczel. – Polubiliby cię bardzo za takie informacje.

Lubią mnie i bez tego – odparłam. – Kochać nie muszą. Czy mogę już wracać do pracy, czy mam podpisać jakiś aneks do umowy? Klauzula o milczeniu na wiadome tematy? Podpis krwią?

Naprawdę starałam się opanować, ale złośliwość, która się we mnie w tym momencie włączyła, podsycana była obrazami z klubu. Przypomniałam sobie spokój, z jakim Przemek przyjmował lodowe pieszczoty panienki i zapragnęłam nagle zrobić coś, co zedrze z jego lica ten wyraz permanentnej samokontroli.

Aneks? Tak. – Przytaknął. – Przyjdź do mnie o dziesiątej.

Co? – Nie rozumiałam. Czy oni oszaleli?!

Masz ustalenia z Moniką, a my dotrzymujemy obietnic. – Wzruszył ramionami. – Podwyżka.

Tak jak stałam, tak odwróciłam się i wyszłam. Zbyt wiele nerwów mnie to kosztowało. Czułam, że się sprzedałam. Nie chciałam niczego podpisywać i chciałam. Wiedziałam, że to zapłata za towarzystwo i zabezpieczenie mojego milczenia. Musiałam wymyślić coś, co mądrze spożytkuje te pieniądze. Nie ciuchy, kosmetyki i inne dobra konsumpcyjne. Pomysł wpadł sam, bo pomysły tak właśnie ze mną mają. Już wiedziałam, co zrobię z kasą.

Weszłam do wspólnej sali i znów oczy wszystkich spoczęły na mnie. Jakby oczekiwano, że oto ogłoszę coś w stylu: „macano mnie stopami, gdy wyszliście!”. Usiadłam spokojnie za biurkiem i odpaliłam komputer. Nie wiedziałam, na ile wydajnym pracownikiem dziś będę, ale jakoś tak nie obeszło mnie to zbytnio. Coś spartolę? I co z tego? Nie po to mnie tu zatrudniono. Miałam robić za gejszę.

O dziesiątej odwiedziłam „szklarnię”, jak nazywaliśmy biuro Przemka i po wcześniejszym przeczytaniu podsuniętego mi dokumentu, podpisałam go, podziękowałam i wróciłam do swoich zajęć. Agnes strzygła uszami z ciekawości, ale nie chciałam poruszać tematów w firmie. Nie miałam zamiaru ściemniać przed nią, lecz nie chciałam o tym rozmawiać w miejscu, gdzie bez przerwy ktoś się przy nas kręcił, więc tylko o meblach rozmawiałyśmy i o babskich gadżetach. Pogaduchy o pudrze skutecznie odganiały od nas płeć męską i tylko Maciej bąknął coś na temat dobierania podkładu do pudru.

I co w tym aneksie było? – Znów odwiedziłyśmy naszą ulubioną ciuchlandię.

Mam trzymać gębę na kłódkę i dotyczy to trzymania wszystkiego, co w firmie, poza nią podczas spotkań firmowych i temu podobne. – Wzruszyłam ramionami. – W sumie nic i wiele zarazem.

Ale podwyżkę dostałaś, więc możesz kupować drogie ciuchy. – Aga podsunęła to jako bonus.

Tyle, że ja lubię szmateksy, a kasę wydam na coś innego.

Czyli?

Skończę studia. – Uśmiechnęłam się, gdyż naprawdę podobał mi się ten pomysł. – Dwa lata zaocznie i mam magistra.

Wiesz co? – Wrzuciła jakiś śmieszny kapelusik do koszyka przewieszonego na przedramieniu. – Jak cię zobaczyłam pierwszego dnia, pomyślałam, że kolejna pipka do wydymania przyszła. Te blond włoski i cycki. A ty mnie zaskoczyłaś.

Dzięki. – Zaśmiałam się. – I tak to jest, gdy oceniają cię po wyglądzie.

Takie życie. – Wzruszyła ramionami. – Przynajmniej oni się na tobie przejechali.

Na tobie, z tego co wiem, też. – Miło mi się zrobiło po jej ostatnich słowach. – Jak ty to zrobiłaś?

Kiedyś ci opowiem. – Zmrużyła oczy. – Nie jesteś jeszcze na to gotowa.

Dzięki za zaufanie – westchnęłam i skierowałam się do kasy.

Łowy, jak zwykłyśmy nazywać nasze wyskoki do ciuchów, były bardzo udane.

Gdzie ja bym za tą kasę dostała taką pościel? Już się cieszyłam na jej atłasowy chłód na skórze.

W mieszkaniu wrzuciłam szmatki do Frani, starej, sfatygowanej pralki i załączyłam wariackie wirowanie maszyny. Hałasowała i mieliła wszystko, i tyle było jej pracy. Woda szybko wystygła, przypominała już właściwie tylko mydlaną breję, w której mielił się materiał pościeli. Przecież to cholerstwo nie wypierze mi takiej powierzchni materiału. Rzeczy z ciuchlandii lubiłam, lecz warunkiem użytkowania było dokładne wypranie ich i wypłukanie. Prać to w wannie i tak płukać?

Kolejny pomysł wpadł mi do głowy. Dostałam podwyżkę, mogłam wziąć pralkę na raty lub po prostu ją teraz wybrać i po wypłacie nabyć za gotówkę. Nie marzyłam o telewizorze, sprzęt grający posiadałam, przywlekłam go z rodzinnego domu. Lodówka po babci dawała radę, pomysł na odnowienie szafek kuchennych również miałam. Pozostawała tylko łazienka i od niej postanowiłam zacząć. Pierwszym punktem będzie pralka, a po niej kafelki.

Wyłączyłam Franię, wrzuciłam wąż od niej biegnący do wanny i zdjęłam z jej końcówki kulkowy knebel z gumy. Wskoczyłam w dżinsy, narzuciłam bluzę i z plecakiem na ramieniu pobiegłam prawie do Media Markt. Tam coś wybiorę, spiszę dane tego sprzętu i porównam z cenami w Internecie. Byle dorwać rozgarniętego sprzedawcę, najlepiej mężczyznę.

Jak zwykle, w tak dużej galerii handlowej, czułam się mało komfortowo. Nie lubię przeludnienia tych miejsc, hałaśliwości ludzi wokół i sztucznego, natarczywego światła. Gdzie jednak masz większy wybór sprzętu w jednym miejscu? Gdzie możesz porównać jego funkcje, ceny i najzwyczajniej w świecie dotknąć pralki, zajrzeć jej w bęben?

Przekroczyłam linię bramek marketu i weszłam między napakowane elektroniką regały. Rozglądałam się, chcąc namierzyć dział AGD i jakiegoś miłego pana do pomocy. Minęłam czajniki, drobny sprzęt kuchenny i już prawie doszłam do lodówek, piecyków i pralek, gdy kątem oka uchwyciłam znajomą sylwetkę. Zatrzymałam się i przyjrzałam. Dział obok eksponował płyty z muzyką. Pochylony nad jedną z okładek i skupiony na wypisanej na niej treści, stał Przemek. Pierwszym odruchem była ucieczka. Schować się za pobliską lodówkę, wmieszać w tłum i opuścić to miejsce. Po chwili przyszedł bunt, że niby jak to tak? Mam uciekać stąd, bo jego królewska mość stoi na tym samym podłożu co i ja? Westchnęłam głęboko, opuściłam bezpieczną kryjówkę, którą tworzył rząd wysokich, dwudrzwiowych lodówek i ruszyłam ku pralkom. Że też takie idiotyczne zachowania mam w tym wieku. Ostatnio reagowałam w podobny sposób na faceta, gdy chodziłam do liceum. Facet był przystojny, rok starszy ode mnie i kompletnie nie do zdobycia. Chodziłam za nim po korytarzach jak cień i wzdychałam do jego przydługich włosów. Nie zdobyłam go ja, ani żadna z zainteresowanych jego postacią dziewczyn. Serce bolało jeszcze przez długi czas, w końcu on skończył szkołę, później ja i bardzo powoli zapomniałam. Kawałek szkła w sercu jednak pozostał, a i masa kompleksów przy okazji. No bo jak tu myśleć o sobie pozytywnie, skoro nie było się w stanie zainteresować sobą wymarzonego mężczyzny? Przemek wymarzonym mym nie był i tylko jego oporniki w stosunku do mnie, budziły coś dziwnego w żołądku.

Przepraszam pana. – Uśmiechnęłam się promiennie do pulchnego mężczyzny, którego plakietka przypięta do piersi obiecywała źródło informacji na interesujący mnie temat.

Słucham. – Niby obojętnie to powiedział, lecz w oczach mu zaiskrzyło zainteresowaniem. – W czym mogę pomóc?

Oj, może pan. – Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. – Muszę wybrać jakąś pralkę, ale nie znam się na tym ani trochę.

Od tego jestem. – Wypiął pierś i zeskoczył z wysokiego stołka.

Mimo braku obcasów, byłam od niego wyższa i trochę go to deprymowało. Nie jestem niską kobietą i całkiem mi to pasuje, lecz jemu widocznie trochę mniej. Cóż, każdy z nas ma jakieś kompleksy.

Zacznijmy od określenia jej pojemności i gabarytów. – Zaczął, nie patrząc na mnie.

I tu posypały się pytania. Facet widział, że większości z nich nie rozumiem. Skąd niby mogę wiedzieć, czy pralka ma mieć wsad od góry, czy z przodu, oraz ile kilogramów pojemności? Jak krowie na rowie tłumaczył wszystko, a ja nie omieszkałam pochwalić jego wiedzy. On widział rosnące odbicie siebie w moich oczach, ja dowiadywałam się, jakie są różnice pomiędzy sprzętami. Po półgodzinnym wykładzie byłam zmęczona, lecz wybrałam to, co chciałam. Nie miałam już nawet ochoty na porównywanie cen z tymi w necie tym bardziej, że oferta marketu obiecywała gratisowe wyniesienie starego sprzętu i dowóz za przystępną cenę. Wezmę na raty i jeszcze w tym tygodniu usiądę naprzeciw ekranu prania i pościeli pławiącej się w wirowym ruchu spienionej wody.

Unikasz mnie?

Te słowa dobiegły zza moich pleców. Przemek z miną pełną wyższości, ale i rozbawienia, stał za mną i czekał na odpowiedź. Był pewny siebie i znów jedyną moją reakcją było rozkwaszenie mu jakimś przedmiotem nosa. Działał mi na nerwy jak mało kto, a w dodatku jeszcze zarumieniłam się.

Cześć – odpowiedziałam tylko i wróciłam do rozmowy z niskim facecikiem i czynionych ustaleń rezerwacji sprzętu.

Widziałem, że mnie widziałaś. – Ustami dotknął mojego ucha. – I widziałem, że unikasz.

Musiałam jeszcze tylko pobrać wnioski kredytowe i uzupełnić inną „papierologię”, lecz było to trudne z nim za plecami. Podziękowałam ślicznie, wcisnęłam papiery do plecaka, rejestrując drżenie własnych dłoni i skierowałam się ku wyjściu. Nie wiem co to ma być, ale ilekroć Przemek jest zbyt blisko, to poziom nerwowości wzrasta we mnie niebezpiecznie. Teraz działo się podobnie. Opanowałam się i powstrzymałam, by nie zacząć biec. Nie obejrzałam się również, lecz nie musiałam. Czułam, że idzie za mną.

Bardzo się spieszysz? – Dogonił mnie i zrównał krok.

Muszę skończyć pranie w domu – odparłam, siląc się na uśmiech i unikając jego wzroku.

Chodźmy na kawę. – Zaproponował.

Kawa o tej porze? – Zaśmiałam się. – Nie usnęłabym po kawie wieczorem.

Znam dobre sposoby na radzenie sobie z bezsennością. – Podpuścił mnie, ja oczywiście zaczerwieniłam się.

Nie wątpię. – Znów ostrożna i z dystansem. – Za kawę dziękuję, ale herbaty napiję się z przyjemnością. - Nie cierpię zakupów. Wiem, to mało kobieca cecha. – Po co mnie zaprosiłeś? – Walnęłam z grubej rury, gdy tylko usiedliśmy w kawiarni. – Przypuszczam, że z przekory.

Z przekory? – Ewidentnie aktorskie zdziwienie.

Tak. – Potwierdziłam. – Głupia nie jestem i widzę, że przyjęto mnie w jednym celu. Poprawka. – Zrobiłam pauzę, by napić się herbaty i wkurzyć go tym. – Ty mnie przyjąłeś, ale nie dla siebie. Dla kogo?

Dla ogółu – odparł.

Dokoptowujecie ludzi, którzy wpasują się w firmowy sposób myślenia. – Kontynuowałam. – A co z tymi, którzy nie pasują?

Nie pracują. – Wzruszył ramionami. – Czasami sami odchodzą, czasami lecą.

Chcę ci podziękować. – Musiałam to powiedzieć w końcu. – Za to, że wysłałeś wtedy smsa. Gdyby nie to…

Nie wiem, o czym mówisz. – Nie zamierzał przyznać się do tego oficjalnie.

Jasne. – Nerwowo bawiłam się kosmykami włosów. Musiałam zająć czymś ręce. – Mam prośbę. Czy mógłbyś mnie nie wyrzucać z pracy?

A co będę miał w zamian? – Bawiła go ta rozmowa.

Dziwoląga, który nie będzie się pukał ze wszystkimi.

Z jednej strony ciekawe, ale i tak uważam, że w końcu pękniesz. – Znów wkurzająca mnie pewność siebie. – Każda pęka.

Zakład? – Wyciągnęłam dłoń.

O co? – Przytrzymał ją dłużej, w wyniku czego spociłam się na całym ciele.

O skrzynkę whiskey. – Powaga godna dobijania interesu stulecia.

Ok. Daję ci rok i zobaczymy.

Oto Monika Liga:

Ostatnio dodane przez

Odpowiedzi

  1. A
    AinaIgn
    | Odpowiedz

    No i teraz mogę jechać do pracy. .. Nie, nie w korpo 🤣🤣🤣

    • Monika Liga
      | Odpowiedz

      😀 😀 😀

Napisz nam też coś :-)