fbpx

Kalejdoskop zmysłów (VII) – przedpremiera

with 3 komentarze

Przedsprzedaż trwa do 26 września 2020. Do tego dnia w zestawie do książki, bądź e-booka dołączam drugi e-book gratis. "Pomyłka" - nowa wersja. Więcej o przedsprzedaży i bezpłatnym e-booku znajdziecie TUTAJ

W najbliższych dniach spodziewaj się kolejnych części żeby móc stwierdzić, czy to Twoje klimaty.

Osobom zapisanym na newsletter zdradzam zbieżności tego co dzieje się w książce z prawdziwymi wydarzeniami.

Jeśli chcesz poznać smaczki i tajemnice, to zapisz się na listę osób zainteresowanych SMACZKAMI

Do każdej z części dostaniesz ekskluzywny mail zawierający części i (tak je nazwałam) SMACZKI 😉


Rozdział siódmy

Osaczona

Może powinnam wyłgać się z tego spotkania? – Skomlałam do Agnes o odpowiedź twierdzącą. – Jakiejś sraczki dostanę, albo nogę skręcę?

Zapomnij! – Zmusiła mnie do mierzenia czegoś, czego nawet nie zapamiętałam. – Chcesz popracować. No nie?

Denerwowałam się, jak jasna cholera. Nie chciałam się oganiać od cudzych łapsk, a z tego, co Aga opowiadała w międzyczasie wynikało, że panowie w naszej firmie potrafią stosować bardzo nieczyste zagrania, byleby dostać się do majtek laski, która wpadła im w oko. Skoro zatrudniali przede wszystkim na oko, to jasnym było, że o zmysł wzroku chodziło. Plus zaspokojenie innych zmysłów przy okazji.

Była jedna taka. – Zatopiła się we wspomnieniach. – Wiesz, takie wieczne dziecko z wielkimi oczami i wielkim tym, co poniżej. Skumał ją sobie jeden z „szefiaków” z Warszawki i podymał ostro. Dla nikogo nie było to tajemnicą. Nie było również to, że dziewczątko zakochało się doszczętnie, gdyż po raz pierwszy w życiu zasmakowało porządnego pukania i przepadło na amen. Ona się zakochała i za to poleciała. Mądra była nawet, ale uczuciowo imbecylka. Myślała, że to wszystko jest naprawdę, a nie było. Długo jeszcze wydzwaniała do firmy, starając się złapać kontakt ze Zbyszkiem. Biedna głupia. Zbysiu wrócił na łono rodziny, a co z nią? Nie mam zielonego pojęcia.

Z pękatą reklamówką ciuchów dotarłam do mieszkanka. Głowę rozsadzały mi czarne scenariusze, ale Agnes odradzała odmowę. Jeśli miałam się utrzymać w pracy, musiałam symulować zabawową dziewczynę i równocześnie pilnować się.

We wtorek potwierdziłam swoją obecność, co Monika przyjęła z zadowoleniem. We wtorek również natknęłam się na Przemka i to, co zobaczyłam w jego oczach, jawny podziw dla mojej metamorfozy, podniósł mnie na duchu i wręcz uskrzydlił. Wciąż jednak w mojej głowie tkwiła wizja „kolacyjki” i zagrożeń zeń wynikających.

Nadeszła środa i z każdą godziną, zbliżającą mnie do końca dniówki, stawałam się coraz bardziej nerwowa. Agnes pocieszała, podnosiła na duchu, lecz upominała też, bym nie spuszczała z oczu napoju, który mi podadzą i pilnowała telefonu.

Nie chcę cię wpędzać w paranoję, ale jeśli cokolwiek… Powtarzam – uniosła palec w górę – cokolwiek cię zaniepokoi, to dzwoń.

Co mnie ma kurwa niepokoić?! – Byłam na skraju histerii i bliska odmówienia spotkania.

Nie wiem. – Wzruszyła bezradnie ramionami. – Ty siebie znasz, więc będziesz wiedziała.

I tyle było wyjaśnień.

Odstawiona jak stróż na Boże Ciało i gotowa do pozostania w stanie maksymalnej czujności, czekałam na sygnał od Moniki, kiedy taksówka po mnie podjedzie. Podjechała w końcu, zapakowałam zlodowaciałe od stresu ciało na tylne siedzenie i pojechałam… gdzieś.

Knajpa mnie onieśmieliła. Nie przywykłam do takiego poziomu obsługi restauracyjnej. Zostałam zaprowadzona przez kelnera do zarezerwowanego stolika i usadzona z całą, należytą galanterią. Naśladowałam Monikę i jak ona, nakryłam kolana serwetką, i jak ona uśmiechałam się uroczo. Poza mną i nią, gośćmi było dwu wyeleganconych panów, których nie znałam, i Przemek. Jeden z facetów anglojęzyczny, drugi Polak ze stolicy. Obaj uroczo roześmiani i maksymalnie na luzie. Obaj krwiożerczo wręcz wpatrywali się w nasze powłoki i komplementowali przesadnie urodę. Nie jestem miss Polski. Nie mam nóg do nieba i na pewno nie nadaję się na bóstwo, a tak nas właśnie traktowali. Monice ewidentnie pasował stan ich wodolejczego nawijania nam na uszy makaronu. Mnie to ględzenie irytowało, lecz robiłam dobrą minę do złej gry. Przemek mówił mało i był równie czujny co ja. Mimo tego, czego próbował ze mną w hotelu, w pokoju, we wspólnym łóżku, czułam się w jego towarzystwie bezpieczniej. Monika była moim wrogiem, tego byłam pewna. W Przemku wyczuwałam jednak coś innego i temu przeczuciu ufałam. Czegoś musiałam się uczepić, by nie uciec stamtąd z krzykiem.

Na stół wjeżdżały kolejne dania, wszystko mocno zakrapiane winem. Wino piłam ostrożnie, nie chcąc się upić i tylko ja tak miałam. Reszta, coraz bardziej zamroczona, coraz głośniejsza i rozbuchana, bawiła się o wiele lepiej niż ja. Ja się tak właściwie nie bawiłam, ja czuwałam. Musiałam wyjść do ubikacji i zrobiłam to wtedy, gdy akurat skończyło się wino. Zastałam niestety kieliszek pełny i czekający na mnie. I co z pilnowaniem napoju? Dupa! Oczy Przemka mnie ostrzegały, lecz robiły to ostrożnie. Monika obserwowała i obserwowali dwaj panowie przy stoliku. Rozmowy trwały, śmiano się, ale jakoś tak inaczej. Jakby czekali na coś. Postanowiłam nie pić wina. Nic już nie tknę!

Nie smakuje ci już? – Monika potwierdziła moje przypuszczenia. – Masz dosyć? To mało towarzyskie.

Po prawdzie, to napiłabym się wody – odparłam niewinnie.

Zaraz ci zamówię. – I wstała, nim zdążyłam zareagować.

Obsługa kelnerska, a ona idzie zamówić? Monika? Królowa władzy i wyręczania się innymi?!

Po chwili miałam swoją wodę i patrzyłam na nią z obrzydzeniem.

Toast, za nasze spotkanie. – To znów czarujący uśmiech władczyni świata – Moniki. – Oby współpraca była owocna i dawała nam tyle radości wspólnych kontaktów, co dotąd.

Wszyscy unieśli kieliszki, ja miałam wybór pomiędzy swoim lub szklaneczką wody. Ani jednemu, ani drugiemu napojowi nie ufałam. Czekali na mnie z toastem, nie miałam wyjścia, musiałam się napić. Najchętniej chlusnęłabym im tym wszystkim w twarz, zwyzywała ich i wyszła. Uniosłam szkło do ust, symulując picie. Patrzyłam błagalnym wzrokiem, ponad krawędzią szklanki, na Przemka. Prosiłam go oczami o pomoc. Nie przełknęłam ani łyka, trzymałam płyn w ustach. Nie wymagano ode mnie mówienia, więc wykorzystałam to. Przemek natomiast rozgadał się nagle i mówił widocznie coś zabawnego, gdyż wywołał wybuch śmiechu i podwyższył poziom wesołości towarzystwa. Nie wiem o czym mówił, nie słuchałam. Ogarnęła mnie panika, lecz na szczęście tylko na moment. Po nieskończenie długich dwu minutach wstałam, wykorzystując ich rozbawienie i udałam się do toalety. Wyplułam zawartość ust do umywalki i przepłukałam je wodą z kranu. Niestety, to nie wystarczyło. Coś się musiało wchłonąć przez ślinianki, bo już po chwili obraz zaczął mi uciekać w bok. Wszystko stało się zamazane, by nienaturalnie wyostrzyć swe kontury. Patrzyłam na własne odbicie w lustrze i nie poznawałam siebie. Niby to ja, lecz nie umiałam patrzeć sobie w oczy. Skupiłam się na ich odbiciu i widziałam jedynie dwie, ciemne plamki. Telefon!

Cholera, został w torebce przy stole! Wyjdę z lokalu i wezmę taksówkę! Od postanowienia do wykonania było jednak daleko. W momencie, w którym oderwałam się od blatu z umywalkami, zatoczyło mnie w zupełnie innym kierunku niż zamierzałam iść. Głowa traciła połączenie z ciałem. Ktoś wszedł do łazienki, zajął kabinę, umył ręce i wyszedł. Nie potrafiłam wydusić z siebie ani słowa. Po prostu stałam oparta o ścianę, czując coraz mniejszy kontakt z rzeczywistością. Stop odbiorowi. Koniec obrazu i fonii.

***

Obudziłam się, leżąc. Leżałam na czymś miękkim, byłam przykryta. Nic mnie nie bolało, czułam własne ciało i ubranie na nim. Rozejrzałam się, nie byłam u siebie. Nie poznawałam mieszkania. To musiało być mieszkanie. Półki, na nich zdjęcia. Telewizor na jakimś meblu i śmieszna, pogięta w formie lampa na suficie. Było ciemno, lecz światło latarni zza okna wyławiało kolejne przedmioty wokoło. Obrazek na ścianie i coś nieokreślonego w rysunku nań przedstawionym. Koń to był, czy trójnoga kobieta? Obróciłam głowę w drugą stronę i natrafiłam na…

Agnes. – Bardziej jęknęłam, niż powiedziałam. – Agnes! Czy ty mi się śnisz?! – To już prawie wykrzyczałam.

Co? – Tarła oczy, próbując się obudzić. – Nie drzyj gumiora, idiotko. Napisałaś, że mam cię ratować, to uratowałam. Właściwie to nie ja, tylko Robi ze swoim facetem. Nic nie pamiętasz? – Usiadła i zaświeciła lampkę przy łóżku. – Naprawdę?

Ja nie wysyłałam smsa. – Też usiadłam i nawet mi się w głowie nie zakręciło. – Film mi się urwał w kiblu. Wątpię, żebym dotarła do stolika, a tam został telefon.

Słuchaj. – Zgasiła światło. – Teraz śpij, jutro do tego wrócimy. Za kilka godzin trzeba wstać do pracy, a i tak będę wyglądała jak zombie.

Miałam przy sobie torebkę? – Zapytałam, kładąc się posłusznie.

Nie. – odparła. – Chyba że została w samochodzie Adama. – Rano do niego zadzwonimy.

Cholera! Wygląda na to, że zgubiłam torebkę, telefon i najgorsze, wszystkie dokumenty. Ktoś wysłał smsa ratunkowego i jedyną osobą, która przyszła mi do głowy, był Przemek. Monika wyklnie mnie za tą ewakuację i kij jej w oko. Może się powstrzymam i nie zwyzywam od kłamliwych suk i alfonsek. W torebce były jeszcze klucze do mieszkania. Ja walę…

Odpowiedzi

  1. K
    Karolina
    | Odpowiedz

    Już nie mogę się doczekać książki😍 a okładka do Pomyłki ogień🔥🔥🔥

    • Monika Liga
      | Odpowiedz

      Dziękuję 🙂 Też mi sie podoba 🙂 A książka właśnie się drukuje

  2. Anonim
    | Odpowiedz

    Strasznie krótka cześć. Jedna scena w zasadzie…

Napisz nam też coś :-)