fbpx

Kalejdoskop zmysłów (IX) – przedpremiera

with 2 komentarze

Przedsprzedaż trwa do 26 września 2020. Do tego dnia w zestawie do książki, bądź e-booka dołączam drugi e-book gratis. "Pomyłka" - nowa wersja. Więcej o przedsprzedaży i bezpłatnym e-booku znajdziecie TUTAJ

W najbliższych dniach spodziewaj się kolejnych części żeby móc stwierdzić, czy to Twoje klimaty.

Osobom zapisanym na newsletter zdradzam zbieżności tego co dzieje się w książce z prawdziwymi wydarzeniami.

Jeśli chcesz poznać smaczki i tajemnice, to zapisz się na listę osób zainteresowanych SMACZKAMI

Do każdej z części dostaniesz ekskluzywny mail zawierający części i (tak je nazwałam) SMACZKI 😉


Rozdział dziewiąty

Czarny dzień

Po wysadzeniu przez Smerfojada jajka dowiedziałam się, że to nie pierwszy jego wypadek z mikrofalówki, a właściwie tym, co do niej wkłada. Ponoć nic nie mogło przebić sera, który nie wiadomo w jakim celu wsadził kiedyś do wnętrza urządzenia. Nastawił i zapomniał. Przypomniał sobie w momencie, gdy zawył alarm przeciwpożarowy, a połowa biura zasnuła się siwym dymem i smrodem, a ten próbowano wypędzić z pomieszczeń, wietrząc je. Był kilkunastostopniowy mróz, lecz ludzie woleli pracować ubrani w kurtki, niż wąchać smród spalonego sera pleśniowego. Mikrofalówki nie uratowano i jakoś nikomu żal jej nie było.

Fascynowały mnie panie sprzątaczki. Nie cierpiały tego określenia. Kazały nazywać siebie „konserwatorkami powierzchni płaskich”. Nawet przyjemnie dla ucha to brzmiało. Dwa razy dziennie dezorganizowały nam pracę. Myły monitory oraz wszystko wokoło. My zmuszeni byliśmy wtedy do zrobienia sobie przerwy. Oczywiście na papierosa, który przeciągał się do dwóch, czasami trzech fajek. W efekcie śmierdzieliśmy jak popielniczki, a biurka pachniały konwaliami.

I co wyniknęło z waszej konfrontacji? – Zagadnęła mnie Agnes.

Mam być gejszą – odparłam.

Ta… gejsza… – mruknęła. – Kurwa, tylko nietutejsza.

Co ty wiesz o gejszach? – warknęłam. – Nie chce mi się z tobą gadać.

I z poprawionymi humorami wróciłyśmy do swoich obowiązków.

Odwieźć was do domu? – Zaoferował się Maciej.

Nie miałyśmy wątpliwości, dlaczego to zaproponował. Stał się właśnie posiadaczem wypasionej bryki marki BMW. Czarne cacko, w sam raz dla wycacanego faceta. Maciej uwielbiał wizyty u kosmetyczki. Jego cera była wypielęgnowana bardziej, niż lico niejednej dzierlatki. Używał fluidu oraz pudru, a czasami nawet zauważyć się dało maźnięcie tuszem do rzęs nad jego spuchniętym okiem. Spuchniętym, bo nie stronił od alkoholu. On jednak kochał kosmetyki, a jego wypielęgnowane dłonie przyprawić mogły o kompleksy niejedną dbającą o siebie kobietę. Odżywki do paznokci? Pewnie! Z Maciejem można było rozmawiać na ten temat godzinami. To przez niego zaczęłam malować każdy paznokieć na inny kolor i robić sobie na nich paski.

Wsiadłyśmy do jego bryki i pozwoliłyśmy się powieźć w kierunku domu. Na tylnej półce, przy oknie, leżał czarny neseser. Taki klocek oprawiony w skórę, okuty metalowymi narożnikami.

Mogę zdjąć to coś z półki? – zapytałam nieśmiało

Po co? – Zmarszczyło mu się wypudrowane czoło.

Nie wiem – odparłam zgodnie z prawdą. – Ale jakoś tak ciężko wygląda. Gdyby był wypadek, to lot tego neseseru pourywa nam łby, a na pewno uszy.

Jak chcesz. – Wzruszył ramionami.

Zdjęłam kloka z półki i niechcący otworzyłam. Po tym, co widziałam ostatnimi czasy w firmie, nie zszokował mnie zbytnio widok pistoletu. Dokumenty, a na nich broń. Jabłko w jej sąsiedztwie dodało abstrakcyjności zawartości nesesera. Odłożyłam to na podłogę i zapięłam pasy. Nie zapinam pasów, gdy jadę na tylnym siedzeniu, ale w tamtym momencie poczułam wewnętrzny przymus, by to zrobić.

Zapnij pasy – poprosiłam Agnes.

Porąbało cię? – Jej kpiący wyraz twarzy.

Nie naciskałam. Pomyślałam, że wpadam w paranoję. To pewnie przez czarny kolor auta.

Maciej ruszył z impetem, na jaki zasługuje fura, z bebechami tego kalibru. Firma znajdowała się na obrzeżach miasta, więc drogi do niej i od niej prowadzące, były proste i w miarę puste. Czułam podekscytowanie właściciela bryki, a wyrażało się ono akustycznie. Silnik zawył, nim Maciej zmienił bieg na wyższy. Auto rozpędzało się niebezpiecznie i pomyślałam, że Marzena, dziewczyna, która była aktualnie w ciąży, powinna była siedzieć z tyłu. Ja w ciąży nie byłam. Maciej ryzykował życiem czterech osób w efekcie, plus własne, wypacykowane istnienie. Dojeżdżaliśmy do skrzyżowania w kształcie litery T. Jechało się z góry i droga prowadziła w prawo, w lewo, lub w budynek. Właściwie to nie w budynek, a w betonową zaporę, której postawienie w tym właśnie miejscu, wymusił właściciel budynku, od urzędu miasta. Mężczyzna przeżył wiele, a kroplą przelewającą czarę goryczy był TIR, któremu nie udało się wyhamować. Droga z górki nie sprzyjała temu. TIR zaparkował w salonie właściciela domostwa i cudem było, że akurat nikt nie napawał się urokami telewizji polskiej. Śmierć pod kołami TIR–a, w pozycji kanapowca? Jak by to wyglądało w akcie zgonu? Płakać nad tym, czy śmiać się? Mnie nie było do śmiechu. Droga prowadząca w dół pokryta była wiosennym deszczem, kierowca nagrzany, auto rozpędzone nieprzepisowo. Ograniczenie prędkości do czterdziestu zostało przekroczone ponad dwukrotnie. Ktoś ustala te przepisy, więc wie, co może pojazd, a właściwie czego nie potrafi. Maciej nie wiedział i grzał, ile fabryka dała. Dała niestety zbyt wiele, jak na pozbawiony wyobraźni umysł. Zaczął hamować zbyt późno i zatrzymać się nie zdołał. Przysolił w betonową zaporę, aż miło. Zgrzyt metalu, chrzęst bebechów i widok stóp Marzeny, która zaparła się o przód przed sobą i szczęście miała, że auto miało akurat wyłączone poduszki powietrzne. Jej stawy nie wytrzymałyby takiego szarpnięcia. Wyrwałoby jej je z bioder, lub wkomponowało je w jej oczodoły, kolanami. Cisza po uderzeniu i niesamowity spokój. Mnie zastopowały pasy i te sprawdziły się celująco. Agnes poleciała bezwładnie i zahamowała twarzą na zagłówku siedzenia pasażera. Przez dłuższy czas nikt nie reagował. Auto, które przejechało przed nami ułamek sekundy wcześniej i tylko cudem nie wbiliśmy się w jego bok, zatrzymało się, by sprawdzić, czy żyjemy.

Agnes! – Tarmosiłam jej ramię chaotycznie. – Powiedz coś!

Kurwa – stęknęła. – Co to było?

Resztę popołudnia spędziłyśmy na pogotowiu. Była prześwietlana i badana na okoliczność wszelakich urazów. Nic jej nie było, lecz musiałam ją upić, by usnęła. Miała schizmy i panikowała. Poczuła oddech śmierci na karku i nie potrafiła się pozbyć jej lodowatego podmuchu. Bała się po prostu. Ja się nie bałam o dziwo i błogosławiłam szczęście. Tak właściwie to nie błogosławiłam szczęścia, lecz z pełną świadomością dziękowałam duchowi mojej babci, że kazała mi zdjąć ten pieprzony neseser z tylnej półki. Gdybym tego nie zrobiła, ciężki klocek pourywałby nam łby, aż miło. Nie urwał, bo miałam przeczucie. Ciąży Marzeny nic się nie stało. Widać miała swojego anioła stróża. Zapomniałam ją spytać, kim on mógł być.

Pogotowia nie wzywaliśmy, bo spanikowany Maciek nalegał. Pół godziny po moim telefonie przyjechał po nas Adam. Był tak wściekły, widząc idiotyzm kierowcy i jego skutki, że cudem nie strzaskał Maćkowi twarzy. Maciek został sam ze swoim autem do kasacji i miałam nadzieję, że również z wyrzutami sumienia. Jak się dowiedziałam później, po jego zniknięciu z szeregów firmy, Maciek znów zbytnio rozpędził swoją nową furę. Biały Peugeot ciął drogę i nie wyhamował przed przejściem dla pieszych. Zabił kobietę w ciąży i to zaawansowanej. Miał pecha, bo była ona żoną policjanta, a ten był w posiadaniu broni.

Odpowiedzi

  1. A
    AinaIgn
    | Odpowiedz

    Dlaczego takie krótkie 😭😭😭😭😭😭😭

    • Monika Liga
      | Odpowiedz

      Spokojnie, jutro kolejny kawałek 🙂

Napisz nam też coś :-)