Kapciuszek (III)

with 6 komentarzy

baśnie dla dorosłych

 

Bardzo szybko okazało się, że dróżka prowadziła do niedużej chatki, z komina której unosił się blado szary obłok dymu.

Ładnie tu. – Marysia z uznaniem rozejrzała się dookoła. Trawka była równo przystrzyżona, z obórki wyglądała zaciekawiona krowa, kurki wesoło otrzepywały piórka, z zapałem dziobiąc w ziemi na wydzielonym poletku. Chatka widać była świeżo co pomalowana, przyozdobiona kwieciem, taka normalna, jakby pochodziła z której okolicznej wsi, a nie głębi niezbadanego boru.

I podłogi niezłe – mruknęła Marysia, rozglądając się po przytulnym wnętrzu. – Ja się tej Śnieżce dziwię. Książęta to przereklamowana sprawa, już lepiej było trzymać się pewnej posady. Wspomnieliście coś o zatrutych jabłkach, prawda? I że z tego powodu odeszła.

Tak jakby – zakłopotał się Apsik, podczas gdy reszta krasnali kręciła się po izbie, znosząc na stół różne przysmaki. – Trucizna to małe piwo! Okazało się, że Śnieżka ma potężną alergię na jabłka. Jak tylko jedno ugryzła, to zaraz cała spuchła, a na plecach i twarzy pokazała się jakaś dziwna wysypka. Strasznie się wściekła, wrzeszczała aż echo szło po lesie, nawet jednemu zajączkowi przyłożyła żeliwną patelnią… No i w końcu zażądała cyrulika oraz zmiany owocu. A ponieważ jej odmówiono, spakowała węzełek i oznajmiła, że idzie szukać męża, bo jej się poligamia znudziła.

Więc jednak – sapnęła z satysfakcją Marysia. Zaraz potem zapomniała o rozmowie, bo Gburek postawił przed nią filiżankę świeżo co zaparzonej kawy. Oboje z Robertem jedli tak żarłocznie, jakby od tygodnia głodowali. Bułeczki były świetne, a ich słodycz znakomicie równoważył lekko kwaskowaty smak konfitury. Gburek zabawiał towarzystwo żartami i na końcu rozpogodziła się nawet Marysia. Niestety, zostać nie chciała, chociaż krasnale uparcie ponawiały swą propozycję. Dała im za to namiary na Gryzię, bo wątpiła, aby tamta osiągnęła jakiś sukces na balu.

Szukała cię jakaś wróżka chrzestna – zagadnął Apsik, gdy już się szykowali do odejścia, ściskając w dłoniach węzełki z prowiantem na drogę.

– Tutaj? – zdumiała się Marysia. – Myślałam że wróżki nie lubią Zaczarowanego Lasu? Widać uparta baba z niej.

Baba? – Krasnal zrobił dziwną miną. – No można tak powiedzieć. Ta jest wyjątkiem. Mieszka niedaleko stąd, o rzut beretem na wschód.

Rzut beretem? – zaniepokoiła się Marysia. Zaraz potem przypomniała sobie, że przecież już po balu, więc jedyne co może ta zramolała przedstawicielka fachu magicznego zrobić, to na nią nakrzyczeć.

Może by ją odwiedzić – podsunął usłużnie Robert. – Przyda się jakiś magiczny napój czy coś w tym stylu – dodał chytrze, nie precyzując jaki to rodzaj magicznego napoju chodzi mu po głowie.

Czemu nie? – wzruszyła ramionami. – Jak długi ten rzut beretem?

Pół dnia raźnym krokiem.

Ładny mi rzut – wymamrotała. – No dobrze, przyda się lokum na następną noc.

Droga wiodąca do siedziby nadobnej czarodziejki okazała się szerokim, wygodnym traktem. Krasnale jeszcze długo machały im białymi chusteczkami. Robertowi nawet zrobiło się ich żal, ale nie Marysi. Szła dziarsko przed siebie, wzgardziwszy propozycją zajęcia miejsca w siodle. Jedynie przytroczyła do niego węzełek. Krasnoludki szybko wywietrzały jej z głowy, bo pojawił się inny palący problem. Wracać czy nie wracać? dumała dziewczyna. Robert podążał za nią, trzymając konia za uzdę, żując źdźbło trawy i wpatrując się w rozkołysane kobiece biodra. On również rozmyślał, ale na zupełnie inny temat.

Podobała mu się. Ani rozwiązła, ani rozhisteryzowana. Może trochę zbyt ponura, lecz w końcu twierdziła, że egzystencja ją dobija. Coś w tym jest, stwierdził filozoficznie, a zaraz potem puścił wodze fantazji. Wyobrażał ją sobie nagą, prężącą się niczym dzika kotka. Wręcz słyszał to rozkoszne mruczenie. Widział też zamglone spojrzenie szarych oczu, lekko opuszczone powieki, rzęsy rzucające cień na zarumienione policzki. I usta, nabrzmiałe, wilgotne, takie soczyste i takie doskonałe.

Jasna cholera! – wymamrotał pod nosem, kiedy potknął się o wystający korzeń. – To mnie wzięło! Jak nigdy wcześniej. I jak nigdy wcześniej trzeba będzie się postarać, a nie tylko rzucić komplement i błysnąć zębami w uśmiechu. O tatusiu też lepiej nie wspominać...

Mówiłeś coś? – Marysia obejrzała się przez ramię.

Zbiera się na burzę – wskazał na niebo prześwitujące przez rozłożyste korony drzew.

Do tej wróżki chyba niedaleko?

Nie boisz się?

– A niby czego? – wzruszyła ramionami. Po czym zatrzymała się tak niespodziewanie, że o mało co na nią nie wpadł.

Dobra, wsiadamy na konia. Będzie szybciej i zdążymy przed burzą. Ja z przodu, ty z tyłu. I trzymaj łapy przy sobie, bo ci je połamię – dodała przez zaciśnięte zęby.

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Jo Winchester
    | Odpowiedz

    Oj Roberciku, fiutek Ci nie pasuje? Szkoda, szkoda 😀 Mam dziwne wrażenie już od poprzedniego rozdziału, że to właśnie Robert jest tym księciem. Z jakiegoś powodu zwiał z zamku i tak jak Marysia, postanowił przeczekać bal w Zaczarowanym Lesie. A Marysia zaczyna mieć coraz większą chętkę na niego, na razie dobrze ukrywaną. Wrożek rozłożył mnie na łopatki. Może tak podobiera się do biednego Robercika? 😛

    • J
      Judyta
      | Odpowiedz

      O tak, to dobieranie się to jest to, czego tutaj potrzeba ;

    • Monika G.
      | Odpowiedz

      To samo chcialam napisac, Babeczko! Co za Baltazara ma w spodniach Robercik? W koncu chrzestna matka tak reklamowala ksiecia ze doczekac sie nie moge.
      ???

  2. Babeczka
    | Odpowiedz

    Pytanie, czy Robercik to książę? 😉

    • Jo Winchester
      | Odpowiedz

      Kimkolwiek by nie był, strasznie mu się chce? Zupełnie jak lisowi w skeczu pt. “Pampasowiec”?

  3. I
    Ida
    | Odpowiedz

    nie jestem pewna czy to książę, bo o blond loczkach nic nie ma 🙂

Napisz nam też coś :-)