Kapciuszek (całość)

with 6 komentarzy

baśnie dla dorosłych

 

Kobieta krytycznie przyglądała się stojącej przed nią dziewczynie. Ładna, oceniła niechętnie. Za ładna. Zaraz potem na jej okrągłą jak księżyc w pełni twarz, wypłynął szeroki uśmiech. W zamierzeniu miał być serdeczny oraz stanowić zapowiedź matczynej troski i tak też został odebrany przez większość. Przez większość, ale nie przez wszystkich.

Marysia niezauważalnie zmarszczyła brwi. To był leciutki grymas, prawie nie do uchwycenia przez mało bystrego obserwatora. Tylko że jej macocha do takowych nie należała. Od razu zalęgło się w niej podejrzenie, że pasierbica nie do końca jest łagodnym spolegliwym dziewczęciem, o niewinnym spojrzeniu ogromnych oczu w kolorze gołębim. Lecz nie dała tego po sobie poznać. Dalej rozdawała uśmiechy, częstowała słówkami pełnymi słodyczy, wychwalała wystrój domu i maniery pasierbicy. Ani słowa o własnych córkach, ani słowa o przyszłych planach.

Towarzystwo bawiło się wyśmienicie. Świeżo upieczony pan młody dyskretnie adorował swą małżonkę. Dwie krzykliwie ubrane pannice chichotały, zajadając się ciastkami. Nieliczni zaproszeni znajomi, raczyli wszystkich najnowszymi plotkami, a służba krążyła dookoła, pozornie niewidoczna, ale jednocześnie dysząc niezdrową ciekawością.

Tylko Marysia była wściekła.

Na ojca, za niespodziankę, którą jej sprawił. Na tę babę, która zajęła miejsce należące do świętej pamięci matki. Na wszystkich i na cały świat. Jednak wściekłość Marysi nie objawiała się tak, jak u innych. Rozgniewana, pochmurniała, posępniała i ogólnie zaczynała wyglądać, jakby niebo zwaliło jej się na głowę. W końcu miała dosyć, więc dygnąwszy jak dobrze ułożona panienka, poprosiła o pozwolenie opuszczenia salonu. Zarumieniła się przy tym uroczo, co miało dać obecnym do zrozumienia, że chce się udać w dyskretne miejsce, gdzie i król chadza piechotą. Pozwolenie oczywiście dostała, lecz zamiast udać się do wygódki, pomknęła schodami w górę, na sam strych. Przeszła przez pomieszczenie, gdzie zimą suszono pranie, potem przez dwa kolejne, aby na końcu znaleźć się w malutkim pokoiku na wieży, z widokiem na królewski zamek i leżące u jego stóp miasteczko.

Rozluźniła szczękę, pozbywając się psychopatycznego uśmiechu, po czym zaczęła sapać ze złości. Wymierzyła kilka ciosów wyimaginowanemu przeciwnikowi, na końcu sapnęła po raz ostatni i ciężko zwaliła się na sofę, stojącą tuż pod oknem.

Mam przechlapane – odezwała się ponurym, pełnym przygnębienia tonem, zupełnie nie pasującym do tak subtelnej panienki, odzianej w jedwabie i atłasy. Na dodatek w kolorze słodkiego różu, gdzie od samego patrzenia na ten sympatyczny kolorek mogło zemdlić co bardziej wrażliwe osobniki. Splotła ramiona, przeżywając w duchu własną klęskę. Nici z objęcia ojcowizny. Już ta baba znajdzie sposób, aby położyć na wszystkim łapę. Pazerność miała wypisaną na twarzy, aż dziw, że ojciec tego nie zauważył. Ciekawe dlaczego? Czyżby jakieś czary? Zafrasowana Marysia podrapała się po nosie. Czary? Doskonały pomysł! Może ona też…

Marysiu! Marysiu! Gdzie jesteś? – wionęło subtelnie od strony tarasu.

W czarnej dupie! – warknęła rozeźlona, po czym zwlokła się z sofy, poprawiła idiotyczną kieckę, którą kazano jej włożyć i z powrotem przywołała grymas, który z powodzeniem imitował serdeczny oraz dobroduszny uśmiech. Schodząc po schodach, zdążyła jeszcze pomyśleć, że zwariuje od tego wszystkiego, po czym wpadła w prawdziwe oko cyklonu.

Bo macocha oznajmiła, że spodziewa się dziecka.

***

Dzidziuś się nie pojawił, chociaż szanowny rodziciel do samego końca nie tracił nadziei. Czyli do chwili, gdy jego statek wraz z załogą pogrążył się w odmętach oceanu. Macocha została panią na włościach, jej latorośle dziedziczkami, a Marysia, z uporem udająca niewinną i płochliwą, trafiła do kuchni. Konkretnie do szorowania garów, bo pomoc kuchenna rzuciła ciepłą posadkę, idąc w diabły. Z każdym upływającym dniem pozbawiano ją coraz większej ilości przywilejów, aż w końcu wyglądem przestała się różnić od służby. Ba! Nikt nie rozpoznałby w brudnej, nabzdyczonej dziewce, pierworodnej córki dawnego właściciela. Jej odzienie bardziej przypominało szmatę do podłogi, włosy były szare i matowe od popiołu, który wybierała z pieców, a twarz umazana sadzą. Samej Marysi nie bardzo to przeszkadzało, bo mogła w końcu pozbyć się tych okropnych różowych fatałaszków. Z miejsca doceniła też swobodę będącą skutkiem braku gorsetu, ogromnych majtasów, niewygodnych pończoch i całej reszty rusztowania, będącego na wyposażeniu każdej szanującej się panienki. O idiotycznej peruce nie wspominając. Swoje obowiązki spełniała w milczeniu, dobrze wiedząc, że chociaż zajęcie niewdzięczne, to przynajmniej była bezpieczna. Do dnia, w którym skończy dwadzieścia jeden lat i stanie się oficjalną dziedziczką. Czort wie, co knuła macocha, ale z pewnością w jej planach nie było miejsca na żywą pasierbicę.

Właśnie o swej nie nazbyt świetlanej przyszłości rozmyślała Marysia, zawzięcie i z ponurym grymasem szorując podłogę, gdy w miasteczku wybuchła bomba. Oczywiście nie taka prawdziwa, ale bomba towarzyska.

Książę szukał żony. Nie wśród zamorskich księżniczek, ale wśród panien z własnego królestwa. W tym celu postanowił wydać wielki bal, na którym będzie miał możliwość rozejrzeć się wśród kandydatek i wybadania rynku panien na wydaniu.

Zarówno Gryzelda jak i Anastazja latały po całym domu, drąc się jak opętane. Za nimi pędziła równie rozgrzana sensacją macocha, aż jej się peruka przekrzywiła na głowie. Marysia miała w nosie ich emocje, ale kiedy zabrudziły dopiero co wypastowaną posadzkę w holu głównym, wstała, otrzepała kolana i z impetem rzuciła szmatą o ścianę.

Jak za darmo, to żadna cholera nie doceni! – mamrotała pod nosem, taszcząc wiadro z brudną wodą. Szmatę zostawiła jako wyraz sprzeciwu przeciwko marnotrawieniu jej pracy. Pewnie te nagrzane, nieprzytomne z emocji baby tego nie zauważą, ale co tam. Może się któraś o nią potknie i nabije sobie pięknego, dorodnego siniaka. W sam raz na bal.

Wzięła z koszyka kilka jabłek i pomaszerowała w głąb ogrodu. Zatrzymała się dopiero tam, gdzie graniczył z rzeką, płynącą przy jego wschodniej flance. Usiadła na miękkiej trawie, rozmyślając o dobytku, który udało jej się zgromadzić. W końcu nie mogła uciekać z obszarpanej sukni na grzbiecie i z miotłą w dłoni.

Głośne chrząknięcie było jak uderzenie pioruna z jasnego nieba. Marysia zakrztusiła się kęsem jabłka, dziwnie powarczała, poczerwieniała i w końcu doszła do siebie. Po czym odwróciła się, posyłając przybyszowi miażdżące spojrzenie. W zasadzie przybyszce. Babina była mała, chuda i zgarbiona, ale w pomarszczonej twarzy oczy lśniły jak dwie gwiazdy. Na bezzębnych ustach wykwitł serdeczny uśmiech, co do którego Marysia miała dziwne podejrzenie, że jest również lekko kpiący.

Tyś jest nadobna dzieweczka, córka właściciela tego domostwa? – Stara machnęła ręką w bliżej nieokreślonym kierunku.

Jamże jest – burknęła nadobna dzieweczka, wracając do konsumpcji.

Jestem twoją matką chrzestną – oświadczyła starowina pompatycznym tonem.

Możliwe. Matula miała dziwny gust – zgodziła się z nią Marysia, rzucając do rzeki ogryzek. Musiała ugryźć się w język, aby nieuprzejmie nie spytać, czego ta najwyraźniej poszkodowana na umyśle baba chce.

Bal! – kontynuowała tamta z pietyzmem. – Za pięć dni wielki bal!

I co z tego?

Jam jest twoja matka chrzestna…

Wprowadzisz mnie kuchennymi drzwiami?

– …i wielka wróżka!

Ty? – Marysia przestała jeść, przyglądając się staruszce z łagodnym zaciekawieniem. Dotychczas nie spotkała w swym życiu żadnego wariata. – A nie wyglądasz – dodała.

Ty też nie wyglądasz na łagodną i niewinną – odgryzła się wróżka. Po czym podkasała kieckę, usiadła obok zdumionej dziewczyny i bez pytania poczęstowała się jabłkiem. – Minę masz wyjątkowo jędzowatą.

Wypraszam sobie! Egzystencja mnie dobija, to dlatego – zaprzeczyła oburzona Marysia.

Dlaczego?

Wypucowaną podłogę mi zadeptali – wymsknęło się jej. Wróżka zarechotała zupełnie jak stara, sparszywiała czarownica.

Dobre, dobre! – powtarzała, klepiąc się po kolanach. – Co z ciebie za panna, że zamiast o balu, ty o sprzątaniu rozmyślasz?

Nie lubię balów. Peruka wściekle gryzie mnie w głowę, a obecna moda jest do bani. Żadnych balów! – zdenerwowała się Marysia.

A książę?

W nosie mam księcia. Jestem emancypantką!

Emancy… co? – Staruszkę wyraźnie zatkało. – I pucujesz podłogi?

Chwilowo – oświadczyła godnie Marysia. – Ale na pewno nie będę się uganiać za jakimś wypierdkiem o wybujałym ego, trefionych blond włoskach i umięśnionej klacie.

A! Widziałaś portret na mieście – odparła domyślnie wróżka. Po czym pochyliła się i spytała konspiracyjnym szeptem.

Cały widziałaś?

Nie rozumiem…

Pytam, czy widziałaś na tym portrecie księcia w całości. No wiesz, twarz jak twarz, klata jak klata, ale mnie chodzi o to poniżej pasa.

A co jest poniżej pasa? – Marysia była nieufna i podejrzliwa. – Nogi?

Poniżej pasa i powyżej nóg – zachęcała staruszka. – Nie wiesz co jest pomiędzy?

Trochę się nasłuchałam przez ostatnie miesiące, więc zielona nie jestem. Ale twojego pytania nie rozumiem.

Nie szkodzi. Wyślę cię na bal, to zrozumiesz.

Nie chcę na żaden bal. – Dziewczyna zerwała się z miejsca, mierząc wróżkę pełnym niechęci spojrzeniem. – Coś ty się tak uwzięła na mnie? Idź szukaj innej chętnej.

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. M
    M
    | Odpowiedz

    Opowiadanie baaardzo mi się podobało, lecz wydaje mi sie ze zepsulas je zakończeniem 😀 tak jakbyś chciała za szybko je skończyć….ale to tylko moje zdanie 😀

  2. M
    Megi
    | Odpowiedz

    A czytelniczki nie dostaly zadnego prezentu od Gwiazdora? Zadnego ekstra swiatecznego tekstu? Szkoda, bylysmy grzec/szne caly rok 🙂

    • Mikakamaka
      | Odpowiedz

      Prezenty były w newsletterze 😉

  3. Jo Winchester
    | Odpowiedz

    Zakończenie w sam raz, tylko jakoś zabrakło mi w nim więcej dialogów. Poza tym , to była bardzo przyjemna bajka ?

  4. T
    Tony Porter
    | Odpowiedz

    He, he, “Kutasów nie powiększam!” Zakończenie w sam raz, bo niby o czym by tu jeszcze pisać? Miała być wesoła, zgrywna, erotyczna opowiastka… i taka właśnie była. Galop ku hipotetycznej chwale… he, he… nakręcanie koniunktury przez sex-turystykę – istny porno-biznes:) Ale na najwyższym – królewskim szczeblu:) Smok, może się i pojawił, ale po rozmowie z Marysią spierdzielał jak Scooby-Doo:)

  5. A
    Anonim
    | Odpowiedz

    Może teraz jakaś inna bajka? Piękna i bestia, albo mała syrenka?

Napisz nam też coś :-)