Kołami w chmurach (I)

with Brak komentarzy

Rozdział 1

Zsunął stopy z półki, pozwalając sobie na chwilę bezruchu przed tym, jak wstanie, rozpocznie swój zwyczajny dzień.
Nie tłumaczył znajomym, czemu wybrał takie właśnie życie. Kiedyś próbował, ale widząc brak zrozumienia i zdziwione spojrzenie tych, którym wyjaśniał, czemu kocha jazdę swoim ciągnikiem, przestał.
W końcu odmawiał spotkań z nimi, wreszcie nie odbierał telefonu. Zmienił numer, skasował konta na platformach społecznościowych, zniknął dla wszystkich.

To nie był krótkotrwały proces.
Zaczął od wyprowadzenia się z rodzinnego miasteczka, w którym każdy znał każdego. Marek chciał poznać świat, ale rodziców nie było stać nawet na wakacje w Polsce dla wielodzietnej rodziny. Co tu mówić o zagranicznych wojażach.
Postanowił przeprowadzić się do Krakowa i wynająć pokój w kamienicy.
Mieszkanie zamieszkałe było przez kilkanaście osób różnej narodowości, w pięciu pokojach dwu i trzyosobowych. Pozostałymi częściami były wspólna kuchnia, sanitariaty i balkon, czyli miejsce spotkań i rozmów przy wieczornym piwie, oraz palarnia.
Marek nie palił, szkoda mu było pieniędzy na tak bezsensowne wydatki.
Papierosy zastąpił bieganiem po Krakowie. Zwiedzał przy okazji miasto, jego stare, urokliwe uliczki i parki.
Swój pokój dzielił z Anglikiem. Współlokator był spokojnym, wiecznie zmęczonym studentem medycyny. Nie przeszkadzali sobie, harmonogramy dnia uzupełniały się. W tygodniu Alan wracał z zajęć i uczył się do późnego wieczora. Marek wpadał jedynie by się umyć, przebrać po pracy magazyniera i biec na drugi półetat, do pizzerii. W pizzerii szybko awansował od pomywacza na zmywaku, poprzez kelnerowanie, do stanowiska kierownika zmiany. Zajęło mu to raptem pięć miesięcy. Był bystry, myślał wielotorowo i to tymi słowy właściciel pizzerii zaskoczył go tuż przed tym, jak dał chłopakowi podwyżkę, awansując go. Dzięki wyższym zarobkom i wizji pełnego, udokumentowanego umową etatu, mógł porzucić pracę magazyniera i oszczędzać każdą zarobioną złotówkę, czekając na upragnione dwudzieste pierwsze urodziny.
Oszczędzał, by zrobić prawo jazdy kategorii C + E. Nie pił, ni palił, więc i przysłowiowa kupka pieniędzy, systematycznie rosła na koncie.

Jazdę zwykłym samochodem lubił, ale marzył o trucku. Pragnął czuć potężne gabaryty pojazdu, którym miałby powozić. Możliwość zarabiania pieniędzy, będąc w ciągłym ruchu i poznawania przy tym świata, towarzyszyła mu każdej nocy, gdy zmęczony kładł się do łóżka. Widział siebie za kierownicą, marzył, by truck stał się jego domem.
Od dziecka dzielił pokój z braćmi, teraz również mieszkał ze współlokatorem. Pragnął samotności, a ta praca jawiła się, jako zajęcie idealne.
Po zdobyciu wymarzonego prawa jazdy, złożył podanie w kilkunastu firmach spedycyjnych. Zadziałał inteligentnie, pisząc że zależy mu na nauce, więc chce po prostu jeździć jako zmiennik i jest gotów robić to przez kilka miesięcy za darmo. Stać go na to było, dzięki oszczędnościom.
Na odpowiedź nie musiał czekać długo. Niewielka firma spedycyjna przygarnęła go, a jej właściciel miał sobie gratulować dobrej decyzji, przez kolejnych kilka lat.
Pierwszą trasę Marek zapamiętał, jako przełom w życiu.
Grzesiek, któremu go przydzielono, był pogodnym człowiekiem, rozmownym, wręcz gadatliwym. Nie ciągnął Marka za język, nie zadawał wścibskich pytań, wolał mówić o sobie. Godziny, gdy Marek prowadził ciężarówkę, Grzesiek w większości przesypiał. Ten czas był dla niego spełnieniem marzeń. Warkot silnika, ciepło w szoferce i niknące pod kołami kilometry. Do szczęścia nie potrzebował nic więcej. Nawet nie włączał radia. Muzyką był dla niego dźwięk pracy silnika.
Po skończonej zmianie robili postój. Lekki posiłek przed snem i ośmiogodzinny odpoczynek. Po przebudzeniu Marek przynajmniej pół godziny biegał. Czasami musiał się porządnie nagimnastykować, by znaleźć miejsce do biegania. Kilka razy przechodził przez odgradzający autostradę od lasu płot, innym razem wspinał się na czworaka po stromym wzniesieniu.
Zrobił z tego rytuał i przestrzegał codziennej powtarzalności. Później prysznic i wspólne śniadanie z Grześkiem, po którym to on szedł spać.
Przez pierwszy miesiąc Marek siadał za kierownicę tylko w ciągu dnia, by obyć się z różnymi sytuacjami na drodze, wyrobić odruchy, reakcje, poznać zachowanie ciężarówki w trasie.
Pewna sytuacja szczególnie wbiła mu się w pamięć.
Zatrzymali się na postój, była zmiana, za kółkiem siadł Marek. Wszystko w utartym rytmie dnia tak, jak lubił najbardziej.

- Poznaj Lidkę. – Za Grześkiem do szoferki wspięła się uśmiechnięta kobieta. – Przejedzie się z nami kawałek. Podrzucimy ją kilka stacji dalej.

Marek nie protestował, choć nie miał ochoty na dodatkowe towarzystwo. Był jednak na czymś, na kształt praktyk i miał niewiele do powiedzenia.  Grzesiek z Lidką zasunęli kotarę na tyle szoferki, odcinając wzrok Marka od pryczy.
Gdy ruszył, mógł się skupić na mruczeniu silnika, wibracjach, w które wpadła maszyna. Niestety, tylko na kilka minut, po których dobiegły go jęki kobiety. Jak dla Marka, kobieta bardzo kiepsko udawała. Nie to, by miał wiele kochanek, bo było ich raptem trzy. Symulacja rozkoszy o wiele lepiej wychodziła plastikowym lalkom w pornosach, które czasami oglądał. Lidka była słabą aktorką, ale Grześkowi to nie przeszkadzało. Kolejnych kilka minut później, w czasie których Marek starał się zagłuszyć rozpraszające go dźwięki radiem, prostytutka wyszła zza kotary. Pochyliła się do Grześka, by dać mu całusa na pożegnanie. Oczywiście z rozmysłem wypięła nagi tyłek w stronę Marka, przez co ten omal nie zjechał na pobocze.

- A ty nie chcesz skorzystać? – Obciągnęła mini spódniczkę i usiadła na miejscu pasażera, zakładając udo na udo.
- Nie, dziękuję. – Czuł, że spalił buraka, czerwieniąc się po czubki uszu.
- Rozumiem. – Kobieta nie wyglądała na zmartwioną. – Wysadź mnie na najbliższej stacji, kochaniutki.

Wysiadła, mrugając mu na do widzenia okiem. Odjechała czarnym BMW z przyciemnianymi szybami. Alfons dbał o swoje stadko, zapewniając w ten sposób bezpieczeństwo, pilnując interesu.

Grzesiek spał, Marek jechał, zastanawiając się nad sytuacją.
Wiedział, że zmiennik jest rozwodnikiem i nie ma domu, do którego może wrócić. Jak sam wyznał, to on zniszczył małżeństwo, dopuszczając się zdrady. Nie wpadł w alkoholizm wyłącznie dla tego, że wybrał zawód kierowcy. Brał każde zlecenie, które pozwalało jechać jak najdalej od ojczyzny.
Marek doszedł do wniosku, że w ten sposób zagłusza samotność, zaspokajając przy okazji fizyczną potrzebę.
Później przyszło mu się dowiedzieć, że prostytutki to nie wyuzdane, opętane seksem kobiety. Miały zwyczajne życie, wiele z nich samotnie wychowywało dzieci i prawie każda nosiła swoją bolesną historię.
Marek tylko raz dał się skusić dziwce.
Zaskoczyła go, gdy wsiadał do szoferki. Grzesiek jeszcze spał i nie chcąc go budzić, zdecydował się zjeść kanapkę, kupioną na stacji benzynowej. Właśnie miał otworzyć drzwi, obudzić Grześka.

- Cześć, przystojniaku. – Dobiegł go kobiecy głos zza pleców.

Odwrócił się, stanął oko w oko z rudowłosą dziewczyną. Wyglądała na autostopowiczkę, toteż zareagował osłupieniem, gdy ta bezceremonialnie zacisnęła palce na materiale spodni, na wysokości krocza Marka.

- Masz ochotę na seks? – Mruknęła, przywierając do niego ciałem. Pachniała słodko, kwiatowo. Czuł jej miętowy oddech i miękkie piersi pod cienką koszulką. – Bardzo chcę poczuć cię w ustach. Będę delikatna, obiecuję.

Chciał ją odepchnąć i nie chciał równocześnie. Głowa mówiła, by tego nie robił, ale krew pompowana przyspieszonymi uderzeniami serca napływała do krocza, usztywniając go. Dziewczyna czuła wahanie i wiedziała co zrobić, by porzucił dylematy. Przejechała językiem od obojczyka, przez szyję, do żuchwy, nie przestając masować go przez spodnie. Marek jęknął, przegrał z sobą.

- Stówa pasuje? – mruknęła, rozpinając mu rozporek, masując już całkowicie sztywnego kutasa.

Nie od razu zareagował, będąc zbytnio oszołomionym tym nagłym, seksualnym atakiem.

- To jak? – Naciskała, nie przerywając pieszczot. – Może być?
- Tak – stęknął, zaciskając oczy, gdy pierwszy skurcz rozszedł się mrowieniem w podbrzuszu.
- Nie będziesz żałował. – Była zadowolona z jego szybkiej kapitulacji.

Było już po zmroku i cały parking zastawiały ciężarówki, zaparkowane gęsto, jedna przy drugiej. W sumie kilkadziesiąt maszyn. Nie byli widoczni dla parkingowych kamer, co najwyżej mógł ich dostrzec kierowca z sąsiedniego wozu. Ten już jednak spał, odpoczywając przed kolejnym etapem podróży.
Rudowłosa opadła na kolana, nagryzając opakowanie kondoma, wzięła gumkę do ust. Marek patrzył, jak biorąc go między pełne wargi, naciąga nimi prezerwatywę. Gdy cofnęła głowę, był już „ubrany”. Dziewczyna zaczęła się nim bawić, spoglądając w górę spod rzęs.
Było mu dobrze. Cholernie dobrze! Za dobrze.
Zacisnął palce, chcąc spowolnić jej ruchy, ale na niewiele się to zdało. Zbyt dobrze znała się na fachu i wiedziała, jak go pieścić, mimo unieruchomienia. Ssała, przesuwając równocześnie językiem, palcami pieszcząc jądra. Jęknął, gdy pierwsza fala wprawiła w drżenie kolana. Dziewczyna przyspieszyła ruchy, ssąc i masując go równocześnie. Chwilę później eksplodował, dziewczyna posłusznie zamarła, pozwalając przetoczyć się fali. Ta rozkosz była bolesna. Nie fizycznie, lecz w głowie, bo postąpił wbrew sobie.
Drżącymi palcami podał wyciągnięty z portfela banknot, powiedział „dziękuję”. Dziewczyna zaśmiała się, pocałowała go w policzek, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła.
Cieszyła się z łatwo i szybko zarobionej stówy. Dla niej liczył się czas i tylko nie mogła wiedzieć, że nie zostało jej go zbyt wiele, na wydanie zarobionej gotówki. Nie był „zrzeszona”, nie miała alfonsa. Kilka dni później i kilkadziesiąt kilometrów dalej, miała zakończyć swój żywot.  Ktoś znajdzie rudowłosą dziewczynę, zawiadomi policję, a ta stwierdzi uduszenie ofiary. Nie będzie śladów spermy, bo sprawca jej nie zostawi. Sprawa trafi do tych nierozwiązanych, świat szybko zapomni o rudowłosej dziwce tym bardziej, że nie ma rodziny, więc nie będzie jej komu szukać, nikt po niej nie zapłacze.
Marek zdjął prezerwatywę, rzucił ją ze złością na ziemię.
Nie powinien był, ale zrobił to. Wie, jak to jest, jak również i to, że nie skusi się ponownie.
Odpalił maszynę, wyjechał z parkingu. Zamieni się z Grześkiem za godzinę. Teraz nie chciał mu patrzeć w oczy, bo nie potrafiłby z nim normalnie rozmawiać.
Musiał wszystko przemielić.
Sam, samotnie, jadąc przed siebie.

 

Oto Mikakamaka:

Czyli Monika - matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Napisz nam też coś :-)