Kuchta (II)

with 5 komentarzy

Kuchta - opowiadanie erotyczne z dużą dawką humoru

Rozdział drugi

- Cześć – przywitałam się, przyglądając wpółnagiemu facetowi z kłakami na torsie i krzaczastą, ale zadbaną brodą. - Co tu robisz?

- A ty? - Nie wyglądał na skrępowanego brakiem większości ubioru. W dodatku przyglądał mi się natrętnie, jeśli nie powiedzieć, że nachalnie. Niestety nie widziałam w tym spojrzeniu zachwytu, może co najwyżej zdziwienie. Oczywiście nie zamierzał mi odpowiedzieć, co dodatkowo podniosło mi ciśnienie.

- A ja jestem u siebie. - Wkurzył mnie obcesowością i nachalną obcinką. - Ty natomiast nie!

- Nie ma ogrodzenia, więc wybacz, kluseczko – uśmiech, pauza w zdaniu i taksujący mnie bezczelnie wzrok, ewidentnie świadczyły o złośliwym wydźwięku „kluseczki” - mam prawo nie wiedzieć, gdzie zaczyna się posesja.

Po tych słowach uśmiechnął się krzywo, odwrócił na obutej w ciężkie buciory pięcie i odszedł. Bez słowa pożegnania, czy przeprosin za wtargnięcie.

Patrzyłam w ślad za nim, jak kroczy po mojej ziemi, za nic mając krzaki porzeczek, które lata temu sadziłam z dziadkiem. Zamiast ominąć krzaczek, wszedł nań i stratował, niczym spychacz! Franca bezczelna!

Wściekła, klnąc pod nosem i zaciskając dłonie w pięści wróciłam do wejścia, z zamiarem pójścia na tyły domu. Normalnie mogłabym wyjść drzwiami prowadzącymi na ganek od strony ogrodu, ale nie wiedziałam, czy klucz tkwi w zamku i czy łatwo będzie odemknąć drzwi. Jeśli w ogóle się uda i rdza nie zakleszczyła wiekowego zamka. Dziadek umarł rok temu i od tego czasu nie używano starej chałupy.

Gdy dotarłam do połamanych drzewek porzeczek, po brodaczu nie było już śladu. Przeszłam przez niewielki sad i z bolącym sercem stwierdziłam, że ogrodzenie uległo zniszczeniu. Płot przewrócił się i wyglądało tak, jakby stado dzików rozorało tą część ziemi.

- Cóż, wiedziałam, że będzie dużo pracy – westchnęłam, podpierając się pod boki. - Muszę zacząć od planu, bo na razie nie wiem, w co włożyć ręce. I muszę zjeść coś smacznego. Risotto! - Klasnęłam w ręce i odwróciłam się z powrotem ciesząc tym, że mam składniki na pyszną potrawę. - I wino – mruknęłam, przełykając nadmiar śliny.

Wypakowywałam rzeczy z auta i zanosiłam je do domu. Tam układałam na podłodze w kuchni i w salonie. Miałam dużo miejsca, a po otwarciu wszystkich okien i zgarnięciu mysich bobków pod jedną ze ścian, podłoga spełniała standardy czystości. Na tyle, by mniej ważne i wrażliwe pudła można było kłaść bezpośrednio na niej.

- Muzyka! - Plasnęłam się w czoło i rzuciłam do jednego z kartonów. - Bez muzyki nie ma życia!

Po kolejnym kwadransie i odnalezieniu właściwego włącznika na tablicy prądu, w chałupie rozbrzmiały dźwięki muzyki. Mojej muzyki! Ukochane tony i zawodzenia Kapeli ze wsi Warszawa.

- Tak to ja mogę sprzątać, gotować, a nawet tańczyć! - Załączyłam lodówkę. - Ale ty to długo nie pociągniesz – mruknęłam do sprzętu, słysząc jej głośny rozruch i terkotanie czegoś w wiekowych bebechach. - Potrzebuję listy!

Po kolejnym kwadransie przekopywania pudeł, podczas której to czynności spociłam się, niczym mysz, na ogromny kuchenno jadalniany stół ułożyłam laptop, dwa zeszyty, kilka ołówków i ukochane pióro.

- Teraz smaczny, syty posiłek i mogę planować. - Znów kolejne minuty wyciągania garnków, i produktów. Musiałam umyć blaty, bo wyobraźnia podsuwała mi widok setek mysich łapek depczących kamienny blat i ich łysych ogonków, ciągnących się tuż za szarym zadkiem. - Umyć, wyczyścić i...

I tu zawisłam z dłonią na kurku kranu nad ogromnym, kuchennym zlewem. Nagłe wzruszenie ścisnęło mi gardło, bo przypomniałam sobie, jak z dziadkiem oprawialiśmy stosy zebranych własnoręcznie grzybów. To dziadek pokazał mi, jak obierać maślaki, czy kroić prawdziwki w plasterki. Nawlekaliśmy je na grubą nić, a tę wieszaliśmy nad kominkiem. Zapach suszonych grzybów wypełniał dom, dzięki czemu czułam się szczęśliwsza, a zarazem całkiem zwyczajna. O dziwo wtedy niczego więcej nie potrzebowałam do szczęścia. Dziadek pokazał mi też, jak zrobić domowe kluski na parze i jagodowy sos do nich. Jagody zbieraliśmy razem i były to pełne wypełnionej dźwiękami jazgotu lasu, wspólne chwile. Zakręciła mi się łza w oku, gdy przypomniałam sobie wypowiedziane przez niego zdanie.

To dla ciebie będzie ten dom, Judytko. Kiedyś przyjedziesz tu z mężem i dziećmi, może zamieszkasz w wakacje. Daj Bóg, żebym dożył tych czasów.

- No i niestety, tu cię zawiodłam. - Otarłam łezkę, która wymknęła się z prawego oka. - Ani dzieci, ani męża. Za to plany zamieszkania tutaj, więc chyba jakąś rekompensatą to dla ciebie jest, dziadziu.

Pewnie wzruszałabym się jeszcze długo, gdyby nie kran. Odkręciłam wodę, po czym wrzasnęłam, gdy z zagięcia rurki pomiędzy kurkami trysnął strumień zimnej, rdzawej wody. Plując i charcząc rzygnął wprost w mój brzuch i biust. W pierwszym odruchu zakryłam dłonią strumień, po chwili otrzeźwiałam i zakręciłam kurek.

- Kolejny wydatek – warknęłam, ruszając do stołu. - Bez listy się nie obejdzie!

Godzinę później spokojniejsza, przebrana w wygodne, a przede wszystkim suche ciuchy, nakładałam przepysznie pachnące risotto na talerz. Ulubione danie na każdą porę roku. W lato pobudzało smakami, w zimie ogrzewało i nastrajało pozytywnie.

Jadłam, popijałam winem i spisywałam listę czekających mnie spraw i napraw. Najpierw zanotuję wszystkie, później ułożę według pilności wykonania. Podliczę czekające mnie wydatki.

Poza gotowaniem, jestem przedstawicielem płci żeńskiej, z bardzo technicznymi zapędami. Wymiana kranu, bezpiecznika, malowanie ścian, a nawet kładzenie paneli, nie jest dla mnie żadnym wyzwaniem. Najpierw dziadek, później tata nie traktowali mnie, jak słabej kobietki. Pokazali zastosowanie wiertarki, lutownicy, piły i wielu innych sprzętów, które mieli w warsztacie. Kiedyś tata wyznał, że z egoistycznych pobudek chciał mieć syna, ale dzięki mnie zmienił zdanie. Właśnie przez moje mało kobiece ciągoty.

Po pierwszym kieliszku wina przyszła myśl, że porwałam się z motyką na słońce. Tyle prac i wydatków, kontra moja budowlana niewiedza! A co, jeśli będzie trzeba wymienić instalacje, czy dach? Po drugim doszłam do pozytywnych wniosków, bo przecież nie wytrzymałabym w pracy przy tym jełopie, Jarku. Tam wściekałam się na szefa kretyna, tutaj przynajmniej ukierunkuję swoje życie. Może i się zestresuję, ale mam większy wpływ na to, co mnie czeka i w jakim miejscu będę za rok.

- Przydałby się facet – mówiłam do kieliszka, rozsiadając się wygodniej na opasłym, ciężkim, drewnianym krześle. - Podtrzymałby mnie na duchu, pomógł z całym tym bigosem, czasami porządnie zerżnął.

Przez myśl przeleciała mi owłosiona gęba brodacza, który dzisiaj wtargnął do dziadkowego ogrodu. Westchnęłam, upiłam łyk trzeciego kieliszka. Tak, on wyglądał na konkretnego samca i był tylko jeden problem – zdecydowanie nie byłam w jego typie.

- Za miskę tej pysznie pachnącej potrawy mogę spełnić wszystkie trzy życzenia. - Głos dobiegał zza moich pleców, wskutek tego przestraszona poplułam się winem. - Może tylko kolejność bym zmienił. Zacząłbym od zerżnięcia.

Wstałam oburzona zastanawiając się, co za zwyczaje zapanowały we wsi. Od kiedy pamiętałam, trzeba było zapowiedzieć swoją wizytę. Wiadomo było, że gospodarz może być zajęty jednym z wielu obowiązków. Co tymczasem? Pierwsze godziny pobytu tutaj i już drugi mężczyzna włazi z buciorami na moje włości!

- Przepraszam, jestem niegrzeczny. - Uprzedził mój wybuch, więc zostałam na wdechu. Stał przede mną bardzo nietypowy mężczyzna i uśmiechał się znad ubłoconej brody. - Tadek Młyński. Tymczasowy sąsiad. - Wyciągnął rękę w geście powitania, mi nie wypadało nie odpowiedzieć tym samym.

- Judyta. Miło mi poznać.

Staliśmy, przyglądając się sobie. Mężczyzna był krępy, ale mocno umięśniony. Wyglądał na kogoś, kto ćwiczy godzinami, ale lubi też zjeść. Widziałam drzemiącą w nim siłę i energię, oraz uśmiech skrzący się w brązowych oczach.

- To jak będzie, Judyto? - Wciąż nie puszczał mojej dłoni. - Podzielisz się pysznościami?

Miałam wrażenie, że mówiąc to miał na myśli coś zupełnie innego.

- Jasne. - Cofnęłam ramię, przeszłam za blat kuchenny, żeby zwiększyć między nami dystans. - Jeśli chcesz umyć ręce, to musisz to zrobić w łazience, bo kuchenny kran się rozleciał.

Odetchnęłam z ulgą, gdy opuścił pomieszczenie. Jemu podobałam się bez dwóch zdań. Uśmieszek błąkał mu się po ustach i mrużył oczy, jakby przyglądał się czemuś fascynującemu. Mogłabym przysiąc, że gdy patrzył na mnie, w myślach robił mi bardzo niegrzeczne rzeczy.

- O cholera – szepnęłam prawie bezgłośnie. - To chyba dni płodne, bo jestem podniecona od samego patrzenia.

Zacisnęłam usta, żeby przestać do siebie mówić. Mam taki zwyczaj, ale to nie kłopot, bo mieszkam sama. Gdy w pobliżu jest druga osoba, to już inna para kaloszy. Wzięłam miskę i nałożyłam do niej konkretną porcję risotto. Po chwili namysłu dołożyłam drugą. Postawiłam ją na stole daleko od siebie. Do czystego kieliszka wlałam resztę wina, bo jestem gościnna, więc i takimi dobrami lubię się dzielić.

Usiadłam na swoim miejscu i czekałam na Tadka. Swoją drogą nieźle. Pierwszy dzień tutaj i już dwóch spotkanych, ciekawych facetów? Nie będę narzekać! Pasuje mi to!

- To powiedz mi Judytko, co taka piękna kobieta robi na tym odludziu. - Podskoczyłam na krześle, słysząc głos tuż za sobą. Ten facet jest bezgłośny, niczym ninja!

- Po pierwsze jest zaskakiwana przez obcych, brodatych facetów. - Zawsze, gdy ktoś mnie wystraszy, wzrasta we mnie poziom agresji. - A po drugie chcę zaadoptować to miejsce na agroturystykę. - Zatoczyłam wzrokiem wokoło.

- I masz zamiar robić to sama? - Usiadł przy stole, nabrał risotto na widelec. Skosztował, po czym zamknął oczy i gryzł potrawę ewidentnie delektując się smakiem. - Smakuje lepiej, niż pachnie – westchnął wreszcie.

Nie potrafiłam się nie uśmiechnąć. Cóż milszego może usłyszeć kobieta kochająca gotowanie i karmienie innych. Chciałam podziękować, ale nie zdążyłam. Od wejścia, czyli oczywiście zza pleców, dobiegło mnie gromkie:

- A co ja tu widzę?! - Oczywiście męski, rozeźlony głos. - Jedzenie podczas głodówki?! No to masz przechlapane!


Risotto Judyty:

Składniki:

  • szklanka ryżu

  • 2 kiełbasy chorizo (pikantne, podsuszone)

  • 1 papryczka chilli

  • 1 papryka czerwona i 1 żółta

  • 2 średnie (lub jedna duża) cebule

  • 3 ząbki czosnku

  • pęczek pietruszki

Przygotowanie:

 1. Gotujesz ryż na sypko. Najlepiej będzie, gdy wsypiesz go do dużej ilości osolonej wody. Wtedy na pewno będzie na sypko!

      1. Kiełbasę kroisz w plastry, a te w cienkie słupki.

      2. Cebulę poszatkuj w kostkę, czosnek jak chcesz. Może być utarty, pokrojony, bądź przeciśnięty przez wyciskacz.

      3. Papryki pokrój w drobną kosteczkę.

      4. Zieloną pietruszkę poszatkuj.

Na rozgrzany olej wrzuć kiełbasę chorizo i smaż mieszając.

Gdy wytopi się troszkę i „podejdzie” czerwonym tłuszczykiem, wsyp cebulę i ją zeszklij.

Teraz dodaj czosnek, oraz papryczkę chilli i mieszaj przez minutę. Nie dłużej, bo czosnek zgorzknieje!

Wsyp ryż i mieszaj, by składniki połączyły się, by ryż „wciągnął” smaki.

Pod koniec dodaj paprykę żółtą i czerwoną, mieszaj podgrzewając przez kolejne minuty.

Wyłącz ogień, wsyp pietruszkę i zamieszaj.

Gotowe! Pyszne również na zimno.

Sugestie:

Można sypnąć łyżkę stołową czarnego sezamu, bo wygląda ładnie.

Ostrożnie z doprawianiem, bo kiełbasa jest pysznie ostra.

Ryż można zabarwić kurkumą, bo wtedy kolory na talerzach są takie, że można wyłączyć światło, a i tak bije blask od jedzenia.

Smacznego!

A TUTAJ ZDJĘCIA RISOTTO JUDYTY 😀

 

Oto Mikakamaka:

Czyli Monika - matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Jo Winchester
    | Odpowiedz

    Hmm dwóch brodaczy? Dwóch seksownych brodaczy? Daj mi namiar, gdzie jest ten domek, to chętnie wybiorę się w tamte strony 🙂 Obaj panowie mogliby przyłączyć się do prac remontowych, Judyta miałaby na co patrzeć 🙂 A może tak jakiś trójkącik? 🙂 Dobra, zaczynam pisać głupoty:P Nie bij! 🙂

    • Mikakamaka
      | Odpowiedz

      Żadne tam głupoty 😉
      ps. posłuchaj podcastu nr 2 🙂 Jest mowa o Tobie 😀

  2. T
    Tony Porter
    | Odpowiedz

    Trafiło się Judycie bardzo interesujące sąsiedztwo. Ciekawe, jakież jeszcze okazy męskie się ujawnią. Pan survivalowiec może i przeżyć w trudnych warunkach potrafi, ale zachować się kulturalnie to już nie. “Kluseczko”! Należałoby walnąć buca patelnią w łeb. I to niemytą, żeby musiał wybierać resztki jedzenia z brody:) Jak na razie, to oberwie się Tadkowi za przerwanie głodówki, he, he. Instrumentalnie “Kapela ze wsi Warszawa” – ok, ale wokalnie – o Jezu! Zdecydowanie nie moja bajka. Przepis bardzo mi się podoba, tylko nie wiem, czy w mym małym miasteczku znajdę kiełbasę chorizo. Opowiadanie super:)

    • Mikakamaka
      | Odpowiedz

      Salami też daje radę, plus papryczka chilli 😀

  3. Monika G.
    | Odpowiedz

    Cholera no! Nie czytam dalej. Ten wlochaty wyglada jak moj maz.
    Joke
    ?
    Bede czytac. A jutro strzele focha z samego rana i zamiast dzien dobry powiem “na ch*j zes w te pozeczki lazl”
    ?

Napisz nam też coś :-)