LoveBox vol. 1 - pierwszy tom z serii świątecznych historii miłosnych

Jeden tom a w nim:

3 historie miłosne

książka pisana przez dwie autorki

romans i erotyka w odpowiednich porcjach

duża dawka humoru

wzruszenie gwarantowane

przeczytaj poniżej fragmenty

"Operacja wigilijna opowieść"

Całkiem inne, nieco ironiczne spojrzenie na znane dzieło Dickensa. Marcysia jest wróżką i nie cierpi świąt. Wszystko przez operację "wigilijna opowieść". Musi nawrócić ze złej ścieżki jedną duszę. Tego roku tą duszą miał być szałowy przystojniak, co nie do końca okazało się prawdą.

poniżej fragment

"Formuła"

Beata jest singielką, ale nie cierpi z tego powodu. Nie przerażają ją nawet samotne święta. Ma plan by gotować, spędzić święta z rodzicami i ukochaną psiną. Podczas świątecznych zakupów w kolejce do kasy, staje za nią tajemniczy brunet. Ten sam mężczyzna wdziera się do jej samochodu i porywa ją, zmusza do bycia kierowcą z przymusu. Przymus bardzo szybko zmienia się w coś zupełnie innego, a Beata traci głowę i serce.

poniżej fragment

"Opowieść wigilijna"

Kacper to prawnik. Ma wszystko, czego pragnie. Pewnego śnieżnego wieczora w drodze do bogatego klienta wpada w poślizg i rozbija auto. Traf chce, że trafia do miejsca, którego brzydzi się najbardziej na świecie. Przytulisko w lesie i Tośka stają się jego domem na kilka dni do momentu, aż nie odzyska pamięci. W przeciągu tych kilku dni w Kacprze zachodzą ogromne zmiany, a serce z lodu topnieje i zaczyna płonąć dla Tośki.

poniżej fragment

3 ŚWIĄTECZNE HISTORIE MIŁOSNE

ozdobnik

Przeczytaj fragment każdej z trzech historii

"Operacja wigilijna opowieść"

autorka: Agnieszka Kowalska Bojar

Ona

Zaczęło padać we wtorek, przed południem. Teraz nadal z nieba leciał biały puch, choć był już piątek. Za oknami widziałam zaśnieżone drogi, ogromne zaspy, drzewa uginające się pod zbyt dużym dla siebie ciężarem. Szykowały się wybitnie białe święta. Najchętniej skuliłabym się pod ciepłym kocykiem, z kubkiem gorącej czekolady w dłoni, z lubością delektując się jej smakiem i zapachem, gdyby nie praca. Co prawda najwięcej roboty i tak miał Mikołaj wraz ze swoją ekipą elfów, ale taka wróżka na etacie też miała sporo do załatwienia tuż przed Bożym Narodzeniem. Po raz kolejny zastanowiłam się, na cóż mi to było. A przecież tak naprawdę nie miałam wyboru.

Zaterkotała moja służbowa komórka. Poirytowana odrzuciłam koc i wstałam z głośnym stęknięciem. Doskonale wiedziałam, co mnie czeka. Co roku ten sam numer, co roku musiałam nawracać jakiegoś drania bez sumienia. Mój durny przełożony zachwycony „Wigilijną opowieścią”, wdrożył kilka lat temu w życie podły plan, przez który my wróżki, nie mogłyśmy zażywać zasłużonego odpoczynku w święta. Szczerze mówiąc, to te nadgodziny już mi nosem wychodziły…

Chwyciłam czarodziejskie lusterko i wymamrotałam pod nosem zaklęcie.

– No, nareszcie – rozległ się zrzędliwy głos mego szefa i ukazała się jego gładka, pełna anielskiej zadumy, twarz. Nie cierpiałam gada, ale cóż mogłam poradzić. Kontrakt to kontrakt. Musiałam zacisnąć zęby i wytrzymać jeszcze dwa lata. – Co tak długo Marcjanno?

Tylko on zwracał się do mnie pełnym imieniem. Wyszczerzyłam zęby, starając się wyglądać na w miarę zadowoloną, a prawą ręką przygładziłam wzburzone włosy.

– Spałaś?

– Ależ skąd. Sprzątałam – skłamałam gładko, nie przerywając kontaktu wzorkowego.

– Sprzątałaś? – spytał z powątpiewaniem. – Mniejsza z tym. Wiesz dlaczego dzwonię?

– Tak – westchnęłam, w duchu życząc padalcowi, by go zgwałciło kiedyś stado trolli. – Operacja „Wigilijna opowieść”.

– W tym roku mam dla ciebie wyjątkowy egzemplarz.

Ożeż ty! Gdy ostatnio tak mówił, trafiłam na psychopatycznego mordercę kanibala, który usiłował przyrządzić ze mnie świąteczną pieczeń. Wróżka nie wróżka, twierdził ów popapraniec, grunt, że świeże mięsko. Wzdrygnęłam się, z obawą oczekując na kolejne słowa.

– Jak bardzo wyjątkowy?

– Bardzo, bardzo – pętak pokiwał z namaszczeniem głową, gapiąc się prosto w dekolt mojego sweterka. Odruchowo zasłoniłam się leżącą obok poduszką. Nie będzie mi się tu zboczeniec jeden gapił w cycki!

– Mam złe przeczucia – mruknęłam.

– Co?

– Nic, nic. Czekam z niecierpliwością na szczegóły.

Na stole kuchennym pojawiła się duża, szara koperta. Nasz wydział należał do najbardziej zacofanych. Inni dostawali maile, instruktarzowe filmiki na youtubie, wsparcie informatyków, a u nas wciąż po staremu – foto oraz ręcznie pisane notatki. Zamiast komputerowców, pokręcony szaman voodoo. Co za cholerny świat!

– Przejrzyj wszystko i w razie pytań, kontaktuj się z Amadeuszem. On w tym roku koordynuje całą akcję.

W życiu! Zastępcy szefa nie cierpiałam jeszcze bardziej. Poza tym doskonale wiedziałam, co mam robić. Najpierw pojawiam się jako pokutująca dusza. Potem kolej na ducha ubiegłych świąt. I tak dalej, aż do szczęśliwego finału. Szczęśliwego w założeniu, bo w rzeczywistości różnie bywało. Westchnęłam i rozłączyłam się. Zanim przystąpiłam do zapoznania się z zawartością szarej koperty, przygotowałam sobie jeszcze kubek gorącej czekolady, i dopiero potem usiadłam przy stole. Wyjęłam ze środka spory plik, ze zdjęciami na wierzchu i zamarłam.

Ale ciacho! pomyślałam z zachwytem. Zaraz potem dotarły do mnie dwie rzeczy. Po pierwsze musiał być niezwykle zepsuty powodzeniem, a po drugie regulamin mojego kontraktu stanowczo zabraniał jakichkolwiek bliższych kontaktów. Zwłaszcza intymnych. Westchnęłam z żalem. No dobrze, będę mogła sobie chociaż popatrzeć do woli. Dopiłam czekoladę i w punktach wypisałam cały plan. Wigilia – pojawiam się jako duch jego… zaraz, muszę zajrzeć w dokumenty. Ukochana ciotunia? Może być. Potem mamy wszystkie zjawy po kolei i tutaj mogę sobie poszaleć, zmieniając zewnętrzny image. Na samym końcu wielki finał, choć kto wie czy się podlec nawróci na drogę cnoty i ożeni z cud dzieweczką o skromnej aparycji oraz oszałamiającej urodzie. Skrzywiłam się. Moja umowa o prace wygasała za sto dwanaście lat. Ogólnie przyjemna robota, podłożyć monetę dziecku pod poduszkę i zainkasować należny ząbek, wyczarowywać piękne sny, pokręcić się w szpitalu na porodówce i takie tam głupotki. Wyjątek stanowiła właśnie operacja „wigilijna opowieść”. Trudno. Jeśli mojemu szefowi się nie znudzi, czeka mnie jeszcze sto dwanaście takich akcji. Ponownie zerknęłam na zdjęcie. Potem z cichym westchnieniem przystąpiłam do czytania informacji o tegorocznym kandydacie. Za oknem nadal padał śnieg. Z oficjalnego źródła wiedziałam, że przestanie dopiero po nowym roku i to choć odrobinę poprawiło mój parszywy humor. Bo ja uwielbiałam mroźne, śnieżne zimy.

***

Facet wyglądał jak milion dolarów, ale miał dość nietypowe imię. Czesław. Czesio. Zakłopotałam się, bo jak nic przypomniała mi się pewna kreskówka. Naprawdę, nie pasowało do niego. Okaz zdrowia, były sportowiec, wyposażony w potężne bicepsy i olśniewający bielą uśmiech. Smagła cera, twarz jak spod dłuta zręcznego rzeźbiarza i te lazurowe oczęta… I ja miałam się zwracać do niego per „Czesiu”? Za cholerkę mi nie pasowało.

Cóż zrobić. Zamieniłam się w nadobną cioteczkę, starając się, aby moja postać była cokolwiek przejrzysta. W końcu miałam robić za ducha. Potem pstryknęłam palcami i w mgnieniu oka znalazłam się przed odrapanymi drzwiami w starej kamienicy. Na korytarzu panował półmrok, zalatywało lekko stęchlizną i świątecznymi potrawami. Ciekawe czy Czesio był w domu? Taki pogromca kobiecych serc z pewnością szykował się właśnie na jakiś upojny wieczór w damskim gronie. To właśnie było najgorsze – miałam go naprowadzić na drogę cnoty, skłonić do ożenku oraz, co najważniejsze, do wierności. Czarno to widziałam.

Odetchnęłam głęboko i przepłynęłam przez drzwi. Brrr! Nie cierpiałam tego, bo drewno drapało moją delikatną skórę, ale duchy przecież nie używają dzwonka. Unosząc się kilkanaście centymetrów nad ziemią, majestatycznie wpłynęłam do salonu i zdębiałam.

Ciężko ludzkimi słowami opisać bałagan jaki tu panował. Chlew totalny! Istna stajnia Augiasza! Połamane meble, smętnie zwisające z okna firanki z ogromnymi dziurami, kikuty wyschniętych roślin w doniczkach, walające się wszędzie resztki jedzenia, puste butelki i cała masa opakowań. A nad tym wszystkim górował ogromny, nowoczesny telewizor. Przed nim, na brudnej, zdezelowanej kanapie siedział, a właściwie na wpół leżał jakiś typek spod ciemnej gwiazdy.

Czy ja oby dobrze trafiłam? Sprawdziłam adres. Wszystko się zgadzało. Potem zerknęłam na typka, który rozwalony na kanapie, dłubał jednym palcem w nosie. Później wygrzebałam z kieszeni fotografię i porównałam ją z oryginałem. Raz, drugi, trzeci. Cholera! Chyba się ktoś w kadrach pomylił. To coś zarośniętego, solidnie kudłatego i ze sporą fałdką w okolicach pasa, w najmniejszym stopniu nie przypominało przystojniaka ze zdjęcia. Na dodatek te krótkawe, workowate spodnie. Przybrudzony, tłustawy podkoszulek. Rozczłapane kapcie, z dziurą, przez którą wyglądał duży paluch. Nieee… To po prostu niemożliwe!

Wtedy nagle ciszę przerwał dziwny dźwięk. Osobnik na kanapie chrząknął, nabrał powietrza do ust i zaśpiewał schrypniętym, pijackim głosem:

– Chodź malutkaaa, zrobimy sobie krasnoludkaaa! A jak się nie udaaa, zrobimy sobie wielkoludaaa!

Po czym czknął i dał solidnego łyka z przybrudzonej butelki, którą trzymał w prawej ręce. A ja otrząsnęłam się ze zgrozą, wycofałam na palcach i za progiem trzęsącymi rękoma wyjęłam z torebki komórkę.

– Amadeusz? Mam tu problem natury technicznej – prawie połykałam słowa. – Chyba ktoś w kadrach się pomy… Nie?! Jak to nie?! Ten typek w żadnym wypadku nie przypomina osobnika ze zdjęcia, a ty… Ach! Stara fotka! Z facebooka i profilu randkowego? Więc to dlatego… – zamilkłam gwałtownie, czerwieniejąc. No, ładnie. Trafił mi się jakiś pijaczyna, o odpychającej aparycji. Amadeusz szybko uciął moje żale, potem nadętym tonem oznajmił, że nie ma czasu na głupstwa i rozłączył się. Zostałam sama ze swoim problemem.

Co za robota, rozmyślałam ponuro, obgryzając widmowe paznokcie. Nie mogłam wziąć urlopu, nie mogłam wyłgać się chorobą, nic nie mogłam. A nie, przepraszam. Mogłam odstawić szopkę, olać rezultaty i po prostu wykonać swoje zadanie. Przypomniałam sobie kanibala z zeszłych świąt i od razu poczułam się lepiej. Ten tłuścioch przynajmniej nie będzie chciał mnie pożreć. Rozgrzałam dłonie, cicho odchrząknęłam, sprawdziłam czy nie zgubiłam łańcucha z kulą i wyprostowawszy się, majestatycznie wypłynęłam na środek pokoju.

– Uuuu! – zawyłam potępiająco. Dla wzmocnienia efektu zazgrzytałam zębami i podzwoniłam łańcuchami. – Uuuu! – powtórzyłam, możliwe że z odrobiną desperacji, bo Czesio nie wyglądał na zaskoczonego. Pociągnął kolejnego łyka z butelki, czknął i podrapał się tym razem w kroku.

– Złaź na bok, bo mi ekran zasłaniasz – warknął.

– Jestem duchem – odparłam z naciskiem. – Duchy nie są cielesne i niczego nie mogą zasłonić.

– A, ciocia!– zauważył domyślnie, mrużąc oczy. – Wydawało mi się, że kopnęłaś w kalendarz kilka miesięcy temu?

– Kopnęłaś? – spytałam zgorszona jego brakiem wrażliwości. – No wiesz!

– Co niby mam wiedzieć? – Charknął i splunął prosto pod moje nogi. – Wyjątkowa suka z ciebie była, skąpa, złośliwa, plująca jadem. Z piekła cię wywali, czy co?

– Nie! – Dramatycznie chwyciłam się za chudą pierś. – Dostałam drugą szansę. Taką zniżkę na cierpienia po kres świata. Muszę jedynie przestrzec cię przed postępowaniem, które zaprowadzi cię w to samo miejsce.

– E tam – mruknął. – W dupie to mam.

– Tej nocy odwiedzą cię trzy duchy. Idź z nimi, zobacz, co mają ci do pokazania i wyciągnij wnioski. Może to uratuję twoją duszę? Dla mnie jest już za późno… – Smętnie westchnęłam, ale jego to wcale nie ruszyło.

– Dobra, dobra – odpowiedział z wyraźnym zniecierpliwieniem. – To teraz złaź z ekranu. Faktycznie, przejrzysta jesteś, ale nie lubię oglądać meczu przez mgłę.

Jak ja kurwa nie cierpię tej świątecznej akcji! Inni o tej porze grają w jasełkach, brzdąkają na harfie i śpiewają kolędy, a ja muszę użerać się z tymi wybrakami ludzkości. I nic nie mogę na to poradzić. Przyszedł mi do głowy pomysł, aby zamordować tego bucefała, ale zdechł w locie. Nie potrafiłabym zrobić komuś krzywdy, a co dopiero odebrać życia. Za to potrafiłam być złośliwa. Pstryknęłam palcami i wcale nie tak niematerialna kula, jakby się to wydawało, wylądowała na stopie Czesia. Wrzasnął coś niecenzuralnego, gwałtownie czerwieniejąc, a jego twarz pokryła się purpurą. Na więcej nie czekałam. Uciekłam, gubiąc widmowe pantofelki. Odsapnęłam dopiero na dole, przybierając od razu swoją własną postać. Gdzieś z góry słychać było niecenzuralne wrzaski. Pewnie mój tegoroczny podopieczny, dawał upust swojemu niezadowoleniu.

Uśmiechnęłam się z satysfakcją. No, chociaż tyle mojego. A teraz musiałam czekać na zapadnięcie nocy. I obmyślić nowy image. To chyba była jedyna, przyjemna strona tej roboty.

On

Cholera! Ależ to bolało! Ciotka czy nie ciotka, jakbym dorwał zołzę, to bym jej z dupy zrobił jesień średniowiecza. Nawet spożyty w nadmiarze alkohol nie pomógł. Rozmasowywałem opuchnięty palec, ponuro gapiąc się w ekran telewizora. A kiedy sięgnąłem po butelkę, moja irytacja przybrała na sile.

– Kurwa jego mać!

Nie dosyć, że godzinę temu wypaliłem ostatniego ćmika, to teraz skończyła się wóda. Podrapałem się po podbródku, przy okazji mętnie myśląc, że w końcu będę musiał się ogolić. Niechętnie zlazłem z kanapy i poczłapałem do kuchni. Nadzieja, że gdzieś tam miałem awaryjną flaszkę, zdechła po kwadransie. W szafie znalazłem jedynie jakieś stare kanapki, zdechłe muchy i coś, co się ruszało.

– Jebać to! – zdenerwowałem się, nie wiadomo czym bardziej. Wizją przyszłych porządków czy brakiem trunku. Żeby wyjść musiałbym doprowadzić się do porządku, a na to nie miałem najmniejszej ochoty. Więc olałem prezencję. Pomógł mi w tym alkohol, który dziarsko bulgotał w moich żyłach. Na trzeźwo miałbym jakieś obiekcje, a tak przepłukałem jedynie wodą gardło, po czym zarzuciłem płaszcz i wyszedłem z mieszkania.

– Cholerne schody! – zakląłem, kiedy zjechałem tyłkiem po kilku stopniach. Wstałem, przytrzymując się ściany, czknąłem i wtedy ją zauważyłem.

Drobna, dziewczęca sylwetka, małe, jędrne piersi, których sutki bezwstydnie sterczały pod cieniutkim materiałem bluzki. Wąskie biodra, zgrabne nogi, owalna twarz o ogromnych błękitnych oczach i pełnych, apetycznych ustach. Do tego wijące się w kędziorach, długie, złociste pukle. Piękna i niewinna, taka jakie lubię deprawować.

Odruchowo przyczesałem dłonią włosy. Chciałem się też wyprostować, ale chyba nie do końca się to udało, bo świat jakoś tak dziwnie wirował. Znów czknąłem i tym razem puściłem pawia. Całe szczęście pobrudziłem sobie tylko buty.

– Witaj! – Nawet głos miała taki anielski. Zerknąłem na nią podejrzliwie i okazało się, że słusznie. – Jestem pierwszym z duchów, który odwiedzi cię tej nocy.

– Duchów?! – wytrzeszczyłem oczy. Faktycznie, taka jakaś rozmyta była. – Ja pierdolę! Nigdy wcześniej nie miałem zwidów po wódce.

– To nie zwidy – ujęła mnie za rękę i przez moment ujrzałem w wielkich, niebieskich oczach obrzydzenie. Zaraz potem zniknęło. – Jestem duchem przeszłości, tego co było. Pokażę ci, jaki byłeś kiedyś. Niewinny, niezepsuty, niezarzygany.

To ostatnie zabrzmiało nieco drwiąco.

– No nie wiem – zawahałem się. – Suszy mnie.

– Proszę. – I podała mi butelkę wody.

– Co to do chuja ma być? – warknąłem.

– Nie bądź wulgarny – odparła łagodnym tonem. – Wypij, poczujesz się lepiej. A wtedy zabiorę cię w podróż.

Butelka z hukiem wylądowała na przeciwległym końcu korytarza.

– Pocałuj mnie w dupę – oznajmiłem gromkim głosem. – Woda! Jak zwierzęta!

– Mój drogi – wyraz jej twarzy przeczył łagodnemu tonowi. – Pragnienie to twój najmniejszy problem w tej chwili.

– Pragnienie to mój jedyny problem. Odsuń się lala, bo…

– Dosyć mam tego czczego gadania! – rozzłościła się momentalnie tracąc ten natchniony, anielski i lekko psychopatyczny wyraz twarzy. – Zaczynamy! – Pstryknęła w powietrzu palcami i świat zawirował. Co bynajmniej nie spodobało się mojemu żołądkowi. Z trudem opanowałem szarpiące mną torsje, a zaraz potem zaryłem nosem w sporej zaspie. Nie zerwałem się jednak na równe nogi; nie byłem w stanie. Poczekałem aż zawroty ustaną, kilka razy głęboko odetchnąłem i dopiero wtedy spróbowałem wstać. Średnio mi szło, a ta wredna małpa patrzyła na moje starania ze słabo maskowaną drwiną.

W końcu zająłem pozycję pionową, pomacałem się po kroczu, jeszcze raz beknąłem i dopiero wtedy podejrzliwie zatoczyłem dookoła spojrzeniem.

– Co to jest? – spytałem surowo.

– Twoja przeszłość – odpowiedziała lakonicznie. – Czyli te złote czasy, gdy nie wyglądałeś jak niedomyty, zarośnięty i tłusty pijak.

– Nie jestem tłusty – burknąłem. – Korzonki mi nawalają.

– Co ma ta fałda do bólu krzyża?

– To nie fałda. To poduszka. – Posapując z wysiłku wygrzebałem ze spodni sporych rozmiarów poduchę.

– Ale dlaczego z przodu? – Spojrzała na mnie zdumiona.

Wzruszyłem ramionami, pozbywając się zbędnego balastu.

– Pewnie się obróciła. No, od razu lepiej – dodałem z zadowoleniem. Potem rozejrzałem się dookoła. – Gdzie jesteśmy? Miejsce jakby znajome.

– Cofnęliśmy się magiczne siedem lat do tyłu – wyjaśniła, dziwnie mi się przyglądając. – Pamiętasz te święta? Chata w górach, przyjaciele zastępujący rodzinę, której nigdy nie miałeś. Prawdziwi przyjaciele…

– No! – roześmiałem się głośno. – Adam i Magda. Tak, to były niezapomniane chwile. I co teraz?

– Teraz pokażę ci, jakim byłeś wtedy szczęściarzem – pstryknęłam palcami i znaleźliśmy się w przytulnym wnętrzu. Na kominku płonął ogień, a przed kominkiem… Ech, stare czasy, pomyślałem z melancholią, wpatrując się na baraszkujące w najlepsze trio. Adam leżał na plecach, na jego kutasie siedziała Magda, a ja posuwałem ją ostro od tyłu. Słychać było sapanie, jęki, postękiwania i plaskanie ciał.

– Co to jest? – usłyszałem pełne grozy i niedowierzania pytanie.

– Moje złote czasy – wyjaśniłem z tęsknotą. – Ależ daliśmy wtedy czadu! Trzy dni nieustannego rżnięcia. Wszystkie pozycje, jakie tylko zdołaliśmy sobie wymyślić. Orgazm za orgazmem, hektolitry spermy…

– Dość! – warknęła. – Co za!…

Nie dokończyła, bo właśnie rozległ się ochrypły kobiecy krzyk. Magda gwałtownie doszła, rzucając się konwulsyjnie pomiędzy naszymi dwoma ciałami. Po paru sekundach dołączył do niej Adam, a ja przyspieszyłem i zaraz potem też eksplodowałem, spazmatycznie jęcząc.

– Cholerny wywiad! – syknęła moja przewodniczka. – Ja tym skurwielom kiedyś obiję mordy! Żeby wyciąć mi taki numer!

– Miałem zobaczyć, jakie wspaniałe było kiedyś moje życie. Zobaczyłem.

– Niezupełnie o to mi chodziło.

– A o co? – spojrzałem na nią z ciekawością, macając po kieszeniach płaszcza. Po czym z triumfem wydobyłem z zakamarków napoczętą paczkę papierosów, a w niej nawet zapalniczkę.

– Eureka! – mruknąłem, wsadzając sobie jednego do ust i z lubością zaciągając się dymem. – Nie bądź taką cnotką niewydymką. Przyznaj, chciałabyś tak na dwa baty?

– Nie twoja sprawa.

– Nie? Dałbym głowę, że nawet na jeden masz kiepskie doświadczenie – zachichotałem, a ona spurpurowiała. Nadęła się przy tym godnie, usiłując wbić mnie w ziemię samym wzrokiem. Nic z tego, nie do takich numerów byłem przyzwyczajony.

– To co? Widziałem co miałem zobaczyć. Wracamy?

– Nie. Musimy tutaj zostać godzinę – wyjaśniła niechętnie.

– Po co?

– Rozkaz odgórny. Powinieneś płakać i rwać włosy z głowy, nad tym, co straciłeś.

– Rwać włosy? – Mało brakowało, a papieros wypadłby mi z ust. – Co za debili to wymyślił?

– Mój szef.

– Szef? A kto szefuje duchom?

– Na co dzień jestem wróżką – wyjaśniła niechętnie, ukradkiem łypiąc na trio, które powoli dochodziło do siebie po miłosnych uciechach. – I w jednym się zgadzamy, bo ja też uważam, że mój szef to kretyn.

Drzwi do chaty otworzyły się z hukiem i do środka wtłoczyło się kilka osób, bynajmniej niezmieszanych sytuacją, jaką zastało. Aż zatarłem ręce, bo doskonale pamiętałem tamten dzień. Taka orgia, że hej! Ależ sobie wtedy poużywałem.

– Co jest? – spytała zdezorientowana.

– Ciąg dalszy miłych wspomnień.

– Jaki niby… – zamilkła, bo jedna z nowo przybyłych dziewczyn, właśnie podeszła do mnie, uklękła i zaczęła pieścić ustami mojego więdnącego kutasa.

– Taaa, to były czasy – westchnąłem. – Pamiętam ją. Rewelacyjnie robiła loda. Tak wsysała – zademonstrowałem i zaraz potem się rozkasłałem. – Jak cholerny odkurzacz.

– Oszaleję! – wymamrotała blondyneczka i znów pstryknęła palcami. Wróciliśmy do punktu wyjścia, tam, gdzie zaryłem nosem w zaspę.

– Ejże! Co robisz?

– Nie będę tego oglądać!

– Bo?

– Bo… – poczerwieniała, chwilę nawet posapała. – Bo nie i basta! To wstrętne!

– Co niby? – spytałem zdezorientowany. – Seks?

– Parzyliście się jak zwierzęta. Fuj!

– Jakie tam fuj. Na samo wspomnienie mi staje – zerknąłem w dół, na gustowny namiocik w spodniach. – Szkoda że jestem niematerialny, bo bym do nich dołączył.

– Akurat – prychnęła z pogardą, otulając się ramionami. – Uciekliby w popłochu na sam twój widok.

– Mówisz? – Przeciągnąłem dłonią po nieogolonym policzku.

– A nie? – Kolejne pstryknięcie i przede mną stało lustro.

– Faktycznie, kiepsko wyglądam.

– Kiepsko? Przypominasz przepitego lumpa, zarośniętego, śmierdzącego i tak ohydnego, że strach cię trącić nawet kijem.

– Nie czepiaj się babo. Miałem złe dni.

– Chyba lata.

– Dni – uparłem się. O nagle coś mi przyszło do głowy. – A może ty… No wiesz. Może ty mogłabyś… – posłałem jej zachęcający uśmiech. Wzdrygnęła się, odsuwając na kilka kroków.

– Nie! I nie próbuj się do mnie zbliżyć – zastrzegła. – Bo cię zamienię w koński nawóz na drodze.

– Brutalna kobieto! Wracam do środka, chociaż sobie popatrzę, powspominam i takie tam.

– Wiesz, to mnie właśnie zastanawia – zagryzła wargę, zezując na mnie z ciekawością. – Co się stało, że z takiego ciacha, zostały takie nędzne resztki?

– Wcale nie nędzne! – warknąłem. – Wypraszam sobie smarkulo! Wcale nie nędzne, sama zobacz! – Energicznie szarpnąłem rozporkiem i…

ozdobnik

"Formuła"

autorka: Monika Liga

Siedziałam na balkonie przylegającym do kuchni ukochanego mieszkanka w kamienicy. Opatulona w ciepły koc, z kubkiem gorącego kakao wpatrywałam się w jaśniejące niebo nad dachem starego budynku. Sierp księżyca wciąż jeszcze był widoczny, budzący się poranny błękit nieba obiecywał ładną pogodę.

Pućka, psia współlokatorka siedziała po drugiej stronie drzwi balkonowych i pełnym wyrzutu wzrokiem przypominała mi o obowiązku wyprowadzenia jej na spacer. Nie dało się jej zignorować. Pazurki, którymi co jakiś czas drapała w szybę i stemple po mokrym nosie krzyczały, że pęcherz po nocy jest przepełniony i jeśli nie ruszę tyłka, to będę ścierać kałużę z drewnianej podłogi. Westchnęłam, odstawiłam kubek na oszroniony stoliczek.

– No dobrze – pchnęłam drzwi, Pućka zareagowała, wprawiając ogon w ruch. – Chodźmy na sikanie.

Okutana w długi, ciepły płaszcz, wełniany komin, którym okręciłam szyję i nakryłam głowę, plus wysokie botki skrywające nogawki pidżamy w misie, zapięłam psicę na smycz i wyszłyśmy na dwór.

– Powiem ci malutka, że gdyby nie ty, ominęłoby mnie dużo z codziennego piękna. – Uśmiechnęłam się do siebie, zaciągając mroźnym powietrzem.

Pućka oczywiście zajęła się tym, po co przyszła. Przykucnęła, po czym do moich uszu dobiegł cichutki odgłos opróżnianego pęcherza. Zastygła w bezruchu ona i zastygłam w ciszy ja. Sobota rano, siódma trzydzieści i budzące się powoli do życia miasto. Gdzieś w oddali przejechało auto, drzwi klatki schodowej w budynku obok otwarły się, skrzypiąc przeciągle. Że też ktoś nie wpadnie na pomysł, żeby nasmarować zawiasy! Przecież takie cholerstwo umarłego by obudziło, gdy letnią porą jeden z mieszkańców kamienicy postanowi wrócić po północy do domu. A może o to właśnie chodzi, żeby mieć na oku wchodzących i wychodzących? No cóż, nie moja sprawa. Okna mojej sypialni wychodziły na drugą stronę budynku, na park.

Spojrzałam w kierunku osoby wychodzącej z drzwi klatki schodowej, ta pomachała mi w pozdrowieniu. No tak, Zbyszek od psów, tak go ochrzciłam. Miał dwa spaniele, które jak mnie Pućka, tak i jego wyganiały na poranne toalety. I tak trzy razy dziennie. Odmachałam i przewróciłam oczami widząc, że zmierza w moją stronę.

– Pućka, musi ci teraz wystarczyć tyle. – Pociągnęłam ją lekko stwierdziwszy z ulgą, że nie ustawia się w pozycji „do kupy”. Całe szczęście, bo w roztargnieniu zapomniałam wziąć woreczek na psie „skarby” z domu. – Dam ci mięsko i mam twoje ulubione chrupki.

Psica zastrzygła uszami, sapnęła i skierowała się ku drzwiom. Włączył jej się w głowie głód i całe szczęście. To był ostatni moment, bym mogła umknąć do domu.

Zbyszek był sympatycznym chłopakiem, chyba nawet młodszym ode mnie. Zdecydowanie jednak to nie był mój typ. Zbyt miły, łagodny, bez pazura i tego czegoś, co przykuwa uwagę. Zresztą, nie szukałam samca dla siebie. Po ostatnim związku wciąż czułam niesmak. Po zerwaniu dowiedziałam się, że byłam z kimś, kto nie wzbudzał we mnie mocniejszych uczuć. Ani zdrada, ani rozstanie. Zastanawiałam się, czy aby nie jestem bezduszną kobietą. Nieczułą i pozbawioną zdolności przeżywania czegoś głębszego. Od seksu o wiele większą radość sprawiało mi gotowanie. Czy to normalne?

Takie też miałam plany na weekend. Na wieczór byłam umówiona z mamą. Miałyśmy peklować warzywa. Rodzicielka obiecała nauczyć mnie sztuczek, które przekazała jej babcia. To przy okazji takich spotkań w kuchni poznawałam rodzinne historie. Nawet robiłam notatki, planując spisać je kiedyś, połączyć w całość dla potomności.

W mieszkaniu nakarmiłam psicę, nasypałam jej pełną miskę chrupek, wymieniłam wodę na świeżą. Śniadanie postanowiłam odłożyć na później. Zamiast tego zrobię szybkie zakupy spożywcze, które wieczorem podyktowała mi przez telefon mama. Spojrzałam na listę.

– Kora cynamonu, goździki, ocet jabłkowy, cukier – odczytywałam produkty z przyklejonej na łazienkowym lustrze karteczki. – Przy okazji zrobię zaopatrzenie własnej lodówki.

Równocześnie starałam się rozczesać splątane po nocy włosy. Nauczyłam się kochać ich skręcone loczki. Latami walczyłam z nimi przy pomocy prostownicy. Zawsze byłam na przegranej pozycji. Mogłam spalić włosy prostując je przez godzinę, lecz wystarczyła odrobina wilgoci w powietrzu, a cały mój wysiłek trafiał szlag.

Pewnego dnia postanowiłam przestać się frustrować i zaakceptowałam to, co dała mi natura. Dotyczyło to całej mnie: dużej pupy, dużych piersi i dużej ilości skręconych włosów na głowie. Dzień ten nadszedł, gdy odkryłam, że mój były doprawia mi rogi. Z kim? Z moją byłą przyjaciółką. Tą samą, która od zawsze zazdrościła mi wszystkiego: talentu do gotowania, samodzielności i posiadania własnościowego mieszkania, super rodziców, w końcu cycków i włosów. O pupie też coś wspominała. Jak odkryłam zdradę? Po czasie doszłam do wniosku, że to nie ja ją odkryłam, lecz zostałam na nią sprytnie naprowadzona. Miałam odwiedzić Kaśkę, toteż zaopatrzona w butelkę wina i pojemnik z leczo własnej roboty zastukałam do drzwi jej mieszkania. Jej i rodziców, z którymi mieszkała. Chciałam spotkać się u mnie, bo taki miałyśmy zwyczaj. Nocne pogaduchy przy kominku z kieliszkiem wina i miską parującego gulaszu, czy co tam w danej chwili było na mojej kulinarnej tapecie. Pomyślałam, że może ma mi do pokazania jakąś niespodziankę i dlatego woli spotkać się w mieszkaniu rodziców. Nie rozczarowałam się, bo faktycznie zgotowała mi spore zaskoczenie. Zaskoczyła mnie, otwierając mi drzwi odziana jedynie w męską koszulkę. Poznałam ją od razu, bo sama sprezentowałam ją Zbyszkowi. Wino wyśliznęło się spomiędzy palców i spadło, roztrzaskując się na posadzce przed drzwiami mieszkania Kaśki. Bąknęłam przeprosiny, nie potrafiąc oderwać wzroku od jej koszulki. Może i dobrze, bo pewnie zobaczyłabym w jej oczach coś wstrętnego. Cofnęłam się krok w tył i to wtedy zza framugi drzwi wyjrzała głowa Zbyszka. Rozczochrany i pewnie zaskoczony nie mniej niż ja. Chciał coś powiedzieć, postąpił kilka kroków w przód, ale powstrzymała go nagość, której nie mógł przecież wytłumaczyć. Wszystko było jasne.

– Sorry za bałagan – przeniosłam wzrok na Kaśkę. – Będziesz musiała posprzątać. – W oczach Kaśki poczucie winy mieszało się z czymś na kształt triumfu. Franca jedna. – A tutaj macie jedzenie. Niech się nie zmarnuje. – Wyciągnęłam pojemnik z leczo w jej kierunku. – Po seksie chce się jeść, a jak wiemy, nie jesteś biegła w kuchni.

Wepchnęłam jej pudełko z jedzeniem w dłoń i zostawiłam zaskoczoną, odwracając się na pięcie. Zachowałam się wrednie, ale byłam dotknięta zdradą. Dopiero później dotarła do mnie perfidia planu Kaśki. Taką pizdą to się trzeba urodzić.

To tamtego dnia doszłam do wniosku, że jestem nieczuła i coś takiego, jak zdrada ledwie mnie obeszło. Zdrada i podwójna strata. W jednej chwili z mojego życia zniknął mężczyzna i przyjaciółka. Oboje okazali się być fałszywi, choć może to ja nie dostrzegałam czegoś ważnego? Przetasowaliśmy się i każdy wyszedł na tym dobrze. Tak to sobie tłumaczyłam.

Tamtego dnia też zaakceptowałam siebie stwierdzając, że próby dopasowania się do męskich wyobrażeń Zbyszka nic nie dały. Prostowanie włosów, bo podobają mu się właśnie takie i odchudzanie się, bo mam za dużo ciała? Może kiedyś podzielałam te poglądy, na pewno nie teraz. Dziś lubiłam skręcone szaleństwo na swojej głowie i nadmiary tu i ówdzie. Polubiłam również coś, co inni nazwaliby samotnością. Ja nie czułam się samotna, było mi dobrze. Miałam rodziców, Pućkę i kilkoro znajomych. Jeśli kiedyś zatęsknię za mężczyzną, to znajdę sobie odpowiedni egzemplarz. Teraz nie tęskniłam. Może tylko za seksem, ale i w tej sferze życia radziłam sobie samodzielnie i jak na razie mi wystarczało.

***

Niestety, mimo wczesnej pory parking przed centrum handlowym był już zatłoczony. Krążyłam dobre pięć minut, nim udało mi się wbić w przestrzeń między samochodami. Było trochę wąsko, przez co rozgniotłam biust o szybę auta, próbując wydostać się z miejsca kierowcy, nie uderzając drzwiami w te od strony pasażera auta obok.

– Kurwa mać – warczałam pod nosem. – Że też ludzie nie potrafią normalnie zaparkować. – Koła sąsiada stały na linii wyznaczającej obszar parkowania. – Kupię w necie karne kutasy i będę oklejać takim cymbałom przednią szybę!

Nie raz tak się odgrażałam, ale jakoś nigdy groźby nie zrealizowałam.

W centrum handlowym skierowałam się wprost do marketu, tam na dział z przyprawami. Po drodze wrzuciłam do wózka bagietkę, butelkę wina, paczkę wędlin i kilka rodzajów serów. Wieczorem, po powrocie od rodziców zrobię sobie rozpustny wieczór z deską serów i wędlin, a do tego film i lampka wina. Później długa kąpiel i dopieszczenie własnego ciała. Czym? Kosmetykami, masażem i orgazmem. Po niedzieli nadejdzie powrót do pracy więc domowe spa w sobotę wieczorem jest jak najbardziej na miejscu.

Stanęłam w kolejce do kasy. Długi ogonek ludzi z koszykami załadowanymi masą zapasów, jakby już jutro zaczynały się święta. Moje zakupy ewidentnie świadczyły o byciu singelką. Co z tego? Przynajmniej z dobrym gustem kulinarnym.

– No i nad czym się pani modli? – dobiegło mnie z początku kolejki. – Jutro jest niedziela, to pójdzie pani do kościoła. Śpieszy mi się, więc może by się pani pośpieszyła!

Wychyliłam się, żeby dojrzeć awanturnika. Korpulentny jegomość z czerwoną z podekscytowania twarzą pieklił się, poganiając kasjerkę.

– Bardzo mi przykro, ale kod produktu nie wchodzi na kasę. – Kasjerka z telefonem przy uchu ze stoickim spokojem tłumaczyła oczywistość. Współczułam kobiecie, równocześnie ją podziwiałam. Ja bym chłopa pogoniła szczotką do mycia ubikacji, której kod nie dał się nabić do systemu sprzedażowego. – Chyba że pan zrezygnuje z tego przedmiotu?

– To, że macie burdel, to nie moja sprawa! – fuknął, prawie opluwając się przy okazji. – Niech mi pani wezwie kierownika!

– Panie, uspokój się pan – parsknął stojący przede mną mężczyzna. – Zamiast szczotki do sracza, kup se pan pół litra. Lepiej panu zrobi.

– Sam sobie pan kup pół litra! – awanturnik spąsowiał na twarzy jeszcze bardziej.

– Kupiłem, ale się z panem nie podzielę – odparował ten drugi. – A pan niech idzie dokuczać swojej babie, chyba że to przez nią wyżywa się na kasjerce?

Kolejka zafalowała, ktoś parsknął, inny skomentował sytuację. Awanturnik zacisnął usta w wąską linię i nie odzywając się więcej, ładował zakupy do koszyka. Z rozkoszą zarejestrowałam fakt, że na kratce jajek położył zgrzewkę wody mineralnej. Cóż, będziesz pan miał jajecznicę z dwudziestu jajek. Żona na pewno się ucieszy. To za karę i na dowód, że karma wraca. Czasami w ciągu kilku minut.

Kolejka ruszyła do przodu, przesunęłam się i ja. Już miałam wykładać produkty na taśmę, gdy do moich nozdrzy dobiegł upajający zapach perfum. Mieszanka tak cudowna, że mogłabym się w niej kąpać niezależnie od tego, czy były to perfumy damskie, czy męskie. Zresztą przyporządkowaniem danych perfum płci, nigdy się nie przejmowałam. Zazwyczaj używałam uniseksów albo właśnie męskich. Teraz namierzyłam swoje nowe ulubione.

Zaciągnęłam się i badając aparatem węchu otoczenie, szukałam właścicielki, bądź właściciela rozkosznej woni. Znajdę, zapytam o markę, a wieczorem zamówię sobie takie.

Źródło zapachu stało za mną. Był to wysoki, ubrany w elegancki płaszcz, cholernie przystojny mężczyzna. Z nieodgadnionym wyrazem twarzy patrzył mi wprost w oczy, w wyniku czego zapomniałam, o co chciałam zapytać. Zapatrzyłam się w ciemnie tęczówki, zaciągnęłam upoją wonią i zostałam na wdechu.

***

Szłam do samochodu, planując weekend. Starałam się usunąć spod powiek obraz bruneta z kolejki. Nie umiałam wyrzucić subtelnej seksowności linii szczęki, gdy patrząc na mnie, zacisnął usta. Oczywiście zinterpretowałam to na swoją niekorzyść. Nie podobałam mu się, wkurzałam go nachalnym patrzeniem na twarz i właśnie na usta. Ale skubaniec był tak męski i apetyczny, że nie sposób było odwrócić wzrok! No i te cudnie wykrojone wargi. Idealne do całowania. Idiotka! Na pewno nie przeze mnie!

Wróciłam do bezpiecznego planowania. Wezmę Pućkę, moją kundelkę w wydaniu mini i pojadę jutro do rodziców. Soboty od zawsze były wspólnym czasem. Cały dzień spędzimy najpierw na myciu warzyw i słoików, wyparzaniu ich, później dosmaczaniu zalewy i odmierzaniu przypraw. Do tego łzy przy krojeniu cebuli i pogaduchy. Dzięki tym sobotom byłam coraz lepszą kucharką i mogłam opisać biografie wszystkich członków rodziny trzy pokolenia wstecz. Anegdoty śmieszne i pikantne, smutne i romantyczne, tragedie i wielkie chwile. Kochałam te weekendy. Wieczór przy winie i ogniu kominka, leniwa psina przy nogach i tata zasmradzający atmosferę fajką z tytoniem o zapachu końskiego łajna. Taka słodycz zwyczajności i stały element tygodnia, bez którego nie wyobrażałam sobie życia. Znów pośpię w niedzielę do południa, znów dostanę śniadanie do łóżka i wrócę wieczorem razem z Pućką, moją małą kundelką do siebie, jak po najbardziej ekskluzywnym SPA.

Czasami zastanawiałam się, jakby to było mieć mężczyznę, dzielić z nim czas, zabierać go do rodziców i z nim pić wino ze zdekompletowanych kieliszków, pamiętających jeszcze usta moich dziadków. Nikt sensowny się dotąd nie znalazł, Zbyszka nie brałam nawet pod uwagę. Ani bycie z nim, ani rozstanie nie wywoływało we mnie na tyle silnych emocji, bym widziała go w tej roli. Ani kiedyś, ani teraz w tęsknych myślach. Moi rodzice taktownie przemilczali temat i całe szczęście. W końcu dwadzieścia pięć lat to nie deadline. Mam jeszcze czas.

Gdybym wiedziała, w jak złym czasie te myśli postanowiły zagiąć bieg mojej czasoprzestrzeni…

O, znowu ten ładny człowiek, pomyślałam, mijając mężczyznę, na którego wcześniej zwróciłam uwagę w kolejce. Teraz stał przy popielniczce z odpalonym papierosem. Spojrzał na mnie spod byka, przez co zrobiło mi się gorąco. Zacisnęłam dłonie na uchwycie wózka i pchnęłam go, by jak najszybciej umknąć z zasięgu jego wzroku. Idiotka ze mnie! Nie, dzikuska. Od tak dawna byłam bez faceta, że zdziczałam!

Ze złością otworzyłam bagażnik i zaczęłam upychać w nim siatki. Nie będę się użalać nad sobą! Spieprzaj melancholio, jutro robię papryki!

Wsiadłam za kierownicę i odpaliłam auto, wrzuciłam wsteczny bieg i… krzyknęłam przerażona, gdy drzwi od strony pasażera otworzyły się, a do auta wsiadł człowiek.

– Jedź – nakazał. – Nie hamuj!

– Co pan? – Przeraziłam się nie na żarty.

– Jedź, mówię! – warknął, celując we mnie pistoletem.

Zamarłam. W głowie przemykały mi wszystkie informacje o porwaniach, technikach samoobrony i wizje z seriali detektywistycznych, odbijając się od siebie, jak pijane kury. Nic jasnego i konstruktywnego, tylko chaos i panika. Pierwszy raz widziałam broń na żywo. Siedziałam w bezruchu z rozdziawioną buzią i oczami jak pięciozłotówki. Nie potrafiłam się ruszyć. To ten facet z kolejki i z parkingu! Ten sam przystojniak, ale teraz już nie taki interesujący, bo niebezpieczny. Szczęk broni skutecznie wyrwał mnie z odrętwienia.

– Jedź, mówiłem – warknął przez zęby.

Brzmiało to na tyle groźne, że odblokowało mnie z odrętwienia i zastygłej w przerażeniu pozy. Cofnęłam zbyt gwałtownie i prawie wjechałam w auto, które właśnie mnie mijało. Klakson kierowcy znów włączył paniczną reakcję. Zahamowałam, silnik zgasł.

– Uspokój się. – Mężczyzna zacisnął dłoń na mojej, wgniatając mi palce w kierownicę. – Spokojnie i posłusznie równa się bezpiecznie.

Odetchnęłam powoli, głęboko i ponownie przekręciłam kluczyk w stacyjce. Silnik odpalił. Powoli, jak na egzaminie prawa jazdy cofnęłam i włączyłam się do ruchu na parkingu, a następnie z niego wyjechałam.

– Co teraz? – Mój głos brzmiał piskliwie i drżąco.

– Jedź w kierunku autostrady – odpowiedział zwięźle.

Pojechałam więc, walcząc z chęcią zadania pytania o mój przyszły los. Bałam się odpowiedzi. Szukałam w głowie sposobu na ratunek. Zadzwonić nie zdążę, wyskoczyć z jadącego auta nie zdołam. Zabiję się albo on mnie zabije, albo nas zabiję, lub zostanę kaleką. Ubłagać? Spróbuję.

– Bardzo pana proszę… – zaczęłam.

– Zamknij się! – Przerwał mi gwałtownie. – Jedź.

Co było zrobić? Jechałam więc, zostawiając za sobą kilometry i bezpieczne życie. Mieszkanie z Pućką, papryki u rodziców i spokojne życie.

Czy ja umrę?! Czy tak skończy się mój krótki żywot? Przecież ja nic jeszcze nie przeżyłam! Psychika znalazła ujście dla emocji w postaci gorących łez, które bez mojej wiedzy zaczęły płynąc po policzkach, rozmazując makijaż i kreśląc pewnie czarne mokre ślady. Wcale nie żegnałam się z życiem, zamierzałam wykorzystać każdą nadarzającą się sytuację i się uratować. To była zwykła reakcja organizmu na strach. Przy kontrolach policyjnych też zawsze płakałam bez udziału świadomości, dzięki czemu unikałam jakiejkolwiek kary ze strony służb mundurowych. Panowie policjanci byli zazwyczaj tak zaszokowani moją reakcją, że puszczali mnie wolno, by pozbyć się psychicznie rozstrojonego babska, bądź nie wiedząc co z takim zjawiskiem zrobić.

– Zjedź na stację. – Znów krótka komenda.

Zjechałam, rozglądając się za miejscem ułatwiającym ucieczkę. Najlepiej wjechać i zaparkować koło dystrybutora w zasięgu kamer. Tak, to dobry plan. Skręciłam kierownicą, by podjechać w tamtym kierunku.

– Tutaj. – Chwycił kierownicę lewą ręką i pokierował w najciemniejszą część parkingu, zasłoniętą uśpionymi o tej porze TIR-ami.

No to klops. To by było na tyle planowania ucieczki na parkingu. Zaparkowaliśmy wespół. Zgasił silnik i wyciągnął ze stacyjki kluczyki.

– Posłuchaj mnie uważnie. – Nie zabił mnie i mówił spokojnym głosem. Może jest nadzieja. – Uspokój się, nie skrzywdzę cię. Potrzebuję twojej pomocy i mi jej udzielisz. Nie masz wyboru. Zabrzmiało groźnie, ale dawało nadzieję. – Potrzebuję kobiety kierowcy i zmiennika za kierownicą – mówił dalej spokojnym głosem. – Zawieziesz mnie w kilka miejsc, a później będziesz wolna i o wszystkim zapomnisz.

– Dobre sobie, zapomnę o uprowadzeniu i o broni w rękach takiego przystojniaka – pisnęłam. – Chyba ocipiałeś!

Nim wybrzmiał dźwięk z ostatnich wypowiedzianych w emocjach słów, dotarł do mnie ich bezczelny sens. Włosy zjeżyły mi się na przedramionach i na karku. Czekałam na karę, a tymczasem usłyszałam śmiech. Porywacz zaczął się śmiać, uderzając bronią w prawe kolano.
Nie wiedziałam co czuć, jak się zachować. Naturalną reakcją był uśmiech, którego nie potrafiłam powstrzymać, ale towarzyszył mu strach i płytki, urywany przerażeniem oddech.

– No dobrze. – Uśmiech w głosie uspokoił mnie nieco. – Zamienimy się miejscami i jedziemy dalej. Zajmij moje, ja teraz poprowadzę. – Zdjął płaszcz, rzucił go na tył auta. Odchylił oparcie siedzenia pasażera do maksimum i przeszedł na tylną kanapę. – No już!

Zdrętwiała od strachu gramoliłam się nieporadnie na miejsce pasażera, przyglądając się równocześnie jak on zwinnie wśliznął się za kierownicę.

– Usiądź prosto. – Nacisnął blokadę mojego oparcia, które z impetem walnęło mnie w plecy. – Pierś do przodu, będzie dobrze. Obiecuję.

Zbił mnie z tropu tym stwierdzeniem. Przyjrzałam mu się. Był cholernie przystojny w swojej surowości. Wydatne kości policzkowe, krótko ostrzyżone włosy, duże oczy pod gęstymi brwiami i biały kołnierzyk pod marynarką nienagannego kroju. Na pierwszy rzut oka zadbany biznesmen, na drugi, wprawny kochanek. Spojrzał, jakby usłyszał moje myśli. Odwróciłam się od niego speszona i wściekła na siebie kierunkiem, w którym pobiegła fantazja. Ciężko było ją wyłączyć, tym bardziej że niewielka przestrzeń auta wypełniła się jego oszałamiającym zapachem. Kretynka ze mnie. Poczułam się równocześnie brzydsza niż kiedykolwiek dotąd. Zbyt niska, zbyt okrągła w pupie i biuście i zbyt pyzata. No i w końcu szłam na zakupy, więc i mój ubiór była mało wyjściowy. Ot wygodne ciuchy. Choć z drugiej strony to może dobrze. Zawsze łatwiej jest uciec, gdy masz na nogach obuwie na płaskim obcasie.

Otarłam szybko twarz, mając nadzieję na zmazanie smug tuszu do rzęs, które pewnie artystycznie poznaczyły mi policzki czarnymi krechami. Co ja myślę?! Chcę mu się podobać? Temu… złoczyńcy?!

Przez najbliższe dwie godziny patrzyłam tępo przez okno pasażera.

– Wiesz? – Błysnął mi w głowie pomysł jak zapalenie się nieenergooszczędnej żarówki setki. – Jutro rano muszę być u rodziców. – Spojrzałam na zegarek. – Właściwie to dzisiaj rano.

– Rozumiem. – Wbrew moim oczekiwaniom jego głos był spokojny. – O siódmej rano zadzwonisz do nich i się wytłumaczysz. Wymyśl coś bardzo wiarygodnego. – Ostatnie zdanie wypowiedział stanowczo i z ukrytą groźbą. Sens słów podkreślił położeniem broni nad tablicą rozdzielczą przed sobą.

– Ok. – Poczułam, jak żarówka setka w głowie gaśnie równie szybko, jak wcześniej rozbłysła.

W trakcie kolejnych godzin to przysypiałam, to się budziłam z nerwowej drzemki. Przez sny przewijały mi się obrazy mózgu wylatującego z czaszki. Strzał oddany przez nieznajomego. Te obrazy przeplatały się z różowością gorących ust współpasażera, przesuwających się po mojej szyi w drodze do obolałych w oczekiwaniu sutków.

Obudziłam się skołowana, przetarłam oczy. Stwierdziłam kolejno, że wyłączono silnik, jest ciemno i cicho. Nie zmarzłam, więc pewnie nie staliśmy tu długo. Rozejrzałam się, wyglądając przez lekko zaparowane okna samochodu. Pomogłam sobie, przecierając je rękawem płaszcza. Staliśmy pod jakimś uśpionym hotelem. Śnieg za oknem i leniwie opadające płatki przydawały temu miejscu bajkową poświatę. Migający zapraszająco neon, przypominał ozdobę na choince. Przed wejściem niewielkie drzewko świąteczne, oplecione kolorowymi lampkami, również mrugało światełkami. Zaspanymi palcami zapięłam płaszcz pod szyję, naciągnęłam szal na głowę i założyłam rękawiczki. Rzut oka na kierowcę i pytanie w głowie, czy ma zamiar spać w aucie? Przecież zmarzniemy, a i dalsza jazda będzie utrudniona. Nie, przecież nie po to przyjechał tutaj i zaparkował przed hotelem. Spojrzał na mnie, ja automatycznie odwróciłam wzrok. Coś niepokojącego czaiło się w spojrzeniu ciemnych oczu. Nie umiałam patrzeć w nie i nie czuć całej masy sprzecznych emocji. Ciekawość, strach, podziw i – co tu się okłamywać – pociąg do kogoś tak męskiego i władczego. Czyżby obudziła się we mnie mała kobietka? Czy chcę być zniewolona i zdominowana? W sumie nie mierziła mnie taka myśl. Zamrugałam, odwróciłam się do tylnej kanapy, sięgając automatycznie po torebkę.

– Ja wezmę. – Ubiegł mnie, zabierając ją sprzed moich palców.

Gdzieś przeczytałam, że nie należy wozić torebki na przednim siedzeniu, by nie narazić się na wybicie szyby pasażera w celu zwinięcia jej. Ot, taka szybka myśl w głowie, bez związku.

Z torebką pod pachą wysiadł z auta, obszedł je, otworzył mi drzwi. Podał ramię, jakby to była… randka. Hotel, noc i dwoje ludzi przeciwnej płci. Znów myśli umknęły w dziwacznym jak na sytuację, kierunku.

– Bądź grzeczna dla swojego i innych bezpieczeństwa. – Pochylił się ku mnie, gdy szliśmy w kierunku recepcji.

To obudziło mnie na dobre, odegnało kosmate mrzonki. Znów strach mnie usztywnił.
Weszliśmy do minimalistycznie umeblowanego hotelu. Blat recepcji, białe ściany, komputer i blask neonów, oraz jedyny żywy element, zaspany recepcjonista i akwarium z rybką w bezruchu. Gdyby nie bąbelki z napowietrzacza i delikatne ruchy płetw korygujące pozycję rybki wewnątrz, pomyślałabym, że jest sztuczna.

– Dobry wieczór. – Recepcjonista miał przekrwione zmęczeniem oczy. – A może, dzień dobry. – uśmiechnął się słabo.

– Prosimy pokój. – Poczułam, jak ujmuje mnie pod ramię, dłonią boleśnie ściskając nadgarstek.

– Pierwsze piętro, pokój numer 107. – Recepcjonista sięgnął po klucz i podsunął coś do podpisania. Nie przyglądałam się temu nawet.

Pierwsze piętro, plus wysoki parter zmartwiło mnie. Nie wyskoczę raczej z okna. Złamię nogę, w efekcie nie ucieknę. Poprowadził mnie do schodów i kiwnął głową, bym szła pierwsza.
No tak, ma piękny widok na mój tyłek. Muszę schudnąć. Jeśli przeżyję.

Pokój był jasny i przestronny. Duże okno, białe lampy, duże, białe… łóżko. Stałam w progu, patrząc na nie i pozwalając obrazom przelatywać przez myśli. Ja i on w tym łóżku razem, nadzy i splątani kończynami. On szczupły, ja taka… okrągła. Cholera, pasowaliśmy do siebie w tym obrazku!

– Zamierzasz postać tu dłużej? – W głosie mężczyzny wyczułam kpinę.

– Nie. – Wkurzył mnie tym. – Podziwiam pracę projektanta wnętrz – sarknęłam, wchodząc do środka. – Po co ci jestem? – Odwróciłam się do niego twarzą, przybierając w miarę odważną minę.

– Już ci mówiłem. Pomożesz mi. Później ci powiem jak. – Rzucił torbę na fotel. – Teraz trzeba się przespać.

I znowu ta dwuznaczność. Z satysfakcją obserwował rumieńce, nad którymi nigdy nie panowałam.(…)

ozdobnik

"Opowieść wigilijna"

autorki: Monika Liga & Agnieszka Kowalska Bojar

ON

– Mam zupę z soczewicy z ekologicznych upraw – wyliczała, wypakowując produkty z papierowej torby. – Zieloną kawę, twoją ulubioną. Nie dostałam tylko świeżych malin, ale kierownik sklepu obiecał ściągnąć je na jutro.

– Dobrze – mruknąłem.

Nie lubię rozwodzić się zbytnio w pochwałach. Zakupy, nic w tym trudnego. Joanna pod tym względem była wyjątkowo sprawna. W łóżku również. Giętka, rozciągnięta i kształtna. Pomysłowa i odważna. Eksperymentowała, przystając na wszystko, czego w danym momencie zachciałem. Lubiła wydawać moje pieniądze, a ja nie miałem nic przeciwko. Nie cierpię na brak gotówki. Tak naprawdę mam jej bardzo dużo.

Nie rozumiem, z jakiego powodu ludzie skazują się na życie w nędzy. Przecież wystarczy ruszyć głową, by wymyślić sposób na zarobienie gotówki. Cóż, widocznie to inny, gorszy gatunek naszej rasy – biedacy. W stadzie wilków są przywódcy i ci, którzy zadowalają się resztkami.

– Podgrzej zupę. – Podszedłem, stając za jej plecami. – Otworzę wino. Co ty na to? Wieczorem zamówimy coś restauracji na dole. Lubię rżnąć cię, gdy jestem wpół głodny.

– Też to lubię – mruknęła uwodzicielsko, ocierając się o moje biodra tyłeczkiem.

Diablica doskonale wie, jak uwielbiam kobiece pośladki. Jej są idealne. Sprężyste, okrągłe. To, jak odbijają się od moich bioder, gdy pieprzę ją od tyłu, mógłbym nagrać i zapętlić odtwarzanie kołyszących się półkul. Piękny widok. Przebijał go jedynie ten, gdy rżnąłem ją w tyłek. Uwielbiałem to.

– Pierdolić zupę. – Obróciłem ją twarzą do siebie, podciągnąłem sukienkę.

Twardniałem w spodniach, wiedząc, co wydarzy się za chwilę. Asia ściągnęła sukienkę przez głowę, zostając w samej bieliźnie i pończochach. Nie wiem, czy wszystkie kobiety tak robią, czy to specjalnie dla mnie ubierała się w ten sposób, mimo że za oknem zima bieliła się śniegiem i szczypała mrozem. Buty na wysokim obcasie musiały być mi dedykowane. Czyli też sobie ostrzyła ząbki na szybki numerek.

Z uśmiechem wodziła po mojej piersi dłońmi, sunąc w dół. Rozpięła rozporek i nie przerywając kontaktu wzrokowego, wsunęła smukłą dłoń pod materiał, objęła twardniejącego kutasa. Miała nade mną władzę, wiedziała o tym. Naparła ciałem i przeszliśmy trzy kroki w tył. Plecy wstrzymała lodówka. Jej palce budziły zmysły.

– Zaprowadzę cię na skraj – szeptała mi w usta, rozpinając równocześnie rozporek. – Wyssę do ostatniej kropli. Chcesz?

Nie byłem w stanie odpowiedzieć, ale ona wiedziała. Uklękła. Mogłem jedynie obserwować, chłonąc doznania płynące z pieszczoty wprawnych ust. Powolne ruchy głową w tył i w przód, wargi ssące, zaciskające się mocniej, to znów słabiej. Wysuwała mnie spomiędzy ust, by potraktować kutasa niczym lizak, może loda. Trzymała u nasady, przesuwając językiem od czubka w dół i z powrotem. Mruczała przy tym, obserwując moje reakcje spod rzęs.

– Za chwilę się spuszczę – jęknąłem, chwytając ją za włosy i wbijając się głębiej. – O kurwa!

Nie panowałem nad sobą, nawet nie próbowałem. Wbiłem się w uległe usta i zastygłem, wystrzeliwując nasienie w gardło.

– Właśnie tak – mruczała niczym kocica. Wylizywała mnie starannie, zamykając wargi na żołędzi, czubkiem języka zlizując ostatnie krople. – Grzeczny chłopiec.

Podźwignęła się z klęczek i z zadowoloną miną sięgnęła po sukienkę. Pochyliła się przy tym w ten szczególny sposób, by wyeksponować zgrabną dupcię. Lubię, gdy tak robi.

Terkotanie telefonu, przerwało zapatrzenie w różowe krągłości pośladków, między którymi niknął cienki pasek bielizny.

– Muszę zmienić dźwięk dzwonka – warknąłem wkurwiony faktem, że ktoś chce ode mnie coś tuż po tym, jak zaliczyłem szybki orgazm. – Halo? – warknąłem, odbierając i podciągając równocześnie spodnie.

Słuchałem trajkotu osoby, relacjonującej nerwowo nadciągającą katastrofę.

Kancelaria prawna, której byłem właścicielem, rozkwitła w przeciągu ostatnich pięciu lat. Przede wszystkim dzięki temu, że każdą poważniejszą sprawę pilotowałem w większym lub mniejszym stopniu. Wszystko w zależności od tego, jakie pieniądze wchodziły w grę.

– Zaraz będę – rzuciłem do słuchawki i rozłączyłem się. – Nagła sprawa. – Czułem się w obowiązku, by udzielić jakiekolwiek wyjaśnień.

­– Wychodzisz? – Zawiedziona mina Joanny. – Przed zupą? Tuż po orgazmie? Przed moim orgazmem?

Usta wygięła w podkówkę, robiąc zabawną minę.

– Nic nie poradzę – westchnąłem, poprawiając koszulę, wciskając ją za pasek spodni. – Topowy klient wpadł w tarapaty. Prowadził samochód naćpany i potrącił bezdomnego. Trzeba to załatwić ugodowo. Że też te wszystkie ścierwa ludzkie nie pomrą. W obozach powinno się ich pozamykać, a nie pozwolić szwendać się po mieście. Śmieci, nie ludzie.

Naprawdę brzydzi mnie nizina społeczna. Nie będę miał skrupułów, by zaproponować temu strzępowi człowieka kilkaset złotych w zamian za podpisanie odstąpienia od roszczeń.

– Wieczorem dokończymy zabawę. – Przyciągnąłem ją, zaciągnąłem się zapachem spermy, którym dmuchnęła mi w nos. W końcu posmakowałem jej ust. – Wiesz, że po takich zabawach mam tylko zaostrzony apetyt i ochotę na więcej? Będę cię rżnął do rana.

– Oczywiście, że wiem – zaśmiała się, zarzucając mi ręce na szyję. – Myślisz, że po co to zrobiłam? Mam ochotę na dziką jazdę.

– Pojedziemy ostro – obiecałem. – Tylko załatwię sprawę i w te pędy wracam.

Szybki całus, klepnięcie w tyłek i zwrot w kierunku holu. Po drodze zgarnąłem płaszcz, kluczyki to samochodu i wyszedłem na korytarz apartamentowca.

Zaciągnąłem się zapachem luksusu. Prześliznąłem wzrokiem po obrazach. Uwielbiam tę klasę i spokój, który panował na osiedlu. Może dzięki ochronie? Przede wszystkim jednak przez poziom i styl życia jego mieszkańców.

Zjechałem windą do piwnicy, planując świąteczne prezenty. Tak naprawdę to nie cierpię tego całego blichtru, szału zakupów, przesłodzonych dekoracji i wigilijnego obżarstwa.

Nie jadam mięsa, nawet ryby. Dbam o to, czym napędzam organizm. Świadomie zużytkowuję zasoby Ziemi. Szanuję swoje ciało, ćwiczę regularnie i pielęgnuję, bo drugiego nie dostanę.

Kolacja wigilijna odbędzie się oczywiście u rodziców. Wszystko z pompą i przepychem. Nadmiar lampek na gigantycznej choince, ogromny, suto zastawiony stół i nas sześcioro. Pod warunkiem, że zbuntowany brat dotrze na kolację. Jeśli o mnie chodzi, to tak on, jak i siostra mogliby nie dojechać. Ponoć siostra ma dziewczynę. Gdybyśmy nie byli rodzeństwem, to i może zainteresowałby mnie taki wybryk natury. Nie w jej wypadku. Przynosiła wstyd rodzicom, zasmuciła matkę. Tak właściwie to tylko ja im wyszedłem. Z pierwszego strzału, najlepszy. Każdy kolejny był coraz bardziej wybrakowany. Dobrze, że poprzestali na trójce. Aż strach pomyśleć, co mogłoby się urodzić jako czwarte.

Wsiadłem do mojego cacka. Odpaliłem i jak zwykle wsłuchiwałem się w mruczenie silnika. Jeden z najdroższych modeli Mercedesa hybrydowego w kraju. Może zbyt drogi, ale wystarczyło, bym przyjechał nim na spotkanie z potencjalnym klientem, by ten stał się aktualnym i nie dyskutował nawet o wysokości prowizji.

Wyjechałem z podziemnego garażu. Wycieraczki włączyły się momentalnie, zgarniając rozmokły śnieg lecący z nieba. Dobrze, że auto jest tak naszpikowane czujnikami. Nie było opcji, że wpadnę w poślizg czy uderzę w jakąś przeszkodę.

Wyprzedzałem innych użytkowników drogi spokojny o to, że dotrę do celu. Na stacji kupiłem zielonego Walkera, najdroższą dostępną na półce whiskey. Pojawić się u Bartka bez alkoholu skutkowałoby tym, że włączy mu się wściekła, oportunistyczna złośliwość. Tak wypije szklaneczkę złotego trunku i zaakceptuje wszystkie zalecenia. Nie będzie niepotrzebnie drążył, wymyślał innych opcji na rozwiązanie konfliktu.

W drodze do biura sięgnąłem jeszcze do schowka i spryskałem się drogimi perfumami. Wolałem nie ryzykować, że Bartek wyczuje woń seksu.

Warunki na drodze, a właściwie w powietrzu pogarszały się z minuty na minutę. Przyspieszyłem, mimo iż nie powinienem był tego robić. Chciałem jak najszybciej wrócić do domu i gorącej kobiety czekającej na mnie.

Wyjechałem poza miasto, wbiłem adres zamieszkania Bartka w nawigację. Jak na rapera przystało, za pierwsze większe pieniądze kupił dworek w głuszy lasu, wyremontował go, podniósł standard. Wszystko pod kontrolą prawnika i za jego namową. Świetna inwestycja na przyszłość, lokata kapitału. Lwią część przychodów Bartek przepuszczał na konsumpcję, w tym imprezy. Dziś też balował i wiedziałem, że będzie w zabawowym nastroju. Bezdomny pozwolił się ponoć ugłaskać i czekał z Bartkiem. Jak tu zmusić się do uśmiechu? Muszę być miły dla tego śmiecia. Rękę powinienem mu uścisnąć.

Po minięciu znaku informującym o końcu terenów zabudowanych przyspieszyłem. Było ślisko, śnieg oblepiał szybę, ale nie mijały mnie żadne auta. Kto mógł, nie wyjeżdżał z domu. Wiedziony przeczuciem zerknąłem we wsteczne lusterko, najpierw raz, później kolejny. Bardzo blisko mnie, siedząc mi prawie na zderzaku, jechało czarne BMW. Może granatowe, tego nie zauważyłem. Wiedziałem jedno. Jeśli chciałbym naciągnąć czyjąś ubezpieczalnię na remont auta, wystarczyłoby, żebym przyhamował. Bez wątpienia nieostrożny kierowca zaparkowałby mi w zderzaku. Nie niepokoiło mnie to przez kilka minut, lecz po pokonaniu kolejnych dziesięciu kilometrów i iluś tam skrętach na rozwidleniach i wiejskich skrzyżowaniach, zacząłem podejrzewać, że jestem śledzony. Po kolejnych dziesięciu miałem pewność. Jaki bowiem palant jeździ na rondku poza miastem w kółko i to pięć okrążeń?

– Cholera – zakląłem pod nosem.

Gdy kierowca przyspieszył i wyglądało na to, że chce mnie wyminąć, stwierdziłem, iż nie pozwolę mu na to z dwóch powodów. Po pierwsze, nikt nie będzie wyprzedzał mojej wypasionej fury, jeśli mu na to nie pozwolę. Po drugie, jeśli faktycznie byłem śledzony, to właśnie przez wypaśne auto.

Dodałem gazu. Pędziłem. Wycieraczki zbierały śnieg z szyby jak oszalałe. Wpadłem w koleinę, może w dziurę w drodze. Autem zarzuciło w bok, tablica rozdzielcza błysnęła masą lampek. Uruchomiły się pewnie wszystkie systemy naprowadzające mnie na właściwą drogę.

I wtedy kilka rzeczy wydarzyło się równocześnie.

W oddali przed przednią szybą zamajaczyła mi sylwetka zwierzęcia i nie byłoby w tym niczego dziwnego, bo w końcu droga prowadziła przez las, gdyby nie fakt, że na czubku pyska coś świeciło mu czerwonym światłem. Wyglądało na renifera, któremu przyczepiono żarówkę do głowy.

Samochodem szarpnęło w drugą stronę, w wyniku czego butelka z whiskey poturlała się w przeciwną. Złapałem ją i przycisnąłem do siebie. Przygarnąłem ją ze strachu wywołanego tym, że przed maską zamajaczyła postać zwierzaka. Wolna dłoń zacisnęła się na kierownicy, chcąc nadać odwrotny kierunek niż ten, w którym poruszało się auto.

Przez moment widziałem pysk zwierzęcia i mógłbym przysiąc, że się uśmiechnęło. Gdy wycieraczka zebrała nadmiar wody, przed maską samochodu wyrosło drzewo. Trzask metalu o barierę i wybuch. Ogłuszający na sekundę, po której nastąpiła cisza.

Cisza i ciemność.

ONA

Siedziałam nad tą cholerną herbatą z melisy, pobudzona i wściekła, podpierając brodę złączonymi dłońmi. Za oknem pogoda idealnie współgrała z moim nastrojem – wiało, lało i ogólnie to wyglądało jak początek apokaliptycznego filmu z serii „Śnieżny Armagedon” lub coś w tym stylu. Na szczęście w kuchni było cieplutko, a niewielka lampka stojąca na kredensie dawała delikatne, przytulne światło.

Moi podopieczni, o ile mogłam nazwać tak tę bandę, wylegiwali się w łóżkach po zjedzonej kolacji. Może niektórzy oglądali telewizję, może rozmawiali. Szczerze mówiąc, miałam to gdzieś, bo moja praca nie polegała na organizacji ich czasu wolnego.

No właśnie, zadumałam się ponuro. Moja praca. Człowiek tyle się starał, aby dostać się do policji, założyć mało gustowny mundurek i głupawą czapeczkę i wylądował tutaj. W zapchlonym przytulisku. A wszystko to przez napalonego kretyna, który nie potrafił utrzymać rąk przy sobie.

Tym człowiekiem byłam ja, kretynem były szef, nadęty pan komendant. Gnojkowi z racji pełnionego urzędu wydawało się, że może wszystko, a zaliczał do tego również obmacywanie podwładnych policjantek. I w końcu trafił na mnie, mało dyskretną, pyskatą i pełną wzniosłych ideałów o służbie dla społeczeństwa. Gdy przypomniałam sobie rozróbę na posterunku, to nadal chciało mi się śmiać. Z późniejszych wydarzeń już nie bardzo. Na szczęście ktoś tam uznał, że nie można mnie wyrzucić na zbity pysk, nawet jeśli roztrzaskałam szklany wazon na głowie przełożonego i przyłożyłam mu kolanem w przyrodzenie. Prawa kobiet, molestowanie i takie tam. Zaproponowano mi więc inną pracę. Tę. Na kompletnym odludziu, gdzie psy dupami szczekały, a zimą nawet asfalt zwijali. Pośrodku lasu stała stara leśniczówka, przekształcona na noclegownię dla bezdomnych. Na parterze wchodziło się do ogromnej sieni, na prawo była kuchnia i jadalnia, na wprost łazienki po lewej pokoje dla „gości”. Na górze dodatkowa kuchnia, duża łazienka i pięć sypialni dla personelu. Na razie jednak personel wolał wracać na noc do domu. Zostawałam tutaj tylko ja i jeden taki facet. Duży, misiowaty, doskonale wykonujący obowiązki. W zasadzie jednak nie było wiele do roboty, bo i podopiecznych mieliśmy niewielu. Pięciu chłopa i dwie kobitki, żadne szaleństwo.

– Szefowa – rozległ się schrypnięty, nieco przepity głos.

– Czego? – warknęłam nieuprzejmie. Jakoś nie miałam nastroju na rozmowy, podczas których usiłowali przekonać mnie, że muszą sobie golnąć kielicha dla kurażu.

– Herbatki bym se zrobił.

– To rób – wzruszyłam ramionami. – Czy ja zabraniam?

– Ma szefowa groźną minę. Jakby planowała jakiś masowy mord.

– Masowy to nie, ale taki pojedynczy – uśmiechnęłam się, bo nieoczekiwanie mnie rozśmieszył. – Kandydat by się znalazł, dlaczego nie?

– Ech, szefowa. – Mężczyzna podszedł do kuchenki i postawił czajnik na gazie. Zaraz, jak on miał na imię? A! Zenek. Mały był, chudy i taki niepozorny, ale oczka miał sprytne, rozbiegane. I takie wszędobylskie, cwaniaczkowate spojrzenie. Mimo to lubiłam go. Nie awanturował się, nie pił, nie kradł. Jedyną jego słabością były pornole. Zakradał się do biura i korzystał z internetu, buszując po stronach erotycznych. Przestałam go już nawet stamtąd wywalać, bo co chłop miał z tego życia? Nic. I jeszcze mam zabraniać mu tej drobnej przyjemności? Przykazałam jedynie, aby zamykał drzwi na klucz, bo jednak natknąć się na coś takiego…

– Szefowa to taka fajna kobitka. Chłopa szefowej potrzeba, z dużym przyrodzeniem i na dużym głodzie.

Zerknęłam na niego podejrzliwie.

– Nie, nie mnie – zachichotał. – Żeby piękna kobieta i taki ramol jak ja, to tylko w filmach.

– Filmach? Nie nazwałabym ich tak.

– Mówiłem poważnie. Szefowa siedzi tu z nami, pracuje i nic poza tym. Smutno tak jakoś, nieprawdaż?

– Dlaczego mnie nie dziwi, że ty znowu o seksie? Zresztą wyjeżdżam na święta.

Zalał herbatę, nadal chichocząc.

– Do rodziców? – spytał domyślnie.

– Do rodziców – zdenerwowałam się. No co za palant! – Co złego jest w spędzeniu świąt z najbliższą rodziną?

– Nic, hi, hi. Całkowicie nic.

– Ty już lepiej sobie idź – pogroziłam mu pięścią. – Bo ci dostęp do neta ograniczę.

Umknął, jednak wyraz twarzy mu się nie zmienił. Za to ja ponownie zapatrzyłam się na śnieżycę szalejącą za oknem. I wtedy, nieoczekiwanie, ukazała się za nim morda jakiegoś zwierzaka. Chyba jelenia, pomyślałam zaskoczona. Chociaż dlaczego, do diabła, ten rogacz miał czerwony i świecący nos? Niczym w kreskówce dla dzieci?

Zerwałam się z krzesła i podbiegłam do okna. Odchyliłam firankę. W zawiei panującej na zewnątrz niewiele można było dostrzec. Niewiele, a jednak czerwony punkcik jaśniał w mroku, jakby wskazując mi drogę. Nie istnieją jelenie ze świecącymi nosami, pomyślałam z irytacją. I bez zastanowienia, chwytając w locie czapkę, szalik oraz zimowy kożuszek i wypadłam na zewnątrz. Kierowałam się w stronę czerwonego punkcika, ale kiedy prawie, prawie go miałam na wyciągniecie ręki, zwierzak spłoszył się i umknął. Jednak nie zniknął. Zatrzymał się jakieś pięć metrów dalej. Poirytowana, bo śnieg sypał mi prosto w oczy, nieziemsko zaciekawiona, bo ten czerwony nos to jednak prawdziwy fenomen, bez zastanowienia ruszyłam w kierunku niezwykłego jelenia. Ja cię kręcę! Szkoda, że nie wzięłam telefonu. Pstryknęłabym kilka fotek, bo inaczej nikt mi nie uwierzy. Jeszcze powiedzą, że piłam w pracy. Owszem, piłam, głównie herbatę z melisy. Po tym raczej nikt nie ma omamów.

Prawie go miałam, gdy znowu odskoczył na kolejne kilka metrów. Zaklęłam, ale się nie poddałam. On również. I po raz kolejny, gdy byłam prawie, prawie na wyciągnięcie ręki, skurczybyk znowu się spłoszył. Poruszaliśmy się w linii prostej, więc gdzieś tam zamajaczyła myśl, iż bez problemu trafię z powrotem do domu. On hyc, ja powolutku, ukradkiem. On znowu hyc, ja znowu krokiem skradającym się. Nie wiem, skąd u mnie taka szalona chęć pomacania tego czerwonego, świecącego nosa? Pewnie stąd, że sądziłam, iż jest sztuczny. Jakiś leśniczy zrobił sobie dowcip? Może.

Nie wiadomo, jak długo byśmy sobie tak hasali po lesie, pewnie i do samych świąt, bo moja głupota nigdy nie miewała granic, gdyby nie to, że pieprzonemu jeleniowi się znudziło. A na odchodnym, przysięgłabym, że mrugnął do mnie oczkiem. I już go nie było. Rozejrzałam się dookoła, czując potężne rozczarowanie i wtedy…

Pod jednym z drzew stał mężczyzna. Facet jak facet, tyle że ten był nagi. Nagusieńki. Jedynie na nogach miał skarpetki. Dygotał i podskakiwał, usiłując nieco się rozgrzać, ale wyglądał przy tym na mocno zdezorientowanego. Zanim przystąpiłam do działania, oceniłam go jednym, zachwyconym spojrzeniem. Ciałko miał, że tak powiem, jak z okładki pisma kulturystycznego, zero tłuszczu, same mięśnie. No i…

– Ale jaja! – powiedziałam na głos z prawdziwym podziwem. Znaczenie to miało podwójne, bo raz, kto o zdrowych zmysłach lata nago po śniegu, a dwa… Właśnie. Jaja. I nie tylko. Wydepilowany był tam co do ostatniego włoska, tak że wszystko pozostawało doskonale widoczne. Gwizdnęłam z uznaniem. To się nazywał sprzęt!

– Dzięki, o jeleniu czerwononosy – mruknęłam, podchodząc bliżej. Dopiero teraz zauważyłam zaschniętą krew na włosach nieznajomego. I poczułam intensywny zapach alkoholu. Brzuch też miał nieco pokiereszowany, ale rany były płytkie, niegroźne.

No tak. Urżnął się kretyn w trupa, zaszalał, a teraz zamarznie na mrozie. Już przybrał podejrzane kolorki. Nie czekałam dłużej. Energicznie ujęłam go pod ramię, pociągając w kierunku, co do którego byłam pewna, że prowadzi do leśniczówki.

– Chodź – powiedziałam, zachęcająco się uśmiechając. Nie protestował, chociaż wyglądał na potężnie ogłuszonego.

– Heh… he… – wyartykułował, przytulając się do mojego boku. Niestety, okazało się to nieco trudne, bo dzieliła nas znaczna różnica wzrostu. Nie sięgałam mu nawet do ramienia. W rezultacie prawie na mnie wisiał, kiedy ciągnęłam go w kierunku domu. Trzeba przyznać, że odległość okazała się większa, niż myślałam. Zadyszałam się, spociłam, ale w końcu wepchnęłam go do ciepłego przedsionka, a później zmusiłam do wejścia na piętro. Momentami stawiał lekki opór, bełkocząc coś bez sensu, lecz zamilkł, gdy pogoniłam go pod prysznic. Jęknął, czując ciepły strumień wody.

– Brudnyś i śmierdzisz – oświadczyłam dziarsko, rozmasowując na nim pianę z mydła. Przedtem w pośpiechu zrzuciłam bluzę, pozostając w samym podkoszulku. – Ale doprowadzimy cię do porządku. Ciekawe, co z ciebie za ziółko?

Obejrzałam ranę na jego głowie. Nie wzbudziła niepokoju, zaledwie draśnięcie, aż dziwne, że było z tego tyle krwi. Potem ostrożnie namydliłam mu włosy, jednocześnie dyskretnie zerkając w dół. Chciałam nacieszyć oczy widokiem. No i nacieszyłam, kurwa jego mać. Kutas sterczał dumnie naprężony, gruby, czerwoniutki i taki apetyczny, że nic tylko go wsadzić w usta i smakować. Zarumieniona przeniosłam wzrok z imponującego przyrodzenia na oblicze nieznajomego. Oczy miał półprzymknięte, a na twarzy błogi uśmiech. Nieco głupawy na dodatek.

ozdobnik

ozdobnik

Kim jesteśmy?

Monika Liga

mikakamaka autorka

Agnieszka Kowalska Bojar

babeczka autorka
Od kilku lat publikujemy ebooki, od niedawna również je sprzedajemy. W tym roku wystartowałyśmy z książkami papierowymi. Mamy ich już kilkanaście. Naszych płatnych tytułów nie znajdziesz na wielu innych platformach, nie wykupisz w abonamencie. Są dostępne na motylowej stronie i w motylowym sklepie 🙂 oraz pojedyncze tytuły na platformie Legimi oraz Allegro.

ozdobnik