Marzenie (I)

with 8 komentarzy

 

Nie uwierzycie, ale ten tekst zaczęłam pisać prawie 10 lat temu 🙂 Dlatego na pewno będzie inny niż to, do czego ostatnio Was przyzwyczaiłam. Nie jest też długi, więc do nowego roku się uwinę! Dziś delikatnie, na rozgrzewkę! A jeśli chodzi o skrzypce, to uwielbiam tego wariata: https://youtu.be/vBfHVdSehjg

 

Rozdział 1 – Przebudzenie

Niebo rozbłysło feerią kolorów. W dół posypało się tysiące gwiazd. Zachwycający spektakl, rozgrywający się przy huku boleśnie wwiercającym w uszy.

Na chwilę uniosła głowę, lecz zaraz potem na powrót wkuliła ją w drżące ramiona.

Nowy rok, kolejny rok. Zerknęła na falujący ruchem ekran telewizora. Tylu świętowało, tylu się bawiło. A przecież gdzieś tam, ktoś kończył swe życie, ktoś je zaczynał. Ostatnie tchnienie i pierwszy oddech, splatający się w odwiecznym rytmie, którego nie było w stanie zakłócić nic ani nikt.

Była sama w mieszkaniu. Rodzice bawili się na imprezie u przyjaciół, starszy brat wraz z dziewczyną w pubie. Nie spytała gdzie, bo i tak było to jej obojętne. Wolała zostać w domu. Wyłączyła telefon i wydobyła z zakamarków szafy butelkę szampana. Świętowała w samotności, z twarzą umazaną łzami, z boleśnie ściśniętym sercem. Wiedziała, była pewna, że i tak nikt nie będzie się zastanawiał, co się z nią dzieje. Tym bardziej iż zręczne kłamstwa pozwoliły jej na stworzenie pozorów doskonałego samopoczucia i fałszywych planów na sylwestrowy wieczór.

Miała na sobie okropną flanelową piżamkę, której niewątpliwą zaletą było to, że idealnie nadawała się na zimowe nocki. Po jej prawej ręce leżała napoczęta paczka chipsów i stała butelka szampana. Bo życie było wystarczają żałosne, żeby świętować je w taki sposób. A ona czuła się wystarczająco nieszczęśliwa, aby upić się tego wieczoru w samotności.

Ten stan nie pojawił się znikąd. Wręcz przeciwnie składała się na niego cała seria nieszczęśliwych wydarzeń. Na początek kłopoty na uczelni i przymusowa zmiana promotora, gdy już prawie miała napisaną pracę magisterską. Jednak nie mogła pozostać pod opieką kogoś, kto za wszelką ceną usiłował ją przelecieć. Nawet teraz na wspomnienie tego zarozumiałego dupka trzęsła się ze złości. Sprawę wyciszono, Sarę przeniesiono, ale poczucie niesprawiedliwości zostało. Dalej była tajemnicza alergia i dwutygodniowy pobyt w szpitalu, utrata weekendowej pracy, brat zakochany w jej największej rywalce z czasów liceum i zdrada Damiana. Uczciwie musiała przyznać, że właśnie to ostatnie sprawiło jej najwięcej bólu. Może dlatego, że nic nie zapowiadało katastrofy? Jednego dnia beztrosko śmiali się jedząc kupione na wynos sushi, a potem namiętnie kochali, następnego zadzwonił, aby suchym tonem oznajmić jej, że to koniec. Dopóki nie zjawił się po swoje rzeczy, sądziła, iż to jakiś dowcip. Poddała się dopiero po jego wyjściu. Później dowiedziała się, co było powodem zdrady, lecz jakie to miało znaczenie?

Żadnego.

Życie toczyło się dalej, jednak Sara czuła, że popadła w jakiś dziwny stan odrętwienia, codzienną rutynę, z której tak trudno było jej się wyrwać. Unikała spoglądania w lustro, bo to co tam widziała napawało ją niechęcią. Jej świat zaczął ograniczać się do nauki, jedzenia i kącika w pokoju przed telewizorem. Nawet ukochane książki poszły w zapomnienie. Lecz nie potrafiła znaleźć w sobie siły by wyrwać się z tego kręgu. Tak jakby ktoś w dziwny sposób zapętlił jej życie, nie dając żadnego innego wyboru. Rzucił klątwę, spod której uroku nie potrafiła się wydostać.

Z westchnieniem upiła pierwszy łyk, czując jak alkohol rozlewa się przyjemną falą po przemarzniętym ciele. Zazwyczaj po trzech, czterech kieliszkach popadała w miły dla ducha stan odrętwienia. Ale dziś, gdy za oknem hulała śnieżyca, a temperatura spadła do minus dziesięciu stopni, szczególnie trudno było jej się odprężyć. Nawet przy szampanie.

Wpatrywała się w szklany ekran z dziwnym otępieniem, a tysiące myśli wirowało w jej głowie. Gdzieś w głębi czuła dziwny ucisk, który narastał z każdą minutą. Poczuła, że zbiera jej się na płacz. Z kącików oczu pociekły niechciane łzy i wartkim strumieniem popłynęły po policzkach. Tam gdzieś był cały wielki świat, szczęśliwi ludzie, zakochani...

Skąd wrażenie, że jest jak zwierzę w pułapce, z której nie potrafi uciec?

Wstała z lekka się zataczając i poczłapała do szafy. Potrzebowała solidnej paczki chusteczek. Potem wróciła na fotel i podkuliwszy nogi, wtuliła się w miękki koc. Łez było coraz więcej, nie pomógł nawet kolejny kieliszek, wypity jednym haustem. Po chwili głośno wydmuchiwała nos, zużyte serwetki rzucając za siebie.

Potrzebowała pomocy, pocieszenia. Tylko jedna rzecz nim była.

Muzyka.

Zawsze uważała, że jest od niej wręcz nałogowo uzależniona. Była lepsza niż alkohol, lepsza niż towarzystwo innych ludzi. Przenosiła do cudownego miejsca, głęboko skrytego w jej głowie, do krainy marzeń, gdzie nie miał dostępu smutek i samotność. Dlatego teraz bez wahania sięgnęła po komórkę i splątane słuchawki. Pojawiła się nutka żalu, że nigdy nie miała okazji, by nauczyć się grać na jakimkolwiek instrumencie. Szkoda, że nie umiała chociaż śpiewać. Potem żal zniknął, a dziewczyna parsknęła śmiechem. Śpiewać? Ona? Głos był jedną z tych rzeczy, który bozia najwyraźniej jej poskąpiła.

Gdybym teraz zaczęła śpiewać, to z pewnością sąsiedzi zadzwoniliby od razu na policję. Albo na pogotowie – wymruczała, wkładając niewielkie słuchaweczki do uszu i włączając youtuba. Kliknęła którąś z zakładek zapisanych w ulubionych, po czym zamaszystym ruchem otarła policzki, odchyliła głowę do tyłu i przymknęła oczy. Muzyka podziałała na jej obolałą duszę o wiele lepiej niż alkohol. Najpierw odsłuchała kilka doskonale znanych kawałków, a później zaczęła szukać czegoś nowego, co porwałoby swą świeżością, oryginalnością, obudziło w sercu nadzieję. Tak ją to pochłonęło, że dość nieuważnie odstawiła pusty kieliszek na skraj stolika. Ten zachwiał się, spadł i z brzdękiem rozbił się na podłodze. Sara zaklęła, zrywając się na równe nogi. To był błąd, bo bosą stopą wdepnęła w jeden z odłamków. Zabolało. Słuchawki same wypadły z uszu, a dziewczyna mamrocząc pod nosem różne inwektywy, pokuśtykała do kuchni. Kwadrans później, ze sporym opatrunkiem na prawej pięcie, usiadła na powrót w fotelu, sięgając po komórkę.

Co to niby ma być? – mruknęła, wpatrując się w amatorski filmik, na którym popis dawała jakaś uliczna kapela. Chociaż w odniesieniu do trzech skrzypków i jednego wiolonczelisty słowo kapela, to było sporo na wyrost. Uśmiechnęła się i już miała przełączyć, gdy coś ją zatrzymało. Może jakiś dźwięk, może coś innego. Sięgnęła po chusteczkę, a kiedy wycierała energicznie nos pomyślała, że tak w zasadzie to brzmi całkiem nieźle. Wsłuchała się w hipnotyzujący głos skrzypiec, potem z ciekawości poszukała innych filmików z ich udziałem. Im dłużej gapiła się w niewielki ekranik, tym większą odczuwała fascynację. Nie, nie z powodów ulicznego show, ale z powodu jednego z grających. Chłopak był wysoki, nawet bardzo wysoki, szczupły, zwinny, z charakterystyczną twarzą o zakrzywionym nosie. Oczy miał roześmiane, chociaż nie potrafiła określić ich koloru, wydatne kości policzkowe i usta rozciągnięte w wiecznym uśmiechu. Nie był ubrany jak artysta, raczej jak włóczęga, proste spodnie wepchnięte w ciężkie, wojskowe buty, rozciągnięty sweter, luźna czapeczka naciągnięta na rozwichrzone włosy. Czarował nie tylko muzyką, ale i sposobem w jaki grał. Jakby całym sobą pragnął wyrazić każdy dźwięk, wykrzyczeć każdą nutę. Oczarował i ją, chociaż amatorskie nagranie z pewnością wiernie nie odwzorowało rzeczywistości. Ale Sara siedziała w bezruchu, zasłuchana, zachwycona, odczuwając coraz to większy żal ściskający za gardło. Też chciałaby umieć przekazać to, co ją wypełniało, w tak pełen nieskrępowania sposób. Też chciałaby wykrzyczeć całemu światu swój żal, radość, smutek i szczęście. On robił to za pomocą muzyki, ona próbowała wyrazić słowami, czyniąc nieśmiałe próby pisarskie. Jemu udawało się to znakomicie, ona dopiero zaczynała.

Ranek zastał ją z chaosem w głowie i dziwnym uczuciem czającym się gdzieś w głębi serca. Gdy w końcu położyła się spać, to zasnęła przy dźwiękach skrzypcowej muzyki. Cały dzień spędziła w fotelu, zasłuchana, zamyślona, pogrążona we własnym świecie marzeń i fantazji.

Brutalny powrót do rzeczywistości nastąpił kolejnego poranka, gdy trzeba było zebrać się w sobie i udać na uczelnię. A gdy zmęczona wracała do domu, wtedy właśnie uświadomiła sobie bezsens własnych marzeń. Szansa na udział w takim ulicznym pokazie była niemal zerowa, bo w tym celu musiałaby pojechać do Moskwy. No i jeszcze mieć fuksa, aby natknąć się na ich występ… Ale z drugiej strony to wcale nie był taki głupi pomysł. Początkowo chaotycznie splątane myśli powoli zaczęły układać się w logiczną całość i w głowie dziewczyny zaczął krystalizować się plan. Musiała być pewna tylko jednego.

Usiadła przed komputerem i zaczęła szukać. A kiedy nie znalazła tego, co potrzebowała, po prostu napisała wiadomość przez portal społecznościowy. Jedno pytanie i krótkie wyjaśnienie, do czego potrzebna jest jej ta informacja. Ku swemu zdumieniu odpowiedź dostała prawie natychmiast. Odpowiedź, będącą jednocześnie zaproszeniem, chociaż wyrażonym w bardzo lakonicznym i niefrasobliwym tonie.

Tuż po wschodzie słońca, gdy jego jasne promienie usiłowały przedostać się przez szczelnie zasłonięte okna, Sara wstała i jednym ruchem odsunęła na bok gęstą firanę, potem gwałtownie otwarła oba skrzydła na oścież i wpuściła do środka mroźne, poranne powietrze. Przez chwilę stała tak z zamkniętymi oczyma, czując jak jej policzki robią się lodowate, a wargi drętwieją. Potem spojrzała w górę z dziwną pewnością siebie w jaśniejących oczach.

– Dlaczego by nie? – wyszeptała. – Może chociaż raz w życiu zrobię coś szalonego? Pora się pakować i załatwić kwestię wizy, bo zostało mi zaledwie sześć dni. Jadę!

***

Zwariowany, kompletnie nierealny z pozoru plan, z godziny na godzinę nabierał rumieńców. Sara sama nie potrafiła wytłumaczyć swej determinacji w dążeniu do celu, ale wiedziała jedno: miała szansę, aby go zrealizować.

Rodzina była zaskoczona nagłym wyjazdem, może nawet odrobinę przerażona. Lecz chociaż dostała na podróż tysiąc dobrych rad, to nikt jej nie zatrzymywał. Na niewygodne pytania po prostu nie odpowiadała, zbywając je uśmiechem. Zresztą co miała powiedzieć? Chcę sobie posłuchać ulicznej kapeli, a ponieważ daje ona pokazy tylko w Moskiewskim metrze, to jadę do Moskwy? Dla niej samej brzmiało to głupawo i śmiesznie. Momentami zastanawiała się czy przypadkiem nie oszalała. Bo jakże inaczej można to było nazwać? Nieobecność na uczelni postanowiła wytłumaczyć nagłym atakiem grypy, o resztę się nie martwiła. Do niewielkiej walizki na kółkach wrzuciła odzież na zmianę, zapasowe buty, kosmetyki i książkę, w razie gdyby podróż pociągiem okazała się być nudna. Kwestię wizy i innych formalności załatwiła bez problemu za pośrednictwem agencji, bardzo poważnie nadwyrężając stan swoich oszczędności. A potem pozostało jedynie wstać o poranku i ruszyć w drogę.

Pomimo wczesnej godziny dworzec tętnił życiem. Jak co dzień, przewijał się tam tłum tysiąca twarzy i słuchać było nieustający gwar głosów.

Drżąc z emocji, mocno zacisnęła dłoń na rączce niewielkiej walizki i głęboko odetchnęła. Tajemnicza siła, która dotąd dodawała jej zapału i energii, ten wewnętrzny przymus zniknął. Lecz pomimo to Sara wiedziała, że wsiądzie do pociągu i dalej będzie realizować swój szalony plan. Zostawiła za sobą tamtą smutną, samotną dziewczynę, przed nią rozpościerała się cały świat i tysiące możliwości. A ona tym razem nie zamierzała z nich rezygnować. Dla marzenia, powtarzała sobie w duchu, z bijącym sercem zajmując miejsce przy oknie.

Dla marzenia.

 

Rozdział 2 – Spotkanie

Miasto inne niż wszystkie, porażające swym ogromem, rozświetlone, głośne i ruchliwe. Lecz ona miała inny cel. Musiała się pośpieszyć aby dotrzeć w określone miejsce na czas.

Zdążyła.

Z galopującym jak oszalałe sercem, zeszła w dół, po stromych schodach.

Słyszała dźwięki nastrajanych instrumentów i już była pewna, że dobrze trafiła. Lecz to bynajmniej nie przyniosło ukojenia skołatanym nerwom.

Trzymała się blisko ściany, bojąc się, iż z wrażenia straci równowagę. Bo przecież właśnie zrealizowała do końca swój plan. To własne szaleństwo ją przerażało, chociaż znalazła się już u celu. Miała szansę usłyszeć ich na żywo, być świadkiem czegoś zupełnie wyjątkowego. Nie zniechęcił jej nawet siarczysty mróz.

U podnóża schodów kłębił się tłum ludzkich głów. W pierwszej chwili nie chciała przeciskać się przez ten zwarty mur, lecz zwyciężyła ciekawość. No i warto było obejrzeć upragnione show z pierwszego rzędu. Szepcząc ciche przepraszam, przebiła się w końcu na sam front, dokładnie wtedy gdy rozległy się pierwsze dźwięki muzyki. I zamarła zachwycona, bo dopiero teraz dotarło do niej, że nagranie z youtuba było zaledwie bladym cieniem. Zniekształconym echem.

Było ich pięcioro. Dwóch wiolonczelistów, trzech skrzypków. Ale uwagę zarówno Sary, jaki i publiczności, zwracał głównie jeden z nich. Wysoki, szczupły, z niesfornymi włosami opadającymi na twarz, które w większość zakryte były czapką, z szalikiem niedbale owiniętym wokół szyi, w skórzanej kurtce i spranych dżinsach, których nogawki wepchnięte były w ciężkie, zimowe buty. Nie po raz pierwszy pomyślała, że nie przypomina klasycznego artysty.

Jaki widać chłopakom również nie przeszkadzała zimowa aura, bo błyskawicznie rozkręcili towarzystwo. Przy wtórze skocznej muzyki dwie pary ruszyły do tańca, uniosły się ręce trzymające telefony, wyklaskujące rytm. Sara również chciała nagrywać, ale teraz zupełnie o tym zapomniała. Stała z boku, przyciskając do piersi drżące dłonie, wsłuchana, wpatrzona, zastygła w zachwycie. Ludzie wokół przestali się liczyć, ważna byłą jedynie przyjemność płynąca z muzyki. Dała się jej zauroczyć, oczarować, wręcz zahipnotyzować. Stała nieruchomo, starając się znaleźć odpowiednie słowa na przepełniające ją uczucia, na sposób w jaki grali.

Znalazła aż dwa.

Pasja.

Emocje.

W jej oczach pojawiły się łzy. Zawsze tak reagowała na piękno, którym nie potrafiła się nasycić. Warto było robić z siebie wariatkę, postawić na swoim i tutaj przyjechać. Tak, zdecydowanie było warto! Mętnie pomyślała, że dobrze stać całkiem z boku, bo nikt nie zauważy jej wzruszenia, ale okazało się to nieprawdą.

Był przyzwyczajony do podziwu. Zresztą podczas występu nie zwracał na to większej uwagi, głównie dlatego, by się nie dekoncentrować. To było jego show, niesamowity zastrzyk energii, najważniejszy powód by dalej robić to, co robił. Pomyłka, co robili, bo nigdy nie występował sam. Ta publiczność była niczym narkotyk. I dlatego podczas ulicznych występów dawał z siebie wszystko. Zachwyt, podziw, uznanie, to wszystko upajało go, wprawiało w stan euforii. Ostatni, energiczny ruch smyczka i brawa. Roześmiał się triumfująco i właśnie wtedy ją dostrzegł.

Kolorowa czapeczka wciśnięta na niesforne, złociste loki. Zarumienione policzki, błyszczące oczy, rozchylone usta. Wyjątkowo śliczna dziewczyna. Lecz to nie jej uroda zwróciła jego uwagę, a to, co zauważył w ciemnych źrenicach. Nigdy wcześniej nie widział tak bezkrytycznego zachwytu w czyichkolwiek oczach. I łez. To go zaskoczyło, prawie że wybiło z rytmu. Stanął tuż przed nią, opierając skrzypce na ramieniu. A gdy szeroko się uśmiechnął odpowiedziała uśmiechem. Niebieskie oczy utonęły w brązowych, a wtedy głośno się roześmiała. Tak szczerze, naturalnie, że nie mógł się powstrzymać. Pochylił się ku niej i spytał:

Masz jakieś życzenie co do tego, co możemy zagrać?

Paganiniego? – odparła wesoło. – Żartuję. Cokolwiek i tak wszystko jest… cudowne!

Mówiła doskonale po rosyjsku, chociaż zdradził ją akcent. Nagle coś mu się przypomniało.

Polka?

Tak – skinęła głową.

Ta, która z taką zaciętością dopytywała się w mailach o nasz najbliższy występ?

Tak.

Zaskoczyła go.

Nie sądziłem, że to było serio?

Dlaczego?

Dlaczego? Naprawdę odbyłaś tak daleką drogę, żeby zobaczyć nas na żywo?

Z powagą potwierdziła.

Wariatka – pokręcił głową, ale nie było nic obraźliwego w tym słowie. Raczej podziw i zdumienie.

W takim razie… – wykonał teatralny ukłon, rozkładając szeroko ramiona. – Na pani życzenie Paganini.

Uliczne występy były grupowym pokazem, ale tym razem miał ochotę zrobić wyjątek. Cofnął się o krok, położył skrzypce na ramieniu i nie odrywając wzroku od zarumienionej dziewczęcej twarzy, zaczął grać. Sam, chociaż był pewien, że dostanie od chłopaków niezłą burę. Sam, bo nie był to utwór, który mogliby wykonać wspólnie. Sam, bo po raz pierwszy poczuł tak straszliwą chęć, aby zaimponować kobiecie.

Krótki, trudny, pełen emocji kawałek. Jeden z jego ulubionych. Kilka minut skupienia, maksymalnej koncentracji, a potem ostatni ruch smyczkiem i koniec. Gromkie brawa, ale on nie czekał na oklaski. Odwrócił się w kierunku nowo poznanej dziewczyny. Musiał dopilnować, aby przypadkiem mu nie umknęła. Wewnętrzny przymus, z którym ani nie chciał, ani nie mógł walczyć.

I jak wrażenia? – spytał, podchodząc do niej bliżej.

Ech…

Tylko tyle? – zakpił, chociaż doskonale wiedział, o co jej chodziło. Ciemne oczy powiedziały więcej niż słowa. Kolega położył rękę na jego ramieniu i coś wyszeptał, patrząc z ciekawością na podekscytowaną Sarę. – Zmywamy się, bo taki mróz nie służy instrumentom. Nam również. Mamy taki ulubiony pub niedaleko – machnął ręką gdzieś w bliżej nieokreślonym kierunku. – Pójdziesz z nami?

O dziwo, wcale nie zareagowała z entuzjazmem. Przygryzła wargę i jeszcze mocniej się zarumieniła.

Głodna jestem – przyznała po chwili wahania. – Wolałabym zamiast alkoholu solidną sztukę mięsa. Albo chociażby hamburgera.

W takim razie idziesz. Serwują tam świetne jedzenie – odpowiedział ze śmiechem. – Jestem Jurij, a ten zarośnięty troglodyta, który mnie popędza to Evgeni.

Sara. – Z dziwną nieśmiałością ujęła jego rękę.

Daj mi minutę, dobrze? Nie znikniesz, prawda?

Nie – wyglądała na zaskoczoną tym pytaniem. – Zaczekam.

Zapakowanie skrzypiec zabrało mu zaledwie chwilę.

Całkiem ci odbiło? – Kolega kucnął tuż obok niego i pakując swój instrument, spojrzał ze złością. – Po cholerę odwalałeś tą solówkę?

Poprosiła.

Ta? Poprosiła – sarknął. – Od kiedy to walisz tego typu podryw? Mało ci bab, które za tobą latają?

Daj spokój. – Jurij wyprostował się, zakładając futerał na plecy. Potem wyjął z kieszeni rękawice i szybko wsunął je na zziębnięte dłonie. – Dziewczyna przyjechała aż z Polski żeby nas zobaczyć. Należało jej się coś ekstra.

Cholery don Juan!

Ty się lepiej uśmiechnij, bo idzie z nami. Zaprosiłem ją.

Tamten tylko pokiwał z rezygnacją głową.

Ciekawe co na to powie Tatiana.

Niby na co? – Jurij wzruszył ramionami, po czym odwrócił się na pięcie. Podszedł do nieco zdezorientowanej Sary i wyciągnął rękę. Ujęła ją z lekkim wahaniem, jakby nie bardzo spodobała jej się taka poufałość.

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. J
    Julita
    | Odpowiedz

    Piękne ❤

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Dziękuję 🙂

  2. K
    Karolina
    | Odpowiedz

    Po prostu cudo❤❤❤ zakochałam się w tym opowiadaniu💕

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Dziękuję 🙂

  3. M
    Majka
    | Odpowiedz

    🤩ach miodzio na moja romantyczną duszę. Twoje opowiadania to dla mnie narkotyk

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Fakt, na romantycznie tym razem 😉

  4. A
    AinaIgn
    | Odpowiedz

    Hmmm…. Marzenia…. Jedynym czynnikiem ograniczającym jesteśmy my sami….. Piękne czekał na resztę…. 😍🥰😘

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Ania, jak ty mnie doskonale rozumiesz. Dokładnie, my sami…

Napisz nam też coś :-)