Nataniel (II)

with Jeden komentarz

 

Dziesięć lat później

Nienawidziła zimy.

Nienawidziła korzennej herbaty doprawionej plasterkami pomarańczy.

Nienawidziła tego człowieka, którego obraz pojawiał się pod zamkniętymi powiekami, gdy usiłowała zasnąć bez prochów w bezsenne noce.

Gdy wyszła ze szpitala, sprzedała wszystko i wraz z rodzeństwem wyprowadziła się na drugi kraniec Polski. Kupiła niewielki domek w niewielkiej wsi, niedaleko niewielkiego miasteczka. Wojtek i Klara trochę marudzili, ale byli zbyt wstrząśnięci tym, co się wydarzyło. Widok zmasakrowanego ciała siostry jeszcze długo miał się im śnić po nocach. Później każde z nich zaczęło studia, zamieszkało daleko od malutkiego domku z ogromnym ogrodem, znalazło swoje drugie połówki, założyło rodziny. Oczywiście nie zapomnieli o Nastce, ale jej życie nie było ich życiem. Święta? Wakacje? Dłuższe lub krótsze odwiedziny? Nie ma sprawy, lecz tylko to.

Nie cierpiała z tego powodu. Zawsze była typem samotnika, a po tamtej nocy jeszcze bardziej stroniła od ludzi, od mężczyzn, nawet tych niegroźnych, którym zaledwie wyrosły wąsy pod nosem. A przyciągała wielu, bo należała do kobiet, których uroda wraz z wiekiem rozkwita, nabiera wyrazistości, staje się bardziej soczysta. Tylko że pewne rany nigdy nie miały się zagoić, chociaż blizny na ciele dawno już zniknęły, a dentysta sprawnie poradził sobie z dwoma ułamanymi zębami.

Cisza tego miejsca zawsze działała na nią kojąco. Przestrzeń dookoła odganiała złe myśli, które dręczyły od środka niespokojną duszę. Żyła skromnie, otoczona ukochanymi książkami, z mruczącą parką kotów, latem buszujących wśród wysokich traw, a zimną zostawiających mokre ślady łapek na poczerniałej ze starości, drewnianej podłodze. Klara nieraz żartowała, że została modelową starą panną, ale Nastka uśmiechała się tylko i nie podejmowała tematu.

Związek był ostatnim, czego potrzebowała. Seks jawił się jako koszmar, a miłość ulokowała się w najdalszym kąciku strefy marzeń.

Bywały noce, podczas których tylko płakała, noce, kiedy docierała do niej świadomość, jak bardzo ją wtedy skrzywdzili. Najciemniejsze godziny pełne bólu, którego nie potrafiła pokonać. Z czasem było ich coraz mniej i mniej, aż pewnego dnia, Nastka uświadomiła sobie, że zniknęły. Pozostało tylko wspomnienie twarzy tego człowieka. Dźwięk jego śmiechu, dotyk szorstkich dłoni, budzący obrzydzenie. Podczas przesłuchania nie pisnęła ani słówka, boją się odwetu, skierowanego nie tyle w jej osobę, co w brata i siostrę. Mężczyzna taki jak Nataniel, nie miał skrupułów, nie wahał się, nie czuł litości.

To była prawdziwa bestia. Dlatego Anastazja milczała, uparcie twierdząc, iż nie zna napastników i nie potrafi ich zidentyfikować. W końcu dano jej spokój, a wtedy poczuła ulgę. Czasami zastanawiała się, co by zrobiła, gdyby znów stanął na jej drodze? Zabiła go? Uciekła? Próbowała się zemścić? Tego nie wiedziała, chociaż jednego była pewna.

Nienawidziła go, jak żadnego innego człowieka. Nienawidziła tak bardzo, że to uczucie przybierało wręcz namacalną postać. I modliła, aby nigdy więcej ich drogi się nie skrzyżowały.

Lecz los bywa złośliwym psycholem.

Tego dnia śnieg przykrył poszarzałą ziemię grubym, puszystym kobiercem. Pomiędzy nagimi pniami drzew hulała przejmująca cisza. Zapadał zmierzch, purpurową łuną rozświetlając niebo na zachodzie, podczas gdy po przeciwnej stronie podstępny mrok wkradał się na scenę, niecierpliwie czekając na odegranie głównej roli w tym odwiecznym spektaklu.

Gdy szła wąską drogą, śnieg skrzypiał pod jej nogami, a ostre powietrze wdzierało się do płuc. Jednak dla Anastazji spacer w tych warunkach był czymś normalnym, zwłaszcza że szczególnie chętnie wybierała bezdroża i odludne szlaki. Lecz nie dziś, bo dziś podążała szybkim krokiem w kierunku wioski, chcąc jeszcze zrobić małe zakupy. Dłonie w grubych rękawiczkach wbiła w kieszenie, a twarz wtuliła w puszysty szal. Wybrała drogę na skróty, w zasadzie to nawet nie był wytyczony szlak, jednak podążała nim pewnie i bez wahania.

Przynajmniej dopóki nie dostrzegła samochodu, który z impetem wjechał w zaspę. Stał nieco przekrzywiony, zagrzebany w śniegu do połowy, z drzwiami otwartymi na przestrzał. Przyspieszyła i minutę później znalazła się tuż obok opuszczonego pojazdu.

Radio jeszcze grało, nieco bełkotliwie, bo zasięg był słaby, ale grało. Na jasnych siedzeniach widać było plamy świeżej krwi. Powędrowała wzrokiem dalej i dostrzegła wąską ścieżkę z drobnych kropli, znaczącą wyraźny ślad na śniegu. Jeśli ktoś ocalał, pewnie wyruszył w poszukiwaniu pomocy. Nie namyślała się ani chwili, podążając za rannym kierowcą i szybko zauważyła, że nie uszedł daleko.

Leżał na brzuchu, całkiem nieruchomo.

Anastazja podeszła bliżej, zagryzając wargi.

Mężczyzna? Co za pech! Drżącymi dłońmi wygrzebała z kieszeni komórkę, ale to nic nie dało, bo w tej okolicy sieć praktycznie nie działała. W domu miała telefon na kabel i to stamtąd powinna zadzwonić. Tylko czy ma zostawić tutaj rannego? Temperatura gwałtownie spadała, zaczął też padać śnieg. Nie wiedziała, jak bardzo ucierpiał, nie sprawdziła nawet, czy żyje. Przykucnęła i ujęła skostniałą z zimna dłoń. Wyczuła puls, chociaż niezwykle słaby. Gdyby chwyciła go za nogi, dałaby radę zaciągnąć do domu. Potem zadzwoniłaby po pogotowie, chociaż pogarszająca się pogoda nie wróżyła niczego dobrego.

Zobaczymy, co ci jest – wymruczała, ze stęknięciem obracając bezwładne ciało na plecy.

Błyskawicznie odskoczyła, gdy tylko ujrzała jego twarz.

Pobladła, czując, jak serce rusza szalonym galopem, a zawartość żołądka podchodzi do gardła.

Zmienił się, a jednak go poznała. Tej szczupłej twarzy naznaczonej bliznami, o trójkątnym podbródku nie mogła zapomnieć. Zbyt często nawiedzała ją w koszmarach, za dnia i w nocy.

Była jak fatum.

Nastka zamknęła oczy, zmagając się z atakiem paniki. Najchętniej zerwałaby się i uciekła, starając zapomnieć o tym człowieku, lecz wtedy odezwało się cicho popiskujące sumienie. Powinna mu pomóc. Zawlec go do chaty, zatamować krwawienie i zadzwonić po pogotowie, międzyczasie modląc się, aby nie odzyskał przytomności.

Pomóc? Po tym co jej zrobił?!

Powinna znaleźć odpowiednio duży kamień i dobić bydlaka. Roześmiała się, tak absurdalny był to pomysł, bo przez całe życie ofiarami jej krwawych zapędów bywały jedynie komary, które pokusiły się o kropelkę krwi. Nawet muchy łapała, wypuszczając je na zewnątrz. Nie potrafiła skrzywdzić człowieka nie tylko fizycznie, ale nawet za pomocą przykrego słowa. To była jej słabość i jeden z powodów, dla którego wybierała samotność. Tak było o wiele łatwiej, żyć z dala od spraw, które ją w jakikolwiek sposób krzywdziły.

Była tchórzem, ale nie starała się tego zmienić.

Zadrżała, gdy spostrzegła, że mężczyzna nieznacznie się poruszył. W panice rozejrzała się za czymś, czym mogłaby skrępować mu dłonie. Pomyślała, że z pewnością znajdzie coś w samochodzie i dlatego wstała, a potem ruszyła w kierunku opuszczonego pojazdu. Śnieg padał coraz mocniej, wiatr szarpał nagimi gałęziami i przenikał nawet przez grube, zimowe ubrania, a mrok zagarniał coraz większy kawałek nieba.

W schowku znalazła cienką linkę. Przez chwilę podrzucała ją w ręce, zamyślona, bo wizja szybkiej ucieczki kusiła i wabiła swą prostotą.

Jestem głupia – powiedziała z goryczą, a te słowa odbiły się echem wśród drzew, podczas gdy Anastazja mozolnie brnęła przez śnieg w kierunku rannego. – Bezdennie głupia. Powinnam go zostawić, może odmroziłby ręce i nogi? Wtedy amputowaliby mu niepotrzebne kończyny i to byłaby zemsta losu za jego podłość. A może po prostu zdechłby na tym pustkowiu, a świat odetchnąłby z ulgą?

Spojrzała w dół. Czuła smak własnych łez, a wspomnienia echem odbijały się w zamroczonym umyśle. Przesunęła wzrokiem po ubabranym krwią ubraniu, zlokalizowała spore rozcięcie na prawym udzie, które było źródłem krwawienia.

Chciała go zostawić.

Musiała mu pomóc.

Cholerny los! – warknęła, bo nagle pojawił się gniew. Dlaczego to ona stanęła przed takim wyborem? Dlaczego to ją życie zmuszało do podjęcia decyzji?

Kucnęła i nieporadnie skrępowała mu nadgarstki. Linka była zbyt sztywna, aby mocno ją zacisnąć, ale kobieta poradziła sobie za pomocą skomplikowanego układu węzłów własnego pomysłu. Później chwyciła nieprzytomnego mężczyznę za nogi i zaczęła ciągnąć. Nie starała się być delikatna, mściwie mając nadzieję, że ta podróż nabije mu niejednego guza. To i tak stanowczo za mało, jeśli chodziło o prawdziwą zemstę, ale przynajmniej coś.

Był koszmarnie ciężki. Nie pokonała nawet połowy trasy, gdy musiała przystanąć, ciężko dysząc i czując, spływającą po karku strużkę potu. Rozsupłała szal i zadrżała, bo lodowaty wiatr wdarł się w zakamarki ubrania. Odetchnęła kilkukrotnie, po czym z niechęcią kontynuowała akcję ratowniczą, czując coraz większy bunt.

Do domu zdołała dotrzeć, zanim na dobre rozpętała się burza śnieżna. Porzuciła bezwładne ciało na ganku, przede wszystkim postanawiając zadbać o siebie. Minął prawie kwadrans, gdy wróciła po rannego. Lecz nie położyła go na łóżku, nie zdjęła z niego mokrego ubrania. Zajęła się tylko i wyłącznie raną, uprzednio przywiązawszy go do kaloryfera. Zdezynfekowała ją i opatrzyła, międzyczasie bezskutecznie próbując dodzwonić się na numer alarmowy.

To nie fair – wyszeptała drżącym głosem. – Powinni go stąd zabrać.

Powrócił umiejętnie tłumiony strach i obawa o własne bezpieczeństwo. Znalazła mocny sznurek i skrępowała mu nogi w kostkach. Po namyśle wzmocniła także więzy na nadgarstkach. Później wygrzebała z brudów koc i niedbale przykryła nim męskie ciało.

Przygotowała sobie herbatę. Usiadła jak najdalej tego bydlaka i popijając małymi łyczkami cierpki napój, zastanawiała się, co dalej.

Chyba jej nie skrzywdzi? W końcu go uratowała? Może nie będzie bił dziękczynnych pokłonów, ale nie spodziewała się z jego strony niczego złego. Błąd! Niczego gorszego niż dziesięć lat temu. Cichutko westchnęła.

Chociaż oczy miał zamknięte, to na przystojnej twarzy wyczytała jedynie obojętność i brutalność. Dostrzegła to w wąskich wargach, w ostrym zarysie podbródka, w prostym, szczupłym nosie. Nawet nieprzytomny wyglądał na rasowego skurwiela.

Nie powinnam była go ratować...

Ogień na kominku przygasał, a ciemność rozpraszała jedynie mała lampka stojąca na komodzie i złociste światełka na choince. Anastazja skuliła się, bo nagle dotarło do niej, że jest tutaj sama, sama z tym potworem, który, chociaż ranny i skrępowany, nadal budził w niej paniczny lęk.

Co ona najlepszego zrobiła?!

Z drugiej strony gdyby go zostawiła, zagryzłoby ją sumienie.

To byłoby morderstwo, zimne, wykalkulowane zabójstwo i nic, nawet to, co zrobił, jej nie tłumaczyło.

Wstała i wyjęła z szuflady najostrzejszy nóż. Nie chciała iść spać, bo po pierwsze było jeszcze wcześnie, a po drugie czekała, aż mężczyzna się ocknie.

Czekała na jego reakcję.

Może nawet jej nie pozna? Może zbędzie szyderstwem, obrzuci przekleństwami? A może doceni, że uratowała mu życie?

Rozpłakała się. Nie, on na pewno tego nie doceni.

Koc zsunął się, gdy ranny poruszył się niespokojnie. Jęknął, po czym otworzył oczy, mrugając z zaskoczeniem i usiłując złapać ostrość obrazu, bo na razie wszystko było takie rozmyte, zamazane.

Dom, całkiem zwyczajny, można nawet uznać, że w stylu, który królował trzydzieści lat temu. Ciepło bijące od kominka i chłód od podłogi. Szorstka tkanina, którą był przykryty.

Syknął, gdy się poruszył, a chwilę później warknął z irytacją. Ktoś go związał. Niewprawnie, ale skutecznie. Ten ktoś siedział nieruchomo w najciemniejszym kącie pokoju, przyglądając się mu ogromnymi, pełnymi strachu oczyma.

Odpowiedź

  1. G
    Gabriela
    | Odpowiedz

    Ta dobroć będzie ja sporo kosztować

Leave a Reply to Gabriela Cancel reply