Nemezis (XIII)

with 9 komentarzy

od nienawiści do miłości jeden krok
Trochę może poczujecie się zaskoczeni, ale ponieważ w tym temacie mam spore, oj! spore opóźnienia, to trzy ostatnie części Nemezis trafią do sklepu jeszcze w tym tygodniu. Przyznam się, że jest to najdłuższy tekst, jaki dotychczas napisałam. To, czy lepiej wychodzą mi krótsze, czy też nie, pozostawiam jako kwestię otwartą do dyskusji między czytelnikami. O ile dobrze pamiętam niektóre komentarze, to Igor jawi wam się jako bydlak bez sumienia. I słusznie, chociaż bardziej chciałam pokazać, że nienawiść potrafi być tak destrukcyjną, potężną siłą, że czasami zatracamy w niej samego siebie. A kiedy jeszcze pojawi się inne uczucie, totalnie przeciwstawne, to jedyną drogą jest szaleństwo...
 

Zojka stała nieruchomo, w milczeniu przyglądając się świeżej mogile. Nie zabrała Maksia, zwykłe przeziębienie okazało się w końcu anginą i obowiązkowo musiał zostać w domu. Ona również nie miała ochoty na udział w pochówku niedoszłej teściowej, ale po namyśle uznała, że jednak powinna pojechać.

Więc pojechała.

Przez cały czas trzymała się z tyłu. Wolała nie wchodzić w drogę Igorowi, tym bardziej, że wyglądał bardzo źle. Blady, oczy miał podkrążone i błyszczące dziwną gorączką, policzki zapadnięte, usta niemal szare. Nawet ubranie leżało na nim kiepsko, jakby było o rozmiar za duże.

Doskonale pamiętała jego słowa.

Wmieszała się w tłum, położyła na grobie wiązankę czerwonych róż i drugą, znacznie większą, tam gdzie został pochowany Krystiana. Pojawiło się dobrze znane uczucie, tępy ból, żal tak wielki, aż niemal pozbawił ją tchu.

I znów jak wtedy, poczuła na swym ramieniu silny uścisk męskiej ręki.

– Jedziesz ze mną.

– Dobrze, ale tylko na godzinę. Muszę wracać do chorego dziecka. – Nie odwróciła się, nie spojrzała na niego. – Poza tym mam dla ciebie prezent.

Kątem oka dostrzegła, że drgnął. Musiał być zaskoczony ostatnimi słowami.

– Limuzyna stoi…

– Przyjechałam własnym samochodem. Trafię.

I nie czekając na jego reakcję, oddaliła się w kierunku cmentarnej bramy.

Posiadłość przykryta grubym dywanem śniegu, sprawiała dziwnie skromne wrażenie. Jakby nagle zapanował tu spokój, spokój podszyty nie bólem, a rezygnacją.

Zojka zgrabnie zaparkowała, później sięgnęła po duże pudło, leżące na przednim siedzeniu. Bez problemu dotarła do domu, pozbyła się płaszcza i skierowała do gabinetu. Wiedziała, że tylko tam, będą mieli okazję porozmawiać. Bała się tej rozmowy, a jednocześnie już od dawna pragnęła z niezwykle destrukcyjną tęsknotą.

Igor zjawił się pięć minut później.

Zdjął marynarkę, rzucając ją na oparcie krzesła, poluzował krawat. Nalał sobie whisky i wypił wszystko duszkiem. Zakasłał i dopiero wtedy na nią spojrzał.

Siedziała na fotelu przed rozpalonym kominkiem. Tuż przy niej stało szare pudło całkiem sporych rozmiarów. Na twarzy miała wyraz skupienia, dłonie nieruchomo spoczywały na oparciach.

W migoczącym blasku ognia była taka piękna…

A on błyskawicznie poczuł ochotę, aby to piękno zniszczyć, okaleczyć, oszpecić i to na zawsze, aby nigdy więcej nie musiał na nie patrzeć.

– Ten prezent to ty, czy ta paczka? – spytał obojętnym tonem, ponownie napełniając kieliszek. – Jak ty, to nie trudź się. Nie skorzystam.

– Paczka – odparła ze spokojem, nie dając się wyprowadzić z równowagi.

– Paczka – mruknął, podejrzliwie spoglądając na pudło. Czy mu się wydawało, czy lekko drgnęło?

Zojka pochyliła się, zdjęła przykrycie i wyciągnęła ze środka zaspanego psiaka. Potem wstała i bez odrobiny strachu, wpakowała go prosto w ramiona znieruchomiałego Igora.

– Proszę.

– To!… – wysyczał z wściekłością. Miał ochotę ją uderzyć, miał ochotę rzucić zwierzęciem o ścianę, miał ochotę usłyszeć głośny skowyt, ale kiedy spojrzał prosto w ogromne, brązowe ślepia, skapitulował.

Nigdy nie miał żadnych problemów, aby krzywdzić ludzi, aby krzywdzić ją.

Ale pies…

Nie mógł! Nie mógł tego zrobić!

Za to z ogromną siłą uderzyły w niego wspomnienia. Ciężkiej pracy, niezbyt przyjemnego zapachu. Dotyk szorstkiego języka na twarzy, radosne ujadanie na powitanie. Tyle ich było… A on chciał im wszystkim pomóc. Kiedyś to wydawało się takie proste. Później przestało go obchodzić.

– To nie fair – wykrztusił w końcu. Zaraz potem się zreflektował. Żadnej słabości, żadnego wyłomu w fortyfikacjach.

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. A
    Anonim
    | Odpowiedz

    Nareszcie!!!!

  2. J
    Judyta
    | Odpowiedz

    Doczekałam się! 😀

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Mam już całość, tylko ją przygotuję do publikacji, to pójdzie 😉

  3. T
    Tony Porter
    | Odpowiedz

    Może i poczułam się z lekka zaskoczona, ale nie mam zamiaru się skarżyć. Co do długości tekstu, to nie o ilość stron chodzi, tylko o to czy opowieść jest interesująca i sensowna. Jeśli spełnia oba warunki, to można i kilka tomów przeczytać, a jeśli ciągnie się jak flaki z olejem i sensu w niej ze świecą szukać, to uchowaj nas Boże przed lekturą takiego “dzieła”. Ty nudnych i bezsensownych tekstów nie tworzysz, więc możesz szaleć w kwestii rozmiaru 🙂 A poza tym, jedni wolą nowele, a inni wielopokoleniowe historie 🙂
    Dla mnie w tej historii nie nienawiść jest przyczyną destrukcji, a w połączeniu z miłością doprowadza do szaleństwa, tylko wydarzenia z dzieciństwa. Porwanie, znęcanie się, świadomość, że rodzice go odrzucili, że znaczył dla nich mniej (albo i nic) niż drugi syn, zatajenie wszystkiego przed bratem, udawanie, że nic się nie stało… Igor nie zachowuje się jak psychopata, tylko jest psychicznie niezrównoważony. I tak właściwie, to trudno żeby nie był. Pewnie, że to nie usprawiedliwia jego postępowania wobec Zojki, ale pozwala zrozumieć, że jego bydlactwo jest efektem bardzo poważnych zaburzeń emocjonalnych. Jego rodziców należałoby postawić przed sądem. Jak można tak skrzywdzić własnego dziecko?
    Zojka miała świetny pomysł ze szczeniaczkiem – z jednej strony ciut rozmiękczyła Igora, a z drugiej nasiliła jego szaleństwo, co summa summarum zadziałało terapeutycznie. Chyba 🙂 A przynajmniej pozwoliło Igorowi wyrwać się ze spirali nienawiści: do Zojki, Krystiana, rodziców, a przede wszystkim siebie. Myślę jednak, że bez porządnej terapii się nie obejdzie.

    • J.Gibson
      | Odpowiedz

      Szczeniaczek katalizatorem emocjonalnym? Czemu nie!?
      Ale obawiam sie, ze tu potrzebna terapia zaawansowana: najpierw zmeczenie fizyczne (silownia, walka wrecz) potęgowane zmeczeniem psychicznym (np zapetlic hymn Polski w wykonaniu pierwszych karpii narodowych czyli siostr Godlewskich) a potem terapia wlasciwa (z terapeutą) i na sam koniec terapia kojąca szczeniaczkiem.
      Jak mi Zygmunt robi się życiowo uwierający, to zgodnie z powyzszą taktyką obiecuję mu upiec jego ulubiony serniczek w zwiazku z czym robie mu liste zakupow dlugą jak pielgrzymka do Czestochowy i bez zwiazku z przepisem na serniczek, a jak wraca to mowie ze zapomnialam o tym czy o tamtym, wiec on biegnie do sklepu znow, a jak wraca to ja mu mowie ze bez tego czy tamtego to nie uda mi sie zrobic serniczkab wiec on znow idzie do sklepu, a jak wraca i widzi moją mine to sie tylko pyta co jeszcze i znowu wychodzi
      …. I tak po godzinie jego spacerowania od mieszkania (na trzecim pietrze) do sklepu dwa bloki dalej jest juz zmeczony i fizycznie i psychicznie, bo w naszym sklepie sprzedaaje milosnik coutry wiec tam caly czas leci country, a country to muzyka ktorej Zygmunt nie znosi, wiec jak go w godzinach szczytu tam wysle z piec razy i za kazdym razem w kolejce przed nim sa minimum 5 osob to on sie i naslucha i nafkurfia i zmeczy schodami…
      Wtedy przystepuje do terapii wlasciwej czyli podczas miksowania i ucierania i ubijania wygłaszam lektorat o korzysciach nowej szafy i naglej potrzebie odmalowania sufitu w sypialni i on juz jest w stanie uwierzyc wtedy, ze to jego pomysl kupic szafe i sam nawet zaproponował kolor na sufit, ktory mog wybrac pomiedzy pieczarkowym pudrem a golebim pastelem i zanim sie upiecze jego pysznosc i gral swiety wyrobu cukiernicego to on juz dyktuje mi ciag cyfr do skarbca z jego wyplata i ja ustawiam delivery na cito zeby nie zdazyl tylko anulowac transakcji jak serniczek przetrawi i mu cukier spadnie. A jak juz zabarabani moj stoper przy piekarniku to nastepuje kojaca czesc terapii… No i serniczek rozplywa sie mu w ustach a ja rozplywam sie od komplementow😂😂😂
      Taka terapie polecam ja
      Jadzia.
      Takze tego…
      Na konsultacje w sprawie partnera uwierajacego zyciowo mozna sie ze mna umawiac od zaraz. 😂😂😂

      • Babeczka
        |

        To ja jestem pierwsza! W zamian ci Krzysia zabukuję na weekend ;-D
        Terapia wstrząsająca! Dzieci przyleciały zobaczyć, co z matką, bo tak się śmiałam, że spadłam ze stołka….

      • T
        Tony Porter
        |

        He, he, zapętlenie hymnu w wykonaniu karpii narodowych czyli sióstr Godlewskich to terapia mocno wstrząsowa 🙂 Pieczarkowy puder a gołębi pastel… już wiem w jakim kolorze sobie pokoiki odświeżę…
        Jadzia, wymiatasz po całości i rozwalasz system 🙂
        Nawet nie mogę zacytować perełek metaforycznych, bo musiałabym cały tekst wstawić w cudzysłowie – rzucasz tymi perłami na prawo i lewo 🙂

      • J.Gibson
        |

        Dobra Babeczka, dajesz…. Tylko ja mam już tak teminy zajęte, że moją droga szybciej zobaczysz kardiologa na NFZ 😀 hahahaha żartuję. Po znajomości przyjmuję bez kolejki! Daj tylko cynk, że to już. Płatność Krzysiem jak najbardziej.
        I co dzieci na widok matki wierzgającej od śmiechu po podłodze?

      • J.Gibson
        |

        Tonyczku! Chyba to pójdzie jako #JadziaPierdzieli, bo sama się ubawiłam przy pisaniu….i nie bedziesz musiała cytować, wystarczy jak zalajkujesz 😉

Napisz nam też coś :-)